Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - II.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cie robotników. Takie to jest właśnie „miasto mężczyzn”!
— To znaczy, że kobiet tam niema? — spytał Wagin.
— Ani jednej! Zakazane jest to pod strachem śmierci, — uśmiechając się, powiedział Chińczyk.
— Od kogo pochodzi tak dziwny, sprzeczny z naturą zakaz?
— Tego to nikt nie wie, lecz każdy mieszkaniec uznaje niewidzialną władzę! — z zagadkowym uśmiechem objaśnił Hung-Wu. — Byłem i ja, zanim wstąpiłem do organizacji bandytów, mieszkańcem „miasta mężczyzn“. Znajdzie pan tam tylu tragarzy, ile panu będzie potrzeba. W mieście tem zgromadziło się około siedemdziesięciu tysięcy mężczyzn! Wybór duży! Pójdą oni na każdą robotę! Żadne niebezpieczeństwo nie przerazi ich i nie wstrzyma!
— Pan nam dopomoże? — spytał go Wagin.
Hung-Wu wzruszył ramionami i skinął głową.
— Tak jest! — powiedział. — Przecież i teraz pędzę życie z tymi nędzarzami.
— Pan w „mieście mężczyzn“? — zdumiał się Bojcow.
— Spełniam pewne zlecenia rządu... — odparł wymijająco Chińczyk i, spojrzawszy na słońce, powiedział: — Moglibyśmy już ruszyć...
Szyper gwizdnął. Majtkowie poczęli wyciągać kotwicę. Zgrzytał łańcuch kabestanu. Syczała para.