Seans

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Seans
Pochodzenie Krosnowa i świat
Data wydania 1928
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


SEANS.

— Na kogo czekamy?
— Na Kubusia! Nie był jeszcze na żadnym seansie, a że mieszka daleko, więc obiecałem poczekać na niego.
— Byle nie robił kawałów, jego zawsze trzymają się psie figle.
— I przy takich uczonych figurach zawsze się nie udają.
— Kto chce herbaty? — spytał gospodarz, wysoki, chudy kudłacz, dzwoniąc łyżeczką o szklankę. Kilka par rąk podniosło się nad kanapą.
— Żeby tak z mocną okrasą, tobym wychłeptał choćby cały szaflik!
— I zdałoby się coś twardszego na ząb.
— Czuję w powietrzu jakąś znakomitą zapowiedź.
— Program ułożony i będzie stricte wykonany: więc gorąca herbata; potem seans, mocna sensacja, a dopiero po wszystkiem ciężka wyżerka i napitki.
— Marjeta, nie śpij, Sybillo, chodź na kanapę, utulimy cię, sieroto. — Ktoś wołał na młodą dziewczynę, siedzącą pod piecykiem i zapatrzoną w ogień; jej rude, puszyste włosy lśniły polerowaną miedzią. Biała twarz, jakby wycięta z papieru, ani drgnęła, nie odezwała się.
Rozmowy zwolna przygasały. W olbrzymiej pracowni stawało się coraz ciemniej, zimniej i wilgotniej. Rozwłóczyła się jakaś zatęchła i niepokojąca nuda. Zapach terpentyny i farb, ożeniony z zapachem serów, niemiłosiernie wiercił w nozdrzach. Noc styczniowa zaglądała przez wielkie, zapłakane szyby. Wiatr ze skowytem przewalał się po dachach i jakby bezwładnem, przemiękłem cielskiem bił w ściany. Padał rzęsisty deszcz, trzaskał w szyby, bębnił w jakieś blachy i bełkota! ustawicznie w rynnach. Żelazny piecyk, ustawiony w kącie i rozpalony do czerwoności, rozsiewał dokoła krwawe brzaski, w których majaczyło kilka osób, rozwalonych na wielkiej kanapie. Nieco dalej, pod ścianą i nawprost okna, wdzięczył się biały szkielet. Miał na głowie cylinder, czyjeś palto na ramionach i trójkolorową szarfę na piersiach. Po ścianach bielonych tliły się porozwieszane obrazy, szkice, jaskrawe draperje i pęki różnokolorowych mundurów. Za sztalugami, ustawionemi bokiem do okna, ktoś ze złośliwym uporem mordował brzękliwy klawicyn i niestrudzenie wyśpiewywał jeden i ten sam refren krakowskiej piosenki:

«A jak przyjdzie słońce i pogoda! Słońce i pogoda! Pójdziemy se razem do ogroda».

— Wojtek, idźże już raz do tego ogroda i nie rycz! — proponował gospodarz, rozdając filiżanki wyciągającym się z ciemności rękom.
— Paryż śpiewa swoją pieśń wieczorną! — zauważył ktoś, nasłuchując szumów miasta, niby szumu wzburzonego morza. — Nieśmiertelny rytm życia i szaleństwa!
— I pracy, dodaj! Nie rozumie Paryża, kto nie wie, jak on pracuje! — do pełnił ktoś drugi, stając przy oknie i zatapiając oczy z tej wyżyny Montmartru w nieogarniony rozlew świateł, domów i ulic, przytrząśnięty nocą, dymami i drobnym deszczem.
— Czekaj, pan! — zagrzmiał z kanapy jakiś bas. — Byłem na stu spirytystycznych seansach, znam wszystkie sławne medja i ani jednemu nie wierzę.
— Ja ręczę za naszą Marjetę — wtrącił gospodarz. — Ona nie jest zawodowem medjum.
— Tutaj musi straszyć — zaszeptał ktoś lękliwie. — Za nicbym tu nie mieszkał. Czuję w powietrzu emanację jakichś zbrodni, samobójstw i pokutujących duchów.
— Pragnąłbym tego, toby mi ułatwiło płacenie komornego! — Zaśmiał się kudłacz.
— Czekaj, pan! Właśnie miałem taką pracownię z duchami...
— Smok, dopóki ciemno, łżyj, co się zmieści. Słuchamy z ciekawością...
— Na Grande Chaumière. Pawilonik w ogrodzie i z meblami, prześliczny. Dziwiło mnie trochę, że wynajęli mi go bardzo tanio. Sprowadziłem się, wyprawiłem rzetelne pijaństwo na osiedliny i najspokojniej zabrałem się do roboty. W parę dni potem zaczepia mnie konsjerżka. «Na te psy — powiada — które czasem w nocy szczekają w drugiem podwórzu, już poskarżyłam się naszemu komisarzowi. Na pewno każę je usunąć». A niech sobie szczekają, nie przeszkadza mi to spać. Niczego nawet nie podejrzewałem. Ale jakiejś nocy listopadowej, takiej właśnie, jak dzisiejsza, zimnej, zadeszczonej i wietrznej, obudziło mnie zajadłe szczekanie psów. Zapaliłem zapałkę; było już dobrze po północy. Deszcz młócił w dach, aż dudniło. Zgasiłem światło i znowu słyszę szczekanie, jakby w drugim pokoju, i jakiś głos bardzo miły. Kto tam jest u djabła? i zapalam świecę. Na odpowiedź wywierają się drzwi, i wchodzi jakiś młody pan w kosmatym, szarym cylindrze, w szarym płaszczu, ugarnirowanym pelerynami, i wiedzie na smyczy całą sforę psów. Zgłupiałem, zapomniałem języka w gębie. Ukłonił mi się ceremonjalnie i przeszedł do pracowni. Słyszałem najwyraźniej otwieranie drzwi na ogród, jego kroki, psie skowyty i brzęki łańcuszków. A kiedy oprzytomniałem i poleciałem za nimi, nie było już ani śladu. Stwierdziłem, że noc ciemna, że padał deszcz, i że przemoczyłem nogi, ale wkońcu wziąłem to wszystko za halucynację. Czekaj, pan! I nie pisnąłem nikomu ani słówka. Cóż kiedy w parę dni później powtórzyło się to, co do joty. Przyjrzałem się dobrze drabowi i pieskom, mógłbym opisać każdego zosobna wyżła. Nie bałem się, tylko zaczęły mnie te spacery wybijać ze snu i niecierpliwić. Więc którejś nocy, zebrawszy się na odwagę, zapytałem jegomościa, czemu się włóczy po nocy i po cudzych mieszkaniach. Nie odpowiedział, lecz psy zaczęły tak groźnie szczekać i rwać się do mnie, że chwyciłem za rewolwer. Jakby się zapadli w ziemię, a ja, ogłupiały i zmartwiały, przesiedziałem w łóżku do samego rana. I tak mnie te zjawy wykolejały, że zupełnie nie mogłem pracować. Żyłem w cięgłem oczekiwaniu, że nareszcie się dowiem, co to wszystko znaczy. I bałem się coraz bardziej. A za nic w świecie nie byłbym się wyprowadził z tego domu. Żyłem jakby w gorączkowym śnie. W dnie włóczyłem się po kawiarniach, ale o każdym zmierzchu już byłem w domu i z bijącem sercem wyczekiwałem na zjawę. Ciągnęło się to przez długie miesiące. Wreszcie wykułem w sobie wolę i postanowiłem się z nim ostatecznie rozmówić. Którejś nocy marcowej zastąpiłem mu drogę i poprosiłem, żeby mi oznaczył ściśle dnie i godziny swoich spacerów, to na ten czas, żeby mu nie przeszkadzać, będę wychodził z domu. Uśmiechnął się tak jakoś okropnie, że mi serce stanęło z przerażenia. Ale na drugi dzień rano zobaczyłem na płótnie, świeżo naciągniętem na blejtram i ustawionem w pracowni, napis minją: «Pan mi nie przeszkadza! Do widzenia!». Mam to płótno do dzisiaj. Jużci, jeszcze tej nocy uciekłem z tej pracowni i nigdy już tam nie zajrzałem. W parę lat później dowiedziałem się, że ten pawilon rozebrano, gdyż stał się rozgłośny, i nikt nie chciał w nim mieszkać.
— Adam się rusza... Jezus Marja... idzie... — wrzasnął ktoś, wskazując szkielet. — Zerwali się z miejsc, zapalono światła. Stał odsunięty od ściany, cylinder mu się przekrzywił, a palto zleciało na ziemię; zdał się uśmiechać wspaniałemi zębami.
— Jeśli żart, to nazbyt naiwny! — srożył się ktoś, niemile dotknięty.
— Widziałem, jak się poruszył! Daję słowo honoru — upewniał młody chłopak.
— Wyobraźnia, młody człowieku, wyobraźnia, to ona stwarza wszystkie cuda na niebie i ziemi. A skoro są stworzone, tem samem są rzeczywistością.
Skupili się na środku pracowni, w kręgu jasnego światła, i rozpoczęły się opowiadania o strachach, zjawach i przeczuciach. Czad cudowności uderzył do głów jak wino, że każdy miał do opowiadania jakiś fakt przeżyty lub zasłyszany. Ich malarskie, artystyczne wyobraźnie przetwarzały opowieści na grozą przejmujące obrazy. Nie pomogły racjonalistyczne sprzeciwy i drwiące śmiechy, mistyczny nastrój przejmował wszystkich, niektórzy z przytajoną obawą spoglądali na szkielet i czegoś nasłuchiwali. Tylko Marjeta, rozciągnięta na kanapie, zdawała się drzemać, i jegomość przy klawicynie wydzierał się wciąż wkółko:

«A jak przyjdzie słońce i pogoda! Słońce i pogoda! Pójdziemy se razem do ogroda».

Dopiero ostry głos dzwonka przerwał te zgorączkowane rozmowy.
Kubuś stanął we drzwiach i zakrzyczał z komicznym patosem:
— Ta ratujcież, przemiękłem aż do pępka!
— Jakże, uczona osoba z Montparnasu per pedes? — zdumiewał się Smok.
— Buty mi całkiem sflaczały. Ale słowo się rzekło, i oto jestem.
— Kobyłka zaraz będzie u płota! Czekaliśmy z seansem tylko na ciebie.
— A co gorzej, że i na kolację — jęknął któryś — o głodnym pysku.
— Cóż panowie do tego deszczu? Namokłem w słodkiej wodzie, niczem śledź w piątek. I Sekwana gwałtownie wzbiera. Wybrzeże koło Notre Damę zalane.
— A myśmy najspokojniej pławili się w mistycznych historjach.
— Szkielet — zdziwił się Kubuś — wygląda na amerykański fabrykat.
— Autentyczny. Dostałem go w spadku po swoim stryju, doktorze.
— Jakiś młody byk i wspaniale rozwinięty — wołał Kubuś, obmacując gołe gnaty. — A to co, ma przedziurawioną czaszkę, na pewno kulą! Nie inaczej, tylko jegomość wygarnął sobie w łeb. Miłe złego początki, a teraz za karę duszyczka skwierczy w gorącej smole, a gnatów malarja używa na szaragi! — podrwiwał Kubuś. —- Nie wiecie, kto to był?
— Stryj nazywał go Adamem. To jakaś tragiczna historja. Rzeczywiście strzelił sobie w łeb. Mam pod błogosławieństwem dbać o całość tego szkieletu.
— Czekaj, pan! — zawrzeszczał naraz Smok. — Ale to prawdziwy karakuł! — wołał, wskazując Kubusia, który, obrośnięty aż po białka, z długim baranim nosem i z głową pokrytą czarnemi pierścionkami włosów, dawał portret karakuła. Nawet uszy długie, przylepione a sterczące niby rogi, dopełniały podobieństwa.
Gruchnęli śmiechem, a któryś zaczął go śpiesznie szkicować.
— Nie sekret, że pan przypomina orangutanga, ale nikt panu tego nie wymawia — rzucił się Kubuś. — No, co z tym seansem?
— Marjeta już wpadła w trans, może my zaczynać. Wojtek, potrzebujemy ciszy.
Obsiedli okrągły stolik, gdy Kubuś gwałtownie zerwał się z miejsca.
— Mam genjalną myśl! Zaprośmy Adama na seans, nie będzie się nudził. Ustawię go na czworakach, na grzbiecie położyć jaką deskę, i zasiądziemy przy nim, jak przy stole. Nie obawiajcie się, nie zaprotestuje.
Pomysł przyjęto wesołym śmiechem. Obsiedli szkielet, i zgasło światło.
— Tylko bez kawałów — upominał jeszcze Smok, obejmując prowadzenie seansu.
Siedzieli w głuchem milczeniu i bardzo cierpliwie, ale czas upływał tak wolno, i tak monotonnie zacinał deszcz w szyby, i tak monotonnie bełkotały rynny, że już niejednego ogarniała nieprzemorzona senność.
— Adam się poruszył! — ktoś zaszeptał, a po chwili zabrzęczał klawicyn.
— Czy to ty, Wojtek? — rzucił zduszonym głosem Smok.
— Siedzę przy tobie. Nie mam kilometrowych rąk, żeby tam dosięgnąć.
— Patrzcie, światełka!
Kilkadziesiąt seledynowych punkcików zawirowało pod sufitem nad ich głowami.
— Sprytnie zrobione, efekt niezawodny! — zauważył drwiąco Kubuś.
— Głupiś! — zahuczał jakiś głos, jakby z pod podłogi.
Szkielet poruszył się i zwolna jął pełzać na czworakach.
— Nie zrywać łańcuszka, chodźmy, gdzie powiedzie. Kto jesteś? Odpowiedz pukaniem.
Szkielet znieruchomiał i pięścią bił o podłogę. Ze drżeniem składano wystukiwane litery alfabetu.
— Adam! — zawołał ze zdumieniem Smok. — A może to omyłka, odpowiedz.
Aż zadudniała podłoga pod mocnemi uderzeniami protestującej pięści.
— Co to jest? Kto z panów symuluje? Cóż za głupstwa! — rozsrożył się Kubuś. — Te zdechłe gnaty mają się poruszać i logicznie wystukiwać! Głupie kawały.
— A właśnie mogą się poruszać — odwrzasnął ten sam jakby z pod ziemi głos.
— Powiedz głupszemu ode mnie!
— Więc uważaj! — I szkielet kopnął go z taką siłą, że Kubuś wywrócił się wraz z krzesłem na podłogę, ale zerwał się i, nieprzytomny z gniewu, oddał mu kopnięcie.
— Ty kopiesz, to i ja cię kopię!
Naraz szkielet się wyprostował i chwycił go w pazury! Zerwał się straszliwy wrzask, i zaczęli uciekać na wszystkie strony. Kubuś wyrwał się i oszalały ze strachu uciekał, przewracając krzesła i stoły. Ktoś zapalił elektryczność, i wszyscy rzucili się do drzwi. Szkielet popędził za nimi. Nieludzkie krzyki wstrząsnęły domem. Na piętrach otwierano drzwi, wypadali ze światłem ludzie, ale, na widok goniącego szkieletu, martwieli z przerażenia, kobiety mdlały. Cała uciekająca gromada stoczyła się po schodach jak huragan i wypadła na podwórze.
Szkielet zawrócił zpowrotem.
Widzieli go, jak spokojnie wchodził z piętra na piętro. Stopnie schodów trzeszczały pod nim i wyraźnie rozlegał się suchy odgłos jego kroków.
Z zapartym tchem, w niemem przerażeniu. patrzyli, jak wymijał zebranych pod drzwiami, jak się przeginał, wstępując coraz wyżej, i jak wszedł do pracowni. Z hukiem zawarły się za nim drzwi.
Stanął na dawnem miejscu pod ścianą i znieruchomiał.
Marjela, przyczołgawszy mu się do nóg, padła nieprzytomna.
Opowiadano mi o tym seansie.

Warszawa, 17 kwietnia 1924.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.