Sobótka (Goszczyński)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Seweryn Goszczyński
Tytuł Sobótka
Podtytuł Z powieści pod napisem Kościelisko
Wydawca Zygmunt Schletter
Data wydania 1852
Druk C. H. Storch i Spółka
Miejsce wyd. Wrocław
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
SOBÓTKA
Z POWIEŚCI POD NAPISEM
KOŚCIELISKO.
Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 40px.svg
W WROCŁAWIU.
NAKŁADEM ZYGMUNTA SCHLETTERA.

1852.


Seweryn Goszczyński - Sobótka ornament.jpg
Czcionkami C. H. Storcha i Spółki.







Objaśnienie wstępne.



Przedmiot powieści z któréj wyjęta jest niniejsza Sobótka, odnosi się do czasu napadów Tatarskich za Bolesława Wstydliwego; sama powieść opiéra się na podaniu następującém: Część Tatarów plądrujących Polskę zapędziła się w Tatry. Górale ustępowali przed liczniejszym wrogiem, aż do doliny znanéj dzisiaj pod nazwiskiem Kościeliska; skorzystali z położenia, obsiedli góry co ją otaczają, nadto grzbiety ich opatrzyli kłodami drzew i wielkiemi kamieniami. Skoro nieostrożni Tatarzy weszli w dolinę, górale łatwo przecięli im odwrót, zawaliwszy jedyny do niéj bardzo wąski przystęp, poczém zaczęli spuszczać z gór przygotowane drzewa i głazy. Tatarzy tym sposobem do szczętu byli zniszczeni, a dolina od mnóstwa ich kości otrzymała na zawsze nazwisko Kościeliska.
Ślady podobnéj porażki widać dotąd na dolinie zwanéj Biała-Woda, pod Gewontem, przy drodze z Zakopanego do Kościeliska. W rzeczy saméj wielkie mnóstwo rozrzuconych po niéj ludzkich kości daje do myślenia każdemu, ktoby nie wierzył w powyższe podanie góralów.




Sobótka.[1]



Pół słońca pała na nieba sklepieniu,
A pół zagasło w polskich puszcz błękicie.
Czerwcowy wieczór, na smereków cieniu,
Po wzniosłéj Wyżni osuwa się szczycie[2].
Z niebios podhalskich uchodzi ulewa[3],
Jak nieprzyjazne wojsko z pól pogromu;
Sztandarem tęczy od Pienin[4] powiewa,
I coraz bledziéj wypuści strzał gromu.
Podhalska ziemia, zdyszana po burzy,
Kiedy-niekiedy grzmotem z głębi runie,
Kiedy-niekiedy z lasów mgłą zakurzy
I jak westchnienie po górach ją sunie.
Na wszystkie strony uciekają chmurki
Łódkami wiatru, przez lasy i wzgórki;
Milczkiem wypełzną, przemykają rączo,
I z wodzem-burzą na wschodzie się łączą.
Wolnieje potok, co przed chwilą szalał,
Las rzęsno płacze kroplami dżdżowemi,
A cały przestwór, od nieba do ziemi,

Jasny, jak żebyś kryształem go nalał.
Luby góralom ten wieczór czerwcowy!
Na piersiach Wyżni spłonie stos Sobótki.
Brzmią długie trąby, przygrywają dudki,
Krociami dzwonków igrają parowy;
Pod biciem siekier jęczą ciemne lasy;
Pod trupem jodeł wzgórza się wzdrygają;
Nucą juhaski, hukają juhasy[5];
Wszystko wre gwarem i góralów zgrają.
Drogi góralom ten wieczór czerwcowy!
Na piersiach Wyżni, nad przejrzystą wodą,
Wzniosą stos wielki dwunasto-jodłowy,
I roczną ucztę do ranka zawiodą.
Święty góralom ten wieczór czerwcowy!
I Wyżnia święta góralską ponętą:
Góra nad góry, na Sobótki święto.
Wyżnia podstawą Kluczek[6] nie dosięga,
Wyżnia w obłokach głową nie ustrzęga;
Ale na Wyżni półodkrytém łonie
Wabiąca woda lustrem nieba płonie,
A z jasnych skroni las płynie stu-wzory:
Tu brzozy puszcza, jak włosy dziewicze,
I, jak włos, Wyżni ocienia oblicze;
Tam na pierś lekkie zarzuca ubiory,
Lub z niskich krzewin, lub drzew jasno-listych,
A z piersi spada puszczą gęstą, czarną,
Jak pełne fałdy strojów uroczystych.
Do Wyżni zewsząd potoki się garną,

I, wiecznym szumem, grają u podnóża;
Do Wyżni zewsząd zbiegają się wzgórza.
I wiszą w koło, zasłony łańcuchem,
By wiatr zimowym nie wiał na nią dmuchem,
By wschód zawczesny nie draźnił jéj oczu.
Wyżnia, jak pani, patrzy ze stolicy
Na gród olbrzymi, olbrzymki-Łomnicy[7],
Co błękitnieje w południa przezroczu.
Pomiędzy Wyżnią a nawalnic miastem,
Pod wałem z głazów, gdzie puszcze są chwastem,
Pod wieżycami, gdzie z granitu dachy,
Osada z gromów, a z orłów szyldwachy,
Lśni nowotarskiéj-doliny opona[8],
W śrebrnych potoków węże zapleciona,
Tatrańskich borów cieniem narzucona.
Wysłana lasem głęboka dolina,
Po któréj stopniach nurt Łopusznéj schodzi[9],
Cały ten widok w jeden promień spina,
I do nóg Wyżni w hołdzie go przywodzi.

Jeszcze ot! jedna chmurka przeleciała:
Las ciemny przejrzał, wystrzeliła skała;
Na skale jodła, i pięciu leżało.
Leniwy tuman oblał im podnóże,
Oni leżeli widziadłami w chmurze,
Jakby w powietrzu, z jodłą i ze skałą.
Brodate twarze, odzież ich jednaka:
Czerwono szyta guńka na opaszki;

Rzęsno jarzące szkiełka u kołpaka;
Kołczan na plecach, sążniowe wataszki,
Szerokie pasy, za pasem topory.
Włos pokręcony w obfite kędziory,
Tu wisiał, w krasne wstążeczki ujęty,
Tam w skrzydła wiatru plątał swoje skręty.
Jak orle skrzydła, gdy za łupem świszczą.
Jak orle oczy, gdy nad łupem błyszczą;
Tak groźne, bystre i twarze i oczy
Gości, co Wyżnię śpiegują z uboczy.
Rozbójnik Janosz spoczywał za niemi,
Głazem, co z wieków wjada się w pierś ziemi,
Najgłębiéj skryty w jodłowém zacieniu.
Znać go po wzroście, znać go po wejrzeniu.
Żaden mu góral w niczém nie zrównywa;
Słynie jak Krywan! o nim Ludek śpiéwa[10]:

Janoszu! dzielny góralu!
Zkąd ty wziął się na Podhalu,
Taki rosły, taki wdzięczny,
Taki silny, taki zręczny?

Ty wysoki, jak Łomnica,
Jak lawina, twa prawica,
Jako Tatry, twoje barki,
Jak lot gwiazdy, bieg twój szparki.

Zatrzymasz orła w obłoku,
Gdy mu utkwisz oko w oku;

Ty obejmiesz ten buk w borze,
Co go objąć trzech nie może.

Janoszu! dzielny góralu!
Zkąd ty wziął się na Podhalu?
Nie kobieta, ale skała
Zrodzić nam ciebie musiała.

A dziś dnie jego życiem zbójców płyną;
Lód i przepaście jego dziś dziedziną.
Po ciemnych jamach z puhaczami mieszka,
Trop dzikiéj kozy zwykła mu dziś ścieżka.
Co o nim prawią, w głowie się nie mieści,
Jak o straszydle krążą o nim wieści.
Tutaj ze mgłami spada na doliny,
Tu duchem zbiega nietknięte wyżyny;
Tutaj, od strzelców odważnych naparty,
Znika w szczelinie tak wąsko rozdartéj,
Że się zaledwo gadzina prześliźnie.
Z wierzchów, gdzie kamień na proch się rozbryźnie,
On żywo zleci, jakby skrzydłem ptaka,
Albo jak koziół huśta się u krzaka.
Głos ludu twierdzi, że kochanka jego,
Którą jak stracił, nikt wiedziéć nie może,
Przeobrażona w ducha niedobrego,
Tajemnie nad nim czuwa w każdéj porze.
Bo trudno wierzyć, ażeby tak młody
Przebył bez duchów tak wielkie przygody,

I jedno imię wdział, jak nawałnicę
Grzmiącą a ciemną, na całą ziemicę.
Ten sam dziś przyległ lodem do kamienia,
I wbił przed siebie źrenicę zmartwiałą.
Pojrzyj mu w oczy, a w głębi spojrzenia,
Masz jego sławę, jego duszę całą.

»Oj biada, biada! tym górom, téj głowie!«
Wstrząsł wreszcie głową i ze skargą powie:
»Jakże tu wszystko poszło na pustkowie!
Wiecie? to pole gdzie młodzież zebrana
On stos buduje, one stawy jasne,
On bór świérkowy — to moja polana[11]!
Kiejsi to wszystko było moje własne.
W górę, na lewo, niedaleko wody,
Między brzózkami stały me chałupy;
Dziś, na ich miejscu, przegorzałe słupy.
W prawo od chałup leżały zagrody.
On staw był kiejsi czysty jak krynica,
Jedyna kąpiel i ryby bez miary.
Statku nie mogły pomieścić koszary[12].
Wszem smakowały mój sér i żętyca[13].
Największy płomień jarzał z méj bacówki[14],
Najgorsze kondle strzegły mojéj trzódy.
Janosz był pieśnią na podhalskie ludy.
Kasia najradniéj szła tu na borówki[15].
Na prost za wodą, gdzie tam owa brzózka,
Pierwszegom dostał od Kasi całuska,

I tak mi serce schwycił ten całunek,
Żem odtąd przy niéj, jak przy owcy dzwónek,
A ona przy mnie; odtąd trzódki nasze
Razem do koszar, razem szły na paszę.
Ona śpiewaczka, jam gracz niepośledni,
Co zaśpiewała jam wygrał na flecie.
Długo, ach! długo żyli my tak w świecie,
Jakby my w świecie żyli tylko sami.
Raz my nad wieczór rozbiegli się biedni:
Kasia coś rwała pomiędzy świerkami,
A ja usiadłem u owego buka,
Co tam na prawo, a pod nim zdrój płynie.
Ja gram i śpiéwam, Kasia ku mnie huka;
W tém przeraźliwie wrzasnęło w gęstwinie.
A już się znacznie zgęścił mrok wieczoru;
Blada ze strachu, leci Kasia z boru:
Mnich! mnich! krzyknęła; serduszko jéj bije[16],
Drzy, jak blask w stawie, a ściska mi szyję.
Źle! pomyślałem, alem ją pocieszał;
Mówiłem śmiało, a język się mieszał.
Dobrzem ja wiedział, że nigdy daremno
Mnich nie nastraszy. A tymczasem ciemno,
Kasi do domu wypadała droga;
Nielza już było puszczać pod noc saméj,
Więc się potokiem razem przebiéramy,
Aż pod wieś prawie, do Dziwo-żon jamy[17].
Pocałowała mię jeszcze nieboga
Kiedym odchodził, prawi że bezpieczna,

I że nazajutrz znowu zemną będzie.
Nazajutrz czekam, doczekać nie mogę.
Com się nie pytał, com nie szukał wszędzie,
Przepadła z wieścią; tajemnica wieczna,
Skradła bez śladu wszystko moje drogie,
Najdroższe w życiu. Ach! jakem ją kochał!
Bliskie już były nasze zaślubiny.
Jakem ja bolał dla jednéj dziewczyny!
Na jéj spomnienie, jak dziecię, ja ślochał.
Stwardniałem wreszcie, i płakać przestałem;
Wszakżem już nie mógł być czém byłem przódy.
Nic się nie wiodło w gospodarstwie całém.
Owies nie rodził, wymierały trzódy,
Grad łąki trzepał, w gumna bił grom boży.
I coraz gorzéj, coraz było gorzéj.
Gdziem się nawinął, nie przeszło bez zwady,
Tak, żem już nie śmiał wyjrzéć między żywe.
Cóż było robić? nie znalazłem rady,
Tylko porzucić miejsca nieszczęśliwe.
Więc resztę statku puściłem na wolę,
Na wieczny odłóg przekląłem to pole,
Spaliłem chatę, zwaliłem szałasy,
I, tak jak stałem, puściłem się w lasy.
Myśliłem sobie: ha jak zbójca, może
Między halami głową gdzie nałożę.
A jednak żyję! a po co? o Boże!«
Tak się rozwodził Janosz w słowach rzewnych,
Złamane ręce sparłszy na kolana:

»Ode dni kilku jakaś w duszy zmiana,
A w sercu ulga; jakaś chęć do krewnych,
Do ojcowizny. Idź, idź na Sobótkę!
Ciągle coś szepce; pójdę na Sobótkę,
Rzekłem: Haj! pójdę! zobaczę raz jeszcze[18]
Swoją polanę, zręby swojéj budki,
Może Bóg dobry chce skończyć te smutki,
Może tam Kasię znajdę i popieszczę.
Teraz Bóg tylko świadom, co mię czeka,
Czy bliskie szczęście, czy śmierć niedaleka!«

Zachód mdléj coraz śniegi hal pozłaca,
Ostatni odblask z cichych wód ucieka,
Spada na ziemię wieczoru powieka;
Ale na Wyżni rośnie gwar i praca,
Pnie się ku górze święty stos wspaniały.
Dwanaście jodeł z gałęzi odartych,
Zetkniętych wiérzchem, spodem rozpostartych.
Spiczastą wieżą ku niebu powstały.
We wnętrzu jego jeży się chróst suchy,
Cztérech górali głownię rozżarzyli,
Rozkołysali, chróstem upowili.
Podęli razem silnemi podmuchy.
Grają płomyki, jak żądła wężowe,
Wyjrzą co chwila z ogniska paszczęki;
Nagle rozjadły ogień wznosi głowę,
Rzuca się błyskiem na stérczące sęki,
Na niższych z razu czepia swe sztandary,

Oblata kłody, wyziera przez szpary,
A jad pod korę zapuszcza tymczasem;
Aż gdy zranione drzewa zapiszczały,
I w jasnych gwiazdach smolną krew polały,
Ogień wzdłuż stosu posunął z hałasem,
Chwyta się szczytu, siada na stolicy,
Wyrzuca na świat setne dymu kręgi,
Potrząsa w niebo płomieniste wstęgi,
I już panuje całéj okolicy.

Radośna wrzawa i huczne oklaski
Przyjęły zewsząd pierwsze ognia blaski,
Na bór, daleko, spadła ćmów zasłona;
Młodzież góralska, od płomieni prędsza,
Stoi już, w koła tańczące spleciona,
Jak obraz z cieni urodzony wnętrza.
Dziewice w kwiatach, chłopcy z długim włosem,
Gęśle i kobzy, fujarki i dudki[19],
Wszystko to naraz uderzyło głosem,
I grzmotnym krokiem do tańca Sobótki.
Zalśniały widzom źrenice ciekawsze,
Ciekawszy Janosz wychylił się z cienia;
Westchnął, podumał, i rzecze z westchnienia:
»Hej! hej! dla czegoż ja nie ten sam zawsze?
Ażebym dzisiaj, o moja rodzino!
I ja ze swoją wystąpił piosenką.«
Zgrzytnął: »o bodaj wieczną cierpiał męką,
Kto potępienia mego jest przyczyną.

Niech wieczne wieki piekło łzami gasi,
I nigdy łaski niebieskiéj nie zyska,
Jak ja nie mogę, bez méj lubéj Kasi,
Do góralskiego przysiąść się ogniska!«
Żal tak łający, gorzki był jak piekła;
Zaświadczy jemu łza, co z ócz pociekła.
Lecz towarzysze skarg tych nie słyszeli;
A choć słyszeli, to nie zrozumieli,
Jakby to można, przez jedną dziewczynę,
Za życie zbójcy, oddać swą dziedzinę,
I jednym smutkiem, smutkiem po kobiécie,
Struć swoje szczęście, zabić całe życie.
Jak rozkochani w stos patrzali oni;
I Janosz, gorzką łzę z lica otarłszy,
Za tancerzami weselszy wzrok goni.

Szérzéj i jaśniéj, płaszcz ognia monarszy,
Przejrzyste poły w około rozkłada.
W osobnym tłumie zebrali się starce;
Głos ich poważny, roztropna biesiada;
A oczy żywsze przy brzęczącéj czarce.
Z nimi matrony i dzieci zasiadły,
I czujne kondle przy nich się układły.
Do koła stosu mniejsze ognie świecą,
A każdy nową uciechę rozpala,
A każdy głośną opasany zgrają.
Pół-widne kształty za kształtami lecą;
To ćmą, to blaskiem, jak płynąca fala.

Plączą się koła, ogniska mrugają,
Połyska w ogniu topór tanecznika;
I zręczny skoczek ogniem się przemyka.

A w tém od starców głos o posłuchanie.
Kiczora mówi; głowa dawno siwa;
Zamożny gazda na wielkiéj polanie[20],
Co ku wschodowi w piękne niwy spływa,
Z góry przezwanéj mianem jego rodu[21].
We czci on wielkiéj u swego narodu.
Na jego okrzyk błyśnie, mówią ludzie,
Więcéj watażek niż ma owiec w trzódzie[22].
Dzisiaj już tańczą jego praszczurzęta.
A chociaż sprawy odwieczne pamięta,
Jednak, nikt dotąd nie postawi śmiało
Swojego barku przed jego dłoń wprawną.
Raz Janoszowi tylko się udało
Rozbroić starca, gdy ten z butą dawną
Przysiągł oczyścić góry od téj zgrozy,
Napadł go w lesie, i chciał wziąć w powrozy.
»Dzieci!« zawołał: »taniec ja wasz chwalę,
Chwalę te pieśni; ależ wy górale,
Wy dzieci Tatrów, co u wszystkich w sławie,
Wstyd zapominać swéj ziemi w zabawie.
Znam wiele świata; widział ja za młodu
Nie mało ludzi, nie jedną opokę.
Kiedym przemierzał ślak do Carogrodu[23],
Gdzie się już morze zaczyna głębokie;

Lecz niéma nigdzie gór, jak nasze hale,
Ani góralów, jak nasi górale.
Owóż o halach zaśpiewajcie dzieci,
Na nutę co to od skał nazad leci.
A swemu kiedyś nasze plemię powie
To, co wam wasi śpiewali ojcowie.«
Roztropnym słowom radzi wszyscy prawie,
I chętnie skłonni ku cichszéj zabawie,
I ci i owi zbiegli się w gromadę,
I coby śpiewać złożyli naradę.
Po krótkim gwarze rozwarło się koło:
Wyszły trzy dziéwki, ze wstydu rumieńcem;
Kobzy i dudki obległy je wieńcem,
Kobzy i dudki przegrały wesoło;
A gdy skończyły niedługą przegrywkę,
Dziéwki z kolei zawiodły tę śpiéwkę[24]:

Strzeżcie się o matki!
Tulcie wasze dziatki.
Pod okienkiem mara,
O zdobycz się stara:
Czapeczka czerwona,
Kosa rozpuszczona,
Ach! to Dziwo-żona.

Jako śmierć złośliwa,
A, jak wiatr, pierzchliwa,
Podsunie się skrycie,

Ukradnie wam dziécię,
I zniknie zdradziecko.
O matko! strzeż dziecko,
Czycha Dziwo-żona.

Góralko nadobna!
Nie biegaj z osobna,
W zarosłéj ustroni,
Strach stracha tam goni.
Czapeczka czerwona,
Kosa rozpuszczona,
Ach! to Dziwo-żona!

Jako śmierć, złośliwa,
A, jak wiatr, pierzchliwa;
Pochwyci cię w lesie,
Pod ziemię zaniesie;
Bez Tatrów, bez słońca,
Zostaniesz do końca,
Jako Dziwo-żona.

Niebogo! Sieroto!
Włosy ci rozplotą,
Czapeczkę nasadzą,
Słodyczkę jeść dadzą[25];
Dla twego serduszka,
Za drużkę, za drużka,
Będą Dziwo-żony.


Dziéwczę, biada tobie!
Ty przed śmiercią w grobie.
Tańczą z tobą mary,
Twe hale, pieczary;
Jak Krywan wysoki,
Tak twój świat głęboki,
Skoroś Dziwo-żoną.

Ucichły kobzy, ucichły i dudki,
A ledwo skonał dźwięk ostatniéj zwrótki,
Gęśl zadzwoniła, i śpiewanie dzikie
Zlało się w cichszą i milszą muzykę.

Szczęśliwe oczy, szczęśliwe kroki,
Co świat Dziwo-żon nawidziéć mogą.
Alabastrowe wszystkie opoki,
Najdroższy kamień leży pod nogą.

Wszystkie tam wody płyną kryształem;
Każda kropelka spada perełką;
Mosty ze złota w państwie ich całém,
A z dyamentu każde światełko.

Wielkie, pod niebo, są nasze skały;
Perłami, rosy toczą się nasze,
Nasze potoki, jako kryształy;
A, jak noc, świeże bory i pasze.


Bo u Dziwo-żon nasz się kraj kluje:
Bo u nich każdy zdrój się poczyna,
Bo je wypieszcza, bo im wartuje,
Dzika, podziemna, lecz hal rodzina.

»Słyszycie?« Janosz rzekł do towarzyszy:
»Jaką tam gędźbę wyprawują dziwy[26]?
Słyszycie bracia?« powtórzył strwożony.
I miał przyczynę; bo we wdzięcznéj ciszy,
Która śpiéw pieści, podniosły się wrony,
I rozpuściły nagle krzyk chrapliwy;
Gacki pisnęły, w gwałt huknęły sowy[27];
Ponurych wilków rozległo się wycie;
Ciężkich gałęzi kołatnęło bicie,
Jak żeby wicher przeleciał zimowy,
I echem śpiące szczeknęły parowy.
Janosz rozgląda, słucha, duchem trwoży,
A nie zmiarkuje co ma trzymać o tém.
Słuch to do drzewa, to na głaz położy;
Drzewo brzmi w głębi, skała drga łoskotem,
Jakby gdzieś końskie kowało kopyto.
Nie rad ze słuchu, oka w pomoc wzywa;
Chce powstać z miejsca, ale nagle siada,
I już nie słucha, nie słucha, nie bada,
Tylko zdumiały wpatruje się w dziwa,
Które nie zawsze, nie wszystkim odkryto.
W cieniach zarośli, na granicach blasku,
Jakby na ramach jasnego obrazku,

Żyjących twarzy, głosów mile brzmiących,
Skał zrumienionych, jeziór pałających.
I ugwieżdżony ogniami polany,
Powstaje w koło widok pół-podziemny;
Duch tam, lub człowiek mignie na przemiany,
To duch pół-jasny, to człowiek pół-ciemny.
Między pnie świérków, między cienia smugi,
Snują się gęsto postacie kobiéce;
Czapki na głowach, w nieładzie włos długi,
Rozwiana odzież, okopciałe lice;
U czapek stérczą bezkwietne paprocie;
A oczy świécą, jak w ciemnościach kocie.
Czasem się skupią, czasem się rozbiegą;
I tu, i owdzie badają ciekawie,
Niby nierade, i rade zabawie;
W ich niepokoju coś dziwnie strasznego.
Wilki pod krzami czują się gromadą;
A w gęstwie wyższéj nocnych ptaków stado.
I wszyscy w płomień wpatrują się święty,
Jakby go w oczy na cały rok brali;
Opodal wężów różno-barwe skręty.
Świeci odblaskiem zwierciadlanéj stali,
Większy nad inne, i cudnéj piękności,
Wąż, co ma grzebień złocistéj jasności;
Królem on wężów, znany u górali[28].
A w większym mroku, widziadła człowiecze,
Na widmach końskich, mkną się lasem chyżo;
Strzały na plecach, u bioder ich miecze,

Czasem nad brzegi lasu się przybliżą,
I groźnym wzrokiem strzelą przez drzew śpilki.
Oko ich wąskie, jako ślad iskierki.
I pierś i głowa, jak w owcy kołtunach.
Gdzie się przybliżą, odezwą się wilki,
Sowa ciekawie zaziera przez świerki,
I wrony krążą w śmiertelnych całunach.
Tu się pokażą, tu nikną w mrok głuchy;
A zawsze szybko i cicho, jak duchy.
Nieżywa głowa skacze w ślad za niemi[29]:
Z okiem rozwartém, z ustami ściętemi,
Zdaje się ciągle śpiegować ich ruchy.
To długie włosy, jak skrzydła roztoczy,
I bystrym ptakiem zagwiżdże w gęstwinie,
To znowu w skrzele długie włosy zwinie,
I rybą idzie w podziemne głębinie,
Aż znów z podziemi jak z wody wyskoczy.
Ależ-bo w ów czas, ziemio staroświecka!
Dzisiejsze dziwy, dziwami nie były:
Grały widomie niewidome siły,
I pilnowały człowieka, jak dziecka.
W powietrzu, w drzewach, w kamieniu, pod wodą,
Krewne spół-czucie ludzie znajdowali;
Bo nie gardzili na ów czas przyrodą;
Bo ją jak matkę znali i kochali.

Ścichła powoli dziwnych głosów walka;
A koło stosu powstał okrzyk: »Salka!

Salka nam teraz zaśpiewać powinna.«
Na to wołanie wybiegła góralka,
Smukła jak jodła, niby sarna zwinna;
Żywe jéj oko gra nurtem płomienia;
Śpiew jéj słowiczy dzwoni od niechcenia,
A jednak skały zdaje się przeszywać,
A jednak światłem zdaje się rozléwać.
Cóż gdy dla śpiewu strun gęśli poruszy?
W ten czas myśl pieśni, smutna, czy wesoła,
Wylała kształtem czarta lub anioła,
Porywa serce i tańczy po duszy.
Salka gęśl wzięła; przygrywek jéj krótki;
Siada przy starcach, pojrzy po drużynie:
»Cóż wam zaśpiewam? o chmurnéj dolinie[30]
I tak zaczęła, bez kobzy i dudki:

Roskoszna, jedyna,
Pochmurna dolina,
Dla całych Tatrów ponęta;
Lecz lasy i skały
W krąg ją opasały,
I brama z głazów zamknięta.

Roskoszna, jedyna,
Pochmurna dolina;
Od całych Tatrów kochana,
Lecz na niéj mgły gęste,
I dészcze w niéj częste.
Dolina często spłakana.


Bo w skalnéj siedzibie
W Dunajca kolébie,
Panuje straszny duch-potwór.
Zgrzybiały zazdrośnik.
Dunajca miłośnik,
Wciąż patrzy za nim przez otwór

Poczwara złośliwa,
Szaleje do dziwa,
Jak tylko weźmiesz mu wody.
Za kroplę ztąd biedną,
Piekielne bezedno
Potopem wre niepogody.

Siedziba szatana,
Skarbami zapchana;
W niéj srebro, złoto, jak śmiecie;
Nie złota duch patrzy.
Od złota skarb rzadszy
Tam leży — wieczne tam życie.

Kto dosyć wytrwały,
Aż w głębią pójść skały,
I na strach mocną ma głowę,
Ten, za swoją dzielność,
Ma tam nieśmiertelność,
I bierze skarbów połowę.


Lecz ducha złość wściekła,
Zatrzęsie dnem piekła,
Jak tylko drzesz się pod skałę;
Opada uléwa,
Wiatr lasy wyrywa,
Głaz pęka, Tatry drzą całe.

Cudnie śpiew dzwonił w zasłuchaném gronie;
Cudnie się błąkał echem rozbudzoném.
Same niebiosa przychylały skronie,
Rzęśniéj gorzały licem ugwieżdżoném.
Ogień Sobótki, jak południe, pała;
Na szczycie nieba północna drzy zorza;
Rozdźwiek strun zagasł, spoczęła młódź hoża;
Poważnych starców rozmowa ustała;
I było chwilę, jakby śmierć powiała,
Jakby świat dumał pół-nocną modlitwą.
Tylko Janosza spojrzenie się rwało,
Duszą, w spojrzeniu, w niepokoju całą;
Rwało, na duchów tajemniczą bitwą.
Kędy pod lasem, w przymroczonéj łunie
Król wężów świetnie złoty grzebień jeży,
Tam, głębiej, potwór na konia się sunie.
Stanął, przez chwilę śledzi okiem węża,
Potém łuk bierze, naciąga i mierzy.
Wąż się podnosi, łeb w górę wypręża,
Połyska wieńcem i groźnie zasyczy.
A w tém u łuka struna zaskowyczy,

Strzała zniknęła, dumny wąż upada,
Padając świsnął: od onego świstu,
Z drzew przelęknionych leci chmura listu,
A zewsząd wężów i gadzin gromada,
Z liści z pod liści wysuwa się błyskiem,
Pnie się na konia, ze sykiem i piskiem,
Dosięga jeźdźca, chwyta w sto obręczy,
I wszystko razem w dół się obaliło.

Krótko koń wierzga, krótko jeździec jęczy:
Zniknęli oba pod wężów mogiłą.
Pisk, jęk, gwizd, łoskot! przykra to muzyka,
Dla ciszy, którą dźwięki strun wypieszczą;
Dziewicze koło ciaśniéj się zamyka,
Wstrzęśli się może mimowolną dreszczą;
Popłoch po wszystkich obleciał widomie.
Cyt! po gęstwinie znowu się coś łomie;
Niepewne oczy w gęstwinę patrzały:
Szelest się zbliża, z gęstwy trzéj wybiegli;
Każdy na szczudle, jakie czasem służy
Tutejszym ludziom do prędszéj podróży.
Radośnie klaśli ci, co ich postrzegli:
»To Ludek, Ludek! długo nam żądany.«
»Haj! haj!« zawołał Ludek, syn Michała,
Z rodu Garoszów; pierwszy gdzie są tany;
Rej wszem pieśniarzom, Podhalanom chwała,
A młody dziedzic na miłą polanę,
Gdzie skały, zamkiem zakopańskim zwane[31]

Wieść o nim biega, że przy wody szumie,
W którym się huśta Dunajec maleńki,
Znalazł dźwięk, i myśl do pierwszéj piosenki;
Dziś setne śpiewać i sam składać umie.
Piszczałkę jego słychać śród tysiąca,
Piosenka jego tak w serce idąca,
Że starce nawet z łzami myślą o niéj,
Że samo echo przeciągléj nią dzwoni.
Każdy rad, każdy słucha go ciekawie,
I on téż chętnie przytomny zabawie,
Kędy za stare dzieje odśpiewane,
Łzy i oklaski może wziąć w zamianę.
Wszyscy w głos wielki witali go radzi:
»Cóż Ludek powie? zkąd ich Bóg prowadzi[32]
Niepokój biega w spojrzeniach pieśniarza:
»Niech wam Bóg szczęści!« pomieszany powie:
»Ja wraz z Maniowéj. Licho nam zagraża[33];
Tatar na nasze następuje zdrowie.
Bądźcie bacznymi. Na mocnym Czorstynie,
Ode dni kilku, przez rozkaz starosty,
Kazano czuwać zamkowéj drużynie;
Zawarto wszystkim i bramy i mosty!«
Starzy dumali; lecz młodzi górale,
Toporki w górę cisnęli zuchwale,
I zawołali: »Co? w halach Tatarzy?
Któż to na nasze hale się odważy?
Kto się odważy na te bory, głazy,
Na te topory, bodaj na te razy?«

I groźnie wstrzęśli zaciśnione pięście.
Ale Kiczora, co rzecz widzi zdrowo,
Do serc gorących to powiedział słowo:
»Powoli dzieci! wielkie to nieszczęście,
Ten dziki Tatar, brzydszy od szarańczy.
Już on nie dzisiaj, jak świat wielki, tańczy.
Kiedy z państw przegnał Knigę świątobliwą[34],
To i przez nasze wąwozy przejść zdoła!«
— »A czy z nich wyjdzie?« odparła młódź żywo;
»Bawmy się lepiéj!« wołano do koła;
»Ludek też naszéj pomoże ochocie.
Przy ich śpiewaniu zapomnim’ o trwodze.
Ludku śpiewajcie!« Pieśniarz był w kłopocie,
Przystał nakoniec: »spieszno ja przechodzę;
Ale, co mogę, zostawię po drodze.
Strachem was witam, w strachu was porzucę,
O mnichu, bracia! o mnichu zanucę:«

Gaśnie zachód na obłokach;
Gwiazdy łamią się w potokach;
Kwiaty zroszone do snu opadły;
Lasy zciemniałe dumać zasiadły;
Drzymie ziemia cicha,
Nic nie uśpi mnicha.

Przez sen mówią śpiące góry;
Lśni księżycem głaz ponury.
Próchno się ogniem umarłym błyszczy,
Sowy hukają, nietoperz piszczy;

Ślepa ćma się snuje,
Wszystko mnicha czuje.

Mnich posuwa lotem kozy,
Po przepaściach przez wąwozy;
Na sam szczyt drzewa śmignie wiewiórką;
Krzaki najgęstsze przemknie jaszczórką;
Z głazu, mchem wyśliźnie,
Z wód, łososiem bryźnie.

Na wyżynie, na głębinie,
W wąskiéj, jak włos, rozpadlinie,
W promyku rosy, w fijołka woni,
Wytryśnie widmo, wiatrem pogoni:
Gdzie nie pomyśl zajdzie;
Gdzie się nie skryj znajdzie.

Nie pamięta żaden żywy,
Kiedy wszczęły się te dziwy.
Kiedy się skończą, któż zgadnąć może?
Potłum to licho, prosimy, Boże!
Mocą krzyża swego
Zasłoń nas od niego.

»Oj dzieci! z mnichem nie trzeba żartować!«
Rzekła Plewina, staruszka ostrożna:
»Kogo przydybie ta mara pobożna,
Lepiéjby temu żmiję pocałować.

Spotkanie mnicha tego narobiło,
Że Janosz żyje Bóg wie po jakiemu!«
— »Jakże to było? jakże to tam było?
Powiedzcie, matko; będziem radzi temu.
Téj całéj sprawy nie jeden z nas nie wie.«
— »Ludek nam powie!»« rzecze Salka żywa.
»Oni go nieraz spominają w śpiewie,
Oni to znają. Niech Ludek zaśpiéwa.«
Na błagające spojrzenia dziewczyny,
Na zaklinanie skupionéj drużyny,
Ludek rad nie rad ku ognisku wrócił,
I z wtórem kobzy tak znowu zanucił:

Ranna jaskółka na juhasów woła,
Pstrokacieją Wyżni boki.
Czego Wyżnia tak pstrokata?
Czy jaki wicher dmie w Gewont wysoki[35]
I na sztuki go rozmiata?
To Janosz swój statek rozpuścił do koła.
Dzwoni fujara, i śpiéwek na drzewa,
Idzie górami w sto śpiéwek;
Któż te cudne pieśni składa?
Czy za górami sto góralskich dziéwek,
Stu góralom odpowiada?....

Tu pieśniarz uciął; pod palcem kobziarza,
Pękły z dalekim jękiem wszystkie druty.
Ze środka lasu wypadł wicher luty:

Wyrywa jodły, słupem liści tarza;
Płomienie stosu kręci wiru śrubą;
Mroczy polanę chmurą dymu grubą.....
Każdy się tulił, wszyscy się pytali:
»Czém struny pękły? zkąd ten wicher luty?
Czyście słyszeli, jak coś jękło w dali?
Byłoż to echo kiedy pękły druty?«
Wszyscy pytają, a nikt nie odgadnie.
Lepiéj to widzi Janosz ze swojemi:
Zaledwie wicher z pod lasu wypadnie,
Jak przed gadziną skoczył on od ziemi,
Wrzasł przykrym jękiem, zbiegł na brzeg opoki,
Wyciągnął palec, rozwarł wzrok szeroki:
»Czy wy widzicie, widzicie w kapturze?«
Opryszki milczkiem spojrzeli mu w oczy,
Potém po sobie z uśmiechem spojrzeli:
Bo nie widzieli, tylko wielką burzę,
Tylko słup wichru, co liściami toczy,
To nie ma dziwu, że się w duchu śmieli.
Janosz umilknął; drzały w piersiach słowa;
Oczy w słup stały, zawsze w jedną stronę:
Widziadło stąpa liściem otulone;
Pod wielki kaptur całą głowę chowa;
Na piersiach leży długa broda siwa,
A trupia głowa siedzi na ramieniu,
Widziadło wichrem stąpa ku płomieniu:
Głowa z ramienia ptakiem się porywa,
Leci ćmą w ogień, uderza piorunem,

I stos rozwala; widziadło brodacza
Stos rozburzony poważnie przekracza,
Wlecze za sobą dym i skry całunem,
I burzą coraz dalszą w lasach znika.
Wszystko ucichło, Janosz się odcyka,
Jak po śnie strasznym; przeciera powiekę,
Niepewnie w okrąg poziera i słucha,
I sam do siebie przemawia po cichu:
»Czyż to ty byłeś? ty, nieszczęsny mnichu?
Ciebież widziałem? haj widziałem ducha.
Nieszczęście niesie! bliskie czy dalekie!
Biada nam! komu? mnie czy im? pobiegę,
Polecę do nich, zawołam, ostrzegę,
Niech do dom idą, niech będą gotowi.
A będąż wierzyć? komu? opryszkowi?
Bajce o strachu? hej Janoszu! w drogę,
Tu niebezpieczno. Czekajcie! nie mogę,
Nie możem odejść! ich tutaj coś spotka,
A spólna dola, zawsze, zawsze słodka!«
Usiadł i czeka, niechaj co chce będzie.

Popłoch górali przewiał w burzy pędzie.
Straszny to wicher, ale wzdy przeminął.
Stos gore znowu. Gdzież to Ludek zginął?
Czy nie ze sobą burza go porwała?
»Gdzież tam!« ktoś woła, »gracz to syn Michała.
On rad że wreszcie od was się wywinął.
Zaledwo wicher ognisko rozmiotał:

On się na szczudłach co żywiéj wydźwigał,
Aż zatrzeszczało tak dalej pośmigał,
Zawołał: »reta« a pewno chichotał.«[36]
— »Niech sobie lecą na szyi złamanie;
Jakoś i bez nich będziem mieć śpiéwanie«
Zawoła Salka: »niechaj lecą sobie,
Ja wam na oko, jak tam było, zrobię.
Wy téż Magiera świadom rzeczy całéj.
Ja będę Kasią, i wedle téj skały,
Będę zawodzić, i jagody zrywać,
A wy Magiera pod bukiem usiądźcie,
Będziemy sobie wzajem przyśpiewywać.
A wy Nasieka starym mnichem bądźcie.
Skryjcie się w gąszczu, i jak strach na Kasię,
Wpadnijcie na mnie; ja powiem o czasie.
No pamiętajcież!« I w zaroślach ginie.
Antosz Nasieka w gunię się ubiera,
Jak w kaptur mniszy, i siada w gęstwinie,
A z pod buczyny tak nuci Magiera:

Cobym ja dał! cobym ja dał!
Żebym we dnie i we mroku,
O zachodzie i o świcie,
Żebym całe, całe życie
Miał cię Kasiu przy swym boku.
Pół méj trzódy jabym dał!

Magiera przestał i dudą wygrywa,
A za drzewami dziéwczę się odzywa:


Miéj dla siebie trzódy swoje,
O bydło nie stoję.

Cobym ja dał! cobym ja dał!
Żebym twoje piersi białe,
Jako wzgórki, uśnieżone,
A, jak puszek, wypieszczone,
Mógł dotykać życie całe.
Jabym ci polanę dał!

Śpiéwak znów ucichł, i przygrywa w dudy.
A dziéwczę z gęstwy nuci jako wprzódy:

Miéj dla siebie łąki swoje,
O trawę nie stoję.

Cobym ja dał! cobym ja dał!
Żebyś u tego zarzewia,
Na to łóżko jak kolébkę,
Złożyć chciała ciałko gibkie,
Jako pręcik kozodrzewia[37].
Jabym siebie tobie dał!

Długo śpiéw krąży, po przestworzu cichém,
Aż od gęstwiny leci głos ze śmiéchem:

Nie chcę trzódy, nie chcę pola,
A twoja bądź wola.


Pieśń się skończyła; starzy lubowali;
Młodzież to piosnkę to pieśniarkę chwali;
Wszyscy czekają co nastąpi daléj.
Oh! i mnich wreszcie podnosi się, mruczy.
Nagle do koła, zatętni, zahuczy;
Salka wypada, krzyczy, co tchu staje,
Utraca siły, i mdleje śród drogi.
»Dobrze udaje!«; krzyczą; »jak udaje!«
Ale wnet radość wrzasła gwarem trwogi:
Stęknęły głazy, trzasnęły konary,
I jezdne zewsząd suną się poczwary;
Suną się błyskiem, zawodzą ponuro,
I nakrywają góralów strzał chmurą.
»Tatarzy, przebóg!« zagrzmiał głos Kiczory.
Watażki w rękę! do góry topory!
»Górale do mnie! kto zdolny na opór.
Za mnie tu! za mnie kobiety i starzy!«
Wystąpił naprzód, trzykrotnie zaśwista,
Wypuści w górę, jak głownię, swój topór.
Półkołem obok staje młódź barczysta,
A naprzód lecą i wrzeszczą Tatarzy.
Po owczych kudłach, otuleni nocą,
A ognie stosu po szablach migocą.







Przypisy

  1. Uroczystość ludów słowiańskich, znana w różnych plemionach pod różnemi nazwami. Sięga najdawniejszych czasów, a w niektórych stronach trwa dotąd. Przypadała 24. Czerwca. Mieszkańcy jednéj lub kilku osad, gromadzili się w pewne miejsce, nakładali wielki ogień, tańczyli około niego, śpiéwali, czynili rozmaite wróżby, to skacząc przez płomień, to wianki na wodę puszczając. Były to istne słowiańskie igrzyska, lub święto ognia odziane uroczystą tajemniczością religii, i całym urokiem poezyi. Pojąłem ją w tym duchu, i wystawiłem w niniejszéj poezyi. O Sobótce wspominają nasi kronikarze; z powodu Sobótki są pieśni Jana Kochanowskiego, które jednak przez naśladownictwo cudzoziemskiéj literatury, nie dają o niéj żadnego wyobrażenia. Jeszcze jedna uwaga względem Sobótki nie będzie zbyteczna. Zdaje się, że Sobótka, w czasach przynajmniéj późniejszych, znaczyła to samo, co dzisiejszy obcy wyraz wigilia. Sobota była dniem poprzedzającym największe święto, jakiém jest niedziela, wcale więc logicznie nazwano dzień przed mniejszemi świętami Sobótką, czyli małą Sobotą, mniejszych uroczystości.
  2. Wyżnia góra w paśmie leżącém nad Nowotarską doliną, równolegle do skalistych, najwyższych Tatrów. Stoi ona na gruntach wsi Łopusznéj. Jéj obraz w powieści wiernie jest wzięty z przyrody.
  3. Tatry najwyższe, co są na granicy Węgier i Galicyi, noszą u mieszkańców tamecznych nazwisko hal, od hal, czyli pastwisk znajdujących się między niemi; dla tego podnóże Tatrów zowie się podhalem, a jego mieszkańcy podhalanami. Nazwisko to odnosi się do niewielu wsi, leżących pod samemi Tatrami.
  4. Pieniny najwyższa góra skalista. W témże paśmie, co Wyżnia. Leży nad samym Dunajcem. Słynie jako przytułek św. Kunegundy w czasie tatarskich wojen, oraz szczątkami jéj zamku.
  5. Nazwisko pasterzy u tatrańskich Słowian.
  6. Kluczki góra na granicach łopuszańskich, najwyższa w swojém paśmie po Pieninach. Niepospolitéj rozległości widok ją otacza. Na dniu pogodnym można z niéj widziéć Kraków o mil jedenaście oddalony.
  7. Łomnica najwyższa w Tatrach góra. Widać ją w całéj okazałości od strony Węgier.
  8. Nowotarską doliną, zowie się kilkonastomilowa przestrzeń pomiędzy Tatrami; od leżącego na niéj miasteczka Nowego-targu.
  9. Łopuszna, jest to właściwie potok, utworzony z kilkudziesięciu mniejszych; żródło jego na szczycie Kluczek, a ujście w Dunajcu pod wsią Łopuszną.
  10. Krywan, znajomy nam mniéj więcéj, po Łomnicy najwyższy szczyt w Tatrach. W Galicyi widać go tylko ode wsi Suchy-ząb zwanéj.
  11. Każda łąka w górach między lasami.
  12. Górale tatrańscy, choć najwięcéj do Krakowiaków zbliżeni, mają przecież mnóstwo oddzielnych, właściwych sobie wyrazów. Między innemi bydło zowie się u nich statkiem: rogate, gruby statek; nierogate, drobny statek; domowe ptastwo, gadzina i t. p.
  13. Góry Karpackie w ogólności słyną z tego nazwiska serwatki. Jest-to właściwie mléko wszelkiego rodzaju, pomieszane i zwarzone przy ogniu.
  14. Bacówka, buda pasterska w górach.
  15. Jagody leśne na drobnych krzewinach, zwane gdzie indziej czernicami.
  16. Widziadło mnicha grające w téj powieści znaczną rolę, objawiało się w saméj rzeczy w tych okolicach przed laty jeszcze kilkudziesiąt. Powstawało najczęściéj z wody. Inne o niém szczegóły zawarte są w saméjże powieści.
  17. O Dziwo-żonach sama powieść obszernie mówi, a zawsze na podstawie podania. Widziałem pod Łopuszną ich pieczarę od lat kilkunastu zawaloną kamieniami.
  18. Haj! u góralów słowo twierdzenia: Tak, tak jest!
  19. Niektóre z tych narzędzi, dotąd się znajdują między góralami, innych używanie przeminęło; alem je wprowadził, bo myślałem o wieku XIII; a wprowadziłem je, podług ich opisu z dawniejszych czasów; i tak: dudami zwała się wprawiona dudka w skórzany mieszek, który dla wydania głosu przyciskał się pod pachą. Kobza, rodzaj gitary, z kilką drucianemi strunami; fujarka, piszczałka pasterska, flet, dmie się w otwór u wierzchu, fletnia, z boku; gęśl tylko pozwoliłem sobie wyobrazić taką, jak ją dziś widujemy.
  20. Gazda w dyalekcie góralskim to samo, co u nas gospodarz, kmieć.
  21. Kiczora, góra łącząca Wyżnię z Kluczkami; pośrednia między obiema, co do wysokości, zowie się inaczéj Ciaski.
  22. Wataszka, siekiérka góralska, na długiém drzewcu osadzona, służy razem do podpiérania się; zowią ją także ciupaga.
  23. Przemysł i handel zawodzi górali w dalekie kraje.
  24. Powinienem raz na zawsze upewnić czytelników, że wszelkie podania, wyłożone w powieści, są wiernym przekładem podań krążących pod Tatrami.
  25. Jakie-to ziele, które Dziwo-żony bardzo lubią? o tém przekonać się nie mogłem.
  26. Gędźba, stary wyraz, to samo, co dziś muzyka.
  27. Gacek, nietopérz.
  28. Podług górali, wąż ten istnie rzeczywiście. Ma mieć barwę nadzwyczajnéj piękności, a na głowie grzebyk do korony podobny. Napastowany wydaje gwizd donośny, a tysiące wężów przybywa mu na pomoc.
  29. Ta głowa bez reszty ciała, obrosła bardzo długiemi włosami, błąka się do dziś dnia po łopuszańskich polach.
  30. Kościeliska dolina, ma dzisiejsze nazwisko dopiéro od porażki Tatarów, wprzódy więc inne mieć musiała; dowolnie nadałem jéj miano: pochmurna, z przyczyn w pieśni wyłożonych. Ze źródła o którém pieśń spomina wypływa Dunajec czarny.
  31. Nie raz można między górami trafić na masę opok, wyobrażających w całości swojéj obwarowane miejsce. Do rzędu takich zjawisk należą skały w Zakopaném, i z tego powodu zamkiem zakopańskim nazwane. U ich podnóża wytryska w kształcie kilko-sążniowego wodospadu źródło białego Dunajca.
  32. U wielkiéj części pokoleń słowiańskich, zaimek użyty w trzeciéj osobie liczby mnogiéj, znaczy uszanowanie dla tego, do kogo się odnosi. Górale służą za przykład tego.
  33. Ogromny garb tego nazwiska, w témże paśmie co Kluczki i Pieniny. Wieś Maniowa leży nie daleko téj góry na drodze z Czorstyna do Nowego-targu.
  34. Jest tu mowa o św. Kunegundzie, uciekającéj przed Tatarami do Węgier.
  35. Gewont góra uderzająca kształtem nagiéj ściany, leży między Zakopaném, a Kościeliskiem.
  36. Reta, to samo, co gwałtu, wyraz ludu polskiego.
  37. Kozo-drzew’, rodzaj karczystéj sosny. Rośnie w najwyższych roślinnych strefach. Ściele się po ziemi tak gęsto, prętami tak giętkiemi, że jak w siéć można się weń uwikłać.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Seweryn Goszczyński.