Spowiedź (Reymont, 1928)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Spowiedź
Pochodzenie Krosnowa i świat
Data wydania 1928
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


SPOWIEDŹ.
(Z życia Polonji amerykańskiej)

— Księdza! — jęknął chory, z trudem podnosząc powieki. — Głowa mi pęka, co tak huczy?
— Morze i zawierucha. Tom poszedł po proboszcza, tylko ich patrzeć.
— Ajrysz![1] Mój wróg, i jakże się zmówimy? Muszę się wyspowiadać, ostatni czas...
— Do naszego księdza trzydzieści mil, Fordem w taką śnieżycę nie ujedzie. Telefonowałam po niego, będzie dopiero rano na ósmą, pierwszym pociągiem.
— Nie zdąży. Nie doczekam się, umrę niezadługo, czuję to, już mi lodowacieją nogi. Jakże stanę przed strasznym Sądem Pańskim bez rozgrzeszenia? A ona tam czeka na mnie! I nie daruje mi, nie daruje! — Zatargał się w jakiejś okropnej męce nieludzkiego strachu; żółta, porosła siwym mchem twarz pławiła się w śmiertelnych potach, szczękały zęby, a niebieskie, zaszklone łzami oczy latały bezradnie, niby mdlejące motyle.
Wybiła dziesiąta; wzmagał się wicher i walił w ściany z taką wściekłością, aż poruszały się w izbie sprzęty, niekiedy gasła świeca, brzęczały szyby, a za oknami wyło jakieś drzewo, niby zwierz, katowany na uwięzi i tłukący się łbem o ścianę. Z głębin nocy, z nieprzeniknionych odmętów ocean huczał niemilknącemi ani na chwilę trąbami huraganów.
— Pociąg! — zaszemrał chory, gdyż rozległ się potargany, jęczący dźwięk dzwonu.
Wyjrzała bezwiednie oknem; zaśnieżony wąż, miotając krwawemi ślepiami, ginął w kurzawie. Zadrzemała w głębokim bujaczu, stojącym w nogach łóżka. Z trudem niemałym wydobył z cieniów słabnącemi oczami jej twarz jasną, okoloną puszystemi, czarnemi włosami.
— Wykapana matka! — Niby oślizgły wąż, wypełzłe skądciś sumienie jęło mu okręcać serce i duszę. — Zmiłuj się, Panie! Miłosierdzia! — wołał z otchłani męki niewysłowionym krzykiem rozpaczy. Zapadał się w nicość, przepadał jakby w nocy bez końca, konał, lecz skonać nie mógł, bo ten ból przypomnienia dźwigał go zpowrotem na jaśnię życia. I znowu leżał bez ruchu, brodząc wylękłemi oczami w ciemnościach, zalegających izbę. Czaiły się w niej straszące widziadła spraw dawnych, ludzi pomartych, słów przebrzmiałych i zapomnianych uczuć. Nie pojmował, skąd się biorą i dlaczego co mgnienie rozpryskują się jak bańki mydlane i znowu się stają, zapełniając sobą jego oczy. Świeca rzucała chwiejne smugi światła, burza waliła w dom, powiewy poruszały obrazami, z których niekiedy majaczyły twarze narodowych bohaterów i świętych; czepiał się tych strzępów rzeczywistości, jak tonący, z rozpaczliwym uporem.
Naraz z głębi mieszkania przedarł się daleki, łkający śpiew i naszczekiwania psa.
— Marka, wpuść Brysia, i niech się ciotka nie wydziera, nic mi to już nie pomoże — wyrzucił za siebie jakby zapiekłe w złości słowa — Bryś! Bryś! — szepnął pieszczotliwie, ale pies bury i ogromny, niby niedźwiedź, pociągnąwszy nosem, wcisnął ogon pod siebie i poszedł w najciemniejszy kąt. — Widzi śmierć! Ona tu krąży i czeka! Jeszcze chwila i uderzy... i uderzy... — powtarzał coraz ciszej, czepiając się oczami obrazu Częstochowskiej.
Dziewczyna, śmiertelnie już wyczerpana, wybuchnęła żałosnym płaczem.
— Nie płacz! Zostawię ci tyle dolarów, że będziesz się mogła jeszcze lepiej stroić, niźli twoja matka. Używaj sobie! — smagał ją niemiłosiernie. — Ja się dosyć napracowałem.
Dzwonek odezwał się w sieni wraz z tupotami i trzaskiem otwieranych drzwi.
Wszedł ksiądz z Panem Jezusem, zrzucił futro, nałożył stułę i siadł przy chorym.
Chory chciał się przeżegnać i zastygł z podniesioną ręką; nienawidzili się oddawna; ksiądz zajrzał mu w oczy, zdobywając się na uśmiech współczucia, tamten zaś szepnął:
— Umieram. Daj mi rozgrzeszenie! Powiedz mu — zwrócił się do córki.
Powtórzyła po angielsku, gdyż nie rozumiał ani słowa po polsku.
— Musisz się wyspowiadać, inaczej nie mogę ci dać rozgrzeszenia.
— Jakże się będę spowiadał? Nie umiem po angielsku... — jąknął zrozpaczony.
— Niech mówi po polsku, a ty mi przetłumaczysz — zdecydował prędko ksiądz.
— Jezus Marja! przed córką mam się wyznawać z grzechów?
Dziewczyna cofnęła się w przerażeniu, jak przed świętokradztwem.
— Niejednego z waszych już w taki sam sposób dysponowałem na śmierć. Cóż poradzić, jak nie można inaczej? Zaczynaj — nalegał, pochylony nad nim; czarny był, suchy, o twarzy jakby wykutej z nieubłagania i surowości. Zatapiał w nim okrągłe, jastrzębie spojrzenia, niby szpony, gotowe do wyrywania z pod serca okrwawionych, najboleśniejszych tajemnic. — Mów prędzej — zmacał mu puls — niewiele ci już pozostaje do życia, ale Bóg doda ci sił, jeszcze zdołasz się wyspowiadać. Otrząśnij się z ziemskiego błota, zanim staniesz przed Panem — głos mu nabrzmiał tkliwością i dobrocią, obtarł mu spocone czoło i poprawił poduszkę.
— Mam się spowiadać przy córce! I wyznać się ze wszystkiego? — zabełkotał nieprzytomnie. — Zlituj się nade mną. Powiem wszystko, nic nie utaję, przecież na sąd idę, przecież w tej ostatniej godzinie nie skłamię przed Panem Bogiem. Bóg mnie usłyszy i zrozumie! On widzi mój straszny żal za grzechy! Odpuść mi, daj mi rozgrzeszenie. Jakże ja, ojciec, mogę przed córką! — żebrał, całując go z płaczem po rękach.
— Nie wolno mi. Musisz wyznać przede mną. Słyszysz, co się dzieje na świecie? Kto wie, czy to nie djabli tak szturmują po twoją duszę — przeżegnał się prędko. — Ocalę cię, wyrwę cię piekłu, ale mów szczerze. Marka przysięgnie na krzyż, że nie rozgłosi tego, co usłyszy. Czemuś to nie chodził do kościoła? — zaczął, przymuszając dziewczynę tym łagodnym wstępem do tłumaczenia.
— Boś go ukradł Polakom, boś wygryzł naszego proboszcza, wygnał nasze siostry, a nasze dzieci przerabiasz na Ajryszów! — odpowiedział bez namysłu.
— U spowiedzi nie byłeś od śmierci żony, dlaczego?
Chory, jakby uderzony obuchem, zajęczał ciężko, nie mogąc się zdobyć na odpowiedź.
— I bardzo źle się z nią obchodziłeś, wiem dużo, więcej, niż ci się zdaje, ale Bóg ci przebaczy, jeśli wyznasz wszystko i będziesz żałował szczerze i głęboko.
— Wyjdź, Marka! Nie słuchaj! Cicho! Nie chcę — zakrzyczał głosem przerażenia. — Lepiej mi zdechnąć jak psu! Niech mnie djabli wezmą! Nie! — protestował obłąkańczo.
— Zabronię cię pochować w poświęconej ziemi! — groził z ponurą zaciekłością Ajrysz.
Padła mu do nóg, błagając za ojcem, ale nie dał się przebłagać i odszedł.
Chory zwalił się na poduszki jak kłoda, zdawało się, że już kona. Marka uderzyła w krzyk, zbiegli się domownicy, ciotka zapaloną gromnicę wetknęła mu w rękę i zaczęła głośno odmawiać litanję za konających. Zaszemrały płacze i szlochy. Burza też przycichła, przez okna zajrzała ośnieżona, gwiaździsta noc, tylko ocean huczał, niby organy, swój hymn nieśmiertelnej potęgi.
Umierający poruszył się nagle, gromnica wyleciała mu z rąk, uniósł nieco głowę i, powiódłszy trupiemi oczami po wszystkich, wyrzekł zgoła nieswoim głosem.
— Precz! Wszyscy! Wszyscy! — powtórzył z mocą niesłychaną, że wprost pouciekali, owładnięci panicznym strachem, jakby przed powstającym z grobu trupem.
Doczołgał się przed obraz Częstochowskiej.
— Tobie się spowiadam, Panno Święta — rwał z siebie słowa ostatkami sił. — Zabiłem ją! Moja wina, moja męka i moja kara! Musiałem dziecku oszczędzić tej hańby! Nie mogłem się wyznać przy niej! Ale, na świętą mękę Syna Twojego, zmiłuj się nad nieszczęśliwym — modlił się i spowiadał stygnącemi wargami i zamierającem sercem.

30 grudnia 1922.

Przypisy

  1. Ajrysz (po angielsku Irish) — Irlandczyk, irlandzki.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.