Szanchaj/Tom II/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor F. Antoni Ossendowski
Tytuł Szanchaj
Data wydania 1937
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia P. Mitręgi
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ II.
ŻYWE SERCA NA GIEŁDZIE ŚMIERCI.

Gdy, pożegnawszy na dobre kolegów redakcyjnych i zaniepokojonego prezesa „Szun-Pao“, przekonanego, że jego współpracownik przerzuca się do konkurencyjnej grupy pism, Wagin po raz ostatni rzucił spojrzenie na gmach koncernu, grymas cierpienia przemknął po jego dziwnie surowej w tej chwili twarzy. Myśl jego biegła w przyszłość, usiłując zajrzeć do jej nieznanych tajników. Poza tą niepewnością co do swego losu oczekiwała go niezmiernie przykra rozmowa. Z chodnika skręcił w bramę i na trzeciem podwórzu szukał wszędzie Miczurina. Znalazł go wreszcie w składzie, gdzie z ciężarowych samochodów robotnicy staczali ryzy i rulony papieru. Ujrzawszy go, lejtenant przeraził się nagle.
— Co się stało? — zapytał, chwytając go za ramię.
— Nic się nie stało! — odparł Sergjusz, zdziwiony zachowaniem Miczurina. — Przyszedłem pożegnać was, bo już nie jestem współpracownikiem „Szun-Pao“. Muszę też zapytać was, czy trwacie w zamiarze odziedziczenia po mnie pokoju u pani Somowej? Dziś muszę powiedzieć jej o tem, bo jutro przenoszę się już do miasta.
Miczurin patrzał na niego przerażonym wzrokiem, jakgdyby to, co mówił mu przyjaciel, było dlań niespodzianką.
— Więc istotnie opuszczacie domek pani Somowej? — szepnął.
— Przecież mówiłem wam już o tem — zauważył Wagin.
Lejtenant nagle rozpromienił się i ogarnął go ramieniem.
— Chwała Bogu!... — zawołał, ale natychmiast pomiarkował się, że użył niestosownego wyrażenia, więc namarszczył brwi i powiedział oschłym tonem:
— Tak, wynajmę ten wasz pokój!
— To dobrze! — kiwnął głową Wagin. — A zatem będę mógł zapewnić panią Somową, że nie traci lokatora. O to właśnie chciałem was spytać. Zobaczymy się wieczorem. Przyjdźcie dziś na herbatę do mnie, — na... pożegnalną ucztę!
— Przyjdę! — ucieszył się znowu lejtenant i z siłą potrząsnął dłoń przyjaciela.
Po chwili Wagin powolnym krokiem szedł przez miasto. Nagle przyszła mu do głowy dziwaczna na pozór myśl, że Miczurin o wiele jest szczęśliwszy od niego.
— Znalazł drab dla siebie przystań życiową! Pracuje, niema zwątpień, wahań i wygórowanych ambicyj, jest pewien powodzenia i trwałości swego stanowiska. Zerwał z dawnem życiem w zajeździe i ze wszystkiem, co z tem było związane, wyrzucił to z pamięci tak, jak wyrzuca się z kieszeni wykorzystany bilet tramwajowy, ma swoje szczęście, kochając się w Ludmile, i zapewne nie wątpi, że cel swych marzeń osiągnie i poślubi ją. Słowem — zbudował sobie malutki, ciaśniutki domeczek, ale teraz jest już spokojny i tylko ozdabia go, gdzieś tam coś potrochu zmienia, porobi z czasem jakieś facjatki i przybudówki, rozbije ogródeczek, kwiatki posadzi i będzie się czuł jeszcze szczęśliwszym i jeszcze bardziej zadowolonym. Tymczasem — ja? Coś mnie nieustannie gnębi i nie pozwala radości i marzeniom zrzucić z siebie tej jakiejś twardej, lodowej skorupy. Jestem stale jakgdyby głodny, jakgdyby do pełni życia brakowało mi niezbędnej części organizmu... Życie miota mną, cięgnie gdzieś, czegoś żąda odemnie, a ja nie wiem, dlaczego muszę spełniać te żądania. Nie jestem pewien jutra, nie widzę siebie, jak Miczurin we własnym domku z ogródkiem. Dlaczego tak się dzieje, że jednych życie wyrzuca na brzeg, a drugich — unosi wciąż, pędzi dalej i dalej? Skąd to wypływa? Z życia czy z nas samych? Zdaje mi się, że sam najwięcej jestem winien. Gdybym nie znał języków i nie umiał pisać, nie trafiłbym do „Szun-Pao“; gdybym nie trafił tam, — Wali-chan, czy ktoś inny z jego przyjaciół nie przeczytałby moich artykułów i nie zwróciłby na mnie uwagi, a wtedy nie byłbym zaangażowany przez Ti-Fong-Taja, ach taki to nieskończony, zawiły łańcuch przyczyn i skutków i nie przewiduję nawet gdzie i jak się on skończy? Spokojnie czy też urwie się nagle, jak życie... tego szpiega, co to mnie przydybał niegdyś w Bouveret i... dał nura do Lemanu?
Wspomnienie to podniosło z dna jego duszy gorycz.
— Cóż to! — rozważał. — Może to działa jakieś tajemnicze prawo Karmy, czy może beznamiętna Nemezys nałożyła na mnie swoją dłoń? Czy nie jest to kara wymierzona mi przez nieznaną kosmiczną, nadprzyrodzoną sprawiedliwość za to, że, stając w obronie życia, zgładziłem kogoś potrzebnego ludzkości lub choćby dla idealnej równowagi sił w przyrodzie? Może nie miałem prawa zabić młodego Chackelesa za to jedynie, iż zabrał mi kobietę, którą kochałem? Nie! Jeżeli jest to kara za nieświadome moje zbrodnie, to raczej noszę na sobie ich brzemię, za tę zabitą ciężarną żonę smolarza i za piegowatą dziewuchę z szynku, której strzelił w głowę stary Abram, wściekły, że mu się wymknąłem... Cóż robić? Muszę dźwigać na sobie to przekleństwo... Ale nie, nie!
Myśl Wagina burzyć się poczęła i buntować.
— Jakto?! — wołał natrętny głos wewnętrzny. — Czy twoja jest w tem wina, że ludzkość dotoczyła się do wojny światowej, że wynikła z niej najpotworniejsza na ziemi rewolucja... Cóż? Miałżeś kłaść głowę pod topór, jak bezmyślne zwierzę, przeznaczone na ubój? Prawo żywego stworzenia zezwala mu na obronę. Broniłeś się i — to było twojem prawem! Jeżeli natura, Karma, czy jak chcesz nazwij, żąda ofiar a jednocześnie pragnie też ochronić pewne osobniki od zagłady, niech tedy odbierze ofiarom wolną wolę, pęd do życia i strach przed śmiercią. Niech sama przez się i z pomocą kosmosu wytępi jednych i pozostawi resztę. Poco dzieło zagłady oddaje w ręce ludzi? Ty jesteś człowiekiem i postępowałeś po — ludzku — broniłeś się, bo wszystko wokół wrogie ci było i śmiercią groziło. Nie miałeś czasu i sposobności rozróżnić pospolitego mordercy od człowieka o anielskiej, świetlanej duszy. I ten i tamten byli dla ciebie wówczas wrogami — skoro zawadzali ci. I tego i tamtego miałeś prawo zmusić sobie do pomocy i do obrony życia. Światby się zmienił w dom obłąkanych, gdyby każdy żołnierz czuł wyrzuty sumienia, że kogoś zabił w jakiejś tam bitwie! Śmieszne to i nie wytrzymuje krytyki.
— Więc co? więc co? — doszukiwała się prawdy niewiadomo czem wzburzona myśl. — Uważasz, że wszystko idzie normalną drogą? Masz prawo zabijać i innych na morderstwo i śmierć posyłać? Jakim kierowałeś się kodeksem, strzelając do kobiety, która była dla ciebie wszystkiem na ziemi? Nie kłam tylko i powiedz, czyż nie tak myślałeś i nie tak czułeś?
Wagin zmarszczył czoło i zmrużył oczy. Uświadomił sobie w tej chwili, że dawno nienawiedzające go myśli budziły się nagle, niby uśpione w zimie poczwarki. Nie nurtowały go już i nie dręczyły od owego wieczora, gdy załatwił porachunki z towarzyszem Abramem. Dlaczego więc odżyły teraz, gdy powracał do domu, by powiedzieć pani Somowej i Ludmile, że wyprowadza się od nich? Ach, Ludmiła! Dziwna dziewczyna, posiadająca cudowną tajemnicę wyczuwania i zrozumienia ludzi, nie potrzebująca słów, ani wyznań, aby wszystko pojąć i przeniknąć!
Znowu przyszło mu na myśl, jak bardzo niestosowną parę stanowiliby — ona i Miczurin. Strzepnął palcami z jakąś niecierpliwością i, starając się o niczem już nie myśleć, przyspieszył kroku. Na ganeczku stała Ludmiła, wpatrzona w odcinające się na zachodzie sylwetki dzwonnic katedry. Nie spostrzegła go i nie posłyszała nawet odgłosów jego kroków na żwirze. Miała w tej chwili dobrze mu znane nieobecne oczy, zatopione w rozczerwienione niby żywą krwią nabrzmiałe niebo. Skądś na północy, może nad Wusungiem, podnosił się słup fioletowego dymu — podobny do wspaniałego pióropuszu. Drgnęła, gdy Sergjusz stanął przed nią. Spojrzawszy na niego, przycisnęła ręce do piersi i wydała cichy jęk.
— Co pani jest? — zapytał zaniepokojony Wagin.
— Nie... nie — nie! — szepnęła i, prawie wyrwawszy dłoń z jego ręki, szybkim krokiem weszła do sieni.
Smutny był ten ostatni wieczór, gdy pani Somowa i Ludmiła dowiedziały się, że Sergjusz opuszcza je. Roześmiany, nie umiejący ukryć swej radości Miczurin, wnosił do tego nastroju rażący, chwilami przykry i nieznośny rozdźwięk. Czuł się tak szczęśliwym, że nie był w stanie spostrzec ogólnego przygnębienia. Oprócz niego wszyscy troje rozumieli, że z odjazdem Wagina zamyka się jakiś okres ich życia, ale nikt z nich nie mógł przewidzieć, co przyniesie im następny — nieznany i tu w tem postokroć przeklętem mieście zawsze pełen zagadek.
Pożegnanie Sergjusza z paniami wypadło jakoś dziwnie. Czuło się naprężenie, ukrytą potrzebę wypowiedzenia czegoś bardzo ważnego i istotnego, tymczasem ludzie ci utracili już zdolność do wynurzeń i słów, które mogłyby być tragiczną prawdą, a jednocześnie maską, ukrywającą pustkę serca i oziębłość duszy. Powiedzieli więc sobie tylko kilka zdawkowych zdań. Wagin, żegnając się z paniami, miał pofałdowane czoło, sztywną postać, zwartą w jeden zwał mięśni, i mocno zaciśnięte usta. Nie patrzał na nikogo i tylko, dotknąwszy ręki Ludmiły, poczuł, że drgnęła w jego dłoni i wysunęła się bezwładnie. Nastrój był ciężki i krępujący. Przydałby się w tej chwili Miczurin, lecz lejtenant był już w swojem biurze. Na szczęście, przybiegł Jun-cho-san. Dowiedziawszy się, że Wagin wyjeżdża, przyszedł pożegnać go. Gadał coś, bez sensu mieszając chińskie i angielskie słowa i co chwila powtarzając „a very serious, ever gentleman“, co miało oznaczać najwyższy komplement. Wreszcie Wagin, załadowawszy na dorożkę swoje walizki i worek z pościelą, odjechał. Wiózł ze sobą gorycz w sercu i coś jeszcze — ni to niezaspokojony, dotkliwy głód, ni to niezadowolenie, że czegoś koniecznego nie zrobił i że już nie będzie mógł odrobić tego i naprawić. Wzdragał się przed analizą swego nastroju, pocieszając się tem, że bądź co bądź w małym domku przy Fu-Tien-Koo pozostawił oddanych sobie przyjaciół i jednemu z nich odejściem swojem przysporzył spokoju i szczęścia. Miał w tej chwili na myśli Miczurina, lecz zaledwie przypomniał go sobie, skrzywił się i szepnął:
— Nieznośny, głupio rozradowany był ten śmieszny drab!
Zasmuciła go poruszająca się na dnie serca niechęć do lejtenanta, więc skarcił siebie za to surowo.
— Nikczemne, niewdzięczne zwierzę, zapomniałeś, że on uratował cię od głodu i otworzył przed tobą drogę do nowego życia!
Wagin poczuł ostry wyrzut sumienia. Ucieszył się, uświadomiwszy to sobie, i już z łatwością otrząsnął się z przytłaczającego go przygnębienia. Wkrótce już urządzał się w dużym pokoju tuż nad biurem kompradora. Okna wychodziły na obszerne, wyasfaltowane podwórze z trawnikiem i klombami wzdłuż bocznych chodników. Można stąd było obserwować życie i pracę w warsztatach jubilerskich, mieszczących się w oficynach głównego gmachu. Po obiedzie wszedł do biura i poznał się z Nun-Kou.
Wagin rozpoczął nowy okres życia, może — tylko jeden z jego etapów. W każdym razie i tu w jasnym, przestronnym lokalu biura kompradorskiego czuł się chwilowym gościem. Ta świadomość, że wciąż jest przechodniem, — świadomość, która nie opuszczała go od chwili, gdy tam — w Paryżu, oddawszy dwa strzały do burzycielki swego trwałego, jak mu się wydawało, życia, wyszedł spokojnie na rue des Mathurins i przez nikogo nie ścigany zmieszał się z tłumem ulicznym. Tak, od tego dnia wszędzie i zawsze był przechodniem i przeczuwał jeszcze daleką, ginącą gdzieś za horyzontem drogę. Dręczyła go myśl, że nie widzi jej końca, nie zna i, co było najboleśniejsze, — nie jest zdolny wytknąć sobie innego celu poza zwierzęcą, nieustępliwą trwogą o fizyczny swój byt. Chwilami zaczynał rozumieć tych, którzy bez walki i sprzeciwu kładli głowę pod topór kata. Byłoż to znużenie, wyczerpanie nerwów? Nie! Raczej wyraźnie odczuwany wstręt do obłędnego chaosu, w którym on błąkał się bez określonej orbity, jakgdyby bolid, co wyzbył się siły ciążenia, i, gdyby nie potężny, niezwalczony pęd do zachowania życia, — zginąłby zapewne oddawna. Uratował go w nieznanym dotychczas celu wszechsilny instynkt życia, zastępując mu, a może zawierając w sobie wszystko, co człowiek klasyfikuje i wyodrębnia pod różnemi nazwami — rozumu, woli, pociągu, etyki, skłonności. Zachował życie, lecz ani razu jeszcze nie czuł się szczęśliwym. Miał chwile dumy, zadowolenia, bujnej nieraz radości, lecz wszystkie te uczucia wypływały wyłącznie ze zwierzęcego instynktu życia. Gdy zaczynał mierzyć je i ważyć na miarę ludzką, według kanonów logicznych i szablonów moralnych, — czuł niesmak, wyrzuty sumienia, a nawet pogardę dla siebie. Zupełnie, jak przechodzeń — dla wszystkich obcy i do nikogo nie przywiązany. Dopóki taki przechodzeń dąży gdzieś z uporem, o niczem poza samym procesem wędrówki nie myśląc, dopóty może zachować spokój, równowagę i podświadome zadowolenie, lecz biada mu, jeżeli zastanowi się poważnie nad tem, co pozostało za nim — tam, gdzie wije się nić jego śladów! Tu nie odwdzięczył się dostatecznie, tam skrzywdził i sponiewierał, w innem miejscu zawiódł czyjeś nadzieje, za ciepło serca zapłacił chłodem słów bez treści, oziębił i podeptał nagły wybuch szczerości milczeniem obojętnej i jałowej duszy... O, wtedy ciężkie napadają zgryzoty i wstyd i wyrzuty ogniste i łzy, które nic już zagasić nie mogą i nikogo przebłagać! Takim przechodniem czuł się Wagin, gdy napadała go potrzeba rachunku sumienia i rozmyślań o swojem życiu. Zdziwiło go i zaniepokoiło, że potrzebę tego oglądania samego siebie wyczuwał teraz coraz częściej i to, w tym nowym okresie, który zapowiadał się tak świetnie dla niego. Cóż powodowało te męczące i tak bardzo niepotrzebne pozornie nastroje? Wagin zadał sobie pewnego razu to pytanie, stojąc przy oknie i patrząc na pochylone postacie snycerzy i jubilerów chińskich zprzeciwka. Zazdrościł im z całej duszy. Szczęśliwcy ci mieli własny świat i mogli go ogarnąć od kresu do kresu. Widzieli przed sobą osiągalny i dostępny cel — artystyczne wykonanie produkowanych przedmiotów i dobrobyt. Dwa światy ściśle ze sobą związane. Wzloty ducha i sprawiedliwe wymogi ciała. Istotnie — w tych to granicach zamykało się życie człowiecze. Jakżeż to wszystko układało się Waginowi? Co do potrzeb ciała mógł już być o to spokojny. Będzie odżywiane, ubierane, pielęgnowane i wypoczęte. Inaczej w pewnych chwilach, gorzej niż przedtem czuł się duch... Wciąż się jeszcze miotał beznadziejnie, lub obezwładniony siłą woli — wpadał w stan bierności. Dla ducha Wagin stanowczo nie miał jeszcze nic. Dawniej — zmuszony walczyć rozpaczliwie o byt codzienny, — duch jego, choć jednostronnie lecz intensywnie wysilał się na samą walkę, a teraz został pozbawiony nawet tego bodźca i pożywki. Stan ten pogarszały jeszcze inne okoliczności. Zakończywszy rozmowy z Wali-chanem i Ti-Fong-Tajem, Wagin usiłował przekonać siebie (zdawało mu się nawet, iż osiągnął to), że może z całym spokojem oddać się współpracy z tymi ludźmi. Cóż mogło go od tego wstrzymać? był obcy ich dążeniom i miał moralne prawo wyciągnąć materjalne korzyści z pomyślnej dla siebie sytuacji. Pod tym względem nie mógł sobie uczynić żadnych wyrzutów. A jednak coś, niby stado czarnych, bezszmernych myszy, tajemniczych w swej niemej chyżości, niepokoiło go coraz bardziej. Długo łamał sobie głowę nad przyczyną tej niejasnej trwogi i męczącego wahania. Ustalił wreszcie, że przyczyna tych nastrojów leżała w zrozumieniu pewnych prawd, przedtem uchodzących jego uwadze. Przeglądając wraz ze starym, wysuszonym, jak mumja, Nun-Kou korespondencję kompradora, zupełnie niespodziewanie pogrążył się w istne bagno. Stało się ono wstrętnem, cuchnącem trzęsawiskiem, gdy w osobnym pokoju obok sali biura, począł przyjmować interesantów. Dziwni to byli i straszni ludzie! Wagin dopiero wtedy zrozumiał paradoksalne, zda się, określenie — „człowiek-rekin“. Przed jego oczami jeden po drugim defilowały najprawdziwsze rekiny! Nawet ich ruchy, niby pewne siebie i powolne, zdradzały ukrytą chyżość i zdolność do napadu lub ucieczki drapieżców głębin morskich. A te paszcze potworne, do ludzkich powierzchownie tylko podobne! Brakowało im tylko kilku rzędów zakrzywionych zębów. Wąskie, blade, zimne twarze Anglików, bezczelne, starannie wygolone — amerykańskie oblicza i czerwone, ociekające potem, wyzute z resztek człowieczeństwa niemieckie fizjognomje należały do jednego i tego samego typu międzynarodowych „maklerów śmierci“. Wkońcu Wagin nie mógł już odróżnić jednej twarzy od drugiej. Widział przed sobą złe, bezbarwne, chciwe oczy bez źrenic. „Jakieś guziki z metalu, który stracił połysk!“ — znalazł dla nich porównanie Sergjusz. Drgające w drapieżnym uśmiechu, zawsze oślinione wargi, ciskały astronomiczne liczby i referowały mu straszne w nagiej prawdzie projekty, z których każdy w uczciwem społeczeństwie musiałby zaprowadzić na galery lub conajmniej do tego więzienia, gdzie miał do ostatniej iskierki „wypalić pochodnię życia“ nieszczęśliwy w miłości i przedsięwzięciach adwokat — Lubicz, „le beau Gregoire“ z Bubbling-Well.
— 100.000 karabinów i 10, 000.000 nabojów — syczał tajemniczy Anglik, dostawca broni wyrobu najlepszych fabryk Wielkiej Brytanji...
— 5000 kulomiotów i 20 miljonów nabojów — ćmiąc cygaro, „rąbał“ drewnianym głosem amerykański rekin.
— Samoloty, działa, karabiny, pociski! — sapiąc, rzucał opasły Niemiec. — Za zaliczkę dziesięciu procent należności zmienimy dla was fabrykę perfum i leków na laboratorja gazów trujących. Fabryki zabawek dla dzieci zaczną dostarczać wam nabojów i zapalników! Tylko za dziesięć procent!!
Japończycy przynosili ukryte w futerałach od saksofonów części swoich karabinów „Arisaka“ i modele pocisków armatnich, pokornie i służalczo wciągając powietrze, z którem razem wchłaniali słowa Wagina. A oczy i wargi te same — jednakie u wszystkich — chciwe i drapieżne. Standart! Zdawałoby się, że w głowach tych handlarzy narzędziami śmierci nie powstała nigdy myśl o zbrodni, której służą. Padały obietnice szybkich i gwarantowanych dostaw, szubrawe plany oszukiwania władz celnych i konsularnych, obliczenia wysokości łapówek i podstępne, podle uniżone kuszenie Wagina procentami od ściśle wypłacanych im sum w ustalonych terminach.
Sergjusz wkrótce wiedział, że, gdyby był rozporządzał nieograniczonemi środkami pieniężnemi, potrafiłby uzbroić kilkumiljonową armję. Znał przecież dokładnie samo Czapei. Wystarczyłoby puścić w obieg wieść, że poszukuje jaknajwięcej mięsa armatniego i że za potrzebną mu w pewnej chwili śmierć ochotnika obiecuje mu aż do chwili zgonu wydawać codzienną porcję ryżu, trochę mięsa i ryb. Z samego Szanchaju miałby miljon żołnierzy! A ileżby dały całe Chiny z ich 480 miljonami mieszkańców i około 30 miljonów dziedzicznych nędzarzy-kulisów? Przecież pomiędzy wielkim murem a oceanem około 100 miljonów Chińczyków nie miało już w owym czasie nic do stracenia oprócz najnędzniejszego życia...
— Tak, — myślał ze strachem Wagin, — okropna, straszna stanie się rzecz, jeżeli znajdzie się wódz, który potrafi wzbudzić ruch śród tych mas zrozpaczonych! Podnieść i poprowadzić! Połowa zginie, ale druga dojdzie. Kilkanaście miljonów! Działa europejskie i karabiny z przerażenia zaniemówią! Szarańcze! Wielka wędrówka ludów! A jeżeli będzie to wędrówka zbrojnych ludzi, świadomych celu, żywiących się ciałami poległych i padających z głodu? ...Przecież i to bywało na przestrzeni dziejów ludzkiego zwierzęcia! Wzdrygnął się na tę myśl, odpędzał ją, jak zmorę, lecz wciąż powracała i powracała coraz natarczywsza i wyraźniejsza, uzbrojona w nowe argumenty, jak pancernik w działa. A niemieckie, angielskie, amerykańskie, włoskie i japońskie rekiny judziły ją i rozzuchwalały, wypluwając z swych paszcz nowe i nowe oferty:
— 250.000 karabinów... 10.000 kulomiotów... 300 bateryj... miljony naboi i pocisków...
— Dostarczymy samolotów bombowych... torped powietrznych z gazem trującym... Bagnetów...
Taka paszcza zbrodnicza nie powiedziała wszakże ani razu, że da materjały opatrunkowe, lekarstwa, lekarzy i sanitarjuszy, wszczęła dopiero wkońcu targ o ludzi:
— Damy instruktorów, lotników, artylerzystów... Poślemy inżynierów do budowy mostów, do naprawy dział... Damy saperów i minerów...
Wagin widział oblicze wojska zbliska. Strzelał sam i dźgał bagnetem, strzelali do niego i zamierzali się nań bagnetem. Był jednym z tych, z których składa się mięso armatnie. Wydało mu się to prostem i zrozumiałem. Jeden padał, drugi tratował go i biegł dalej, by zabić następnego, aż polegnie sam i zostanie stratowany. Teraz los kazał mu brać udział w obmyślaniu wojny, w obliczaniu ścisłem, ile mięsa ludzkiego należy poszarpać, rozrzucić po różnych polach bitew, aby nie zaszła pomyłka w obrachunku.
— 300.000 karabinów i 30, 000.000 nabojów! Jeszcze 120 bateryj... więcej pocisków gazowych... kulomiotów najnowszych, najszybciej strzelających!
Nie wytrzymał wreszcie i bardzo oględnie zresztą zwierzył się ze wszystkich trosk swoich przed starym Nun-Kou, do którego poczuł odrazu sympatję. Chińczyk począł szczerzyć żółte zęby i coś mruczeć w swej łamanej mowie rosyjskiej.
— Biali ludzie rozumieją tylko cios pięści, musimy więc nauczyć się bić! Dlatego tak ustąpliwi jesteśmy względem Japończyków... Już oni nas nauczą, a potem, jeżeli się nie opamiętają, — wybuchnie wojna i z Japonją. My ją wygramy! Nikt na świecie nie będzie triumfował nad naszą cywilizacją, jak dotąd żaden jeszcze najeźdźca nie zwalczył jej, lecz roztopił się w niej, jak miedź, wrzucona do płynnego żelaza!
W głosie starego Nun-Kou odezwały się nuty dumy i tej pogardy, z jaką od wieków spoglądają żółci ludzie na wspaniały dorobek białej rasy. Przeraża ich czasem, ale nigdy im nie imponuje, bo czyż imponował kiedykolwiek dumnym patrycjuszom najgenialniejszy choćby niewolnik-barbarzyńca?
Ta rozmowa nie przyniosła ukojenia Waginowi, zirytowała go nawet, więc zauważył zimnym głosem:
— Chiny mogą być odwewnątrz rozsadzone przez rewolucyjną, postępową młodzież...
Nun-Kou uśmiechnął się zlekka i wzruszył ramionami:
— Młodzież ta za lat dziesięć będzie już dojrzała i opamięta się! Dla Chin dziesięciolecie — to przecież jedno mgnienie oka. Mamy wszakże kroniki prawie z przed sześciu tysięcy lat! Mamy cywilizację, która płynie w nas razem z krwią...
Zaczął chichotać cieniutkim głosem i zacierać kościste ręce, okryte pomarszczoną skórą, podobną do starego, zbutwiałego pergaminu.
— Japonja przekonana jest, że w końcowym wyniku ona i uzbrojone Chiny wyprą z Azji wszystkich białych ludzi. Robota idzie — w Indjach, Sjamie, Afganistanie, Persji i w Syrji... Hasło rzucone, ludzie oczekują tylko sygnału... Czekają, aby wyrzucić białych przybyszów za morza... Nienawidzą ich, bo zarazili nas wszystkich strasznemi nałogami — chciwości, pogardy dla starych obyczajów i wiary, zatruli nas opjum i dążeniem do zadowolenia ciała. A cóż dała nam biała rasa dla ducha? Co? Pytam! Kapelusze filcowe, rewolucję, żółte trzewiki, samochody i telegraf? Tego mało za wszystko to, co daliśmy jej my!
Głos Nun-Kou stał się syczącym, jak dźwięk pary, wychodzącej ze szczelin kotła, co może lada chwila wybuchnąć.
Sergjusz ze zdumieniem słuchał starego, chudego, jak mumja, Chińczyka. Buchaltera wywołano do telefonu.
Wagin nie wszczynał już dalszej rozmowy, a nawet starannie jej unikał. Wpadł w ponury nastrój, czując, że los rzucił go w wir nowych zjawisk i wypadków, z natury swej nietylko obcych mu duchowo, ale, być może, wrogich nawet, jako człowiekowi rasy białej, wyznawcy jej ideałów, filozofji i etyki, nie mających nic wspólnego z tem, przeciw czemu podnosić poczynała coraz potężniejszy głos Azja. Widziała ona tylko rozdroże, na jakiem znalazła się nagle Europa, popychana ku temu rozwojem swoich dziejów a rozbieżnością ideałów groźna dla ludzi o innej barwie skóry i bardziej trwałym stanie ducha. Chwilami przychodził do przekonania, że jest zdrajcą wobec swojej rasy, jak ci niemieccy i amerykańscy inżynierowie i oficerowie, uczący spokojnych Chińczyków sztuki mordu i wykuwający miecz na własne głowy i głowę całej rasy, która wydała tylu mędrców, natchnionych poetów, świętych i uczonych.
W takich to chwilach stawała przed nim matka. Widział wyraźnie jej wyniosłą postać, niebieskie oczy i puszyste, popielate włosy, co siwieć nie chciały. Może posiwiały potem... w więzieniu, gdzie wrzucono ją do zatłoczonej celi, zarażonej tyfusem plamistym.
— Biedaczka moja, biedaczka dumna i nieustępliwa! — myślał syn, gryząc sobie usta w jakimś bezsilnym porywie. — Napadły ciebie wszy więzienne i dręczyły aż do chwili, gdy oczy twoje zaszkliły się blaskiem nieżywym! Z jakąż to dumą mówiłaś, że Anglja dała Azji spokój i popchnęła ku prawdziwej cywilizacji — istotnie miałaś na myśli angielską cywilizację! Uczyłaś mnie, że niema na świecie innego szczęścia poza pokojem i wolą, bo one jedne tworzą doskonałą harmonję. Syn twój jednak nie zaznał pokoju, a woli swej używał dotychczas tylko do walki o życie. Ty zaś o innej mówiłaś harmonji. O woli Anglji, która umiała narzucić ją innym ludom i nakazać pokój, chociażby bagnetami strzelców jego królewskiej mości i armatami floty Wielkiej Brytanji. Wola i pokój! Potężną siłą ducha obdarzyła twoją ojczyznę ziemia jej wysp! Tak wielką, że wola Anglji zatruła 450 miljonów Chińczyków i Hindusów gorzkim dymem opjum i zmusiła uznać za jej przywilej niepodzielne prawo w milczeniu i pokoju cmentarzyska zatruwać żółtych i bronzowych „bliźnich“ (tak przecież nazywa ludzi Biblja?), gdy tymczasem oni muszą milczeć i umierać. Ale patrz, patrz! Oto syn twój razem z tymi zatrutymi przez Anglję miljonami parjasów pracować poczyna nad tem, aby zrzucić jej władzą!
Matka wpatrywała się w syna niebieskiemi, coraz bardziej mglistemi oczami aż rozwiewała się zjawa i pozostawiała Sergjusza Wagina na rozdrożu, w rozterce...
Pewnego wieczora, gdy napadła go udręka zwątpienia, odwiedził go Miczurin. Nadrabiał miną, udawał wesołego i szczęśliwego, jednak przed spostrzegawczym wzrokiem Sergjusza nie ukryły się nerwowe, niespokojne ruchy lejtenanta. Opowiadając o swem życiu w domku pani Somowej, zrobił przyjacielowi nieszczery wyrzut:
— Zapomnieliście o nas zupełnie i ani razu nie zajrzeliście do dawnego legowiska, a my was ciągle wyglądamy z niecierpliwością.
Wagin usprawiedliwił się brakiem czasu i nadmiarem pracy.
— Rozumiem, rozumiem! — potakiwał mu lejtenant. — Codziennie mówimy o was przy kolacji.
— To wy codziennie bywacie u pań? — spytał Wagin.
— A jakże! Staram się cały czas spędzać z niemi. Przecież mieszkam u nich i...
— ...kocham się w pannie Ludmile — z suchym śmiechem dokończył za niego Sergjusz. — Powiedzcież mi wreszcie, jak stoją wasze sprawy?
Miczurin, nie patrząc mu w oczy, odpowiedział cichym głosem:
— Wiecie, że kocham pannę Ludmiłę... Staram się przyzwyczaić ją do tej myśli i do oświadczenia się o jej rękę... Zdaje mi się jednak, że ona coś innego ma na myśli... i to przeraża mnie...
Wagin podniósł brwi i uważnie już słuchał, nie przerywając przyjacielowi.
— Będę szczery... choć trudno mi to wypowiedzieć... narazie myślałem, że ona tęskni za wami, że... zainteresowała się wami...
— Cóż znowu?! — wzruszając ramionami, mruknął z niechęcią Wagin.
— Właśnie... teraz to i ja tak myślę... Ale pierwsze dnie... Były to ciężkie dnie!... Ludmiła w nocy płakała, a, wiecie, tak żałośnie, jak małe dziecko... Słyszałem to każdej nocy przez ścianę!... Teraz... już nie płacze, zato często chodzi do cerkwi, na cmentarz i na jakieś zebrania religijne...
— Rzeczywiście nie bardzo sprzyjająca atmosfera do wyznań miłosnych!... — wtrącił Sergjusz i nagle przyłapał siebie na tem, że ucieszył się, posłyszawszy o nastroju Ludmiły. — Jakżeż to dalej będzie?
— Przesiaduję u nich wieczorami i staram się, jak umiem, rozerwać ją, rozweselić... — mówił smutnym głosem lejtenant.
— Wnioskuję już z waszej miny, że nie bardzo wam się to udaje — zauważył Wagin. — I nie dziwię się! Te panie, o ile je poznałem, lubią samotność i ciszę. Mają w sobie tyle treści, że nie potrzebują oni rozrywki, ani pociechy, ale zato też żadne nieszczęście nie zmoże ich...
— Cóż mam robić? — szeptem zapytał zgnębiony zupełnie Miczurin.
— Trudno mi być waszym doradcą, szczególnie potem, jak myśleliście, że Ludmiła tęskni za mną! Też dowcipny domysł! Powiem wam tylko, cobym ja zrobił i tak zresztą zawsze robiłem. Siedziałbym w swoim pokoju i pokazywałbym się im wtedy tylko, gdy same zechcą tego... Dusze samotne nie lubią tłoku i hałasu.
— Jakiż tłok? Jakiż bałaś? Tylko ja... — usprawiedliwiał się Miczurin.
— Tylko wy?! — zaśmiał się Wagin. — Tego starczy, bo przecież, gdzie wy jesteście, bracie, to już cały tłum z tłokiem i hałasem...
Lejtenant nic nie odpowiedział. Pochyliwszy głowę, ciężko wzdychał raz po raz. Spostrzegłszy, że Wagin nie zamierza o nic pytać, nieśmiałym, urywanym głosem począł mówić:
— Dla mnie całe życie zawarło się w Ludmile... całe... bez reszty... Wszystko, co przeżyłem do spotkania z nią... było to nieprawdziwe... jakieś sztuczne... jakgdyby cienie, ślizgające się po ścianie... Teraz są, a za chwilę już ich nie będzie... i nigdy już nie powrócą... Żyłem bezmyślnie... i wtedy, gdy nosiłem mundur... i wtedy, gdy rozbijałem łby chińskie w „Gospodzie“... i urządzałem bandyckie wyprawy... Żyły moje nogi, ręce, żołądek... a dusza na ten czas gdzieś odleciała... Teraz wszystko inaczej... Stałem się człowiekiem... rozumiem do czego mam dążyć... pragnę szczęścia i zdobędę je, albo...
Przygotowywał się do wypowiedzenia ostatnich słów, lecz Wagin przerwał mu:
— Źle z wami! Zbyt to tragicznie bierzecie. Przypomnijcie sobie, co u mnie z tego wynikło! Przyjrzyjcie się lepiej sobie i pannie Somowej... Przekonajcie się wpierw dobrze, ale to prawdziwie dobrze, czy wyniknie coś z tej waszej miłości z owem melodramatycznem „albo“! Nie pogniewacie się chyba na mnie, jeżeli powiem otwarcie, jak niezainteresowany przyjaciel — przyjacielowi, że Ludmiła nie byłaby odpowiednią dla was żoną!
Miczurin wydał głuchy jęk i głową upadł na złożone na stole ręce.
— Przykro mi to mówić, ale tak jest... Ludmiła — może być świętą mniszką, męczennicą, sekciarką, natchnioną prorokiną, ofiarną sanitarjuszką na polu bitwy, może być nawet Joanną d‘Arc, ale żoną... waszą żoną?!
Wagin wysoko uniósł brwi i ramiona. Po chwili nerwowym krokiem zaczął chodzić po pokoju, zły na siebie, że na tak intymne tory sprowadził ważną dla przyjaciela rozmowę.
— Poco? — robił sobie wyrzuty. — Nic przecież nie przekona tego zakochanego olbrzyma!
Zgadł, bo Miczurin zerwał się nagle z krzesła i walnął pięścią w stół.
— Tak? — zasyczał groźnie. — Ludmiła nie stworzona jest na moją żonę? Myślicie zapewne, że zato wy bylibyście dla niej idealnym małżonkiem? Ona — sekciarka, prorokini, Joanna d‘Arc, a wy — tajemniczy pięknoduch, który niewiadomo nigdy, co myśli, a zbrodnię umie przybrać w jaknajpiękniejsze szaty... Ale nie! nie! Pójdę do niej i opowiem jej całe swoje życie, dzień po dniu, nic nie ukryję, a wtedy zrozumie moją mękę grzesznika, który pokochał świętą i...
Wagin z bladą twarzą słuchał Miczurina i postanowił sobie nie odpowiadać na jego wybuch, lecz, posłyszawszy o zamierzonej spowiedzi jego, machnął ręką niecierpliwie i, patrząc surowym wzrokiem na przyjaciela, powiedział dobitnie:
— Oszaleliście! Jeżeli macie jakieś grzechy, nie mówcie o nich Ludmile! Daję wam przyjacielską radę. Możecie wyznać jej, że popełniliście największą zbrodnię — to przerazi ją a potem zaciekawi. Kobiety są zawsze jednakowe — pociąga ich męskość naszych czynów. Ale przyznawać się do grzechów?! Co za naiwność! Wiecie co nastąpi, — wy stare dziecko? Z waszych grzechów pozostanie jej w pamięci jeden jakiś — a niewątpliwie najmarniejszy i najśmieszniejszy, no — powiedzmy, że w „Gospodzie 4-ch stron świata“ kradliście kucharzowi słoninę! I nic już tego wrażenia nie rozproszy, choćbyście jej mówili potem, że zabiliście Lenina lub samego Lucyfera i że kochacie ją wierniej od Romeo i płomienniej od Otella! Nic to wam już wtedy nie pomoże! Będzie widziała was zawsze zakradającego się do spiżarni na bosaka, aby nie zbudzić kucharza, i powracającego z połciem słoniny pod pachą. Cha-cha-cha! Wielki bohater! Męczennik! Ofiara losu i kataklizmu dziejowego! Połeć słoniny ukradkiem unosi pod pachą! Cha-cha-cha!
Miczurin aż zawył z bólu i — Waginowi wydało się, że olbrzym runie na niego.
— A wy... wy... wy... czy macie prawo wszystko mówić o sobie?! — chrapliwym głosem rzucił, z nienawiścią patrząc na Sergjusza. — Opowiadał mi doktór Plen o bardzo porywającej legendzie waszej o dwóch aż naraz zbrodniach!
Wagin usiadł i spokojnym głosem odparł:
— Tak! Ja mogłem o tem mówić, bo o małżeństwie z panną Somową nie marzę, i dlatego jeszcze — że opowiadałem o zbrodni, nie o jakichś tam wyczynach opryszków lub kieszonkowców... Ale skończmy już tę przykrą rozmowę! Chciałem was ostrzec przed błędnym krokiem, jakim byłaby ta spowiedź wasza. I co to za przekleństwo wisi nad rosyjską duszą, że ciągnie ją do kajania się, do dzikiej, ponurej spowiedzi przed narodem!
— To wy kajaliście się publicznie! Słuchali was Plen i pani Somowa i Ludmiła! — warknął Miczurin.
— O mojej zbrodni, raczej — zbrodniach głośno było w Rosji. Kajać się nie potrzebowałem. Przyszła mi chętka opowiedzieć o tem, zresztą oględnie — w trzeciej osobie... Miałem do tego powody... — powiedział cichym głosem Sergjusz.
— Cóż to za powody? — szepnął Miczurin, a w głosie jego zabrzmiała trwoga.
— Mógłbym wam na to pytanie nie odpowiedzieć, ale spełnię wasze życzenie. Pamiętacie, zapewne, że szedłem wtedy na rozprawę z Abramem Chackelesem i nie wiedziałem, jaki weźmie ona obrót. Mogłem był przecież zginąć. Chciałem, by niektóre szczegóły mego życia zostały zrozumiane, gdyż w naszej kolonji kursują o mnie różne plotki. Wiedziałem, że panna Ludmiła i doktór Plen zrozumieją, o kim opowiadam. Tak się też stało, bo już i wy o tem wiecie. No, więc dość tego! Muszę jeszcze pójść do biura. Przed wyjazdem postaram się odwiedzić was w Czapei... Wybaczcie mi, że was wypraszam...
Uścisnęli sobie ręce. Miczurin miał głowę zwieszoną na piersi i patrzał uporczywie w ziemię. Wreszcie zamruczał:
— Ech, źle nam wypadło to spotkanie... a tymczasem spodziewałem się...
Urwał i westchnął.
— Dokończcie!
— Chciałem podzielić się tem, co mnie przeraża, ale teraz pocóż mam mówić? — westchnął znowu.
— Wiecie przecież, że jestem waszym przyjacielem. U mnie nie jest to puste słowo, gdyż przyjaźń opieram tylko na wdzięczności. Taka właśnie jest najtrwalsza... Mówcie więc, jeżeli czujecie potrzebę!
— Trwoży mnie Ludmiła, — zerwał się przyduszony, namiętny szept Miczurina, — trwoży mnie i przeraża! Wy wiecie, jak cienkie są ściany w naszym domku? Słychać nawet tykanie zegara w pokoju pań i chrobot i zgrzyt jego kółek... Nie śpię po nocach i nadsłuchuję... Oczekiwałem wciąż, że przez sen Ludmiła wymówi wasze imię... ale nie, nie — tego ani razu nie było... Zato słyszałem — i serce mi się krajało — jak gorzko i żałośnie płakała, a teraz słyszę co noc, jak niemal do świtu modli się i głową uderza o deski podłogi... Liczę i liczę... Sto razy nieraz tak uderzy — mocno i ciężko... Pani Somowa śpi, a ona modli się i modli!... Schudła i zbladła... a w oczach jej widzę dziwny... niedostępny, niedostępny dla mnie świat...
— Mury klasztorne bez okien i drzwi — przypomniała się Waginowi rozmowa na Bundzie.
— Co powiecie o tem? — spytał Miczurin, dotykając jego ramienia.
Sergjusz wzruszył ramionami i odpowiedział:
— Nie wiem... Może tęskni za bratem... może znużyło ją to bezcelowe i beznadziejne życie wygnańcze — któż to wie?
Mówił to automatycznie, a w sercu, w jednym małym punkciku czuł żar, niby jakaś iskra upadła tam i nie zgasła. Uścisnął raz jeszcze rękę Miczurinowi i, sprowadziwszy go ze schodów, powrócił do siebie. Zupełnie nieoczekiwanie pełne zwątpienia myśli, dotyczące jego własnych spraw, odbiegły gdzieś daleko, a tuż przed sobą ujrzał głębokie, trochę ponure i niewymownie tęskne oczy Ludmiły. Trwało to jedno mgnienie oka — w chwilę potem — wyłoniła się ciemna wnęka w grubym murze, okrytym freskami i plamami pleśni. Z mroku trochę jaśniejszy od niego sunął tłum przygarbionych, stąpających ociężałym krokiem mniszek w czerni, z chustami, zasłaniającemi czoła, policzki i oczy. Na samym końcu tego korowodu czarnych mrówek szła Ludmiła. I znowu ujrzał oczy, wpatrzone w jej tylko dostępną dal, a w rozszerzonych, obłędnych źrenicach miotała się ekstaza gorętsza od namiętności i potworniejsza od rozpaczy.
Odezwały się dzwony...
Wagin drgnął.
To zegar ścienny wybijał dziewiątą godzinę.
Otrząsnął się i ręką przetarł czoło, ale wrażenie, że widzi oczy Ludmiły, nie rozproszyło się wcale. Wzbudziło to w nim radosne podniecenie. Podszedł do okna i otworzył je naoścież. Zimne powietrze orzeźwiło go.
— Dobrze, że wyniosłem się z Czapei! — szepnął do siebie. — Nie pójdę tam już nigdy... Biedak ten Miczurin! Doczekać się takiej udręki?! Cóż to za przyczyna tej religijnej manji Ludmiły? A zresztą — co to wszystko może mnie obchodzić?! Jutro jadę do Nankingu!
Westchnął z ulgą, lecz po chwili już marszczył czoło i znowu myślał o Miczurinie, Ludmile i jedynej bodaj po śmierci Romka szczerej rozmowie z nią na Bundzie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.