Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - II.djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ryżu na własne oczy), były to pospolitego, a nawet raczej najgorszego gatunku „grues“. Można obserwować wieczorami na rogach ludnych ulic te biedne „petites femmes“, które muszą pozwalać na różne świństwa, by nie umrzeć z głodu...
To oświadczenie dopiero zdruzgotało Jania, a tak głęboko, że nawet nie zdołał powstrzymać okrzyku oburzenia:
— Co pan mówi! Czyż to możliwe? A ja myślałem...
— Źle pan myślał! — zakończył rozmowę Wagin i podszedł do Lu-Huna. Obok niego stali jego starsi synowie. Poważni, milczący i skupieni wyglądali dostojnie w ciemnych strojach narodowych. Rozmawiali z Bojcowym po niemiecku. Musieli się nauczyć tego języka, gdyż firma ojca przed wojną prowadziła rozległe interesy z Hamburgiem.
Sergjusz, nie zwracając już uwagi na Ku-Lu-Huna „of University of London“ i na Jania, który w ciągu roku nie miał czasu poznać się z Monną Lizą, wdał się w ożywioną rozmowę z gospodarzem i jego starszymi synami z pierwszej żony. Uświadomił sobie, że byli to ludzie rozumni, wnikliwi i skromni w wypowiadaniu własnych myśli, lecz z niektórych ich powiedzeń wyzierała wszakże z różnych źródeł zaszczepiona Chińczykom nieufność i niechęć, a nawet lekka pogarda do wszystkiego, co nie było rdzennie chińskiem lub przynajmniej — japońskiem.
To pozostawiało, jak zwykle po rozmowie z obywatelami tego kraju, przykry po sobie osad. Zato obiad był wspaniały — prawdziwie chiński, wytworny i starannie obmyślony. Wagin po raz pierwszy uczestniczył w takiej uczcie. Najwyszukańsze przysmaki