Szanchaj/Tom II/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor F. Antoni Ossendowski
Tytuł Szanchaj
Data wydania 1937
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia P. Mitręgi
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ IV.
MIASTO MĘŻCZYZN.

Już słońce kryć się poczynało za dalekim horyzontem. Jego czerwone promienie w strugę gęstej krwi zmieniły mętną wstęgę rzeki. Rybitwy szybowały nad wodą, wymachując zaróżowionemi skrzydłami, wpadały do nurtu i odlatywały unosząc zdobycz. Na ich miejsce przybywały inne i, walcząc z wichrem, jęczały drapieżnie, wpatrując się w mknącą zwarę, całą w pianie, wirach i syczących lejach. Statek, lawirując wśród licznych w tem miejscu wysepek, okrytych lasem lub wysokiemi trzcinami, spotykał ciężko naładowane dżonki żaglowe, o wysoko podniesionych rufach i płaskich dziobach. Wiozły one ryż, proso, pszenicę, herbatę i towary z uprzemysłowionych i niedawno jeszcze przysłowiowo bogatych miast, leżących tuż obok siebie nad Jangtse. Hanjang, Hańkou i Wuczang na tych krypach posyłały eksporterom na Wusungu swoje słynne na cały świat wyroby i najwyższe gatunki herbaty dla Rosji i Anglji. Na końcach masztów, łopocząc, miotały się na wietrze i głośno furkotały barwne papierowe smoki i trójkątne banderki z hieroglifami właścicieli. Fałdziste, czerwone lub żółte żagle prężyły się na grubych rejach bambusowych i dudniły, chwytając wiatr. Na wysokiej rufie przy radle rzeźbionego i w jaskrawe pasy pomalowanego steru siedział sztywny szyper, zapatrzony w dym tlejącej fajki o długim cybuchu. Chociaż czerwień zachodzącego słońca dobrze jeszcze rozświetlała łożysko rzeki, na dziobie zapalono już białą latarnię, wiszącą na wysokim słupku. Dżonki, przepływając obok burty statku, jakgdyby witały go poświstem i poszumem wiatru wśród lin i graniem przetłuszczonych żagli. Czasem tylko z pokładu jakiś majtek, niewidzialny wśród skrzyń, koszów i baryłek, rzucał krótki, chrapliwy okrzyk.
Z lewego brzegu aż do samej wody zbiegać zaczęły coraz częstsze pagórki, pocięte głębokiemi wąwozami. Tam i sam widniały prawie czarne, małe gaje grabowe — zwykła oznaka cmentarzy. Wreszcie statek stanął wpobliżu brzegu i mocno się zakotwiczył. Na maszcie i na rufie majtek pokładowy zapalił białe latarnie; na burtach rozbłysły, odbijając się w wodzie, zielone i czerwone znaki ostrzegawcze. Zmrok zapadł i zaległa cisza, przerywana zrzadka głośniejszym pluskiem fali, głuchem uderzeniem płynącego drzewa o żelazny kadłub statku i dalekiemi pokrzykami rybitw. Podpłynęła łódka z Chińczykiem na wiośle rufowem. O coś zapytał i natychmiast odbił od burty, posłyszawszy krótką odpowiedź Hung-Wu. Noc mijała powoli. Umilkły ptaki. Zgrzytał o poszycie statku unoszony prądem piasek i szeleściały gałęzie płynących krzaków, czepiając się dziobu i kół.
O świcie Wagin z Hung-Wu, przebranym w jakieś łachmany, odpłynęli do brzegu. Długo szli potem krętym, głębokim wąwozem, gdzie biegł potoczek, warcząc i dzwoniąc po kamieniach. Na wilgotnej ziemi widniały ślady ludzkie. W jednem miejscu, na piargu leżało rzucone pudełko od zapałek. Żaden jednak dźwięk nie zdradzał obecności człowieka do czasu aż z poza załamania wąwozu wyszło trzech Chińczyków. Jakieś dziwne postacie, owinięte w stare, brudne worki konopne, z szmatami na głowach i stopach. Wychudzone twarze, płonące oczy i ziemista skóra, zdawało się, krzyczały o nędzy i głodzie. Podejrzliwie, a jednocześnie z nadzieją przyglądali się cudzoziemcowi, a na skinienie Hung-Wu poszli przed nimi, wskazując drogę. Wąwóz rozgałęział się nagle, tworząc całą sieć węższych i jeszcze bardziej zawiłych jarów i rozłóg. W tem właśnie miejscu, zdala od większych miast i osad, prawie niewidzialne dla niewprawnego oka powstało ludne miasto. Miasto nędzy, ohydy, obłędnej, rozpaczliwej rozpusty i śmierci... Ostatnia próba ratunku, prawie beznadziejna, tragiczna bezmiernie. W żółtej, miękkiej ziemi, przez wichury przyniesionej tu niegdyś z pustyni, ukryły się tysiące bezdomnych, nikomu niepotrzebnych skazańców. Zgrubiałemi, drżącemi z wyczerpania, skostniałemi z zimna rękami, zdzierając skórę z palców i odrywając paznogcie, ci nędzarze, zbiegowie przed śmiercią, ryli sobie schrony podziemne, do grobów podobne. Tysiące ich powstało w ciągu kilku dni, a w następnych powiązano je i połączono siecią przejść, przełazów i szczelin ogromnego kretowiska. Wodą skropiono sklepienie i ściany, rękami i drzazgami wypolerowano te nory, aż się zcementowała żółta, lepka ziemia i połysku marmuru nabrały te barłogi ludzkie.
Płonie, podsycane suchemi trzcinami i odłamkami gałęzi ognisko, rzucając czerwone, ponure światło dokoła. Tam na kupie rupieci, sen litościwy ukoił łachman ludzki, co chrapie, niepomny już nędzy minionego dnia; obok, w takiej samej norze — ludzie, pochyleni nad blaszanym kociołkiem, laseczkami i palcami coś wyciągają z niego i jedzą, żując w skupieniu starannie, powolnie, by przedłużyć radość oszukańczego i krótkiego nasycenia; tu znów — ktoś omotany szmatami wydał ostatni w życiu jęk, drgnął i zesztywniał... Wielkie jest jednak to kretowisko i ileż w niem ukrywa się różnych ludzi, a z nimi razem ileż ludzkich namiętności, pomysłów i udręk?! Szczególnie w nocy... Jakżeż dziwnie i strasznie pod temi wysmyganemi sklepieniami, co przytłaczają wszystko swym ciężarem i mętnym połyskiem, brzmią pocałunki, słowa zazdrości, obietnic i groźby, a potem — odgłosy bitwy zaciekłej i okrutnej, walki mężczyzn o mężczyznę. Tam i sam w miejscach najtajniejszych unosi się gorzko-słodkawy zapach dymu opjumowego — zamierające echa przeszłości, ostatniej ucieczki i radości; w innym znów zakątku rozlega się zgrzyt zębów i urywany, groźny oddech graczy, stawiających na kartę wszystko — do ostatniego łachmana, a nawet siebie samych. Po nocach również, gdzieś w obszerniejszej norze gromadka mieszkańców straszliwej osady podziemnej rozważa i przygotowuje jakiś plan zuchwały i zbrodniczy. Mroczny obraz życia ludzkiego, co, jak iskra w mętnem, zniszczonem zwierciadle, odbija się i przełamuje w bagnie tego kreciego, ohydnego istnienia. Dokoła czarnych szczelin zarażają powietrze kupy nieczystości, cuchnące kałem i zgnilizną odpadków. Śmigają tu myszy i gryzą się o resztki jadła szczury rude, głodne.
Straszne są noce w kretowisku „miasta mężczyzn“. Czyjeś oko, wszystko widzące, czyjeś ucho, pochwytujące każdy szmer, czyjaś dłoń, nieznająca miłosierdzia, czuwają tam i działają przez całą noc — od pierwszych chwil powstania miasta i do ostatnich, gdy mieszkańcy legowisk porzucą to miejsce przeklęte, przywalając wejścia i chodniki, paląc drobne, z gałęzi sklecone szałasy i zacierając wszelkie ślady swego w nich pobytu. Tam w nocy ktoś nieznany, a pieczołowity szczelnie zamuruje norę z nieboszczykiem; gdzieindziej porwie bez szmeru i krzyku młodzieńca, o którego swarzą się inni, udusi go i ukryje na zawsze od oczu ludzkich; tu — jak duch zniszczenia i śmierci zakradnie się do graczy i błyskiem noża zgasi płomień hazardu; czasami — przez nikogo nie spostrzeżony jednemu zabierze nadmiar pożywienia i podrzuci je temu, który osłabł już z głodu i zmarniał do reszty. „Wielki On“, tak nazywa go ludność kretowiska, nie widząc i nie słysząc go nigdy, lecz w każdej chwili wyczuwając obecność jego, władzę i mądrość. Jest on wodzem i... bogiem, ale biada temu, komu o późnej godzinie nocnej zajrzy źrenicami w źrenice. „Wielki On“ staje się wtenczas czarnym duchem śmierci, sędzią bez litości i katem. Takie to są noce, płynące leniwie pod niskiem sklepieniem nory podziemnej... A dnie? Dnie są inne, odmienne zupełnie... Pustoszeje to miasto ponure i chyba tylko rozlegnie się czasami jęk chorego lub rzężenie konania... Wszystko, co żyje, co może myśleć, pragnąć i działać, wykrada się przed brzaskiem na walkę o ten dzień, co zaledwie świtać poczyna.
Jak robactwo, nagle spłoszone, wypełzają nędzarze ze swych nor i rozpraszają się po bliższej i dalszej okolicy. Wyłapują ryby w rzece, zbierają muszle mięczaków; wykopują krety i pożywne korzenie; chwytają w sidła szczury, myszy i ptaki; skradają się do wiosek i czatują na kury, psy i koty, błąkające się po polach; zuchwalsi i silniejsi robią wyprawy do daleko nawet położonych miast, gdzie łatwiej o zdobycz, bo nadarzyć się tam może sposobność włamania się lub zbrojnego napadu na bogaty sklep czy skład, uda się nieraz ograbić karawanę z ryżem i herbatą, nastraszywszy furmanów, a nawet podpłynąć do stojącej na kotwicy dżonki i, związawszy załogę, wyładować wory z pożywieniem. Nikt tam potem nie będzie opłakiwać lub choćby wspominać towarzysza, który nie dopłynie do brzegu i, krzyknąwszy przeciągle, zniknie na zawsze w żółtym nurcie, albo innego, gdy go pochwyci policja i, odrąbawszy mu głowę w jaomyniu, ciało strąci do rzeki! Biada jednak takiemu mieszkańcowi, który, z nawyku zbrodniczego, zamorduje sąsiada, albo z głodu porwie innemu placek ryżowy czy flaszkę z oliwą. „Wielki On“ dowie się o wszystkiem, a ledwie noc zapadnie, wślizgnie się do nory mordercy lub rabusia, z nim zaś razem zawita śmierć. Ten niewidzialny człowiek czy duch rządzi i kieruje tu wszystkiem. Gdy przychodzi wieść o robotach i zapotrzebowaniu ludzi do niej, „Wielki On“ w sposób niewytłumaczony daje niezbędne wskazówki. W pierwszej kolei wyruszają najsłabsi, najbardziej znękani. W dzień odejścia znajdą oni pożywienie, podrzucone do ich nory, aby mogli nabrać sił na drogę. W drugiej kolei pójdą zdrowsi i silniejsi. Nikt tam nie złorzeczy, nikt się nie sprzeciwia, gdyż wie, że musiałby to życiem przypłacić.
Tak żyło to straszne miasto mężczyzn, do którego pewnego dnia wchodził Wagin, rozglądając się dokoła ze zdumieniem. Widział tylko ścieżki, wydeptane po zboczach pagórków. Gdzieniegdzie czerniały mroczne szczeliny w spychach jarów, zarośniętych szczeciniastą trawą lub buremi krzakami. W rozłogach widniały nędzne szałasy i długie, niskie szopy o strzechach trzcinowych. Tam i sam z otworów ziemi wysączał się niebieskawy dym, lecz, smagnięty wiatrem, rozwiewał się bez śladu.
Hung-Wu wskazał Waginowi wejście do podziemi. Schyleni wpół sunęli wąską szczeliną, aż po długiem kluczeniu w ciemności znaleźli się w dość obszernej pieczarze. Snop światła, wpadający przez otwór w sklepieniu, rozpraszał mrok. W najciemniejszym kącie w małej wnęce, płonął, kopcąc, czerwony płomyk nad jakimś czerepem glinianym. Rozchodził się dokoła ckliwy zapach przypalonego oleju.
— Proszę nikomu nie mówić, że jestem panu polecony przez rząd! — szepnął nagle Chińczyk. — Byłoby to szkodliwe dla sprawy. Niech pan zaczeka chwilkę, zaraz powrócę...
Zniknął w jakimś niewidzialnym otworze w ścianie. Wagin nie mógł pochwycić nawet odgłosu jego kroków. Chrząknął cicho i przekonał się, że głos ginął tu bez echa.
— Grób!... — pomyślał mimowoli i dreszcz przebiegł mu po grzbiecie.
Nie miał jednak czasu zastanawiać się nad tem dłużej, gdyż spostrzegł powracającego Hung-Wu. Za nim jeden po drugim do pieczary weszło kilkunastu Chińczyków. Hung-Wu zwrócił się do nich z mową, a potem, mrużąc oczy i krzywiąc usta, w milczeniu słuchał chrapliwych, skrzeczących głosów obdartusów, którzy odrazu zaczęli spierać się o coś i skakać sobie do oczu, najwyraźniej nie mogąc dojść do ugody. Ponieważ kłótnia się przeciągała i nic nie zapowiadało prędkiego zakończenia jej, Hung-Wu porozumiewawczo spojrzał na Wagina i skierował się ku wyjściu. Gdy byli już na brzegu rzeki, milczący przez cały czas Chińczyk syknął:
— Jutro rano będą tragarze!
— Nie wydaje mi się, żeby ci tam porozumieli się prędko... — uśmiechnął się Wagin.
— Jutro rano będą tragarze! — powtórzył z naciskiem Hung-Wu, a źrenice jego zwęziły się gwałtownie.
Wagin wsiadł do łódki, gdzie czekał na niego marynarz ze statku, i odpłynął, nie bardzo polegając na energicznem zapewnieniu aczkolwiek „zaufanej“, lecz niezmiernie tajemniczej „osoby“, poleconej mu przez panów z rządu nankińskiego. Na wszelki jednak wypadek, powróciwszy na pokład statku, poprosił szypra, aby kazał wydobyć z pod pokładu skrzynie z bronią i ładunkami. Sergjusz przez cały dzień pozostawał na mostku kapitańskim, wpatrując się w faliste zarysy łańcucha pagórków, we wnętrzu swojem ukrywających „miasto mężczyzn“. Nic nie wskazywało na to, że w tej miejscowości mogło się znajdować tak wielkie zbiorowisko ludzkie. Nawet dymów, wychodzących z labiryntu kryjówek podziemnych i z pieca szopy, nie wykrywał wytężony wzrok Wagina. Raz tylko woddali przecięła rzekę malutka dłubanka, lecz i ona natychmiast zapadła do haszczy trzcin nadbrzeżnych i więcej się nie pokazała.
Wagin poza sprawą wysłania broni długo nie mógł o niczem innem myśleć, coraz bardziej poddając się uczuciu niepokoju. Nie wiedziałby przecież, jak ma postąpić w wypadku, gdyby mu się nie udało znaleźć tu pewnych tragarzy. Drażniło go też poniżające poczucie zależności w całej tej sprawie wyłącznie od nieznanego mu i bardzo dziwnie zachowującego się Hung-Wu.
— Ależ miał na kim polegać rząd w Nankingu! — oburzał się. — Czyż ministrowie nie mają już innych ludzi, żeby aż szukać zaufanej osoby śród dawnych bandytów?
Zmęczyły go wreszcie niepewność i niepokój. Wpadł w stan zgnębienia nerwowego, nie spostrzegając prawie, że jakieś myśli przesuwają mu się w głowie, niby mgliste, nie realizowane w mózgu obrazy, niby cienie, majaczące na dalekim, półciemnym ekranie. Ponieważ jednak powtarzały się one raz po raz, natarczywie dopominając się ujęcia ich w czasie, przestrzeni i kształcie, Wagin zaczął doszukiwać się przyczyny dotychczas podświadomej pracy mózgowej i drażniących go, niejasnych wrażeń, pozostawiających po sobie wyraźnie odczuwane ślady. Dziwnym procesem psychicznym przeniósł się nagle do palarni opjum w Czapei i szepnął do siebie:
— Doktór Plen przydałby mi się tu ze swoją wspaniałą chińszczyzną!
W wyobraźni odtworzył sobie dziwaczną postać przyjaciela. Stanął przed nim, jak żywy, wpatrzony niebieskiemi oczyma w jego źrenice. Doktór głaskał chudą, pomarszczoną dłonią rudawą brodę i uśmiechał się do Wagina życzliwie, a nawet radośnie. Sergjusz ujrzał, jak poruszyły się świeże wargi prawie kobiecych ust Plena i padły słowa, natychmiast pochwycone słuchem:
— Tylko silni wytrwają...
Wagin był tak pochłonięty realnością swej wizji, że nawet nie zdziwił się, posłyszawszy zagadkowe słowa Plena, ale w tej samej chwili myśl jego, zdać się mogło, bez żadnego związku z wrażeniami, pobiegła ku Ludmile i natarczywie pytała kogoś:
— Czy wytrwa ona? Czy jest silna?
Wagin poruszył się gwałtownie. Zjawa rozproszyła się w szarości oparów nad rzeką, ale dziwnie niepokojące teraz pytanie, nie odbiegło i wciąż żądało odpowiedzi. Sergjusz wzruszył ramionami i starał się odtworzyć sobie postać Ludmiły. Niezbadanym wzrokiem wewnętrznym szukał jej wszędzie w domku Jun-cho-sana, na ulicy, przy której mieściło się biuro reklam, w mieszkanku, na czas dżumy wynajętem przez niego wpobliżu dworca kolejowego, w zadymionej i zatłoczonej salce pensjonatu generałowej Ostapowej, a nawet na cmentarzu przy grobie małego Romka. Nie udało mu się dotrzeć do niej w żadnem z tych miejsc, aż nagle ujrzał ją. Stała w ciemnym pokoju nieruchoma i zapatrzona przed siebie. Czarne kotary niby w żałobę przybranej kaplicy zwisały dokoła ciężkiemi fałdami. Skądś zwysoka wdzierało się wąskie, mdłe pasemko światła i rzucało słabe refleksy na twarz Ludmiły. Wagin zdumiał się. Raz jeden przez cały czas znajomości z tą zgnębioną i milczącą dziewczyną spostrzegł u niej taki wyraz. Było to wtedy, gdy podczas rozmowy z Wali-chanem u Ostapowych przyłapał na sobie jej wzrok. Ludmiła miała wówczas niezwykle łagodnie uśmiechniętą twarz i oczy pełne blasków, które czyniły ją niemal piękną i natchnioną. Zapamiętał to dokładnie, a teraz, nie zdając sobie sprawy, uśmiechnął się do niej radośnie i rzewnie, pomyślawszy, że czułby się szczęśliwym, gdyby ta zawsze smutna i zapewne niczego już od życia nie oczekująca dziewczyna na długo zachowała pogodny, promienny nastrój. Przypomniał sobie natychmiast Miczurina, ale w tym momencie wyobrazić go sobie nie mógł. Spojrzał na zegarek i zaśmiał się cicho.
— Za kwadrans szósta! — mruknął. — Ruchliwe chłopisko odbiera teraz zwrotne egzemplarze dziennika, podpisuje kwity i kontroluje skład... Może komuś tam daje porządnego szturchańca, ale łagodnie, łagodnie, bo wszakże serce jego jest pełne miłości... dla Ludmiły.
Koło ust Wagina poruszyły się zmarszczki. Siłą woli otrząsnął się z tych zjaw i myśli. Jakgdyby malarz szmatką strzepnął rysunek pastelowy. Niby zniknął, a jednak można było rozróżnić jeszcze kontury. Tak też przed wzrokiem Sergjusza nie było już prawie przerażająco wyraźnych postaci, a jednak przez ledwie uchwytną mgiełkę patrzyły na niego dziwnie promienne i uduchowione oczy Ludmiły. Zamyślony i podniecony przeszedł do messy, skąd dobiegał już brzęk talerzy. Czuł głód, więc z przyjemnością zasiadł do kolacji. Rozmowa toczyła się dokoła sytuacji, w której znalazła się wyprawa. Bojcow niczem nie mógł pocieszyć Wagina, a nawet przeciwnie — zasmucił go. Opowiedział właśnie Sergjuszowi o niewojowniczości Chińczyków i o ich panicznym strachu przed natychmiastową decyzją i szybkiem działaniem.
— Naród ten zapewne z tego powodu nie lubi wojny. Woli nawet dostać w skórę i czekać, aż broń przeciwnika zardzewieje i stanie się nieużyteczną. Nic to nie znaczy, że trzeba zachować cierpliwość przez długie lata, nawet stulecia! Naród się doczeka i zemstę wywrze rękami przyszłych pokoleń! Słyszałem nieraz, że podobno jedynie w Chinach wojsko nie cieszy się miłością ogółu. Zapewniano mnie, że przyczyna tego zjawiska jest zrozumiała. Chiny nie miały nigdy armji narodowej i stałej, zato cisnęły je oddziały zbrojne dynastji najeźdźców jak też tyranizujących i wyzyskujących ludność mandarynów. Panoszyły się tu często i gwałty czyniły wojska wrogów zewnętrznych. Nie mogło to istotnie wzbudzać szczególnej sympatji do stanu wojskowego, tem bardziej, że i wojska chińskie, werbowane zwykle z różnych mętów i biedoty, po rozpuszczeniu ich, stawały się maruderami i długo trudniły się bandytyzmem, zanim nie wyłapano swawolnego żołdactwa i nie oddano w ręce katów. Zrozumie pan, że sprawy, związane z wojną, najmniej pociągają ku sobie spokojnych Chińczyków. Musiał się pan zresztą sam przekonać o tem, chociażby dziś jeszcze w „mieście mężczyzn“. Nawet zaufany ministrów i generałów — Hung-Wu, skoro tylko oznajmił, że pan szuka tragarzy do przenoszenia broni, spotkał się ze sprzeciwem. Takie to właśnie cechy usposobienia Chińczyków spowodowały znane tu zjawisko istnienia uświęconej tradycji kasty bandytów. Przeciwko nim nikt się nawet nie broni; wypłacają im cierpliwie okup, a nawet korzystają z ich pomocy... Chińczycy — to dziwny, tajemniczy naród, drogi panie! Zapewne niegdyś tak ich przerażono i przyciśnięto, że w duszach pozostały tylko uległość, bezgraniczna cierpliwość i niewolnicza bierność.
— A jednak rewolucja świadczy o czemś zupełnie innem, a potem ta przewlekła wojna domowa, ci generałowie we wspaniałych mundurach i strasznie wojowniczy porucznicy, uzbrojeni od stóp do głów? — zauważył Sergjusz.
— Ach — tak! — potwierdził szyper. — Ale rewolucję zrobiła zeuropeizowana młodzież liberalna (radykalizmu wówczas jeszcze tu nie było!), a wojnę domową podsycają ambitni macherzy, sprytni kombinatorzy i awanturnicy najgorszego nieraz gatunku... Generałowie, których poznaliśmy w Nankingu, dążą zapewne do obrony kraju, ale, mieszając się do spraw rządu, osłabiają jego wpływ i autorytet, a co najważniejsze — paraliżują wszystkie jego poczynania! Porucznicy, no, jak to zawsze porucznicy, pragną stać się czemprędzej generałami ze wszystkiemi ich błędami, przywarami i przywilejami...
— Przecież w kołach rządowych są zapewne ludzie mądrzy i dalekowidzący? — zapytał Wagin.
— Jest ich nawet sporo! — zgodził się Bojcow. — Pracując z instytucjami rządowemi, nieraz stykałem się z wybitnymi politykami, których mogłoby pozazdrościć każde państwo europejskie. Jednak są oni bez głosu. Nie mają nic, na czem można byłoby się oprzeć. Bo i na czem? Naród nie ma żadnych dążeń poza pragnieniem spokoju i możliwości pracy — powolnej, systematycznej i jednostajnej. Rządząca zaś partja pędzi przed siebie na łeb — na szyję, aby w kilka lat wyprzedzić Japonję, Europę i Amerykę razem wzięte! Przekonana jest, że dojść do tego może, a tymczasem w kraju panoszy się i pogłębia nędza nie do opisania, wzmagający się, powiedziałbym, milczący „sabotaż“ całego narodu, broniącego się biernością, a nie mającego nic wspólnego ani z europeizowanymi liberałami i radykałami, ani tem bardziej — ze spekulatorami od sławetnego nacjonalizmu i podżegaczami do wojny. Północni Chińczycy mruczą z pogardą: „Wszystko, co nowe i hałaśliwe idzie z Kantonu“, południowcy zaś krzyczą wściekle: „Pekin i Nanking — gniazdo zacofania!“ Jak to wszystko pogodzić i w jedno skierować łożysko? Za sto lat chyba jeszcze nie uda się tu dojść do ładu!
Wagin westchnął ciężko. Słowa szypra obudziły w nim jeszcze większy niepokój, a jednocześnie — upór i zaciętość.
— Jeżeli Hung-Wu nic do jutra nie zrobi, pójdę do tego „miasta“ sam i obiecam sutą zapłatę i prowjanty, które zabraliśmy ze sobą z Ankingu, tym, którzy podejmą się dostarczenia broni do granicy Hupeh! — powiedział, uderzywszy pięścią w stół.
Bojcow potrząsnął głową.
— Nic pan tem nie wskóra! — mruknął. — Nie zna pan Chińczyków! Jeżeli większość wypowie się przeciw takiej robocie, ani jeden z tych nędzarzy, choćby z głodu zdychał, palec o palec nie uderzy!
— Czyżby aż taka panowała śród nich solidarność? — spytał z niepokojem Sergjusz.
— Bynajmniej! Wiedzą tylko, że zginęliby jeszcze tego samego dnia! — zawołał szyper. — Widziałem to nieraz już podczas strejków marynarzy i kulisów portowych. Strach i przemoc tak już urobiły Chińczyków!
Na statku zapalono lampy. Wieczór zapadł. Ucichnął nagle dmący bez przerwy północno-wschodni wiatr. Cicho szemrała rzeka, liżąc burty, ni to łasząc się do nich, ni to szepcąc coś tajemnie. Wagin wyszedł na pokład. Brzeg tonął w mroku i żadne światełko nie rozpraszało ciemności. Na niebie przecierały się chmury, co niby nici ciągnęły się przez całą jego kopułę — od zenitu aż do krańców horyzontu. Wyjrzał księżyc. Srebrną łuską okryła się nagłe i roziskrzyła Jangtse. Wagin, tuląc się w ciepły płaszcz, chodził po pokładzie, pogrążony w niewesołych i trwożnych myślach. Przeczucie, podobne do znanej mu z lat ubiegłych stałej czujności, zmuszało go bacznie oglądać brzeg i lśniący przed nim łuk rzeki. Nie mógłby zapewne określić, jak długo pozostawał na pokładzie, gdzie na dziobie siedział skulony majtek i spał spokojnie. Nagle Wagin spostrzegł coś woddali. Uniósł głowę i wytężył wzrok. Na zachodzie, gdzie Jangtse robiła ostry zakręt, spora łódka przecinała srebrne, połyskliwe pasmo rzeki. Siedziało w niej kilku ludzi. Niby czarny cień przemknęła oświetloną księżycem drogę i utonęła w mroku, zaczajonym pod wysokim brzegiem. Do uszu Wagina długo jeszcze dobiegał chrobot wioseł i cichy plusk wody, aż zaległa dawna cisza.
— Zapewne nieznani ludzie wciągnęli łódkę na łachę! — domyślił się Wagin. posłyszawszy po chwili trwożny i jękliwy krzyk kulika, wypłoszonego z pomiędzy kamieni. Przerażony ptak długo miotał się w powietrzu, niewidzialny na tle nieba, przepojonego zwodniczem, bladem światłem. Odleciał gdzieś wreszcie a jęk jego urwał się nagle. Znowu napływała cisza — ciężka i nieruchoma. Tylko woda zrzadka pluskała głośniej koło burty i syczała — wściekła, że nie ma mocy wedrzeć się poza żelazną przegrodę.
Wagin usiadł na schodkach mostku i oczy zwrócił ku brzegowi, gdzie w wąwozach i jarach czaiło się ponure miasto nędzarzy. Nowy majtek zastąpił śpiącego kolegę i, przykucnąwszy przy burcie, znieruchomiał. Wypłynąwszy wyżej, księżyc oświetlił ciemny dotychczas brzeg. Natychmiast wystąpiły z mroku okrągłe pagórki i czarne korony drzew po rozłogach. Jakiś ruch — raczej wyczuty, niż spostrzeżony — powstał w czeluści wąwozu. Chybki cień wychynął z niej i jakgdyby chyłkiem doszedł do wody. Stał tam długo bez ruchu. Wkrótce na brzeg wyszło sześciu ludzi, dźwigających mozolnie długie, bezkształtne nosze. Wszyscy weszli do rzeki, opuścili coś do wody i drągami odepchnęli na nurt. W srebrnych, skrzących się strugach na nieuchwytnie krótką chwilę zamajaczyło coś czernią i pomknęło z prądem. Siedmiu ludzi, stąpając ostrożnie, powracało w stronę wąwozu. Jeden z nich przykuł do siebie wzrok Wagina. Sergjusz poznał tę wysoką, sprężystą, zlekka przygarbioną postać.
— Hung-Wu?... — pomyślał, wpatrując się w znikającą w wąwozie grupę. — Co on tu robi po nocy?
Jakgdyby odpowiadając na to pytanie, zdaleka, tocząc się ponad wodą, dobiegło i zatrwożyło go przeciągłe, ponure zawodzenie:
— O - o - o - o...
Trwało to nieuchwytnie krótką chwilę. Próżno potem nadsłuchiwał Wagin. Zgrzytał piasek, mknący wraz z wodą, cicho ocierały się strugi wody o żelazne boki statku i coś mruczał przez sen skulony na dziobie majtek.
— Przecież nie mogłem się pomylić? Na czele tych ludzi szedł Hung-Wu! — gubił się w domysłach Wagin. — Cóż zaszło tam w tych strasznych barłogach i tu — na brzegu?
Nikt nie mógł rozwiązać niepokojącej go zagadki i tylko ten beznadziejnie rozpaczliwy krzyk ludzki wciąż brzmiał mu w uszach.
Zatarł zziębnięte ręce i poszedł do kajuty. Nie mógł jednak zmrużyć oka przez całą noc i w jednej chwili był na pokładzie, posłyszawszy głos Hung-Wu, rozmawiającego z majtkiem na wachcie.
— Wszystko się ułożyło — mruczał Chińczyk. — Ludzie porozumieli się wkońcu i wybrali trzystu tragarzy — najzdrowszych i najtęższych... Już posłałem kilku ludzi na zwiady. Musimy wiedzieć, jaką drogą mamy przenosić broń...
Wagin nie posiadał się z radości. Z wdzięcznością i nawet podziwem patrzał na Chińczyka.
Hung-Wu, spokojnie nabijając fajeczkę, mówił dalej:
— Trzeba przygotować prowjanty dla mieszkańców miasta. Podzielą się sami — z tem nie będzie kłopotu! Niech majtkowie otworzą już skrzynie z karabinami...
Te ostatnie słowa powiedział już, odepchnąwszy swoje czółenko od burty i pochylając się nad wiosłem.
Wkrótce do statku przybiła duża łódź z czterema wioślarzami. Szybko opuszczono na jej dno: worki z ryżem, prosem, mąką i solą, a wślad za tym ładunkiem — olej sojowy w skrzyniach i plecionych koszach, oklejonych wewnątrz papierem. Ledwie łódź dotknęła dziobem brzegu, zaroiło się tam od ludzi. W jednej chwili wyładowano wszystko i uniesiono do labiryntu miasta. Ludzie ci mieli ruch, wygląd i system mrówek, usiłujących przenieść do mrowiska niespodziewaną zdobycz. W okamgnieniu wszystko było podzielone na drobne nosze, oliwa przelana do blaszanek od nafty i do butelek i — cały tłum znikł w mroku zawiłych szczelin podziemnych.
Na miejscu tych, co odeszli, stanęli inni. Podpłynęli do statku na tej samej łodzi, na której piętrzyły się teraz stosy trzcin i cienkich prętów. Ze zdumiewającą szybkością i ścisłością wiązali po dziesięć karabinów, maskowali je trzcinami i faszyną i znosili do łodzi. Czółno, spuszczone ze statku, zwoziło na żwirowy zdziar skrzynie z nabojami. Przed południem brzeg opustoszał i wszystko ucichło tak bardzo, że stadko dzikich kaczek — czujnych i płochliwych — nadleciało i tuż przy nim żerowało spokojnie.
Wagin nic mógł wyjść z podziwu. Wszystko, co zaszło, wydało mu się jakąś fantastyczną feerją czy snem. Uświadomił sobie, że przez cały czas trwania wyładunku ani razu nie mignęła mu postać Hung-Wu. Myślał teraz, że przecież w Nankingu wiedzieli, kogo uczynić zaufanym człowiekiem na pograniczu zagrożonej komunizmem prowincji! Nabierał szacunku do wywijających się, jak węgorze, ciągle zdumionych ministrów i suto wygalonowanych generałów, milczących i zagadkowych, niby kapłani nieznanego bóstwa. Zerwał się na nowo wicher, pomarszczył i wzburzył rzekę. Statek kołysał się i przewalał na ich płaskich grzbietach. Zgrzytały i skrzypiały łańcuchy kotwiczne. Dopiero o zmierzchu do burty podpłynęła dłubanka. Na pokład wdrapał się Hung-Wu i szeptem opowiedział, że jeden z wywiadowców powrócił już, porozumiawszy się z posterunkiem strażniczym i ustaliwszy hasło dla tragarzy. Chińczyk wyraził nadzieję, że przed świtem powrócą inni i powiedzą, jakiemi drogami najbezpieczniej przekradać się należy do miasteczka Ki-Ling, gdzie ktoś ma odebrać i pokwitować ładunek. Wagin, zaprosiwszy Hung-Wu do messy i częstując go chlebem z szynką i herbatą, szepnął:
— Wczoraj wieczorem wydało mi się, że widziałem was na brzegu, gdzie jacyś ludzie wrzucili coś do rzeki.
Ostra, drapieżna twarz Chińczyka zastygła nagle, przenikliwe oczy jego ślizgnęły się po twarzy Sergjusza.
— Nie rozumiem, o czem pan mówi... — zamruczał. — Pocóżbym miał w nocy włóczyć się po brzegu Jangtse?
Wagin zrozumiał, że nie powinien był wspominać o swych spostrzeżeniach, więc, udawał, że wierzy słowom Chińczyka i począł wypytywać go, kiedy wyruszą tragarze. Hung-Wu uniósł ramiona i odparł spokojnym głosem:
— Ludzie są już w drodze. Hasło i wskazówki otrzymają na granicy prowincji. Musi pan tu zaczekać na ich powrót, aby zapłacić im za robotę...
Chińczyk poinformował Wagina o sumie, jakiej zażądali tragarze. Wydała się Sergjuszowi śmiesznie małą, lecz w tej samej chwili odżyły w nim wspomnienia z czasów, kiedy sam ładował bele z bawełną i skrzynie z herbatą na Wusungu. Płacono mu wtedy za tak ciężką pracę jeszcze nędzniej. Ruchem głowy potwierdził umowę i zapytał:
— Czy ci, co wczoraj tak się wściekle kłócili, też są w liczbie wynajętych ludzi?
Krótki skurcz na surowej twarzy, ostry błysk źrenic i — obojętny głos Hung-Wu:
— Zapewne — że tak, bo były to mocne chłopy...
— Dlaczego powiedzieliście — były? — padło pytanie.
Chińczyk podniósł na Wagina ponure oczy i odparł krótko i niechętnie:
— Tak się powiedziało...
Długo jeszcze rozmawiali o różnych rzeczach. Hung-Wu z zaciekawieniem słuchał opowiadania Wagina o wypadkach w Rosji po wybuchu bolszewizmu, o wojnie domowej i o zajściach w Czapei. Sergjusz wypytywał Chińczyka o organizację bandytów, o ich romantyczne życie, jakgdyby zamarłe w średniowiecznych tradycjach, o warunki, w których przebywają nędzarze w mieście, ukrytem śród pagórków, zbiegających ku rzece.
Posłyszawszy opowiadanie o nieuchwytnym władcy ponurego zbiorowiska ludzkiego, o nieubłaganym jedynym sędzim, kierującym męczeńskiem życiem w kretowisku ludzkiem, Sergjusz aż porwał się z krzesła i zawołał:
— Któż to jest? Bóstwo — czy szatan?
Hung-Wu wbił w niego groźne źrenice i rzucił urywanym głosem:
— Człowiek... człowiek, który nie stracił jeszcze woli i rozumu... człowiek, pragnący uratować siebie i innych. Człowiek, pamiętający, że najnędzniejsza nawet gromada jest wielką siłą... niezwalczoną... przed którą milkną nawet karabiny i armaty!... „Wielki On“ wie zawsze, co czynić należy...
Powiedział to z przekonaniem, chociaż głos jego stał się ponury i zimny. Przed oczami Wagina zamajaczyła ciemna sylwetka Hung-Wu na brzegu i dobiegło czyjeś słabe rozpaczliwe wołanie: o-o-o! — słyszane ubiegłej nocy. Po długiem milczeniu, raptownie zapadłem, zauważył:
— Chciałbym bliżej przyjrzeć się waszemu miastu...
Hung-Wu spokojnie już patrzał na Wagina, mówiąc:
— Niech pan przyjdzie tam jutro. Obejrzymy wszystko, co warte jest zobaczenia. Najodpowiedniejszy to dzień, gdyż prawie wszyscy udają się jutro na jezioro Huan-su na połów ryb!
Wkrótce Hung-Wu odpłynął, podziękowawszy za poczęstunek i ofiarowaną mu blaszankę mocnych papierosów amerykańskich.
Nazajutrz od rana, zaopatrzywszy się w paczkę ze śniadaniem i flaszkę z herbatą, Sergjusz wyruszył do miasta mężczyzn. Tajemniczy agent rządu nankińskiego spotkał go przy wylocie wąwozu. Znowu szli chyłkiem, a nawet pełzli na kolanach po śliskiej, jak posadzka, wypolerowanej ziemi i wglądali do różnych zakamarków. Były to ohydne legowiska, gdzie na kupach trzcin lub wstrętnych łachmanów spędzali noc ludzie zrzadka tylko — przy świetle kaganków. Tam, gdzie unosił się w powietrzu zapach opjum, Hung-Wu szeptał ni to z bólem, ni to z wyrozumiałością:
— Ten i ów przechował resztki smoły „cudnych snów“... Któż odważy się pozbawić ich tej jedynej złudy?...
Przenikliwe oczy jego zaglądały wszędzie i wszystko widziały. Nie ukrył się od jego wzroku nóż, zatknięty w szczelinie pod sklepieniem pieczary, ani schowana w kupie słomy butelka z zielonkawym płynem, ani talja kart pod płaskim kamieniem i krótki, z włosia spleciony sznur z pętlą na jednym końcu i żelaznym ciężarkiem — na drugim. Obejrzał każdy z tych przedmiotów uważnie i na dawnem pozostawił miejscu. Miał przy tem skupiony wygląd sędziego śledczego, a w oczach czujność psa, tropiącego zdobycz. Długo krążyli w labiryncie nór i galeryjek, jakichś schowków i skrytek, aż doszli znów do oświetlonej pieczary, gdzie odbyła się pierwsza burzliwa narada. Usiedli na wykutej w ścianie ławeczce, gdyż Wagin poczuł się zmęczonym. Hung-Wu opowiadał o tem, jak przed laty w mieście mężczyzn, powstałem nad Żółtą rzeką, nagła powódź zalała chodniki i nory.
— Nikt stamtąd nie wyszedł! Rozmokła ziemia zawaliła się, grzebiąc prawie piętnaście tysięcy ludzi... Po dziś dzień miejsce to okoliczni włościanie nazywają „wąwozem śmierci“.
Nagle zerwał się na równe nogi, a oczy błysnęły mu złowrogo. Wagin spojrzał na niego pytająco, lecz w tej samej chwili posłyszał wściekłe krzyki, wycie i tupot nóg. Nie miał wątpliwości, że gdzieś niedaleko wrzała bójka.
— Proszę tu na mnie zaczekać! — mruknął Hung-Wu. — Coś się tam stało... Muszę zobaczyć.
W jednej chwili, jak wąż wślizgnął się do ciemnego przejścia i zniknął w niem. Wagin po chwili wstał i wszedł za nim. W wąskiej szczelinie nikogo już nie było. Posuwał się więc dalej, klucząc po sieci niezliczonych korytarzyków i nagle stanął jak wryty. Skądś, jakgdyby spod ziemi, dobiegły go stłumione jęki i słaby głos. Sergjusz drgnął, posłyszawszy mowę angielską. Jął macać ściany, sklepienie i ziemię. Długo nie mógł zrozumieć, skąd dochodzą te dźwięki. Wreszcie domyślił się, że rozlegają się w jednej z bocznych pieczar. Wpełznął przez wąski otwór i zapalił zapałkę. Był to zapewne skład słomy. Wagin czemprędzej zdmuchnął ogień i pociemku rozrzucał wiązki suchej trawy i cienkiego sitowia aż ręce jego namacały leżącego człowieka. Przekonał się wkrótce, że jeniec był skrępowany sznurami.
— Kto pan jest i skąd pan się tu wziął? — szeptem zadał pytanie Wagin.
— Przedwczoraj porwali mnie jacyś ludzie w Hwanczongu — wyjąkał słabym głosem. — Nazwisko moje — Fred Hastings, jestem bankierem z Liverpoolu... Przyjechałem do Chin z grupą angielskich turystów.
— Dlaczego pana porwano?
— Ci, którzy wieźli mnie przez rzekę, mówili, że chcą zażądać za mnie okupu...
— Czy to w nocy przywieźli tu pana? — dopytywał się Wagin.
— Tak... przedwczoraj... — jęknął. — Cierpię strasznie, bo nawet więzów ze mnie nie zdjęli... jestem głodny i spragniony...
Wagin szybko rozciął sznury, krępujące Anglika, pozostawił mu paczkę z jedzeniem i butelkę z herbatą, mówiąc:
— Proszę zachować ciszę!... Muszę coś obmyśleć dla pana...
Wyślizgnął się z nory i długo błąkał się po ciemnych chodnikach, aż wreszcie odnalazł oświetloną pieczarę. Zastał już w niej Hung-Wu. Chińczyk stał niespokojny i wzburzony.
— Zwiedziłem część miasta, — powiedział Wagin. — Co się tam stało?... Pożar, czy bójka?...
Chińczyk milczał, marszcząc czoło.
— Powiedzcie mi, czy mieszkańcy miasta porywają Europejczyków? — spytał Wagin.
Hung-Wu drgnął i szybkim ruchem pochylił ku niemu głowę.
— To pan już wie o tem? — szepnął z przestrachem.
— O czem? — udając zdumienie, zadał nowe pytanie Sergjusz.
Hung-Wu zmrużył oczy i, jakgdyby porozumiawszy się z nim ostatecznie, szepnął:
— Zaraz przyprowadzę tu jeńca, a pan pójdzie z nim ku wyjściu, trzymając się wciąż prawej strony chodnika... Od wąwozu proszę biec ku łodzi... Jeżeli będę mógł, podpłynę do statku dziś wieczorem, albo o świcie...
W kilka minut potem, Wagin pomagał już majtkowi wiosłować i przyglądał się Anglikowi. Blady i wystraszony, może 45-letni człowiek, słaniał się na wąskiej ławeczce i z jękiem rozcierał sobie ramiona i nogi. Gdy łódka dobijała do statku, nad pagórkami uniosły się nagle gęste kłęby dymu. Natychmiast rozległy się krzyki, nawoływania, lament. Coś się paliło w mieście mężczyzn, chociaż Sergjusz nie mógł dojrzeć odbicia płomieni na czarnej płachcie dymu.
— Zapewne pożar wybuchnął w podziemiach... — mignęła Sergjuszowi myśl.
Nie miał prawie wątpliwości, że to Hung-Wu podpalił skład słomy w schronie, gdzie ukrywano więzionego Anglika.
— Będą myśleli, że spalił się żywcem, tembardziej, że przepalone sklepienie zawali się niezawodnie i nikt już nie odgadnie, co się stało z tym niefortunnym Fredem Hastingsem!... Trzeba będzie jednak dobrze go ukryć i nakazać naszym majtkom, by milczeli, jak ryby! — rozważał Wagin, pomagając Anglikowi wdrapać się na pokład.
Ani tego wieczora ani też nazajutrz Hung-Wu nie odwiedził statku. Przybył dopiero na czwarty dzień razem z pięciu innymi Chińczykami. Wskazał na nich, jak na wysłańców grupy tragarzy. Wagin i Bojcow przejrzeli pokwitowania z odbioru broni na terytorjum sąsiedniej prowincji, gdzie miało właśnie wybuchnąć powstanie przeciwko skomunizowanym oddziałom. Tragarze opowiadali im, że część ludzi, niosących trzysta karabinów dostała się w ręce komunistów i, z wyjątkiem dwóch, którym udało się zbiec, zginęła. Otrzymawszy umówioną zapłatę pieniędzmi i prowiantem, tragarze rozgościli się na podłodze, gdzie załoga, z rozkazu kapitana statku, wystąpiła z poczęstunkiem. Spostrzegłszy, że Chińczycy dobrze już sobie podchmielili, mówiąc wszyscy razem i gestykulując energicznie, Hung-Wu porozumiewawczo spojrzał na Wagina i wycofał się na dziób, gdzie piętrzyły się skrzynie i duże kosze.
— Potrzebna ilość tragarzy będzie tu zawsze gotowa na każde zawołanie. Jutro sam wyruszę na wywiad, aby na przyszłość nie było żadnych strat przy transporcie — szepnął, a po chwili, obejrzawszy się podejrzliwie, spytał: — Czy dobrze ukryliście tego Anglika? Nie mógłbym was obronić, gdyby tam (skinął głową w kierunku brzegu) dowiedziano się, że więzień wcale nie zginął w płomieniach i że wy daliście mu przytułek na statku!
Wagin położył mu rękę na ramieniu i uspokoił:
— Nie obawiajcie się! Anglik jest w bezpiecznem miejscu i polecił mi powiedzieć, że potrafi odwdzięczyć się wam przy pierwszej sposobności. Dopomogę mu w tem, bo przecież nieraz jeszcze będziemy się widywali.
Chińczyk spojrzał na niego jakimś dziwnym wzrokiem i szepnął:
— Człowiek może tylko domyślać się, co ma mu przynieść jutro...
Przed wieczorem dopiero Hung-Wu z pijanymi tragarzami wsiadł do łodzi i odpłynął. Wczesnym rankiem, zanim jeszcze rozproszyły się siwe płachty mgły nad rzeką, Bojcow poprowadził swój statek z biegiem rzeki. Prąd znosił go, niepowstrzymanym pędem, pchając ku Oceanowi. Niby na ekranie filmowym przesuwała się szybko barwna panorama, w każdej chwili inna. Tonące w bladem, jesiennem słońcu małe gaiki, wioski, pola, koleiste drogi z ciężkiemi na nich arbami, wiozącemi suchy gaoljan; gdzieniegdzie z poza drzew wyglądał grzebieniasty dach skromnej wiejskiej pagody; czasami mignął większy dom o barwnej lace na gzymzach frontonu, jakaś kapliczka, porosłe tamaryndami ruiny murowanej przed wiekami świątyni, a może — fortecy lub grobowca. Dalej znów poprzez płachtę deszczu, co nagle siepać poczynał, majaczyły zarysy pagórków, zarosłe trzcin i krzaków wzdłuż brzegu niewidzialnej rzeki, zdążającej do Jangtse, nudne, dwupiętrowe gmachy nowoczesne, zapewne, — koszary, bo wpobliżu tkwiły wieże strażnicze. Miejscowość stawała się coraz bardziej zaludniona. Wioski ciągnęły się jedna przy drugiej, nieprzerwanym łańcuchem, a za nimi bure, żółte i zielone kwadraciki i trójkąciki najmniejszych na świecie poletek, z których pracowity rolnik chiński wyciągał wszystko, co potrzebował do cichego, skromnego życia, od kilku lat wichrzonego raz po raz i burzonego w imię czyjegoś tam szczęścia.
Nazajutrz Bojcow zakotwiczył swój statek koło przystani w Nankingu. Ledwie majtkowie zdołali przerzucić mostek, na pokład wbiegł urzędnik celny i, witając kapitana, wręczył mu paczkę listów i jakichś druków.
— O-o! — zawołał Bojcow, zwracając się do Wagina, wyglądającego z okna messy. — Jcst tu list do pana!
Sergjusz wyszedł na pokład. Spojrzawszy na kopertę, podniósł brwi. Charakter pisma był mu nieznany. Rozerwał kopertę i, rozwinąwszy papier, rzucił okiem na podpis. Zdumiał się, ujrzawszy wielkiemi, nierównemi literami wypisane — Oskar von Plen. Był to niezmiernie lakoniczny i zagadkowy list:
— Drogi przyjacielu, — pisał doktór, — obecność wasza w Szanchaju jest tak niezbędna, że właściwie powinienem był wysłać wam depeszę. Niestety, adres wasz nie jest nam znany, przeto wyprawiam ten list na ręce przyjaciela mego Amfitrjona — Czeng-Si, dla odszukania was w stolicy i doręczenia go wam. Powtarzam — obecność wasza jest tu niezbędna! Pozdrowienia!
— Coby to mogło znaczyć? — począł łamać sobie głowę Wagin. — Nie wchodzi tu w grę Ti-Fong-Taj, gdyż komprador obrałby sobie inną drogę, a więc...
Przed oczami jego przesunęły się jedna po drugiej postacie przyjaciół — Ludmiła, pani Somowa, Miczurin, wreszcie sam autor listu — dziwaczny, dogorywający Plen. Z pośpiechem i gorączkowo analizował każdą z tych postaci zosobna, usiłując ujrzeć ją w okolicznościach ostatniej chwili, wczuć się w te wypadki, które zmusiły doktora aż do takiego heroicznego wysiłku, jak napisanie listu. W tej analizie odpadli wkrótce sam Plen i pani Somowa; Wagin zamierzał już nie zatrzymywać się dłużej nad Miczurinem, bo i cóż mogło się przydarzyć temu olbrzymowi, jednak jego to właśnie postać zasłoniła mu wszystkie inne i stała się źródłem ostrego, z każdą chwilą wzmagającego się niepokoju.
— Miczurin... Ludmiła... — przewijały mu się w głowie te dwa imiona. — Coby się z nimi mogło stać?
Zaczął myśleć o Ludmile, lecz po chwili widział znowu tylko Miczurina — i to takim właśnie, jak wtedy, kiedy po raz pierwszy spostrzegł jego trwożny i podejrzliwy wzrok, którym ogarniał go, gdy Wagin rozmawiał z Ludmiłą na werandzie u generałowej.
Niepokój ogarniał go coraz bardziej.
— Co robić? Co robić? — pytał siebie, chodząc po messie.
Wreszcie postanowił wysłać telegram do „Szun-Pao“ na imię Miczurina z zapytaniem, co znaczy list Plena. Gdy powrócił z miasta, Bojcow oznajmił mu, że nazajutrz obaj są zaproszeni do ministra wojny na naradę. Wagin nie zwrócił prawie uwagi na tę wiadomość. Cały był pochłonięty myślą o małym domku przy ulicy Fu-Tien-Koo, gdzie mieszkali w gruncie obcy mu, przypadkowo związani z nim ludzie, a tymczasem o nich to właśnie tak boleśnie troskało się jego serce, nagle do głębi wstrząśnięte złem przeczuciem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.