Szanchaj/Tom II/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor F. Antoni Ossendowski
Tytuł Szanchaj
Data wydania 1937
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia P. Mitręgi
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ I.
ŻYCIE PŁYNIE ZAWIŁEM ŁOŻYSKIEM.

Spotkanie Wagina z Wali-chanem nastąpiło w gabinecie Ti-Fong-Taja na listowne zaproszenie pułkownika. Dziwnie krępująca była wytworna uprzejmość Mongoła, gdy z wylewną radością witał gościa. Sergjusz, patrząc na dziobatą twarz, skośne oczy i spłaszczony nos pułkownika, czuł się tak, jakgdyby popełniał zbrodnię.
— Ten wychowanek korpusu paziów posiada zapewne wszystkie niezbędne dla drapieżcy cechy, — świtała mu trwożna myśl. — Nie darmo przecież, jak sam mnie upewniał, pochodzi w prostej linji od chromego Tamerlana, „miecza nieba“ i „bicza Boga“! Posłuchajmy teraz, co i jak będzie mówił, aby „serce moje do jego sprawy przykuć mocnym łańcuchem“!
Mimowoli ogarnęła go jakaś wyjątkowa podejrzliwość i niemal męczące zaciekawienie. Dawno nie przeżywał tak wyraźnego przeczucia niezmiernie ważnych wypadków. Serce nawet żywiej mu bić poczęło.
— Co to? — pytał siebie. — Czyżby niepokój, czy uda mi się zrobić interes i uzyskać lepsze stanowisko?
Wkrótce jednak odrzucił tę myśl. Zainteresowanie jego miało niezawodnie głębsze źródło i z niego to sączył się ten podniecający go niepokój.
Tymczasem Wali-chan, zapalając cygaro, mówił cichym, zakradającym się do mózgu głosem i uśmiechał się z podwójną uprzejmością człowieka wschodu i byłego carskiego adjutanta, znającego najgłębsze tajemnice i umiejącego ukrywać je niby klejnoty w niedostępnych skrytkach.
— Musimy porozumieć się dokładnie, nie zatajać niczego! Odkrywam swoje... nasze karty bez zastrzeżeń — zależy nam bardzo na zdobyciu takiego, jak pan, współpracownika... Niezbędnem jednak wydaje mi się ustalenie wspólnej platformy ideologicznej.
Przez spokojną, skupioną twarz Wagina przemknął lekki uśmiech. Wstęp był obiecujący. Należało być na baczności, zrozumieć i wyjaśnić wszystko dokładnie. Głos Wali-chana płynął niepowstrzymanie i beznamiętnie. Tak mówią ludzie bardzo zdecydowani i absolutnie przekonani o swej słuszności:
— Materjalna strona pańskiej współpracy należy do biura i nie ma obawy co do jej szybkiego i pomyślnego załatwienia. W tej chwili idzie mi o coś innego! Chcę streścić panu nasze poglądy i program. Musimy wszyscy wierzyć w ich wykonalność i uznawać doniosłość celu!
Wali-chan wypowiedział ostatnie zdanie ze szczególnym naciskiem i powtórzył:
— Uznawać doniosłość celu! Czy pozwoli pan, że zadam mu dwa pytania? Czy mogę?
— Ależ, pułkowniku, bardzo proszę!
— Czy nie uważa pan, że słabość Rosji polegała na jej ekspansji terytorjalnej i na przeładowaniu organizmu imperjum wchłoniętemi przez nią ludami? — spytał pułkownik.
— Nie ulega to żadnej wątpliwości, — odparł Sergjusz. — Odczuwaliśmy to przy wszystkich zamieszkach i we wszystkich wojnach.
— Spodziewałem się takiej odpowiedzi! — ucieszył się Wali-chan. — A teraz drugie i ostatnie pytanie! Czy zgadza się pan z twierdzeniem, że naród rosyjski jest bardziej azjatycki niż zachodnio-europejski?
Wagin spojrzał bystro na pułkownika, gdyż przekonany już był, że zrozumiał po jakiej linji mają pójść zapowiedziane przez niego wyjaśnienia.
— Procent krwi mongolskiej w żyłach naszego narodu jest istotnie wysoki — potwierdził. — Na palcach wyliczyć można rodziny o czystej krwi słowiańskiej, w późniejszych dopiero okresach zmieszanej z niemiecką lub, jak moja, — z angielską, ale, przyznaję, że są to wyjątki niezmiernie rzadkie...
Wali-chan wyciągnął do niego obie dłonie.
— Widzę, że dojdziemy do zupełnego porozumienia! — zawołał prawie radosnym głosem. — Nasz plan ma narazie za zadanie uzbrojenie wszystkich ludów azjatyckich i ideowe ich związanie. W każdym z nich najsilniej przemawia krew i prastara idea mongolska o imperjum uniwersalnem. Biała rasa narobiła sobie wrogów w każdym zakątku Azji. Musimy wyprzeć tę rasę z naszego kontynentu, a potem zaczniemy zewnętrznie i wewnętrznie przekształcać się i organizować. Czynną rolę odegrają zawsze aktywni i zdolni do fantastycznego porywu muzułmanie. Syberję aż po Ural zdobędziemy szybko! Idzie nam tylko o to, by tego nie dokonali Japończycy bez naszego udziału. W Turkiestanie staniemy niebawem na pograniczu Indyj Brytyjskich, w Junnaniu zagrozimy Francuzom, Holendrom i Anglikom — w Indo-Chinach i na Malajach. Mandatowe kraje Azji Przedniej zrzucą z siebie opiekę Anglji i Francji bez trudu. Będą ofiary? Będą! Możemy sobie na to pozwolić, rozporządzając miljardem ludzi. Zapyta mnie pan może, dlaczego to pan — człowiek biały — ma w tem brać udział?
Wagin przytaknął skinieniem głowy, chociaż jednocześnie korciło go, by wyrazić zdumienie, iż słyszy to z ust oficera, który, jak sam w rozmowie z nim w restauracji pani Ostapowej wspomniał, iż „stał przy stopniach najwspanialszego z tronów“? Byłaby to jednak uwaga dość drastyczna, ale mimo to Sergjusz z trudem zmusił się do milczenia. Pozostała w nim jednak gorycz i coś, co gnębiło go niby doznana krzywda czy obraza.
— Mongoł... — mignęła mu myśl, — człowiek obcy Rosji z krwi i myśli!
Jednak w tej samej chwili Wagin przypomniał sobie bałtyckiego Niemca, również oficera rosyjskiego — barona Ungern-Sternberga, marzącego o oderwaniu od Rosji ludów wschodnich, generała Siemionowa, orędownika tego zuchwałego planu, dawnego oficera sztabu generalnego Andogskiego, podpisującego w Brześciu wraz z bolszewikami haniebny pokój z Niemcami i wreszcie tak bliskiego dynastji Romanowych hetmana Skoropadskiego, wspólnie z dowództwem niemieckiem rozczłonkowującego Rosję europejską. Te wspomnienia sprawiły mu przykrość. Sposępniał i skupił się w sobie.
— Właśnie! — uśmiechnął się, nic nie spostrzegłszy, Wali-chan. — Odpowiem krótką formułą. Rosja z różnych powodów przyłączy się do ruchu mongolskiego i rosyjski naród — nie inny stanie na czele jego w chwili, gdy zaczniemy budować olbrzymie, rozpostarte od Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego aż do morza Śródziemnego, Bałtyku i Oceanu Lodowatego państwo Mongołów. Psychika rosyjska niezmiernie się do tego nadaje i nic jej zastąpić nie zdoła.
— A w związku z tym planem co pan myśli o Japonji?... — wtrącił pytanie Sergjusz.
— Japonja niezbędna jest w okresie walki, zaś w czasie pokoju — jedynie Rosja wystąpi na arenę nowych zmagań — odparł z siłą i przekonaniem pułkownik. — Pracując z nami, będzie pan jednocześnie pracował dla Rosji...
Umilkł, ale po chwili ciągnął dalej:
— Rozporządzamy nieograniczonemi kapitałami... Ledwie sprawa nasza stanęła na praktycznych i zrozumiałych przesłankach, natychmiast sypnęły się ofiary... Nie jestem upoważniony wymieniać cyfr i nazwisk, ale twierdzić mogę, że idea nasza z dniem każdym staje się ideą wspólną i drogą dla wszystkich ludów Azji. Powodzenie jej jest już przesądzone... w krótszym lub dłuższym ułamku czasu.
Milczeli długo, pogrążeni we własnych myślach. Wagin czuł, że gorycz, którą wzbudziło w nim bezceremonialne rozstrzyganie losów jego ojczyzny, znacznie osłabła. Dowiedział się przecież, że Rosja nie zostanie poza nawiasem wypadków, w pierwszym rzędzie ją właśnie dotyczących. Chociaż od lat młodzieńczych pod wpływem matki rozumiał zacofanie, błędy i zbrodnie swego narodu, a potem od tego narodu wycierpiał tyle męki i upokorzenia, że, zdawało się, mógł już z czystem sumieniem porwać wszystkie więzy z krajem, który w dzieciństwie przyzwyczaił się nazywać imieniem tak każdemu człowiekowi drogim — imieniem „ojczyzny“ — jednak, spostrzegając odcień lekceważenia lub pogardy dla niej, buntował się i uświadamiał sobie, że dojrzewa w nim protest. Wiedział, że był to bezsilny, śmieszny protest, lecz wyzbyć się tych odruchów nie mógł. Tajemnicą osłonięte są bowiem dziwne więzy, łączące człowieka z ziemią jego ojczyzny! Nietylko działają w tym wypadku rzewne wspomnienia dzieciństwa i pierwsze najsilniejsze i najistotniejsze wrażenia. Zapewne można byłoby ustalić nieznane nam dotychczas wpływy jakichś promieni, emanujących z ziemi a wpływających na normalne funkcjonowanie gruczołów i organów wewnętrznych, na indywidualny skład krwi, bo czemże inaczej, jak twierdził znakomity lekarz kolonjalny Bastian, wytłumaczyć się dadzą głębokie zmiany fizjologiczne w przypadkach ostrej nostalgji? Tej strasznej choroby nie spostrzegł w sobie Wagin, bo w jego pamięci żyły jeszcze świeże obrazy niedawnej przeszłości. Nędza ucieczki jego, nikczemność dawnych przyjaciół, żałosny koniec zrozpaczonych, osamotnionych i bezbronnych rodziców, jego własny dramat paryski, przerażający okres ścigania, czajenia się, podstępnych napadów, głodu i strachu, które niejednego doprowadziłyby do obłędu i śmierci, — tego Wagin nie mógł zapomnieć.
— Tak, — myślał, — moja ojczyzna macochą mi była!
Wreszcie Sergjusz wstał i zaczął chodzić po pokoju.
— Jeżeli tak jest, jak słyszałem od pana, gotów jestem pracować nad wykonaniem planu... przekształcenia, wyraźmy to z pewną oględnością, mapy świata — powiedział z uśmiechem.
Wali-chan ujął go za rękę i mocno ją ścisnął.
— To — najważniejsze, resztę załatwi mój przyjaciel, Ti-Fong-Taj. Zaraz sprowadzę go tu! — mówił pułkownik, zdejmując słuchawkę telefonu.
W niespełna półgodziny po tej rozmowie do gabinetu wchodził uśmiechnięty jak zawsze komprador.
— Panowie omówią sprawy materjalne i warunki współpracy z nami pana Wagina, — powiedział Wali-chan, potrząsając dłoń Chińczyka. — Muszę już iść, bo mam dziś jeszcze dwa spotkania.
Pułkownik pożegnał obydwu panów i wyszedł. Rozmowa z Ti-Fong-Tajem przeciągnęła się znacznie dłużej niż przewidywał Sergjusz. Ti-Fong-Tai długo i z najdrobniejszemi szczegółami wtajemniczał nowego współpracownika w plan dostarczenia broni do różnych prowincyj Chin. Wreszcie oznajmił:
— Najtrudniejsze zadanie będzie pan miał w tych okolicach, gdzie utwierdziły się chińskie oddziały komunistyczne, bo my właśnie zamierzamy w pierwszej kolei uzbroić ludność, by sama powstała przeciwko okupującym i pustoszącym całe prowincje komunistom. Rząd nasz zupełnie niesłusznie obawia się tymczasem zatargu z poselstwem rosyjskiem i do walki otwartej z komunistami nie chce przykładać ręki. Pan zrozumie, że w tym wypadku wskazana jest przeto najdalej posunięta ostrożność, bo z naszymi komunistami niema żartów!
— Wszyscy komuniści są jednakowo... energiczni! — uśmiechnął się Sergjusz, myśląc o tem, że niejedną jeszcze sądzono mu przeżyć przygodę i nawet, kto wie... ale nie chciał o tem myśleć.
Omawianie sprawy wynagrodzenia nie zajęło zbyt dużo czasu. Ti-Fong-Tai wymienił tak znaczną sumę, że Wagin nie mógł nawet ukryć swego zdumienia. Komprador, spostrzegłszy to, wyjaśnił:
— Tej części naszego planu nie możemy dać do wykonania Chińczykowi, bo różne wpływy i okoliczności mogłyby wszystko pokrzyżować. Na pana chcemy patrzeć, jak na naszego... powiedzmy... ministra spraw zagranicznych i posła w jednej osobie. Pan będzie musiał każde posunięcie nasze prawnie ugruntować, nadać mu cechy niebudzącej żadnych podejrzeń lojalności, na której opierać się też będą czynniki rządowe i... Japończycy, gdyż oni również w pewnej mierze będą nam pomagali lub też szkodzili.
— Czyż nie istnieją obawy co do zachłanności Japonji i w pewnej chwili odstąpienia jej od wspólnej sprawy? — spytał zdumiony już zupełnie Wagin.
Ti-Fong-Tai przymknął oczy i po chwili namysłu odpowiedział:
— Do pewnego momentu istnieją... Do momentu, aż rządowi tokjoskiemu uda się wyprzeć Rosję z Mandżurji i Mongolji, gdzie jej sąsiedztwo z Chinami nie jest pożądane ani dla Japonji, ani dla nas, no — i dopóki Japonja nie otrzyma kopalni węgla i żelaza, potrzebnych im, jak powietrze. Na tem się skończy ekspansja wyspiarzy, a potem, gdy będą oni już żyli śród nas, przestaną być groźni, bo... nie będą to już Japończycy. Cha-cha-cha! Tyle już ludów i ras wchłonęły w siebie i doszczętnie przetrawiły stare Chiny...
— Kiedy mam się stawić do pracy? — zadał pytanie Sergjusz, podnosząc się z fotela.
— Czy wystarczy panu miesiąc na zlikwidowanie swoich spraw?
— Najzupełniej! — oświadczył Wagin. — Więc za miesiąc rozpocznę swoje urzędowanie, chociaż, mówiąc szczerze, mógłbym to uczynić znacznie wcześniej.
— Ach, to doskonale się składa! — ucieszył się Chińczyk. — W takim razie proponuję panu zrobić wywiad w terenie jego przyszłej pracy. Nie zawadziłoby zwiedzić i rozejrzeć się po Pekinie, Nankingu i Kantonie. Na pierwsze żądanie pana mój plenipotent Nun-Kou zaopatrzy pana w pieniądze, bilety kolejowe i listy polecające.
— Pan pozwoli, że obmyślę sobie program i w najbliższych dniach zgłoszę się do pana Nun-Kou? — powiedział Wagin, zadowolony niezmiernie z możliwości wyrwania się z Szanchaju i oczekującej go podróży po nieznanym kraju.
— Ależ naturalnie, będę panu bardzo wdzięczny!
Ti-Fong-Tai odprowadził gościa do drzwi i pożegnał go uprzejmie.
Nazajutrz Wagin, wyszedłszy z redakcji, zbiegł schodami na podwórze, gdzie rządził Miczurin, i, wziąwszy go nabok, szepnął:
— Za tydzień wystąpię z redakcji „Szun-Pao“. Otrzymałem inne, lepsze stanowisko. Jeżeli chcecie, mógłbym wyrobić wam dobrą posadę. Bylibyśmy w ciągłych rozjazdach po kraju. To ciekawsze, przecież i, dodam — popłatniejsze zajęcie!
Miczurin zbladł i z trwogą, przez którą przeglądała też źle ukryta podejrzliwość, patrzał na Sergjusza. Toczyła się w nim walka, wahał się jeszcze i namyślał. Wreszcie spuścił oczy i mruknął ponuro:
— Dziękuję wam, ale... wolę pozostać tu...
Wagin zrozumiał, co kieruje towarzyszem, więc skinął głową i odpowiedział:
— Jak chcecie! Obawiam się namawiać was, bo mógłbym potem mieć wyrzuty sumienia, a wy — żal do mnie... Niechże tak będzie, jak jest! Proszę was tylko nikomu nie mówić tymczasem, że porzucam redakcję, ale to — zupełnie nikomu! Zapewne też będę zmuszony wynieść się od pani Somowej...
— Wynieść się! — wyrwał się Miczurinowi radosny okrzyk.
Wagin udał, że nie spostrzegł jego radości i z obojętnym wyrazem twarzy, ciągnął spokojnie:
— Nie będzie to już ciosem dla pani domu, bo panna Ludmiła zarabia teraz więcej, nie mają już przytem wydatków na chorego, a co do wolnego pokoju po mnie, to, doprawdy, radziłbym wam zamieszkać w nim!
Miczurin milczał i szeroko rozwartemi oczami patrzał na Sergjusza. Ten klepnął go po ramieniu i jakimś smutnym nagle głosem powiedział:
— Żył niegdyś taki filozof starożytny, który nazywał się Epiktet. Wypowiedział on myśl, która sama już wystarcza, aby tego filozofa umieścić w rzędzie największych mędrców. Otóż powiedział, że człowiekiem kierują nie rzeczy, lecz jego mniemanie o rzeczach, miły mój lejtenancie! Tak to! Odrzućcie więc teraz wszystkie wasze bezpodstawne mniemania, zajrzyjcie w głąb rzeczy, która powinna wami kierować, bo tego pragniecie i — bądźcie szczęśliwi!
Miczurin zupełnie tym samym ruchem, jak wtedy, gdy Wagin oznajmił mu o znalezionej dla niego pracy, porwał go za rękę i przycisnął do ust. Sergjusz z trudem wyrwał swoją dłoń z jego potężnych łap i z jakimś ni to smutkiem, ni to niesmakiem, nic już nie mówiąc, powrócił do swego redakcyjnego pokoju. Tego samego dnia porozumiał się z prezesem Liao-Kaj-Fanem i prosił go o zwolnienie, obiecując, że przez cały tydzień będzie wprowadzał nowego współpracownika w zakres jego czynności. Widząc zakłopotanie prezesa, zaproponował mu, że sam postara się wynaleźć sobie godnego zastępcę. Liao-Kaj-Fan z wdzięcznością przystał na to istotnie najlepsze wyjście z trudnej sytuacji. Nie chcąc przeciągać tej sprawy, Wagin postanowił odnaleźć odpowiedniego kandydata w rosyjskiej kolonji i wprost z biura poszedł do „Wołgi“. Znalazłszy wolne miejsce przy osobnym stoliku, zażądał obiadu. Przybycie jego wywołało w willi Ostapowych prawdziwe poruszenie. Pensjonarjusze jeden po drugim zaglądali do sali. Wreszcie przyszła panna Marta. Usiadła przy stoliku Wagina, zabawiając go wesołą rozmową. Była starannie uczesana, miała na sobie elegancki strój spacerowy i mały kapelusik z opuszczoną na oczy gęstą woalką. Rozmowa jednak urywała się co chwila, słabo przez gościa podtrzymywana.
— Pani, jak sądzę, wybiera się na przechadzkę? — spytał Sergjusz, aby coś powiedzieć.
— Nie! To się nazywa inaczej, — odparła z drażniącym śmiechem, wyzywającym ruchem podnosząc główkę i mrużąc oczy.
Sergjusz nie zrozumiał odpowiedzi, więc spojrzał na nią pytająco.
— Wyznam panu wielką tajemnicę — szepnęła, dotykając go kolanami. — Idę na randkę z kochankiem...
— Hm! Pani wybiera się do kochanka?... — powtórzył Wagin i zaśmiał się szyderczo. — Niedawno słyszałem, że ktoś nazwał panią „niezdobytym szczytem“.
— Dziwi to pana? — szepnęła. — Wy mężczyźni — wszyscy jesteście jednacy. Tak łatwo poddajecie się hipnozie! I wogóle nic nie rozumiecie! Ach, panna Marta Ostapowa, mówią nasi panowie, niebosiężny szczyt, dziewiczym okryty śniegiem, generalska córka, biała lilja!!!
Sergjusz chciał zapewnić ją, że wcale tak nie myślał, gdyż widzi przed sobą jej wszystko już rozumiejące i nietyle śmiałe, ile bezczelne oczy, ale panienka szeptała z coraz większem rozdrażnieniem, chociaż w źrenicach jej ciemnych oczu nie znikały zimne i drapieżne ogniki. Niezawodnie usiłowała ocenić wrażenie, jakie wywierają jej ośmielające zwierzenia i dotyk kolan, których ciepło, siedzący przed nią Sergjusz czuł wyraźnie przez cienką tkaninę.
— A tymczasem jestem przedewszystkiem kobietą dojrzałą, kobieta — z krwi i mięsa!...
— Mówi pani o sobie, jak o tym rostbefie! — zaśmiał się cicho Sergjusz i odsunął od siebie talerz z kawałkiem krwawiącego mięsa. — Tak to się mówi, a w samotności i w tajemnicy przed służbą wróży pani zapewne, stawiając karty na nieznanego wybrańca i małżonka! — Króla pik lub trefl! Znamy się na tych panieńskich sztuczkach!
— A stawiam, żeby pan wiedział! Tylko na króla „coeur“, bo wolę blondynów — odparła, ciężkiem, wyzywającem spojrzeniem ślizgając się po postaci gościa. — Ale czyż kochanek przeszkodzi mi wyjść dobrze zamąż?
— No, to już będzie zależało od sumienia pani i od wymagań przyszłego szczęśliwego małżonka — zaśmiał się Sergjusz, czując już stopę panny Marty na swojej nodze.
— A fe, fe! — parsknęła jak rozjuszona kotka. — Ależ zacofany z pana mamut! Mumja! Okaz paleontologiczny! Żyjemy, chwała Bogu, w dwudziestym wieku, mój panie z okresu jaskiń i kamienia łupanego!
Drugi wąski pantofelek nacisnął stopę Wagina. Zmrużył oczy i, krzywiąc zlekka usta, niby nic nie spostrzegając, powiedział z westchnieniem:
— Ale, ale! Jaka szkoda, że dawny adorator pani — ów niestały zarówno w miłości jak i w swoich poglądach politycznych docent nie jest ani kochankiem, ani mężem pani! Miałbym mu do zaofiarowania doskonałą, jak na nasze warunki, posadę.
Stopki panny Marty w okamgnieniu ześlizgnęły się z trzewików Sergjusza, a z jej twarzy znikł wyzywający i kuszący uśmiech.
— Czy pan mówi to poważnie? — zapytała. — Bo mam kogoś...
— Jaknajpoważniej! — potwierdził Wagin. — Ale uprzedzam, że ów „ktoś“ musi znać dobrze angielski, francuski, niemiecki i rosyjski język i — to jest dopiero minimum wymaganych kwalifikacyj, jeżeli pozatem umie porządnie pisać artykuły — nie zupełnie głupie istotnie...
— Nie — tego on nie potrafi! — przeciągnęła rozczarowana panienka. — Zato ślicznie mówi, odznacza się rasowością i... wogóle jest czarujący, prawdziwy... „grand amant“... ale pan go przecież poznał u nas!
Wagin nie mógł sobie przypomnieć nikogo podobnego do typu opisywanego przez pannę Martę.
— Adwokat Lubicz... — szepnęła zupełnie już cicho, a w jej oczach zjawiły się nagle gorące błyski.
Sergjusz nie był wcale wtajemniczony w sekrety życia pań Ostapowych, więc nie zdradził ani zdziwienia, ani zainteresowania osobą adwokata.
Przez ten czas w pensjonacie „Wołga“ zaszły niespodziewane i nikomu jeszcze nieznane wypadki. Wzdychający do pani generałowej, a raczej do jej rachunku w banku mecenas Lubicz, znudzony przeciągającą się rolą bezinteresownego, wciąż starającego się adoratora, zupełnie przypadkowo zastał pewnego razu w swoim pokoiku na najwyższem piętrze Martę, którą skusił do przyjścia tam piękny wieczór księżycowy, a jeszcze bardziej z niezwykłą siłą wybuchający temperament, nie zaspokojony chociażby jakimś podniecającym flirtem. Od tego czasu widywali się często w niezupełnie dla „generalskiej córki“ odpowiedniem miejscu. Był to mały, przytulnie urządzony gabinecik, pełen różnych cacek, dużych waz „cloisonné“, w których więdły pozbawione słońca wistarje i zimne, niby z wosku ulepione, magnolje. Panował tu zawsze półzmrok, gdyż nie odsłaniano tu nigdy grubych draperyj. Tem ponętniej wyglądała w alkowie szeroka sofa, okryta jedwabną makatą — granatową w żółte smoki, stosy kolorowych poduszek na niej i jakieś dziwne obrazy chińskie na ścianach, wyobrażające kłębowisko nagich ciał w fantastycznych splotach i pozach. Ten przytulny zakątek wynalazła sobie panna Marta w najzwyklejszym domu schadzek pewnej Rosjanki, dawnej lokatorki pensjonatu pani Ostapowej i zarazem swojej przyjaciółki. U niej to właśnie odbywały się spotkania pięknej dziewczyny z Lubiczem — wytwornym i doświadczonym rzeczywiście „grand amant“, który dochodził coraz bardziej do przekonania, że stanowczo za dużo zmarnował czasu i okazji na zbyt opornie postępujące zdobycie serca generałowej. Marta wiedziała o planach mecenasa i o obawach matki, przewidywała nawet, że cała, tak długo ciągnąca się heca skończy się wszakże małżeństwem, ale poniósł ją temperament dwudziestodwuletniej brunetki i znalazła ujście dla niego w obrębie „rodziny“. Tajemnica jaknajgłębsza, dyskrecja gwarantowana, więc wszystko w porządku! Pozatem — très moutarde, jak w kinie, z gęstą woalką na twarzy, tajemniczy dom schadzek i oddana jej powiernica — m-lle Wiera. Gdy ta mieszkała u nich na Bubbling Well, sama Marta własnoręcznie wpuszczała po nocach do pokoiku przyjaciółki bogatych Amerykanów i wyprowadzała ich, mając klucze od drzwi willi i furtki, rozkazując dżentelmenom zdjąć lakierki i stąpać na palcach, aby mama o niczem się nie dowiedziała. Ruda, jak płomień i biała, jak mleko, zielonooka Wiera pałała do smagłej Marty „grzeszną“, jak się wyrażała miłością i wtajemniczała ją w różne „niewinne folies“ — tem przyjemniejsze, że nie pociągały za sobą żadnych przykrych skutków. Wyśmienicie się zabawiały obie „panny“ — niedosiężna, dziewicza — Marta i wyuzdana kokota, zamaskowana absolutnie swoją przyjaźnią z córką „arystokratki“ — niemal że damy dworu cesarskiego. Tak przynajmniej niby w tajemnicy rozpowiadała wszystkim, a pani Ostapowa, posiadająca o tem ścisłe informacje, nie usiłowała sprostować nieścisłości. Przecież ploteczki tego rodzaju dodawały splendoru jej i pensjonatowi „Wołga“. Czegóż się nie robi dla reklamy i interesu? Co zaś do rudej Wiery, to płomiennie rozkochana w Marcie i oddana generałowej, w stosunkach z przekradającymi się do jej pokoju mężczyznami, porywając ich temperamentem, w gruncie rzeczy była zimna, jak lód, wyrachowana i wymagająca — zupełnie wyjątkowy okaz wśród kobiet podobnych zawodów! Skąpa, przewidująca i ostrożna, szybko uciułała sobie wcale pokaźny kapitalik i, porzuciwszy tę dziedzinę profesji, która wymagała od niej eksploatowania własnych walorów i sztuki kapłanki miłości, Wiera założyła własny „interes“ — dom schadzek w jednej z bocznic, wychodzących na Creek. Na mosiężnej tabliczce, umieszczonej na drzwiach jej mieszkanka, widniały tylko dwa słowa „M-lle Vera“. Słowa te jednak były wymowne i każdy elegancki „dżentelmen“ (co w Szanchaju było synonimem zamożności) wiedział, że może śmiało kołatać do tych drzwi o dowolnej godzinie dnia i nocy. M-lle Vera telefonicznie lub przez milczącą zawsze Chinkę organizowała przypadkowe five o clock‘i, kolacyjki, partyjki w bridża, zabawę w hazardowy fan-tan, dancingi... a nie jej to już była wina, że nie mogła wiedzieć, co robią mili goście, rozpraszając się po przytulnych gabinecikach, gdzie w lecie wirowały elektryczne wachlarze, a w zimie usposabiały do marzeń i słodkich porywów kominki elektryczne.
— Czy nie zna pani kogoś śród emigrantów, odpowiedniego do zajęcia tej posady? — spytał wreszcie suchym głosem Wagin, bo brutalną i wstrętną wydała mu się ta piękna, a tak bardzo cyniczna dziewczyna.
— Nie, carobójco, nie znam! — syknęła złośliwie, wyczuwszy odrazu jego antypatję do siebie.
— Cha-cha-cha! — zaśmiał się mimowoli Sergjusz. — Kto panią tak fałszywie poinformował?
— Ten, kto pana dobrze zna! — odpowiedziała, grożąc mu palcem.
— Niech mu pani powie, że jest głupi!
— Nie powiem, bo on już... — gwizdnęła cicho, wskazując palcem na ziemię.
— Umarł?
— Pozwolił sobie na ten zbytek — kiwnęła główką. — Ale mnie pan nie nabije w butelkę! O nie! Wiem, że nieboszczyk rotmistrz mówił prawdę!
— Skądżeż znów takie przeświadczenie? — spytał Wagin, mrużąc oczy.
— Skąd? Stąd, mój panie, że w panu zakochała się ta zakonnica, ta ryba, — Ludmiła! Ona może zakochać się tylko w jakimś mordercy lub w Antychryście, bo sama jest cicha, skromna, świętoszka, beznadziejnie przybita do ziemi, a marząca o zaświatach... Kobiety tego rodzaju kochają się w antytezie swego ideału... Ludmiła pana kocha, więc jesteś pan tym właśnie Waginem — carobójcą!
— Ta-ak! — zaśmiał się Sergjusz. — Spostrzeżenie co do uczucia panny Ludmiły dla mnie jest również wnikliwe, jak dowód mojej zbrodni! Winszuję pani niezmiernie udanego syllogizmu! No, a teraz życzę pani udanej wyprawy pod znakiem Amora, bo muszę już panią pożegnać.
Skinął na kelnerkę i, zapłaciwszy za obiad, wstał.
— Szkoda, szkoda, — szepnęła Marta, — jesteśmy stworzeni dla siebie — dwaj drapieżce!
— Przeraża mnie pani — wybuchnął serdecznym śmiechem Sergjusz. — Przez cały czas myślałem, że pani gwałtownie dąży do tego, by stać się ofiarą drapieżcy — i w tem był nawet pewien urok bezpośredniości i szczerego, żywiołowego temperamentu. A tu raptem dowiaduję się, że pani uważa się za — drapieżną! Czemże, ściśle mówiąc, jest pani — wilczycą, panterą? To — straszne i niebezpieczne kochanki!
— Orlica w połączeniu z tygrysicą — rzuciła z wyzywającym śmiechem.
— Potwór mitologiczny! — Bogowie, chrońcie mnie! — parsknął śmiechem i, ukłoniwszy się, poszedł do sieni.
Marta patrzyła w ślad za nim i, nagle zagryzłszy wargi, syknęła jakieś przekleństwo.
Tak ją podrażnił i wprowadził w zły humor, że szybko wbiegła na trzecie piętro, aby uprzedzić Lubicza, że nie pójdzie dziś do Wiery.
— Co się stało, uwielbiana moja? — spytał mecenas, wciągając ją do pokoju i zamykając drzwi na klucz. Począł okrywać pocałunkami jej twarz, szyję i piersi, wprawnemi ruchami rozpinając żakiecik i bluzkę.
— Co robisz, szalony? — broniła się. — Mama...
— Mama śpi po obiedzie — szeptał, pieszcząc jej obnażone ramię.
— Warjat... kochany... ty... ty... jedyny... najjedyńszy! — odpowiadała mu już nieprzytomnie, oplatając go ramionami i wpijając się w jego usta zimnemi wargami.
Wtem rozległo się łomotanie do drzwi i brzydko w tej chwili brzmiący głos pani Ostapowej:
— Otwierać!... Natychmiast, bo w przeciwnym razie zawołam na służbę...
Nie było rady. Drzwi się niebawem otwarły i generałowa wpadła do pokoju oszołomionego „Gregoir‘a“. Był tak zmieszany, że zapomniał przygładzić mocno zwichrzone włosy i nie wyprostował krawatu. Marta spokojna, zapięta już starannie, siedziała na krzesełku i z obojętną miną przeglądała jakieś pismo. Bystre oczy właścicielki pensjonatu dojrzały jednak zmiętą poduszkę, zsunięty koc na łóżku adwokata i wyzierający spod materaca haftowany rąbek dessous koloru róż herbacianych.
— Nawet bieliznę dobiera do koloru włosów i ciała — mignęła jej zazdrosna myśl. — Niegodziwa! Rozpustnica! Podła!
Teraz pani Ostapowa zaczęła komenderować poswojemu, czyniąc to zapewne energiczniej i bardziej stanowczo niż kiedykolwiek umiał to robić ś. p. nieboszczyk generał.
— Marta, pójdziesz do swego pokoju, a zabierz... to tam! — oczami wskazała na barwną szmatkę. — No, teraz marsz! A co do pana, panie Lubicz, to chyba nie będę miała sprzeciwu z pańskiej strony? Za godzinę pana już tu nie będzie... W przeciwnym razie zapowiadam, że jutro obudzi się pan w więzieniu... Jak wojna — to wojna! Stary lowelas... kanalja!...
Pani Ostapowa zapomniała zupełnie o dobrych manjerach i przyjęciach „na dworze jego cesarskiej mości“ i wybuchnęła takiemi wyzwiskami i obelgami, że gdyby ktoś, oprócz zupełnie zdruzgotanego Lubicza, mógł ją słyszeć w tej chwili i zobaczyć, zdumiałby się, ujrzawszy pospolitą, rozwrzeszczaną kucharkę. Ten wybuch drogo jednak kosztował generałową. Zasłabła nagle i oparła się głową o framugę drzwi. Przerażony mecenas natychmiast pośpieszył jej z pomocą, jednak pani Ostapowa, zebrawszy resztki sił, odtrąciła ramię zdrajcy i, wyrzęziwszy zbielałemi wargami — „precz“, chwiejnym krokiem, trzymając się ściany, schodzić poczęła ze schodów. Na ostatnim stopniu potknęła się i całym ciężarem ciała runęła na podłogę, uderzając głową o żelazną barjerę poręczy. Z kuchni wybiegła służba i przeniosła zemdloną generałową do jej pokoju.
Sergjusz Wagin nie podejrzewał nawet, że stał się przyczyną klęski dla całego domu Ostapowych i ludzi, tak lub inaczej z nimi związanych. Nieraz tak się zdarza, że naturalny odruch jednego człowieka popycha ku zgubie kilku innych. Tak też stało się w tym wypadku. Wagin nie odpowiedział na nagły wybuch temperamentu panny Marty, która zraziła go swoim cynizmem, i to właśnie spowodowało nieobliczalne konsekwencje, których biegu nikt już zmienić nie mógł. Sam Wagin o przebiegu ich dowiedział się znacznie później, gdy po kilku wyjazdach z Szanchaju na krótko powracał do miasta i przypadkowo tylko spotykał dawnych przyjaciół i znajomych. Mógłby o tem zapewne wcześniej posłyszeć, gdyby odwiedzał domek pani Somowej, lecz nie robił tego umyślnie, nie chcąc podsycać niepokoju i zazdrości Miczurina i nawiązywać znowu tej dziwnej nici, która tak nagle przeciągnęła się pomiędzy jego światem wewnętrznym a Ludmiłą. Zresztą, gdyby nawet wiedział, jakie wypadki zaszły w pensjonacie „ Wołga“, nigdyby nie podejrzewał o istnieniu jakiegokolwiek, najluźniejszego bodaj związku pomiędzy swoją ostatnią wizytą w willi na Bubbling-Well a katastrofą w rodzinie pani Ostapowej.
Wydarzyła się tam tymczasem prawdziwa katastrofa! Pani Ostapowa po kilku dniach ciężkiej choroby, spowodowanej upadkiem i rozbiciem sobie głowy, zaczęła po dawnemu rządzić „Wołgą“. O tem słyszał już coś Wagin, pracując Ostatnie dni w redakcji „Szun-Pao“, gdy to musiał być instruktorem swego zastępcy — młodego Holendra, za trzykrotnie wyższe od pobieranego przez Sergjusza honorarjum zaproszonego przez koncern pana Liao-Kaj-Fana. Obiła się nawet o jego uszy wiadomość, intrygująca koła emigranckie, że mecenas Lubicz wyprowadził się z pensjonatu generałowej i że od kilku dni panny Marty nikt nigdzie nie widział, chociaż zwykle pełno jej było na dancingach, koncertach przyjezdnych artystów, balach dobroczynnych, na korso, urządzanych w parku na Bundzie, i „garden party“ w ogrodzie dawnego konsulatu rosyjskiego, nie mówiąc już o obiadach i zebraniach na Bubbling-Well, gdzie wszyscy podziwiali jej bujną, płomienną urodę i wyniosłe, dumne zachowanie „niezdobytej wyżyny“, jak ktoś dowcipnie i złośliwie przezwał czarnowłosą i czarnooką pannę Martę. Te dwie nowiny wywołały szereg domysłów, wiązano je nawet ze sobą w różnych kombinacjach możliwych i fantastycznych, lecz, jak się później okazało, nieodpowiadających rzeczywistości. Pani Ostapowa, mimo, że z dawnym taktem i energją prowadziła swoje przedsiębiorstwo, coraz częściej zapadała na zdrowiu. Chwilami ogarniało ją straszliwe, przerażające zobojętnienie — był to zapewne skutek upadku, albo też bardziej głęboka, intymna, dla wszystkich ukryta przyczyna. Zdruzgotało ją, być może, przekonanie, że ten, kto w tak cudowny i słodki sposób powołał ją na nowo do życia kobiety kochanej i uwielbianej, zdradził ją i porzucił dla przystojniejszej i, co szczególnie ją bolało, — dla młodszej. W chwili świadomości, że Lubicz uważa ją za starą, czuła, że życie uchodzi z niej jakiemiś niewidzialnemi porami, że dusza została złamana i że zgasła w niej wszelka chęć do życia. W innym znów czasie dostawała ataku szału, a wtedy służba drżała, chodziła na palcach, a nawet w sali jadalnej i w salonie z werandą, chociaż nic tam o stanie pani domu nie wiedziano, goście wpadali w ponure milczenie lub przyciszonemi głosami prowadzili niewesołe rozmowy. W takich chwilach generałowa, zupełnie już nie panując nad sobą, drapała sobie ręce i twarz, brutalnie wyrzucała z pokoju pokojówkę, gdy ta coś upuściła na ziemię, a pewnego razu zrobiła nawet gwałtowną burdę jednej z lokatorek, gdy zaś ta zaprotestowała, wczepiła się jej we włosy i, poturbowawszy, wymówiła jej mieszkanie. Pokrzywdzona z płaczem wpadła do salonu, gdzie kilku panów grało w karty, i poskarżyła się na niedopuszczalne traktowanie lokatorów przez właścicielkę pensjonatu. Wybuchnął pierwszy w „Wołdze“ skandal wewnętrzny. Za lokatorką — starą panną, otrzymującą regularnie kilkanaście dolarów od brata, pracującego na kolei w Kalifornji, ujęli się inni mieszkańcy i stołownicy. W pensjonacie zwolniły się odrazu trzy pokoje, a i publiczność, zbierająca się w jadłodajni, przerzedziła się znacznie, bo w tym czasie właśnie jakiś Ormianin z Rosji założył nowy bar a przy nim kilka pokoików umeblowanych. Jak to zawsze bywa na początku, w barze dobrze karmiono, znacznie lepiej niż u pani Ostapowej, do lokatorów zaś odnoszono się z uprzedzającą grzecznością... reklamową.
Poza ściany pokojów generałowej i Marty nie wyszła jednak największa tajemnica domu. Pani Ostapowa trzymała córkę pod kluczem. Dlaczego to robiła? Obawiała się, że Marta pójdzie za niewiernym Lubiczem? Miała jeszcze, może, nadzieję, że mecenas powróci i będzie na kolanach błagał generałową o przebaczenie? Nie wiadomo, co powodowało obrażoną w najlepszych swych uczuciach i zawiedzioną w nadziejach panią Ostapową. Fakt — faktem, że postąpiła „po generalsku“, niebywale stanowczo, zamknąwszy córkę w jej pokoju i oddawszy nadzór nad nią starej rezydentce, pomagającej pani domu w gospodarstwie i we wszystko prawie wtajemniczonej. Pewnego razu podczas kolejnego ataku szału pani Ostapowej, owa dozorczyni — niejaka pani Wichlajewa — przyniosła Marcie list od matki. Generałowa pisała, że sporządziła już testament, którym cały kapitał zapisuje na rzecz cerkwi prawosławnej w Szanchaju, córce zaś i oddanej sobie Zenajdzie Wichlajewej pozostawia po swoim zgonie „Wołgę“. W dopisku stało, że spodziewa się już rychłej śmierci i przysięga, że, zanim na zawsze nie zamknie oczu, córki spod klucza nie wypuści! Panna Marta zrozumiała, że matka wpadła w obłęd, a, nie dowierzając jej zapowiedzi rychłego końca żywota, postanowiła działać. Tego samego dnia jeszcze miała długą rozmowę z Wichlajewą i, na piśmie ustąpiwszy jej część swego spadku po matce, uciekła z domu. Siedząc w zamknięciu miała czas obmyśleć wszystko dokładnie. Z Bubbling-Well przyjechała wprost do m-lle Wiery i opowiedziała jej o wszystkiem.
— Wydaje mi się — mówiła do przyjaciółki, — że moja matka skończy źle i to już niedługo. Przyjm mnie do spółki w twojem przedsiębiorstwie, Wiero! Wejdę do niego z tym kapitalikiem, który otrzymam po sprzedaniu swojej części „Wołgi“, no i z dobrze się rentującą, rozreklamowaną „cnotliwą pięknością“ demi-vierge‘y. Pamiętasz, jakie kokosy robiła na tem ta „niewinna“ Angielka — miss Maud?
Wiera, znawczyni swego fachu i „rynku“, należycie oceniała możliwe korzyści, płynące z podobnej spółki, i po chwili już, obie przyjaciółki gorącemi, zbyt nawet gorącemi pocałunkami i objęciami przypieczętowały umowę. Istotnie — w dwa dni potem, na mosiężnej tabliczce tajemniczego gniazdka m-lle Wiery zostało dodane „et miss Marth“, bo to brzmiało dźwięczniej i bardziej z angielska, niż zwykła Marta. Wkrótce potem wybuchnął drugi skandal w „Wołdze“, gdy po kątach publiczność uśmiechała się dwuznacznie i z obleśnemi minami pytała pani generałowej o „cudną pannę Martę, do której wszyscy się stęsknili“.
— Moja córka zachorowała, wysłałam ją w góry — oschle i krótko przerywała dalsze pytania pani Ostapowa.
— Hm... hm... — mrużąc oczy, mruczał jakiś młodzieniec do sąsiada przy stole. — Te „góry“ koło Creek‘u wyjdą napewno na zdrowie pannie Marcie... Na własne oczy widziałem ją z tą rudą Wierą, jadącą autem z Amerykanami do pagody za miastem. Fju-fju-fju! Jak była ubrana! Kokota najwyższej rangi...
Wiedziała też o tem i pani Ostapowa. Zrobiła nawet wysiłek, prawie heroiczny przy jej pogarszającym się z każdym dniem stanie zdrowia. Zawlokła się na cichą uliczkę Ku-Fu-Long i zadzwoniła do domu, gdzie na drzwiach niby wyrzut sumienia, niby godło hańby arogancko połyskiwała tabliczka: „M-lle Vera et miss Marth“. Skierował ją tam anonimowy list. Tyle zgromadziło się na świecie nikczemności najpodlejszej, że bryznęła ona i na umierającą generałową ni to błoto spod kół samochodu. Panią Ostapową wpuszczono do saloniku z wiszącemi na ścianach portretami znanych w Szanchaju pięknych i „najdroższych“ kobiet. Wiera wyszła do niej w jedwabnym kimono, trochę jeszcze nietrzeźwa, bo w jej „gniazdku“ do białego dnia... tańczyli tej nocy, grali w karty, pili i łajdaczyli się przybyli z Tientsinu oficerowie marynarki angielskiej i francuskiej. Generałowa bez żadnego powitania i dyplomatycznego wstępu jazgotliwym głosem zwymyślała ją od „brudnych rajfurek“ i miała zamiar popsuć m-lle Wierze jej misterną, zabezpieczoną cieniutką siateczką fryzurę, lecz ta, dobrze znając generałową (mieszkała przecież u niej przez całe trzy lata), nie czekała na rękoczyny, tylko, zręcznie wykręciwszy jej ramię systemem jiu-jitsu, bez ceremonji wypchnęła z pokoju. Pani generałowa po raz pierwszy od śmierci męża zapłakała, wydając cienki, niezwykle żałosny jęk. Bez słowa już, przybita do ziemi i pokorna, wyszła na ulicę, gdzie, stąpnąwszy kilka kroków, zemdlała. Wichlajewa z trudem odnalazła ją tego samego dnia w szpitalu miejskim, tuż na Creek‘u, i przewiozła do domu. Wezwany lekarz kiwał tylko głową i mruczał:
— Nic nie rozumiem... Chyba jakiś wstrząs nerwowy... Walerjana... Trochę ekstraktu koli. Stan nieokreślony... Należy czekać i obserwować...
Lekarz — stary Niemiec — Fryderyk Szulc mógł dawać takie rady, lecz życie nie chciało czekać na panią generałową. W tym samym czasie spadł na nią jeszcze jeden, tym razem — ostatni cios. Gdy jeszcze z trudem mogła chodzić, z wielkim wysiłkiem doglądając porządków w kuchni, pokojach i „salonach“ na parterze, nagle otrzymała wezwanie do wydziału śledczego przy „British Jail“. Pojechała do więzienia angielskiego razem z Zenajdą Wichlajewą, gdyż sama bała się wyjść z domu. Przez całą drogę myślała o Grzegorzu Lubiczu. Tak przydałby się jej teraz, zastąpiłby ją w śledztwie i obronił, jeżeli coś jej grozi, ale coby mogło grozić? Może zaskarżyła ją poturbowana stara pannica — ta idjotka? Dlaczegóż jednak miałby się mieszać w to sędzia angielski? Na chwilę zdjął ją strach, że może coś nabroiła ta rajfurka „Wierka“, u której mieszka jej... jej córka?
— Mój Boże, naco mi takie życie? — myślała, zaciskając zimne palce i wzdrygając się cała, bo silny tego dnia dął wiatr od oceanu. Niebo pożółkło, jak to zawsze bywa, gdy na Pacifiku zbiera się na tajfun.
Mr. John Brown — sędzia jego królewskiej i cesarskiej mości — przyjął panią Ostapową z zimną i sztywną uprzejmością i dopiero przy zapisywaniu personalji, posłyszawszy, że stojąca przed nim blada, drżąca od wewnętrznego zimna „lady“ jest wdową po generale, kazał boyowi podać jej krzesło. Sędzia jął wypytywać panią Ostapową o byłego rosyjskiego adwokata... Lubicza, o jego życie w „Wołdze“, o moralność i o ludzi, z którymi podtrzymywał stosunki.
Generałowa zeznawała rzeczowo i ściśle, wyrażając jaknajlepszą opinję o człowieku, którego w tajemnicy przed wszystkimi tak niedawno jeszcze nazywała „swoim Gregoire‘-em“.
— Inteligentny, prawdziwy dżentelmen, wykształcony, uczciwy, sumienny, ascetycznie wstrzemięźliwy, moralny, obracał się w najlepszem towarzystwie — padały przekonywujące, chwilami nawet gorące słowa.
— To dziwne, to — bardzo dziwne! — niedowierzająco wzruszał ramionami mr. Brown. — Policja przedstawiła mi obciążające pana Lubicza dowody z okresu, gdy mieszkał jeszcze u pani. Naprzykład, zagadkowe przedostanie się jego do opieczętowanego pokoju fałszerza banknotów, sprawy z podstawionymi świadkami...
Pani Ostapowej wydało się, że w piersi jej gromadzić się poczęły zwały lodu. Dygotała z zimna i z trudem łapała powietrze blademi ustami.
— Czy pan sędzia oskarża o coś pana Lubicza? — rzuciła wreszcie pytanie, słysząc jak szczękają jej zęby. Z przerażeniem niby w straszną zjawę wpatrywała się w mętne, zimne oczy sędziego.
Ten uśmiechnął się blado i odpowiedział:
— Tak jest! Lubicz został uwięziony za sfałszowanie testamentu obywatela brytyjskiego!
Odpowiedziawszy na kilka jeszcze pytań, generałowa wyszła z gabinetu sędziego i z pomocą swojej towarzyszki wsiadła do dorożki. Jechała, nie odzywając się ani słowem. W jej duszy, która nagle się załamała pod ciężarem spadających na nią ciosów, wyła rozpacz:
— Wszystko dokoła mnie rozpada się... ginie... Nicość... nicość... Jestem strasznie samotna, strasznie opuszczona!...
Z podsiniałych jej oczu popłynęły ciurkiem łzy. Drugi to i ostatni raz zapłakała generałowa od chwili, gdy na cmentarzu prawosławnym przed laty opuszczono do dołu trumnę ze zwłokami męża, którego też zabiły troski. Pani Ostapowa, położywszy się do łóżka, nie podniosła się już więcej. Czując, że zaczyna się konanie, posłała Wichlajewą po córkę. Nie wiadomo, czy Marta odmówiła pogodzenia się z umierającą matką, czy też przebiegła powiernica, obawiając się zmiany ostatniej woli dobrodziejki, nie powiadomiła Marty o życzeniu generałowej. Majestatyczna, wyniosła i energiczna pani Ostapowa — relikt dobrych, starych czasów, śmieszny już, niepotrzebny anachronizm, na zawsze zamknęła oczy, nie ujrzawszy już córki. W „Wołdze“ rozgospodarowała się natychmiast pani Zenajda Wichlajewa, przezwana „starą wydrą“. M-lle Vera, po załatwieniu przez Martę formalności spadkowych, wynajęła mały pałacyk na wybrzeżu Creeku i zaczęła robić szaloną konkurencję innym zakładom tego rodzaju. Zawdzięczała to wyłącznie Marcie. Ona to — „niewinna Messalina“, jak nazywała ją złota młodzież cudzoziemskiego Szanchaju, panowała tam niepodzielnie i władczo. Dla niej rujnowali się bankierzy, magnaci eksportowi, kompradorowie, prezesi banków, do niej — zawsze „niedostępnej i niezdobytej wyżyny“ — wzdychali młodzi Anglicy i Amerykanie, marząc o niej beznadziejnie. Chodziły pogłoski o jej perwersyjnem wyuzdaniu, okrucieństwie i chciwości, ale nigdy nie wymawiano nazwiska tego, kto ją zdobył, jako kobietę i kochankę. Takiego zdobywcy istotnie nie było na bruku „wielkiej, zbrodniczej Babilonji“. Miss Marth — fizycznie dziewicza, a do rdzenia duszy rozpustna i wyrafinowana — wyzyskiwała najbogatszych mężczyzn złudą uległości przed ich błaganiami, miłością i żądzą, lecz pozostawała niezmiennie „niewinną Messaliną“, umiejącą szaleć i doprowadzać do szału, coraz to nowe ofiary wciągając w swoje sieci.
— Nie przeholuj tylko, najdroższa! — pewnego razu ostrzegała rozkochana w niej Wiera, okrywając jej nogi obłędnemi pocałunkami, gdy Marta, wyszedłszy z wanny, rozcierała sobie wspaniałe, smagłe ciało, szorstkim ręcznikiem. — Mężczyźni mają granice cierpliwości...
Marta śmiała się cicho, poddając się szalonym pieszczotom przyjaciółki i lubieżnie się prężąc.
Pewnego razu w dziennikach szanchajskich pojawiły się sprawozdania z zakończonego procesu rosyjskiego adwokata Lubicza w „British Court“. Z toku śledztwa wynikło, że przedsiębiorczy prawnik nietylko sfałszował testament niejakiego Springfildsa, naczelnego dyrektora fabryk tkackich, ale brał również udział w jaknajszybszem zrealizowaniu zapisu. W tym celu, jak dowiodła sekcja zwłok Anglika, autorowi testamentu dana została jakaś nieokreślona ściśle trucizna. Wyrok sądu brytyjskiego dla bezbronnego „obywatela bez ojczyzny“ wypadł wyjątkowo surowo. Więzienie dożywotnie, na które został skazany wytworny, elokwentny „grand amant“, obrane zostało gdzieś w dalekiej kolonji. Na tem urwały się wszelkie wiadomości o Grzegorzu Lubiczu, bo chyba nie sądzonem mu już było powrócić z więzienia na jakiejś tam z trudem na mapie odnajdywanej wyspie. Pozostał po nim posmak skandalu — tym razem zdawało się ostatniego, związanego z willą na Bubbling-Well, gdzie jeszcze tak niedawno z ożywieniem rozprawiano o rychłem upadku bolszewizmu, o groźnych przepowiedniach natchnionego autora Apokalipsy i o przyjęciach na dworze cara, gdzie, jak można było domyślać się z niedbale rzucanych szczególików, Marja Piotrowna Ostapowa miała odgrywać niepoślednią rolę. Nazwisko Ostapowych znalazło się niebawem niemal na jednym szczeblu z nazwiskiem dynastji Romanowych, gdyż oba znikły w nurcie zapomnienia. Przeżytki, historyczne detale, prawie — legenda! Mogłaby o niem tylko przypomnieć jedna tylko Marta — grzeszna, zuchwała latorośl rodziny Ostapowych, lecz i o niej zapomniano wkrótce. Nikt z nią nie miał żadnej styczności. Zresztą, gdy przypadkowo opowiadano sobie plotki z osobliwego światka na Suczou-Creek‘u, mówiono nie o Marcie Ostapowej, lecz tylko o Miss Marth, bardzo zresztą znanej i popularnej w najwyższych, a więc mało dostępnych kołach.
Epilogu skandalu z Lubiczem generałowa nie doczekała się już, na szczęście. Nie zraniłaby jej śmiertelnie sama treść zbrodni adwokata, ale za to zgnębiłaby ją ostatecznie myśl, że ona — szanowana i wynoszona na szczyt dobrego tonu, „prawdziwa“ dama „prawdziwego“ wielkiego świata (biedaczka a biegiem czasu sama w to święcie uwierzyła), przedstawicielka świetności Rosji carskiej — omal że nie rzuciła się w objęcia człowieka, którego poddano chłoście, po ogoleniu wspaniałej, artystycznej czupryny przebrano w pasiaste, aresztanckie portki i strącono na dno „steamer-jail‘u“, wiozącego go na dozgonną poniewierkę. O wypadku z Lubiczem Wagin dowiedział się z gazet w Nankingu, ale, raz tylko widząc tego rodaka, nie przypominał sobie ani jego wyglądu, ani nawet tego, że o nim właśnie rozmawiał z Martą wtedy, gdy to o niczem nie wiedząc, rzucił siew rujnującej katastrofy w willi na Bubbling-Well.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.