Powrót (Reymont, 1928, Merka, powiadam ci...)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Powrót
Pochodzenie Krosnowa i świat
Data wydania 1928
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


POWRÓT.

— Merka, powiadam ci, że wszystko będzie all right — zawołał Michał, rzucając się w głęboki bujacz, aż zadygotała od jego ciężaru drewniana weranda. Zapalił papierosa i przegwizdywał papudze, wiszącej w mosiężnej klatce na ścianie.
— To głupie bydlę nawet się nie odezwie! Wiesz, Merka, w starym kraju na wiosnę, to słowiki śpiewają po całych nocach, a tak fajnie, że trudno powiedzieć.
— Wszystko ci tam fajnie — szepnęła chmurnie.
— Fonograf trzeba będzie zabrać, dopiero to sąsiady porozdziawiają gęby...
— Trzeba dla niego osobnej kisty. Nie poradzę dobrze zapakować.
— Pomogą ci, nie śpiesz się, mamy jeszcze dwa tygodnie czasu.
— Frank mi pomoże wpakować resztę, a ty idź od jutra do Mainu.
— Dziwnie mi się już nie chce — przeciągnął się — ależ to dzisiaj dopiero!
— W Mainie chłodniej, zarobisz na drogę — powiedziała zachęcająco.
— Tak mnie rwie do kraju, że leciałbym ptakiem choćby w tej chwili.
— Długo będziemy jechali przez tę wielką wodę?
— Z dziesięć dni. Cała droga weźmie nam ze trzy tygodnie.
— Maj Gad! Całe dziesięć dni wody!
— Kupię parę ciapsów na wieczerzę, Frank przecież przyjeżdża.
— Nie zapominaj o piwie — wołał za nią, gdy schodziła z werandy na ulicę.
— I wódki wam przyniosę — zaśmiała się z trotuaru. — Przystojna była, okrągła i zarazem smukła, w białej twarzy, osypanej złotawym puszkiem, grały szafirowe oczy, rudawe włosy miała zafryzowane na uszy.
— Ice cream! Djabli z taką gorączką! — zaklął, rozdziewając się do koszuli. Na stole obok leżały jakieś listy i fotografje, zaglądał do nich niekiedy, ale częściej pogrążał się w ciężkie kalkulacje i, nie mogąc im poradzić, gryzł ołówek, wzdychał, spluwał aż na środek ulicy i wreszcie, zmożony upałem i sennością, zapadł w siebie i znieruchomiał. Bowiem to lipcowe popołudnie prażyło niemiłosiernie. Niebo wisiało bez chmur i słońce lało nieustannemi potokami. Rozgrzane powietrze wrzało ukropem. Nawet od podłóg, ścian i ziemi buchał żar, niby od blach rozpalonych. Płótno, rozciągnięte nad werandą, nie dawało żadnej prawie osłony. Dom stał na wyży i na wywieisku, pełnem szutrowisk i pokruszonych skał, z między których nikłe strzelały krzewy. Nędzne, spalone grzędy tuliły się pod ścianami, gdzie niegdzie mszyły się schnące trawniki. Cała osada górnicza, położona nieco niżej, zdawała się kurczowo trzymać skalistego zbocza i patrzała lśniącemi szybami w szeroką i głęboką dolinę, zamkniętą z obu stron łańcuchami skalistych, zielonych gór. Na spodzie wiła się rozmigotana w słońcu rzeka, nad którą wynosiły się fabryki, miasteczka, kościoły, wzgórza dymiącej szlaki, czarne i dziwaczne rusztowania kopalń. Mosty, niby szare stonogi, przepełzały rzekę w wielu miejscach. Białe drogi snuły się na wszystkie strony i, wspinając się ciężko na góry, przepadały w zielonych chmurach lasów.
Gdzieś nad rzeką huczały przelatujące pociągi, a na przecięciach dróg biły ostrzegająco dzwony parowozów. Ciężarowe «troki», niby czarne żuki, zwijały się pracowicie po drogach i ulicach, zaś niegdzie wózki, napełnione węglem lub szlaką, przelatywały nad doliną. Dymy wznosiły się blade, płowe i, pociągane tajemniczą mocą rzeki, wlokły się nikłem przędziwem za jej biegiem. Jeno ludzi zaledwie dostrzegł, że wszystkie te osady i miasteczka robiły wrażenie jakby opustoszałych, cała bowiem ludność męska i zdrowa pracowała w kopalniach i fabrykach. Ziemia przeróżnemi odgłosami zdradzała, co się dzieje w jej głębiach — raz po raz targał się w powietrzu jakiś głuchy huk, to krzyk jakiś ogromny, przytłumiony i daleki wydzierał się niewiadomo skąd, to jakiś dziki dreszcz wstrząsał skalistą skorupą, to znowu coś, co było jakby zdławionym jękiem. Mrowiło się tam pod ziemią od ludzi; wrzał nieustanny, twardy rytm pracy, od którego dygotały domy i leciały zgóry wyważone skały. Grały zdławionym jękiem... Sapanie maszyn, zgrzyty wind, gruchot przesypywanych do wagonów węgli, świszczące wycia tłoków, bicia potężnych młotów, ustawiczne wybuchy podziemnych gromów i głosy ludzkie zawodziły jakąś potężną pieśń mocy niczem nie zwalczonej, triumfujący hymn człowieczego wysiłku. Tysiące ludzi w tych głębiach wiecznych mroków pracowały niezmordowanie; tysiące kilofów z niesłabnącym nigdy uporem kruszyły twardą skałę; tysiące rąk przez długie, długie lata wykuwały tam swój chleb codzienny, swoją dolę i przyszłość swoich rodzin, a często i swoją śmierć. Snąć myślał o tem wszystkiem Michał, gdyż szepnął w jakiejś chwili.
— Zarobię jeszcze ze dwie pejdy, i adju Fruziu. Tyle mnie zobaczycie. — Odwrócił się gwałtownie. Naprzeciwko domu, tylko za drogą i znacznie głębiej, stał kościół o wysokiej wieży, bielały gmachy szkoły parafjalnej i dom sióstr nauczycielek. Niska, drewniana plebanja, otoczona drzewami, stała nieco zboku. Posłyszał gwałtowne warczenie telefonu i głośną, urywaną rozmowę, a po chwili wyszedł proboszcz w asyście siostry nazaretanki, i śpiesznie zaczęli schodzić w dolinę.
Kilka sióstr spozierało za nimi zatroskanemi oczami.
— Co się stało? — zapytał, wychylając się przez balustradę.
— Na «Alice» wypadek, podobno kilku ciężko rannych, wezwali księdza.
— Tam prawie sami nasi mejnerzy. Najgorszy szyb, niema tygodnia bez nieszczęścia. I mnie tam kiedyś przygniotło.
— Mamy pięcioro dzieci po zabitych w tym szybie.
— Mejnerska dola. Nie poradzi — westchnął z rezygnacją i najspokojniej zabrał się znowu do odczytywania listu i oglądania fotografji.
— Dwór, prawdziwy dwór! I sto morgów pola! — Szeptał cichutko i w takiem głębokiem rozradowaniu, że płomienie ogarnęły jego twarz poradloną i siwe oczy. — I to wszystko moje! — Poił się samym dźwiękiem tego słowa — Moje!
— Good morning! — przerwał mu chrapliwy głos, i wąska, chytra i plugawa twarz pijaka pokazała się nad balustradą.
— Słyszałeś, znowu na «Alice» zabiło czterech ludzi! Zawalił się ganek licho podstemplowany i pomiażdżył ich na śmierć! Ty, robotniku, giń, iżby kapitaliści mieli na pałace, zbytki, policmenów i wybory! Czas z tem skończyć!
— Skończże, Wrzosek, od tylu lat już obiecujesz! — drwił Michał.
— Na wszystko przyjdzie czas, aż sędziami będziemmy! — szepnął groźnie.
— Patrzno, Wrzosek, to moja chałupa w starym kraju! — Podsunął mu fotografję.
— Nowy burżuj się wylęgnął! Kiedyż jaśnie pan jedzie do swoich dóbr?
— Za dwa tygodnie z Nowego Jorku. A ty do Polski nie wracasz?
— Poco? Wysługiwać się dziedzicom, za starym już na parobka.
— A tutaj na wiecach towarzysze nie żałują kwodrów na tacę — zaśmiał się.
— To idzie na partję! Masz wiedzieć, że nikt mi za obronę ludu nie płaci.
— Czy to prawda, że towarzyszowi Grabkowi nabili pyska w Screnton?
— To sprawka tamtejszego klechy, nasłał swoich kropidlarzy, żeby zerwali wiec, na którym Grabek zażądał rachunków z ofiar na budowę nowego kościoła. Drży, bo jak lud przejrzy i nie da się strzyc, to kościelny business niewart i złamanego patyka. Już w naszych gazetach cała sprawa opisana, poda się ją i do amerykańskich. A teraz wymyślił nowy sposób naciągania głupich, składki po 500 dolarów na kolorowe okna do kościoła; ofiarodawca będzie z imienia i nazwiska wypisany na szybie.
— Każdemu wolno dawać, na co mu się podoba — zniecierpliwił się Michał. — A wy to nie kolektujecie na partje? A nawet w naszej majnie, to bos co tydzień odciąga towarzyszom z pejdy, a ktoby się opierał, wyleci.
— Gadasz, jak kropidlarz, jak najgorsza burżujska pijawka. Masz pieniądze i...
— Co komu do moich pieniędzy — przerwał mu gwałtownie. — Ciężko je zapracowałem. Osiemnaście lat orałem w węglu, jak wół, przetrzymałem pięć katastrof, nogę mi przetrąciło, odejmowałem sobie od gęby, żeby jaki grosz odłożyć na czarną godzinę. Nie skrzywdziłem nikogo, i co mi będziesz wyzywał od burżujskich pijawek. Dla was tylko taki dobry towarzysz, który z wami ostatni grosz przepije, pluje na wszystko i każdemu gotowy odebrać jego krwawicę... — aż poczerwieniał z irytacji.
— Całe życie walczyłem w obronie polskiego robotnika.
— Idź w djabły, ja cię nie prosiłem o obronę, sam sobie dawałem radę. Jak wszyscy zmądrzeją, to takich opiekunów przepędzą za drzwi.
— Każdy klecha to samo mówi na ambonie — szepnął z politowaniem.
— Prosty jestem człowiek, nieuczony i mówię, jak rozumiem.
— I jak cię proboszcz nakręci, takich tu pomiędzy naszymi najwięcej; głusi na wszystko, ślepi i obojętni, byle się nikomu nie narazić i grosza na nic nie dać.
— A, nieprawda! Dawałem na polskie szkoły, na kościoły polskie, dawałem na stowarzyszenia, dawałem na głodnych w Polsce, dawałem na polską armję, dawałem na fundusz narodowy — dawałem na wszystko, na co radzili dawać starsi. A teraz sobie wracam do Polski odpocząć trochę.
— Jeść tłusto, dobrze podpijać i sypiać choćby na dwóch pierzynach.
— Jak mi się tak spodoba, to któż mi wzbroni? — Rozdrażniony już był i zły.
— Wszyscy się wybierają do tej Polski! Żebyście nie żałowali tego powrotu. Każdy jak nieprzytomny tylko mówi: do Polski! do Polski! Cóż wam dobrego dała ta Polska?
— Boć to jakby matka rodzona, że tego nie rozumiesz? — zdumiewał się.
— Matka? Nie, mów podła macocha, która nas kijem wypędziła z chałupy.
— Maj Gad — porwał się z bujacza. — Wrzosek, kto mi będzie urągał na Polskę, temu ja gębę spiorę choćby na publicznym placu.
Wrzosek odskoczył wystraszony i poszedł, oglądając się niekiedy za siebie.
— A może Wrzosek mówi prawdę — zauważyła Merka, nasłuchująca rozmowy od paru minut. — Co nas tam czeka w tej Polsce? — westchnęła lękliwie.
— Trzeba ci wiedzieć, że Wrzoska płacą, żeby odmawiał od wyjazdu do Polski, bo jak braknie polskich kostumerów, to z czego będą żyli gracernicy i saloniści! I któż będzie pracował na Amerykanów! Nie słuchaj takich gadań i nie bój się, moja w tem głowa, żeby było all right! I będzie, zobaczysz! Panią tam sobie będziesz! Wynajmę ci służącą na stałe. Nie będziesz już sama prała, ni chodziła na market. Zrobią za ciebie wszystko. Merka, w starym kraju tak fajnie, że nie poradzę ci opowiedzieć. I wszystko tam inaczej! Sosny to pod niebo. Ptaki wszędzie śpiewają. Grzybów to w każdym lesie nazbierasz. I ryb pełno po wodach. A jakie kościoły, że w niedzielę jak naród się zejdzie, razem zaśpiewa i organy zagrają, to aż się na płacz zbiera. I kur będziesz sobie chowała, ile zechcesz. Świnię będziemy mieli, i codzień na śniadanie swoje ham and eggs! Pszczoły zaprowadzę! A jakie tam dwory po wsiach, to pałace tutejsze ani się nie umywają! — opowiadał gorąco.
— Bo tak ludzie straszą i odmawiają, że już nie wiem, co myśleć.
— Podobno i siostry pocichu odradzają?
— Frank! Frank! — wrzasnęła uradowana.
— How do yon do! — odkrzyknął młody chłopak, wskakując jednym susem na werandę. Młody był, rozrośnięty w barach i ruchliwy jak ogień. Wciśnięty w amerykański mundur z białym kotem, wyszytym na ramieniu, i z oznakami sierżanta i angielskim krzyżem za waleczność, dawał obraz prawdziwego żołnierza, zwłaszcza, iż ogorzałą, przystojną twarz przecinała szrama na lewym policzku. Brał ich radośnie w ramiona i śmiał się dziwnie poczciwym, dziecięcym śmiechem, nie przestając gadać.
Merka postawiła przed nim soda and whisky.
— Ochłodź się! Zgrzany jesteś!
Chłopak napił się raz i drugi, mundur zrzucił i odetchnął z wielką ulgą.
— Wery hot! W pociągu prawdziwa łaźnia, ledwiem wytrzymał. Pędziło mnie też do was, pędziło! Całe dwa lata wojaczki. Masz listy od ojców?
— Wszystko ci później opowiem. Mam już dla ciebie miejsce.
— Jeszcze nas nie zdemobilizowali.
— Kto cię tak ukrzywdził? — spytała, dotykając palcem jego szramy.
— Boche, pod Laonem, ale już ziemię gryzie — machnął niedbale ręką. — Bajonetem rozorał mi gębę i cztery zęby wybił. Wylizałem się szczęśliwie.
— A ten krzyż za co? — zapytał Michał z podziwem niemałym.
— Odbiłem z niewoli jakiegoś angielskiego oficera. Ale o tem potem.
— Pewnie ci się jeść chce? Zaraz zrobię kolację, tylko beze mnie nie opowiadaj.
— Co tam w kraju, u naszych? Całe dwa lata nie miałem listu.
— Właśnie przed paru dniami pisali. Podoba ci się ten dom?
— Dwór to jakiś pański — mówił, oglądając fotografję — skądciś pamiętam.
Michał na całą odpowiedź podał mu ojcowski list.
— Kupiłeś całe sto morgów pola ze starym dworem! Wracasz do Polski!
— Yes! Kupiłem całe sto morgów ze dworem. Moje to teraz.
Frank siedział chwilę oszołomiony niespodzianką, aż porwał się z krzykiem.
— Hep! hep! hep! Hurra! Niech żyje Polska! To modrzewski dwór!
— Pamiętasz go może? Mały byłeś jeszcze, kiedyśmy wyjeżdżali.
— Miałem z dziesięć lat, ale pamiętam dobrze. Jakże, sadowy Mosiek złapał mnie w malinach i zaprowadził przed dziedzica. Widzę go jeszcze: stary był, siwy i siedział na ganku z długą fają w zębach. Miałem tęgi strach, nie krzyczał i nie wyzywał, tylko mi wsypał kilkanaście cybuchów i kazał puścić.
Maj Gad! jak się to dziwnie składa! Pamiętam, człowiek nie śmiał patrzeć przez płot do ogrodu, a teraz to wszystko twoje! Co się stało z dziedzicem?
— Zjadły go żydy. Mosiek kupił od niego Modrzew na parcelację.
— Jezu, ile się na dworskich topolach nawybierało wróbli! I była we dworze jakaś panna ze dwadzieścia lat, stara, jeździła na koniu, i całe stado psów za nią latało. I po wielkich panach zasiadł tam Mosiek!
— Ojciec pisze, jako dom docna spustoszony, żyd nawet szyby powyjmował z okien i posprzedawał. Ziemia tam pono bardzo dobra, rodzi wszystko.
— Czy i corue będziemy mieli? — pytała Merka przez otwarte drzwi.
— Akuratnie zajedziemy na młodą.
— I ty będziesz modrzewskim dziedzicem? — pytał jakby z niedowierzaniem Franek.
— Nie bój się, cybuchem nie dostaniesz ode mnie. Myślałem, że weźmiesz miejsce po mnie.
— Mam już dosyć majnerstwa! Zapisałem się w Chicago do szkoły «Palatin», uczę się tam handlu przez korespondencję, a jak skończę, odbiorę od Kobiaka z morgecy swoje trzy tysiące dolarów i wracam do kraju. Co się będę wysługiwał obcym! Niejeden mnie straszy i odmawia, że to tam w Polsce bieda i wielkie nieporządki. Jak ludzie zaczną robić, to i biedy nie będzie. Pojedziemy całą kupą Palatinców i weźmiemy się do businessów i do robienia porządków. Polska musi być bogata, wielka i sławna. Napatrzyłem się świata i jego porządków. I nieraz w transzach rozmawialiśmy z kamratami, w jaki sposób mamy pomagać Polsce...
Merka zawołała ich do kuchni, służącej i za jadalnię.
Noc się już robiła, siedli do wieczerzy przy lampie.
— Byłem u naszej stryjecznej siostry, Nowickiej — zaczął po pierwszem daniu Franek — anibyście jej poznali. Póki żył Paweł, to biadoliła na nędzę dzień i noc, i nawet chciała się z nim rozwodzić, a jak go zabili, stała się wielką panią. Asekurację od Związku odebrała, i rząd za zabitego męża wypłacił jej dziesięć tysięcy dolarów. Baba się spasła, o nieboszczyku wspomina jak o świętym, chrzęści jedwabiami i codzień chodzi na piktury.
— Dziesięć tysięcy dolarów! — zdziwiła się Merka! — To i za rany powinni zapłacić.
— Płacą już niezdolnym do pracy. Komuś sprzedał dom?
— Bosakowi. Pamiętasz, golił u Snitki na rogu.
— I zapłacił gotówką?
— Całe trzy tysiące pięćset dolarów położył na stół. Za tydzień się sprowadzają.
— Widzę, że w czasie wojny wszyscy się podorabiali! Nawet taki Bosak!
— Ona gospodarna i zapobiegliwa, trzymała lokatorów i stołowała.
— To też powiadają, że każde ich dziecko do któregoś innego podobne!
Po wieczerzy powrócili na werandę z dobrym zapasem ochłodzonych butelek z piwem, bo pomimo nocy i dosyć późnej godziny było jeszcze strasznie gorąco i duszno.
Rozpoczął Michał:
— Posiedzisz u nas do samego wyjazdu?
— Mam urlop na cały miesiąc. W niedzielę tylko muszę jechać do Screnton.
— To się dobrze składa, bo i my tam pojedziemy pożegnać się z teściami. Pójdziesz z nami, w domu jest jeszcze młodsza siostra Merki...
— Czemu nie zobaczyć się i porozmawiać! Co to kosztuje? — jeden albo dwa ice cream’y i tak, i do lasu. — Żartował, zapalając krótką, żołnierską fajeczkę.
Zamilkli. Jeno trzeszczały kolebacze i dygotała podłoga. Uchylonemi drzwiami lała się smuga światła na werandę. Na całem wzgórzu cicho było i ciemno. W dolinie natomiast jarzyło się od niezliczonych świateł. Łuny wisiały nad miasteczkami. Z hut buchały krwawe ognie, niby z kraterów. Miejscami góry palącej się szlaki tryskały zielenią i fioletami. Sznury elektryczne słońc garnirowały wybrzeża. Wiele fabryk świeciło wszystkiemi oknami, niby okręty ugrzęzłe w ciemnościach. Pociągi jak ogniste pociski grzmiały po zboczach i tunelach. Gdzieś bliżej z domów robotniczych dochodziły gwary rozmów.
— Fajnie tu u was, jak w pikceruach — zauważył Frank.
Merka nastawiła fonograf, i niespodzianie rozległ się «Gwiaździsty sztandar».
Frank zawtórował młodym, potężnym głosem, Michał popijał piwo.
Szły potem różne rekordy i tańce, aż Michał podniósł się z bujacza.
— Na mnie już pora, rano muszę wstać do roboty.
— Dałbyś spokój. Odpocząłbyś sobie, dosyć się napracowałeś.
— Zarobi się jeszcze na drogę. I Merli a mnie wypędza do roboty.
— Całe dwa tygodnie siedziałby w domu bezczynnie! — dodała na usprawiedliwienie.
— I przeszkadzałbym jej w pakowaniu! — zaśmiał się jakoś nieszczerze.
Rozeszli się spać, a nazajutrz o zwykłej godzinie i, jak to robił od wielu, wielu lat, Michał pociągnął do swojej kopalni. Ale nie pracował już ze zwykłą ochotą i wytrwałością. Nudziła go praca, bo czy kuł, podważał, wiercił, czy rozrywał dynamitem ogromne zwały węgla, to najczęściej myślami wałęsał się tam, po modrzewskich zielonych polach. Każdego też rana wykreślał ubiegły dzień z największą lubością i wołał prawie z rozpaczą do śpiącej jeszcze żony.
— Wiesz, jeszcze mi pozostało siedem! Czy ja wytrzymam?!
Nadomiar utrapienia upały stawały się coraz dokuczliwsze, że już niepodobna było się schronić przed niemi. Noce były najgorsze, bo chociaż ogólnie już sypiano po dachach, sieniach i werandach, ale i tam nie znajdowano ochłody.
W najbliższą niedzielę, jak było umówione, pojechali do Screnton, wielkiego centrum kopalń miękkiego węgla pensylwańskiego, w odwiedziny do rodziców Merki. Przyjechali spoceni i ledwie żywi z gorączki, z tłoków, panujących na kolejach, bo tego dnia wypadała uroczystość czwartego lipca, i całe miasto, obwieszone sztandarami, zatłoczone okropnie, zalane wrzawą, wystrzałami, spiekotą i pochodami niezliczonych manifestacyj, dawało wyobrażenie prawdziwego piekła. Z największym trudem przepchali się do polskiej dzielnicy, gdzie mieszkali starzy. Przyjęto ich bardzo serdecznie, zwłaszcza iż Merka przywiozła ze sobą dobrze wyładowany kosz, a Michał dwie butelki wódki. Zastano wszystkich w domu. Matka milcząca, zahukana, wylękłemi oczami uważała na każde skinienie męża, zasię stary Walczak, prawdziwy tyran domowy, pijak, macher i duszołap, agent od sprzedaży lotów i mebli na raty, niecierpiał zięcia i przy każdej sposobności, jak tylko mógł, przekpiwał z niego. Frankowi zaraz z miejsca nie podobała się cała rodzina, zwłaszcza do panny poczuł dziwną niechęć. Przystojna była, wyrośnięta i zgrabna, o ślicznych, szafirowych oczach, ale tak przestrojona, wymalowana i z taką wzgardą traktująca wszystkich, że złość go ponosiła.
— Czego się to dmie! Nie widzieli ładniejszej! — myślał urągliwie i, chociaż mu zaproponowała spacer za miasto, nie poszedł, przysłuchując się zjadliwym wywodom Walczaka.
— Za psi pazur nie będą cię uważali w starym kraju — nakładał zięciowi w uszy. — Czemże ty jesteś dla nich? Prosty majner, chłop i cham. A tam panują wielmoże, jaśnie pańskie brzuchy, szlacheckie fanaberje i samowola. Kto nie jest szlachcicem, tego nie mają za człowieka. Po wioseczkach znowu i po poczciwych chłopkach wszy, brud, złodziejstwa i ciemnota! To Polska prawdziwa.
— Może tak bywało, ale teraz jest na pewno inaczej — sprzeciwiał się Michał. — Jak kto w Polsce świnia i złodziej, to i Ameryka go nie przerobi na porządnego człowieka. Mało to takich tutaj znamy! Zresztą co mi tam panowie i szlachta, kiedy ja od nikogo łaski żadnej potrzebował nie będę.
— Wszędzie się jest panem za swoje trzy grosze — wtrącił Frank.
— Ale nie w Polsce, tam i pieniądz niewiele znaczy. Z dziesięć lat temu jeden z moich znajomych salonistów powrócił do kraju z grubym groszem. Człowiek był z głową, obrotny, i każdy go tutaj uważał. I wardowy był mu przyjacielem, i sędzia, i Aldermanowie przesiadywali u niego. Kupił sobie folwark w Polsce i na oblanie sprosił sąsiadów. Nie przyjechał ani jeden, i jeszcze go w gazetach opisywali. Nawet proboszcz nie zaprosił go do parloru, tylko w sieni przyjmował. I tak mu szkodzili na każdym kroku, że stracił, co miał, i powrócił, a teraz wyzywa na Polskę, co się zmieści.
— Niby to w Ameryce panuje równość i niema jaśnie panów. Niechno ojciec spróbuje zawrzeć znajomość z jakimś miljarderem — nie dopuszczą nawet do sieni. Kto ma więcej, więcej się też uważa. I tak jest wszędzie.
Cały dzień przepędzili razem, używając święta dowoli. Wreszcie o zmierzchu, kiedy się zabierali do domu, odciągnął go na stronę, nalewał wódkę i jął oplątywać po swojemu.
— Michał, miałbym dla ciebie business jeszcze niebywały! Zbiera się nowa kompanja naftowa. Można bardzo tanio kupić tereny. Nafta pod wierzchem, tylko zbierać i wywozić. I do tego polska spółka, uczciwa, ksiądz ją zakłada. Za parę miesięcy będziesz miał majątek. Radzę ci, jak synowi.
Michał uśmiechnął się tak drwiąco, że stary zaczął z innej beczki.
— Tobie po starokrajsku pachnie ziemia, co? I na to jest rada! Jest w Wisconsinie duża ferma do sprzedania. Gospodarz umarł, kobieta z dziećmi nie może sobie dać rady. Polska okolica i kościół polski pod bokiem. Jeszcze o tem nikt nie wie. Pięćset akrów ziemi urodzajnej, obsianej, z inwentarzem i maszynami. Trzeba się śpieszyć, żeby ci nie sprzątnęli z pod nosa! Mam szczęśliwą rękę, kto kupił za mojem pośrednictwem, ten dzisiaj bogacz...
— Ja tylko słyszałem o takich, którzy ojca przeklinają — powiedział z naciskiem.
— Zazdrość ludzka mnie ściga! Każdy ma nieprzyjaciół — bełkotał dotknięty.
— Żeby skończyć, powiem: postanowiłem wracać do kraju i choćby mi przyszło, czego nie daj Boże, wracać o żebranym chlebie, powrócę — zakończył twardo.
— Obyście tego nie żałowali! Ja ostrzegam! — zwrócił się stary do Merki.
Rozstali się bardzo chłodno. W drodze do domu Merka popłakiwała ukradkiem, nękana obawami, tak ją bowiem rodzina napasła różnemi strachami o Polsce. I nazajutrz, sikoro Michał poszedł do roboty, poleciała po sąsiadach i znajomych grocerniach, aby zasięgnąć języka. Różni opowiadali różnie, ale ona głównie słuchała głosów odradzających wyjazd.
— Jak cielęta z zadartemi ogonami lecą w cały świat — wywarła gębę tłusta grocernistka. — I Bóg wie, poco? Na nędzę i głód! Mam list od siostry z pod Łomży; mieszkają w jamach bez światła i opału, raz na dzień jedzą patejty, a o chlebie zapomnieli, jak wygląda! Mówię, co mi napisali.
Na plebanji słyszała nie lepiej, właśnie rozmawiała na werandzie z gospodynią, kiedy nadszedł proboszcz i, wysłuchawszy, o co rzecz, powiedział:
— Szczęść wam Boże na drogę, ale myślałem, że Michał rozważniejszy, a on jak i drudzy, bez opamiętania leci niewiadomo poco!
— Powiada — Polska wolna i każdy wracać powinien.
— Wolna! wolna! Niech się kto tą wolnością naje i odzieje. Kościół potrzebuje restauracji, są jeszcze długi za postawienie szkoły, i któż je zapłaci? Przecież to wszystko za polskie pieniądze, i skoro naszych braknie, zabiorą jak swoją Ajrysze. Nie odmawiam, ale później, jak w Polsce skończy się wojna i ustalą się porządki. Teraz tam bieda, mało to im teraz posyłamy?
— My przecież z pustemi rękami nie pojedziemy.
— Otóż to, dopóki będą dolary, to i ojczyzna będzie wam rada.
Skinął jej głową i poszedł w głąb mieszkania.
Merka wróciła do domu bardzo zgryziona, bo jeśli sam ksiądz tak mówi, to musi być prawda. Wystąpiła też z temi racjami do męża, ale Michał ani chciał słuchać i, srodze na nią rozgniewany, krzyknął.
— A nie chcesz, to sam pojadę, dam sobie radę i bez ciebie! — Przestraszył się jednak swych słów, gdyż Merka wybuchnęła płaczem i żalami. Ledwie ją uspokoił, tkliwego bowiem była serca i bardzo do niego przywiązana; prędko też pomiędzy nimi nastąpiła zgoda.
— Mnie tylko słuchaj i nie bój się niczego — zapewniał ją gorąco. Uwierzyła mu w zupełności i była już tak spokojna, że z przyjemnością zajęła się pakowaniem kufrów i tobołów. Franek jej pomagał, gdy jakoś we wtorek najniespodziewaniej przyjechała ze Screnton Besie. Franek po obiedzie zaprosił obie siostry do apteki na lody, ale zgorszony zachowaniem się Besie, jej wyzywającym strojem i uwagą, jaką zwracała na siebie, wykręcił się jakąś pilną sprawą i zostawił je same. Besie była temu rada, gdyż mogła swobodnie gadać, co był jej ojciec polecił. Paplała też nieustannie.
— Wiesz, tam w Polsce nie znają nawet ice cream’ów. I ludzie razem z krowami mieszkają! I wszyscy chodzą boso. Strasznie mi cię żal. Ojciec ma nadzwyczajny business dla Michała. Wiesz, ten Ajrysz śliczny od Mandel Bros wciąż mi się wypytuje o ciebie! On mógłby ci dać miejsce w swoim sklepie. Taka ładna, jak ty, łatwo dostanie plac!
Merka spłonęła, zagadując o czem innem.
— Cóż twój narzeczony? Kiedyż się pobierzecie?
— Dziana, puściłam go, skąpy aż wstyd. Zaprosił mnie do Wilkes Barre na pictury, to wróciłam głodna i tramwajem. Cip gaj! Chciałby się tylko kisować! Nading, duing, oblizuj się smakiem. Trafił mi się fajn kawaler, ma swoją karedź. Kupił mi już suknię i tuzin jedwabnych pończoch.
— Besie! jak to można! Na czem ty skończysz?
— Nie bój się o mnie. Chcą się ze mną zabawiać, to niech wydają dużo pieniędzy. Nie będę ich żałowała — zaśmiała się cynicznie. — Wszystkie tak robią, i cóż w tem złego? Urodziłaś się w Ameryce, ale mówisz po starokrajsku — powiedziała jej otwarcie. — Ja już taka głupia nie jestem.
Ale skoro przyszedł Majk, jak nazywała szwagra, i Frank, rozmowa potoczyła się o ich wyjeździć. Besie bardzo sprytnie wypełniała ojcowskie polecenia, tylko że Majk przyjmował je opryskliwie, a Frank z niej przekpiwał.
Odjechała, pogniewana na wszystkich.
— Merka, jeszcze cztery dni! — wołał nazajutrz, idąc do roboty.
Dzień szedł zwyczajny, słoneczny i strasznie upalny, i wypełniony domową krętaniną po brzegi, bowiem sprowadzali się nowo-nabywcy — Bosakowie.
Cała horda dzieci hałaśliwych, rozwrzeszczanych i dzikich hasała po całym domu, aż się trzęsły ściany, i na początek wybito dwie szyby. A jakby nie dość miała zamętu, po południu przyszło parę sąsiadek, przyszłych towarzyszek podróży. Obsiadły stół na werandzie i, popijając kawę, rozgadywały się coraz obszerniej. Właśnie wybijała piąta, kiedy któraś zauważyła księdza, wychodzącego z kościoła, i zakonnicę.
— I żadna się nie boi starego kraju? — indagowała z ciekawością Merka.
— I czego miałabym się bać? Na lepsze jadę. Kupimy sobie gospodarstwo, i nie będzie już tego strasznego harowania świątek i piątek.
— Każdemu jeszcze się uśmiecha pożyć z parę lat po ludzku, na swojem.
— W Ameryce tylko dobrze żydom i Ajryszom, a może i Niemcom.
— Nie mówcie, Ameryka przytuliła nas wszystkich — stanął w obronie Frank.
— Ale z każdego wysysa zdrowie i siły! Każdy pracuje za dwóch.
— I tylko dorabia Ajryszów i żydów. Ochłapa mu rzuca, i kontent z tego.
— Ja do Polski już nie powrócę, tutaj moi wszyscy pochowani, to i ja przy nich się położę, ale powiem, że młodzi powinni wrócić do starego kraju, tam nowe czasy nastały, i obrotnych, pracowitych ludzi brakuje! Nasz naród jest dobry, ale ciemny, i głównie trzeba mu oświaty. Sami księża nie wystarczą.
— Powiedzieliście świętą prawdę, matko — wykrzyknął Frank, całując ją w rękę.
— Żydzi mają oświatę i wszystkich za łeb trzymają — dodała któraś.
— A polski ciemny naród pracuje na wszystkich.
Wpadła księża gospodyni, zadyszana srodze i wystraszona.
— Ksiądz przyzywa was telefonem do szpitala, Michałowi coś się stało...
I piorun nie sprawiłby większego wrażenia, wszyscy zerwali się z miejsc.
Merka pobladła na płótno, zatoczyła się, jakby pod uderzeniem, i bez słowa, jak stała, skoczyła z werandy i pobiegła środkiem ulicy do miasta.
Frank poleciał za nią, nie mogąc jednak dogonić — leciała, niby wicher.
Szpital stał na dole, nad rzeką, prawie obok kopalni. Zebrało się już pod nim sporo ludzi, a wciąż nadbiegali nowi. Blady strach malował przerażone twarze. Kobiety płakały, bo już szeptano o kilkudziesięciu zabitych i zawaleniu się pół kopalni. Policmen bronił wstępu do szpitala, nie wpuszczając nikogo, tylko przed Merką otwarły się drzwi naroścież...
W białym, wielkim pokoju, na niskich noszach dogorywał Michał. Z trudem łapał powietrze, otwierając co chwila oczy, krwawa piana występowała na wargi. Był przykryty prześcieradłem aż po brodę, obandażowane ręce, podobne do białych kloców, leżały martwo. Twarz miał bez jednej kropli krwi. Zakonnica ocierała mu spocone czoło i usta. Ksiądz rozmawiał z doktorem pod oknem. Mdlił ckliwy zapach chloroformu.
Merka wpiła się w niego niemym krzykiem oczu; podniósł powieki, rozbłysły mu źrenice, i spojrzeli w siebie, w najstraszniejszy z bólów, w żal przepastny.
— I po wszystkiem! Już nie pojadę do Polski — zaszeptał.
Gromem palącym uderzyły w nią te słowa, pastwiły się nad jej sercem, a wypadek był tak zwyczajny: źle podstemplowana szychta zwaliła się na niego, połamała mu nogi i zgniotła brzuch i piersi. Jeszcze chwilami odzyskiwał przytomność, ale śmierć już mgliła mu oczy i wołała coraz natarczywiej.
Frank, rychło przyszedłszy do siebie, zażądał przeniesienia brata do domu.
— Nic mu już nie zaszkodzi, ale może wam umrzeć w drodze — tłumaczył doktór, zastrzykując mu jeszcze dawkę morfiny.
Zarząd szpitala się sprzeciwiał, ale przyszło jego paru przyjaciół, i o samym zmierzchu ponieśli go bocznemi ulicami do domu.
Na miejscu zawołano jeszcze znajomego doktora, obejrzał go i szepnął:
— Skończy lada chwila, a cud będzie, jeśli pożyje jeszcze parę godzin.
Leżał na swojem łóżku, wysuniętem na środek pokoju.
Naszło się niemało ludzi, a w jakiejś ostatniej chwili siostra nazaretanka wetknęła mu w sztywniejące palce zapaloną gromnicę i rozpoczęła odmawiać modlitwy za konających. Wodził po twarzach oczami jakby z tamtego świata, zatrzymywał je na żonie, klęczącej tuż przy nim, a najdłużej patrzał na obraz Chrystusa, wiszący na ścianie.
W izbie robiło się już straszno od szło chów, łkań i tej okropnej litanji za konających.
— Nie pojadę do Polski... — zaszeptał naraz wyraźnie, usiłując podnieść głowę. — Ale ty, Merka, pojedziesz... ojciec tam czeka... i ziemia czeka... wyjdziesz za Franka... proszę... dobry boy... wszystko, co mam, jest twoje... przy świadkach... siedem tysięcy... Frank ma trzy... pobieracie się... szyfkarty zapłacone... na mszę w starym kraju dajcie za mnie... i pogrzeb sprawcie... porządny... gospodarujcie z Bogiem...
Cisza się stała, trzeszczał jeno gromniczny knot, słuchali z zapartym tchem.
— Nie pojadę już... nie pojadę — jęknął ledwie dosłyszalnie i zesztywniał.
Sądzono, że już umarł, i ludzie się porozchodzili, prócz zakonnicy i Franka. I Merka wciąż klęczała, wpatrzona szklanemi oczami w jego twarz zwartą.
Po jakiejś godzinie, a może i dwóch, umierający podniósł oczy na obraz.
— Za coś mnie tak pokrzywdził, Chryste? Za co?
Łzy zaczęły mu spływać grubemi ziarnami po dogasającej twarzy.

Warszawa, 21 grudnia 1920 r.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.