Pamiętniki JM. Pana B. Winnickiego/Część I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wincenty Pol
Tytuł Pamiętniki JM. Pana B. Winnickiego
Podtytuł W trzech częściach
Pochodzenie Dzieła Wincentego Pola wierszem i prozą; t.3 serya pierwsza: poezye (Poezye Wincentego Pola. Pierwsze wydanie zupełne. Tom II)
Data wydania 1875
Wydawnictwo F. H. Richter
Druk W. Maniecki
Miejsce wyd. Lwów
Inne Cały tekst
Indeks stron


PRZYGODY MŁODOŚCI
W PODRÓŻY Z KRAKOWCA DO NIEŚWIEŻA
I POWRÓT W DOM RODZICIELSKI.

CZĘŚĆ I.
GAWĘDA.

DO SYLWANA WINNICKIEGO,


SYNA Ś. P. PANA BENEDYKTA.




Panie Sylwanie! — ot jeszcze dwa lata,
A dobiegniemy, jak obszył, pół wieku!
To się obliczyć wypada już człeku,
Bo pięć krzyżyków — to pono ze świata;
A jeźli jeszcze nie ze świata który,
Nie ma wątpienia — że idzie już z góry.

Więc gdy za siebie zwrócim się obliczem
I gdy się w końcu braciszku obliczym:
I cóż powiemy Panie-bracie sobie?
Ha, lata zbiegły — ojcowie już w grobie —
Trudno i Bogu i światu wystarczyć;
A co najgorsze — to najgorsze pono.
Że niema komu żywotowi świadczyć,
Bo nas po świecie bardzo rozprószono.....

Więc świadczmy sobie. — Pytam: cóżeś robił?
I wiem — jak szlachcic, powiesz mi: Jam orał!
A jam się bracie w to wszystko sposobił,
Co nie potrzebne — i próżnom się porał!....

Weź, otwórz księgi — co u Cię zagony,
To u mnie wiersze — jak Tyś orał pługiem,

Jam gęślą orał — ; więc nierówne plony
Liczmy obadwa w szeregu lat długim.
Bo jak Tyś orał — tak po Twym zagonie
Syn Twój przejedzie szczęśliwie i prawo,
A po méj roli i po moim zgonie
Syn mój powiedzie tylko okiem łzawo.

Znać Bóg chciał tego — dajmy pokój temu!
Ot gdyśmy z sobą, lepiéj po staremu
Goś tam pogwarzyć o dobrym dziedzicu
Onéj puścizny — więc o Twym rodzicu!
Bo wyznać muszę Ci braciszku szczérze,
Zkąd mi się dzisiaj afekt do Cię bierze:

Rodzic Twój przyśnił mi się dzisiaj w nocy...
Nigdy inaczéj jak płaczem go witam...
Jak za żywota trzyma nas w swéj mocy...
Płacz był serdeczny — więc kocham i pytam:
Co tam? i jak tam? — skarżę się i żalę;
Ale Jegomość surowo i stale
Patrzy mi w oczy:

„Coś to zrobił Wasze?
Czym ja to na to Waści opowiadał,
Abyś wierszami jeszcze poukładał
Samarytanom to, co było nasze? —
Nie po szlachecku! i daruj mi, proszę,
Wielki żal w sercu do Waści ja noszę!
I gdyby — gdyby nie przyjaźń Rodzica,
Pewnobyś mego nie ujrzał już lica...”
Bardzom się spłakał na takie wyrzuty;
I gdym się zerwał ze snu jak otruty,
Myślałem sobie — oto piękna sprawa!
Cienie się ojców niepokoją w grobie,

Że ktoś niegodny świadectwo im dawa,
A żywi mają to za krzywdę sobie
Że się ktoś nad tą przeszłością użalił,
Że żywot ojców na grobie pochwalił?...”

Między zmarłymi a żywymi w środku
Stać, mój Sylwanie, to mi miło bardzo,
Co cnoty w rodzie — niecnoty w odrodku,
To jedném zmarli, drugiém żywi hardzą...
Więc słuszność trzeba przyznać Jegomości!
A co świat skrzywił — chyba Bóg wyprości...
Sen ten Sylwanie nie był bez znaczenia,
I kiedy zmarli mówią do sumienia,
To czas już wielki, aby się poprawić,
I na wzór ojców poczciwie zabawić.






W Wiedniu 1857 r.

dnia 21. Lutego,

w dzień Ś. Eleonory.

„Papką, czapką, i szkapką,
Solą, rolą i wolą,
Ludzie ludzi niewolą!” —
„Nudzi!” — Bo stary; a starych to wada.
„Nudzi!” — Wiesz czemu? bo prawdę powiada.
Lecz kto ma prawdę i przyszłość na pieczy,
Znać téż powinien wszystkie dawne rzeczy.


Nie dziś to się działo; ot, kiedym był młody,
Oddał mię mój ojciec na dwór wojewody;
Więc jeszcze zaznałem téj dworskiej polewki,
Zaznałem i dwory i pany i zamki,
I te to od ojców sławione nam śpiewki:
„U dworu wielkiego trzymaj się choć klamki!”

Pan Cetner siadywał w Krakowcu bywało,
Lecz dziwnie tam jakoś na dworze się działo;
Coś niby z francuzka i z polska potroszę,
A modnie to było (jak teraz już wnoszę),
I nie tak jak zwykle po dworach u panów:
Pan Cetner nie lubiał mieć licznych dworzanów.
Na łowy nie jeździł, o niczém nie wiedział.
Do konia nie tęgi, w pokoju sam siedział
W trzewiczkach, z książeczką, coś cedził, chorował,
I tylko Francuzów i kwiaty hodował.

I było też smutno w Krakowcu na dworze.
Jak gdyby devotus człek siedział w klasztorze.
Lecz dobrze, mówili, do pióra młódź wkładał,
Więc ojciec mię oddał i trochęm się nadał.

Jak cały Krakowiec szły pańskie zielniki,
A kwiaty przezwane na wszystkie języki,
Na dworze, pod szkłami, pod siatką, pod błoną.
Na ziemi i w wodzie; iż tylko tam pono
Onego to drzewa im jeszcze nie stało,
Coby to, jak w bajce zaklęte śpiewało
I jabłka co nocy rodziło im złote.
Ej miał téż tam Musje Żardzinier robotę!

Dopieroż przy stole bywało się znudzę.
Bo tylko chwalono dowcipy gdzieś cudze,
I kraje, zwyczaje i księgi i lice
I jakieś francuskie sławne nierządnice —
A o czém to mówić naówczas po kraju,
Jak uszy poczciwszy, nie było zwyczaju.

Pan Cetner, choć sam się był w kraju urodził
I do szkół jezuickich we Lwowie był chodził,
Gdy potém odwiedził postronne gdzieś kraje,
Wniósł z sobą do Polski dziwaczne zwyczaje.
Więc można to sobie z łatwością wystawić,
Jak temu rad byłem, gdy raz nam powiedział:
„Mam waszmość do panów, méj braci, wyprawić.”
I kiedym na koniu z listami już siedział,
A zwłaszcza, gdy podróż w aspektach zbyt miła,
Mnie bowiem pan oddał list do Radziwiłła.
Bo były powstały po kraju rozruchy,
I różne się tarły partyje i duchy:
Pan Cetner za królem zniewalał umysły,
Bo łączył obydwóch stosunek dość ścisły,
Gdyż ze szkół się znali obydwaj panowie,
Z konwiktu od księży Jezuitów we Lwowie,
Gdzie razem się zbiegły chłopięta ziem ruskich;
Dwóch było Potockich, Krasickich, Rzewuskich,

Trzech Ciołków i Cetner, co razem jak braty,
I w piłkę grywali i bili w palcaty,
I razem na jednéj ławicy ligali,
I razem się nie źle potém kierowali;
Bo jeden wziął mitrę, a drugi buławę,
A trzeci wziął laskę, a czwarty wziął sławę,
A piąty, pan Cetner, został wojewodą,
A sławny Stanisław światłem i urodą
Siadł nawet na tronie — a kiedy królował.
Więc dawnych przyjaciół w pamięci zachował,
I świadczył im łaski, nawzajem kochany.
Więc otóż i Cetner był panu oddany,
I słał mię podówczas na Litwę z listami.

A miałem podówczas ja szkapę kochaną,
Lecz piękność mię w koniu od dawna nie mami,
Przyciężką miał głowę, głowaczem go zwano:
„Weź sobie innego” mówili dworzanie,
A na co innego? myślałem mosanie:
Koń czuły i nożny i twardy do drogi,
Adwokat niech głowę, a koń niech ma nogi.
I dobrze to bywa, gdy piękność nie mami;
Bo zrazu jechałem znanemi stronami
Wraz z drugim dworzanem, co został w Ostrogu;
Lecz kiedym już zabrnął w zapadłe Polesie,
Myślałem sam sobie: ha, oddaj się Bogu!
Zła będzie rozprawa z tobą panie biesie!
Bo mazią po piasku te mile się wleką,
I chłodno i głodno i do dom daleko,
A nawet do karczmy. Raz jadę dzień cały
Przez piaski i groble, przez błota, zawały,
I karczmy dojeżdżam dopiéro wieczorem.
W karczemce żyd siedział jak cygan pod borem;
Tu głowacz strudzony, tum głodny mosanie,

.

Więc fuknę na żyda: A czego dostanie? —
„Jest starka, są jaja...” A owies? — „da nie ma,
Lecz niech się pan przecie na chwilę zatrzyma.
Bo gdzież pan pojedziesz? wszak noc już zapada,
Po puszczach rozboje, i sama noc zdrada!”
I pobiegł mi wódki utoczyć skwapliwy.

Za stołem w karczemce dziad siedział sędziwy —
I kiedy żyd odszedł, dziad do mnie powiada;
„A niech pan nie wierzy i tem się nie biedzi,
O milę jest karczma, katolik w niéj siedzi,
I będzie czem konia pokrzepić i zdrowie.
Tam zwykle podróżni nocują panowie.”
Więc siadam i jadę — lecz jadę i jadę,
I widzę, że trudno téj puszczy dać radę,
Ni karczmy, ni wioski, a koń się sfasował;
Spojrzałem na kwoczkę, z północy już stała.
Więc biłem się z myślą — ha, będę nocował!
Bo już téż mnie chętka i do snu zbiérała;
Więc konia puściłem, zjechawszy kęs z drogi,
Kulbakę pod głowę, linewkę do nogi,
I ległem, pacierze zmówiwszy w pokorze.
Lecz usnąć nie mogłem; wiatr świstnął po borze,
I ckliwie mi było. Gdy człowiek frasowny,
Najlepszy towarzysz, choć nie zbyt wymowny.
Jest ogień i lulka: gdy ogień ów błyśnie,
Człek dłużéj z smutnemi myślami nie kiśnie;
Gdy dymek podleci, gdy płomień wystrzeli,
Coś dziwnie człowieka na sercu weseli ,
I puszcza się światem myślami jak w drogę.
A ja to na śmiało tak puścić się mogę.
Bom ja to nie psował ojcom doma kaszy,
Bywałem po świecie, ba w Jasach, w Chocimie,
Jeździłem z listami i nieraz do baszy;

I tamto sam basza (choć nie chcę się chwalić)
Przyuczył mnie lulkę na dworze swym palić;
I odtąd już sobie podobam w tym dymie,
I myślę o baszy, gdy lulkę zapalę.

Więc wówczas na puszczy czyniłem tak wcale;
Wtém koń mi się szarpnął i przystrzygł uszyma...
Spojrzałem do koła, a w koło nic nie ma;
Lecz rżenie się jakieś z głąb puszczy dobywa,
A rumak mój odrżał i znowu się zrywa.
O zbójcach mówiono — więc przeszło mnie mrowie,
A rżenie się znowu odzywa w dąbrowie;
Więc wziąłem nabity pistolet i szablę.
Za młodu o pińskim słyszałem ja diable.
Więc „Kto się w opiekę...” zrobiłem znak krzyża,
A rżenie się coraz do ognia przybliża.
Ściągnąłem łeb konia i siadłem za krzakiem.
Po chwili — aż pełznie do ognia coś rakiem,
I błysło nad ogniem, powstawszy, żelazem,
I pchnęło w mą burkę na ziemi zarazem.
Jam zmierzył do ognia i kiedym wypalił.
Na chaszcze się obwieś! czy diabeł powalił?
Zerwałem się raźno, rzuciłem się żywo,
I daléj ruszyłem nie bardzo leniwo,
I żywy i cały, przy opiece Boskiéj
Dobiłem się w końcu o świcie już wioski.
Tam duby smalone prawili o dziadzie,
Co stoi po puszczach podróżnym na zdradzie;
A gdym się pochwalił, żem go już zastrzelił,
Lud wszystek się wielce przytomny weselił.
Wytchnąłem tam dobrze, i daléj bez szwanku.
Stanąłem w Nieświeżu „Mój panie kochanku!”

W Nieświeżu siadywał Radziwiłł, pan z panów,
I książę z krwi zacnéj i hetman z hetmanów;

Nie darmo to szlachta mawiała ówcześnie:
Że chudy pachołek w Nieświeżu, jak we śnie,
Mówili, że w skarbcu ma trąbkę, mosanie,
Co słychać na całą już Litwę jéj granie,
A strzeż się, gdy łaskaw, bo zginiesz tam w złocie.
Dopieroż ów klejnot! Trzy trąby w klejnocie,
A każda jak ona, co w skarbcu ją chował;
Nie darmo się przeto i człowiek dziwował,
Gdy wjeżdżał w te progi, boć tam to zamczysto,
Budownie, warownie, a wierzchem złocisto!

Most wiódł mnie do zamku, a most był zwodzony,
Za mostem budowne wznosiły się brony,
Za niemi dziedzińce, ogrody i place,
I kościół i klasztor i pańskie pałace.

Zgłupiałem w dziedzińcu na pierwszym już kroku,
Ujrzawszy niedźwiedzia, a tuż, tuż przy boku!
A za nim gwałt luda i kądle spuszczone,
I hałas: „Zamykaj, zamykaj tam bronę!”
 
Tu widzę szlachcica zabiorą obławą?
Bo jakby na harcu zażyli mnie wieńcem.
A co się to znaczy? Koń rzucił się w prawo,
Wziął na kieł i rusza na oślep dziedzińcem,
Wziął na kieł i mija dziedziniec przydworny,
I leci na oślep na ogród klasztorny.
Ha trzymam! nie wstrzymać; obławę wyboczył,
O ratuj mnie Chryste! chlust i przez mur skoczył,
I stanął i parsknął — spojrzałem do koła,
Jedyna furteczka wiedzie do kościoła.
Więc coby tu począć?... rozmyślam — ha, biéda!
Sowizdrzał, powiedzą, przed dworem ohyda!
Sowizdrzał, powiedzą; wypadek fatalny!

Et quidem nie darmo, bo dzień był feralny.
Lecz gdy się tak biédzę i patrzę do koła,
Nadbiega dworzanin od furty kościoła,
I prosi do księcia, a niby to grzecznie.
Tymczasem widziałem, że śmiał się serdecznie.

— A kędyż mam jechać, gdy jechać nie mogę?
Ej czy waść kpisz sobie, czy pytasz o drogę?
„A niewiem już komu — powiada — z nas obu
Nie stało tu drogi? No szukaj sposobu!
Przez kościół nie wrócisz, a w koło mur wszędy,
Więc kędyś tu wjechał, wyjeżdżaj tamtędy.
Znaj bratku, w Nieświeżu na fryców tu matnia!”
Więc pasya mnie na to porwała ostatnia.
A miałem, jak naraz, po dziadu kord sławny,
Na tylcu choć ligaj, a w jaszczur oprawny;
Co będzie, to będzie! myślałem więc w duchu,
Ej urwę szlachcica na odlew po uchu!
Aż on mnie: „Mosanie! pan zadrwił z waszmości,
A nie daj drwić z siebie, do kupy zbierz kości,
I ruszaj, jak mówią, koniem i odwagą,
Więc sztuką krzyżową, pociejowską plagą.”

Co mówisz? — powiadam — tak radzisz? a dobrze!
Jak skrobnę więc konia nahajem po ziobrze.
To ledwo mnie waryat z kulbaki nie zsadził.
Lecz lekko się wyniósł i w skoku nie zdradził:
A w téjże to chwili sam książę wypalił,
I sztofem niedźwiedzia o ziemię powalił.
Z hałasem go psiarnia dopadła i szczwacze,
A z brony na vivat zagrały trębacze.
 
Onego niedźwiedzia, jak późniéj mówiono.
Przed laty raz w puszczy na sieci złowiono;

I siedział przed kuchnią książęcą na kole,
I z dawna stroiły z nim kuchty swawole.
Lecz srodze téż niedźwiedź ukarał junaka:
Bo ubił kuchcika i spłatał kozaka;
A czego się książę tak mocno użalił,
Że poszczuć go kazał i sztofem powalił.

Gdy wrzawa nadstała i książę siadł w ganku,
Rzekł do mnie po chwili: „Mój panie kochanku!
Waszmości, jak widzę, nie trudno o plecy!
Nie chciałbym ja bronić przed waścią fortecy,
Bo dziwną do murów przebiérasz się drogą...
No widzę masz listy? a proszę, od kogo?”
— Od pana Cetnera. — „Co?! Cetner poczciwy!
Mój panie kochanku, ach jakem szczęśliwy!
Witamy w Nieświeżu, witamy wasana !
No prosić mi tutaj księdza kapelana!
 
Mój panie kochanku! cóż słychać na Rusi?
Waszego starostę czy jeszcze bies kusi
O lepsze w zawody chodzić z Radziwiłłem?
Nie z takim ja grałem, kiedy w Chinach byłem,
Lecz próżne zabiegi, daremne to troski!
Radziwiłł Radziwiłłem! Kaniowskim Kaniowski!”

Tu nadszedł kapelan i listy przeczytał,
„Cóż pisze pan Cetner?” Radziwiłł zapytał,
„Czy przyjaźń mu nasza zawsze jeszcze miła?
Czy kocha, jak dawniej, sługę Radziwiłła?

Ha, nie wiem co pisał, bo prawił ksiądz z cicha,
A książę się fuknął: „A co mi u licha!
A potém się znowu trochę udobruchał,
głaskał czuprynę i mruczał i słuchał;

A ilem zmiarkować mógł z całéj rozprawy,
Zapraszał go Cetner po coś do Warszawy.
Ksiądz silnie nalegał; ja stojąc przed nimi,
Patrzałem na wszystko. Przed gankiem na ziemi
Leżało niedźwiedzich skór kilka rozbitych,
Per modum kobierca, szkarłatem zeszytych,
A na nich stał stołek żelazny, składany,
I stolik do ziemi kobiercem zasłany.
Na berle stawiono, przy pańskim tuż boku.
Sokoła kubusia z kapturkiem na oku.

Tu księciu zazwyczaj, gdy dzień był pogodny,
W rozmowach zwykł ranek był schodzić swobodny,
Wróciwszy z kaplicy tu zwykle zasiadał,
I prawił z panami i śmiał się i śniadał;
I służba tam nieraz uśmiała się z duszy.
W dziedzińcu harcował nadworny koniuszy,
Lub gościom na pokaz ogiery gnał w kole;
Tą razą gwintówka leżała na stole,
„Rozumiem!” rzekł książę „wszak mamci ja głowę,
A pono i moja nie taka zbyt płaska.
Trzy grosze wart łaska, trzy grosze niełaska!
Daj pokój! — i do mnie obrócił już mowę:
„Mój panie kochanku, upraszam waszmości,
Na wszystkie afekta i wszystkie miłości!
W téj porze, pod jesień, czy jest tam sumienie?
Wyciągać mnie z domu na lada zachcenie?
Ba, dobrze mu mówić: Radziwiłł niech jedzie:
Ta tu mi pan Rejtan wystrzela niedźwiedzie;
Gdy trąbka nie grywa, to choćby nie była.
Ej panie kochanku, zgubisz Radziwiłła!
Pofolguj na Boga! ja teraz nie jadę,
Lecz do mnie waść serca nie psujże ztąd sobie!
I bądź mi spokojny, bo weźmiem my radę.

Dla pana Cetnera, co mogę, to zrobię;
Lecz jechać nie mogę, ponowa za pasem;
Nie mogę! No, wołać marszałka tymczasem.”

Gdy nadszedł marszałek, spojrzałem: persona!
Ej sztuka zuchwała, z szwedzka podstrzyżona,
A na nim wenecka saita, pas lity
I w koło z czerkieska bramowane szyty!
Sam poszedł na księcia, gdy rozkaz dał w ganku.

„A jakże ci piszą mój panie kochanku?
Niech dowiem się, proszę, kto łaskaw zagości?”
— Benedykt Winnicki, sługa księcéj mości! —
„Winnicki? no proszę! a znałem ja dziada!
A był to prawdziwy karmazyn; człek setny;
Odstąpił mi w Łęcznie turczynka nie lada;
Lecz widzę i Wasze junosza nie szpetny.
Mój panie marszałku! zalecam waszmości.
Pan łowczyc Winnicki niech mile nam gości.
Syn zacnéj rodziny, zdaleka się trudził.
Uraczyć, pamiętać, by nam się nie nudził.
Bo prawią na Rusi nie bardzo tam mile
Coś o téj botwinie i o Radziwille.

Skłoniłem się panu, za afekt dziękując,
A w sercu się wielce z respektów radując;
Lecz kiedym się później z marszałkiem pobratał,
Tom figle mądrości na piękne już płatał;
A uszło, bo człowiek był młody i pusty.

Pamiętam, w Nieświeżu przepędzić zapusty
Zjechała tam była pani Sołtanowa,
A razem z jéj dworem panna respektowa;
Ej panna jak łania i wdzięczna i składna

Kochana Staniecka! a ładna bo ładna!
Bo co to za buzia, za rączka, za nóżka,
Do tego dołeczki w jagodach, a mrużka!
Jak mrugła ślipkami, zginąłem z kretesem!
Lecz trudno iść było do panny obcesem;
Bo było to dziécię pieszczone i ważne,
Szły na nią klejnoty i włości posażne,
I perły kosztowne i dziwna uroda,
Do tego we wstydzie chowana; a młoda!
Więc pono z tą panną patrzano wysoko;
A przecież jam spostrzegł, żem pannie wpadł w oko,
I oczko zaprószył i serce poruszył.

Śpiéwała z partesem, jak mówią „bez ale”,
Grywała téż także na klawicymbale;
(A nie tak bezbożnie jak dzisiaj śpiéwano)
Ja miałem téż także talenta ukryte:
Scholarum piarum rękę formowaną,
Łacinę téż także znałem expedyte!
I kiedy kapelan innego pominie,
Mnie zwykle z powagą witał po łacinie:
Bonum mane, frater Mariane!
 
Do panien tam wprawdzie łaciny nie trzeba,
Lecz rośnie ztąd zawsze u ludzi estyma,
Gdy widzą, że w szkołach nie psował człek chleba.
Do panien dość tego rozmawiać oczyma.
W taneczku przyśpiéwać, bo lubią dziéweczki,
Chociażby z klasztoru, światowe piosneczki.

Więc panniem światowe piosneczki pisywał;
A czasem paniencem w taneczku przyśpiéwał,
Coś podał, posłużył, przymówił, pokłonił,
I niby nie za nią, a za nią pogonił.

I długośmy z sobą tańczyli, gadali,
Aż przecie sam na sam zastaję ją w sali.
Więc zbliżam się do niej w strzelistym upale,
A grała, jak na to, na klawicymbale;
Więc naprzód wysyłam komplement, a walny,
A za nim w też pędy i afekt kordialny!
Ja prawię, a panna nie wstaje z siedzenia,
I widzę, że nie ma coś do mnie zbrzydzenia,
Bo słucha; więc bliżéj i żwawiéj i w rączkę!
Ba w drugą! a w drugiéj uczułem już drżączkę;
Więc w ramię! i widzę, że wzrok coś niesrogi,
Więc w oczko, i w pysio! — skoczyła i w nogi,
A ja w pół! Stanęła, coś trochę się zrywa,
Lecz przecie wyznała, że mi téż nie krzywa.
I odtąd jam Zuzię już skrycie widywał,
I prawił na uszko, a w tańcu nie śpiéwał.

Po trzykroć wracała pani Sołtanowa,
A razem z jéj dworem panna respektowa;
A ilekroć wraca, ja znowu do Zuzi!
Bo rajskie to były słodycze w téj buzi,
I święte to było tam życie mój Boże!
Czy człek był w podróży czyli to na dworze...
Bo książę się także i woził bez liku:
Trzy razy był w Wilnie za mojéj bytności ,
Dwa razy w Inflantach, na każdym sejmiku,
A zawsze w tę podróż zapraszał i gości.

I zwykle we wtorek rajtaria szła przodem,
Więc w środę szła stajnia nieskorym pochodem
Więc w czwartek szedł łowczy z siéciami i psiarnią.
Więc w piątek piwniczny i szafarz z spiżarnią,
A sam pan w sobotę z splendorem a dworem,
Gdzie ja téż ciągnąłem z książęcym taborem.

Perceptę to cenić tam było z rozchodu,
Bo czy to na dworze, czy w czasie pochodu,
Jak woda płynęły regestra odbytu.
Co dusza zapragła, a zdrowie strzymało,
Wszystkiego dawano na dworze do sytu;
Nie ciekło, jak mówią, tam wszystko się lało!
Kapelia i goście i łowy, festynie.
Nim jedno przeminie, to drugie już płynie;
A dworno i szumno, że ledwo z hałasu
W kościele wypocząć miał człowiek kęs czasu...
 
Z bytności tam człek się nie sprawiał nikomu...
Gdyś księcia powitał i osiadł raz w domu,
Siedź sobie choć wieki, nikt się tam nie dziwił,
„Gość w dom; Bóg w dom” mawiał zwykle pan Radziwiłł.
I byłbym tam siedział po dziś dzień, Bóg świadek,
Gdyby mi nie licho nadniosło przypadek:
Raz czekam; w krużgankach puknęło coś korkiem,
Jak zwykle Staniecka wybiegła wieczorkiem;
Miesiączek przyświécał, siedzieliśmy sami,
Nie widzim, nie słyszym, aż książę przed nami,
I woła: „Przepraszam niech aśćka téż siedzi!
Zapewne chcesz aśćka jutro do spowiedzi?
Rachunek sumienia, za katy, nie chichy!
Zapewne chcesz, żeby przypomniał ci grzéchy? —

Staniecka drapnęła; lecz jam stał w kąciku.
„A jakże ci piszą mości spowiedniku?” —
Benedykt Winnicki! powiadam w pokorze.
— „Mój panie kochanku! a to być nie może!
A przecież Winnickich na Rusi ja znałem.”
— Bo ja téż się z Rusi w te strony przebrałem. —
„A mój kochający panie i kochany!

Jakże to? więc wasze nie moim dworzanem?”
— Do śmierci się sługą wyznaję przed panem,
Lecz jam tu od pana Cetnera przysłany...
Przy łasce książęcej miło tu się gości;
Lecz proszę o respons waszéj księcéj mości,
Bo trzeci rok mija jak listy oddałem. —
„Mój panie kochanku, patrz jak przepomniałem!
A jużto pamięcią Radziwiłł nie zgrzeszy;
Lecz panie kochanku, cóż ci się tak spieszy?
Nie kochasz mnie widzę? a ja służę braci!...
— Ha! rzekłem ja panu: służba wolność traci! —
„Mój panie kochanku, gdyś taki służbisty.
Toć muszę zapewne odpisać na listy.
No odwiedź mię jutro, proszę, przy śniadaniu.” —
I odtąd już było po mojém kochaniu!
I rzewnie się wówczas na płacz mi zebrało.
Więc na tę aprensię przepiłem noc całą.

Nazajutrz rzekł książę: „A witam wasana!
No, prosić mi tutaj księdza kapelana,
Mój panie kochanku, zawołać szatnego,
Zawołać marszałka, ba i koniuszego!”

Gdy przyszli, na ucho coś prawił każdemu,
A potém ten temu, a tamten tamtemu,
I poszli. A książę: „Gdyś taki służbisty.
Toć muszę zapewne już oddać te listy;
A pozdrów nam, proszę, tam pana Cetnera,
A niech nas zaszczyca przyjaźnią i względem,
Bo nasza życzliwość i bratnia i szczéra;
A sam też odemnie przyjmij konia z rzędem,
I sygnet ten mały, mój panie kochanku!
A przecież nas głodno nie rzucaj o ranku,
I wspomnij, gdy łaska, czasami téż mile

Na Rusi o twoim bracie Radziwille,
I pozdrów tam, proszę, rodziców odemnie”.

Skłoniłem się panu za afekt dziękując,
A w sercu się wielce odjazdem frasując;
Więc łzy téż mi w oczach stanęły tajemnie,
I szedłem do dworzan znów zapić frasunki.

Tam oddał marszałek mi pańskie darunki:
Więc konia, więc szaty, więc jurgelt trzyletni;
A wszystko to nowe, od podków do pletni!
Zabrałem i listy do pana mojego.
Marszałek sam wypił do mnie strzemiennego,
I dał mi pachołka — pachołek był setny;
A sygnet kosztowny, grosz także nie szpetny;
Koń, stada Sobieskich, z konopiastą grzywą.
Pas w łuskę dziérgany, a kontusz z cięciwą.
Więc kocham i ściskam i siadam i jadę;
Lecz kiedym wyjechał, nie pomógł pas lity,
Zaledwom mógł sobie od żalu dać radę,
A zwłaszcza gdym wówczas był trochę napity.
Spłakałem się rzewnie! Tak żal to mi było
Wszystkiego, co serce w Nieświeżu rzuciło,
A już téż najbardziéj téj mojéj niebogi...
Więc smutnom się przybrał na powrót do drogi.

Gdym znowu zajechał w zapadłe Polesie,
Wspomniałem o owym to dziadzie, czy biesie.
Co drugich nawodząc, sam upadł był w jamę;
I jakoż znalazłem znów miejsce to same,
Gdziem leżąc rozmyślał i lulkę był palił,
Gdziem ogień nakładał i dziada powalił,
I w koło stał jeszcze, jak wówczas, bór niemy.
Lecz kiedy obydwa po liściach brodzimy,

Coś brzękło pod koniem; więc spojrzę: a co to?
Pachołek zsiadł z konia i szuka, ba złoto!
Ha, boskie w tém sądy i boska to łaska!
Dziad leżał na twarzy, i wysechł jak trzaska.
Na piasku przy dziadzie trzos leżał ze złotem.
Zdobyłem więc złoto, i z małym kłopotem
Poszyłem się dobrze, wracając do domu.
Więc z dobrą fantazyą, nie mówiąc nikomu.
Jechałem w świat daléj —

Pod jesień się miało i żółkły już bory,
Więc na noc zjéżdżałem zazwyczaj na dwory;
A radzi mi byli, bom wracał z Nieświeża,
Więc codzień gościna poczciwa i świéża,
Téż codzień znajomość i codzień świat inny.
Tak w końcum się przybił ku stronie rodzinnéj.

A w Gródku siadywał starosta Potocki,
Więc jego nadworny marszałek, pan Złocki
Mój krewny, przedstawił mnie panu swojemu...
I rad był mi z duszy, jak zwykle krewnemu;
Musiałem o Litwie i księciu im prawić,
Musiałem tam dłużej tygodnia zabawić,
I kilkaśmy nocy strawili bezsennie.
Bo winem mi chłopca spajali codziennie.
Aż w końcum się wyrwał; a wiecie gdzie Gródek?
Więc z Gródka onego już blizko do Rudek,
A z Rudek na prawo gościniec prowadzi
Do wioski Kanachwost, gdzie imię wieczyste
Jest Sasów Winnickich i gniazdo ojczyste,
którém Bóg radzi, jak o swéj czeladzi...

Gdym tedy już ujrzał i sady i błonie,
I dworek rodzinny i w łące te konie,

Zawrzało mi w sercu, i lecę jak ślepy;
W tém spojrzę, aż ojciec powraca od rzepy.
Poznałem go oraz, więc zwracam w lot koniem,
Pomijam figurę, nuż przez rów, i błoniem
Naprzeciw. A ojciec zawołał od roli,
Poznawszy mnie także: „Powoli! powoli!
Mosanie, otawa! kto jeździ przez błonie?
A nazad, figura! zdiąć czapkę i z konia!”

U ojców bywała reguła surowa;
Więc gdy mnie konfuzya spotkała takowa,
Wróciłem i czekam pod krzyżem z pokorą,
A ojciec powiada nadchodząc: „Więc ale!
A zkądto tam waszmość ćwiczenia te biorą.
Tak koniem na ojca najeżdżać zuchwale?
Bo także przed krzyżem nie schylić już głowy.
To, widzę, po dworach obyczaj dziś nowy?”
I zmierzył mnie, konia i chłopca surowo,
I począł potrząsać i ręką i głową:
„Ba, ba, ba, mosanie! co widzę? a co to
Pachołek? koń w rzędzie? bławaty i złoto?
Nieczemu to buczno, bo widzę bończuczno!
I w drodze tak strojno? O niech mi waść wierzy.
Jam nie miał do ślubu poczciwszéj odzieży.
Toś zhardział mi, widzę, po dworach mój synku?
Dał pan, da i ojciec swoje w upominku;
Jeszcześ mi nie wyrósł z pod władzy ojcowskiéj,
Mam jeszcze ów samy monitor boćkowski;
Więc wąsy, chociażby z za ucha wygolę,
A orznę, jak ojciec, i skarcę swawolę!
I starą ja waści przypowieść wyłożę:
„Dobrze temu na dworze,
Komu doma pług orze.”
Co ojciec uskładał, to synek uporał.

A wasze, czyś dużo już złota wyorał?
Nieboszczyk dziad mawiał: Poczciwie w kąciku,
W dreliszku rybeńko, a według staniku!
A wasze?!...” I nagle tu uciął już mowę,
I sierdząc się, czapkę zacisnął na głowę;
A kiedym mu do nóg chciał upaść już w ganku,
„Za późno” mi rzecze, „za późno kochanku!
Idź wasze do matki!” — A matka nuż witać
Z radością synalka, nuż gościć, nuż pytać,
Nuż chwalić fantazyę, obyczaj i stroje:
„A dziecię kochane, a miłe, a moje!
A jakie to dworne, a mężne, a grzeczne,
A jakie to strojne, a jakie stateczne!” —

Poczciwe matczysko spłakało się rzewnie,
I ja się spłakałem na takie witanie:
Lecz serce mi jakoś gadało niepewnie,
Bo insze o synku jegomość miał zdanie.

Przy matce bawiła pod ówczas panienka:
Milutkie stworzenie, wysmukła i cienka,
Anusia Terlecka — więc także mnie wita;
A kiedy odbiegła, więc matka zapyta:
„Czy nie ma już więcéj pokłonić się komu?
Wszak jam was rodziła tu, przed tym obrazem,
A Bóg cię szczęśliwie powrócił do domu!”

Więc we łzach, w modlitwie uklękliśmy razem.
Za powrót w dom ojców Bogu podziękować;
A potém relikwiarz zdejmując ze ściany,
Podała mi matka, by go ucałować;
A potem dobyłem dukat poświęcany,
Przed laty mi dany w intencyi najszczérszéj.
Gdym z domu rodziców wyjeżdżał raz piérwszy;

A potem po takiém witaniu serdeczném,
Począłem rzecz swoję dyskursem stateczném;
Gdziem bywał, com widział po świecie, com robił,
I czegom się uczył i w com się sposobił,
I jakie gdzie dwory i jakie gdzie kraje,
I jacy panowie i jakie zwyczaje;
A kiedym tak jedno po drugiém powiadał.
Przynieśli wieczerzę. Jegomość nie jadał
Wieczerzy, lecz obok pacierze odmawiał;
A kiedym ja matce o sobie rozprawiał,
Drzwi tylko na chwilę odchylił czasami,
I mruknął spojrzawszy, i skręcił wąsami.
Źle będzie, myślałem — wtém dano wieczerzę;
Zgadałem się setnie, więc wziąłem się szczerze,
A dali, pamiętam jak gdyby dziś, grzybki,
Mądrzyki wyborne, konfekcik i rybki,
A matka nam była tak trochę coś chora,
I chciała dietę zachować z wieczora,
I tylko się do nas na dyskurs przysiadła...
Lecz panna Terlecka coś także nie jadła:
A zatem sam jeden sprzątnąłem wieczerzę;
Oddałem dobranoc i idę z alkierza,
A w sieni pan ojciec za rękę mnie bierze
I mówi: „Jest jeszcze dla waści wieczerza!
I mam téż ja jeszcze pomówić coś z tobą.”
I wciągnął do izby i zamknął za sobą.
„Zdejm wasze mi kontusz i żupan, szat szkoda.
Grzbietu nie, bo twardy, lecz rychło się poda.
Nauczę ja mores! mosanie? Więc, ale!
Tak koniem na ojca najéżdżać zuchwale?
Przed Bogiem i ojcem nie schylić już głowy?
I w drogę się przybrać w strój drogi i nowy?
Zapóźna pokora! stój mi tu, jak kołek!
Czy nie wiesz to wasze, żeś chudy pachołek?

Bo także i świętą wigiliję naruszyć?
To matce jest wolno, bo w wieku i chora,
Lecz wasze chłop zdrowy, to możesz i suszyć.
Wigilija, hultaju! wigilja! pokora!”
— A jaka wigilija? spytałem niepewny. —
„No proszę? a jutro Matki Boskiéj Siewnéj!
Kto kocha Maryą, pamięta wigilją,
A, ut sum sodalis za Maryą biją!”
Więc wyjął z kantorka żmiję monitora
I wziął mnie za rękę i puścił mnie w kolej:
„Religia, hultaju! wigilija, pokora,
A drelich, a olej! a drelich, a olej!
A święte to ręce ojcowskie, co biją;
Znaj rękę ojcowską, a szanuj Maryą!

Ja listy sam prześlę panu wojewodzie,
A waść do komórki o chlebie i wodzie,
Dość téj tam już służby i tego dworactwa;
A waściów pachołek (nie cierpię próżniactwa)
Więc z barwą książęcą tej chwili na kołek,
A świtem i boso do brony pachołek!”

I orżnął mnie, sfukał i zamknął w komorze.
Lecz słówkam nie pisnął, milczałem w pokorze.
Nie wolno téż było instancyi wnosić,
Więc matka płakała i nie śmiała prosić.

Siedziałem zamknięty, jak w turmie za zbrodnie,
O chlebie i wodzie przez cztéry tygodnie.
Aż w końcu i srogość złamała pokora.
Bo nadniósł Bóg księdza proboszcza z wieczora.
„Gdzie synal waszeciów, mój panie Tomaszu?”
Zapytał ksiądz proboszcz: „a pokaż go przecie!
Od dworskich, starosty w Gródku, na kiermaszu,

Słyszałem ja o nim, że bywał po świecie;
Mówili, że łebski ma szlachcic być z niego!”
Więc ojciec tak trochę rad niby był z tego,
I kazał dać wina starego z kącika,
A że się to działo hora canonica,
Do tego, że afekt połączał ich wielki ,
Więc pono wypili ze cztéry butelki.

In vino veritas. Więc ksiądz się rozczulił,
I ojca jak brata do serca przytulił;
Więc zwykła surowość i ojca odpadła,
A matka się do nich z panienką przysiadła,
I słówko po słówku, powoli, powoli. —
Od zwykłych dyskursów do tego co boli.

De misericordia divina ksiądz prawił,
Jak pan Bóg z lwiéj paszczy Daniela wybawił,
Kierując do rzeczy, more oratora;
A kiedy upatrzył, że właśnie już pora,
Więc rzecze: „Ej bracie! krew twoja nie woda,
Ta przebacz synowi! bo matki nam szkoda,
I pozwól, niech nam się na chwilę pokaże,
Gdy ludzie go chwalą, niech rodzic nie karze!
Wszak jam go chrzcił przecie, jak sami to znacie;
Ot, młodość więc płochość! przebacz panie bracie!”
 
A matka téż także słóweczko wtrąciła:
„Więc pozwól jegomość, by złożył ukłony.
Ukłony samego pana Radziwiłła,
A ma też i sygnet kosztownie sadzony,
Co książę go kazał doręczyć waszeci.”
„Dość téj tam już prośby! — rzekł ojciec łaskawie, —
Wszakżem ja nie Herod i kocham swe dzieci,
Bez prośby mu miałem przebaczyć dziś prawie;

Więc jejmość powiadasz , więc, ale!... tak!... tego...
Że książę się kłania i dary przysyła?
Tak... tego... więc kłania? (pogroza nic złego)
Więc sygnet ma oddać? i od Radziwiłła?
Niech przyjdzie! więc przyjmę do łaski go mojéj,
Lecz niech mi się przecie poczciwie przystroi.”

Dóm moich rodziców był dworek drewniany;
Więc wszystko do joty słyszałem przez ściany.
„W czém chyba na wstępie, to trzeba poprawić,
I jakbyś dziś przybył, przed ojcem się stawić”
Tak matka radziła. — Więc strojnie i zbrojnie,
Wjechałem z pachołkiem przez bramę spokojnie,
A ojciec był w ganku — stanąłem na stronie.
Pachołek pod lipą zatrzymał téż konie,
Jam jął się za szablę i czapkęm zdjął z głowy,
I jakby w Nieświeżu w dziedziniec zamkowy
Z takową fantazyą sunąłem w te progi.
I naprzód ścisnąłem rodzica za nogi,
A potém i do nóg upadłem macierzy;
A kiedy rad ojciec oczyma mnie mierzy.
Łacińską perorą, skłoniwszy w kolana.
Witałem na wstępie i księdza plebana.
A potém do panny Terleckiéj statecznie.
Jak dworski kawaler, zwróciłem się grzecznie,
I rzekłem subtelnych słów kilka nieśmiało,
Jak w obec rodziców na syna przystało;
A potém już sygnet podałem ojcowi,
I rzekłem poważnie: Wojewoda książę,
Którego braterski afekt zawsze wiąże
Z braterstwem, a z szlachtą zawsze zgodne chęci,
Poleca swe służby panu rodzicowi,
I kazał się wiernie przypomniéć pamięci!”

Spojrzawszy na sygnet, sam ojciec się zdziwił,
I nalał kielichy: „Niech żyje Radziwiłł!
Poczciwe panisko! — pamiętam przed laty
Na walnym... ba sejmie... no, nie pytaj daty!
Rzuciwszy niebogę, ubóstwo i rolę,
I ja też ruszyłem z rycerstwem pod Wolę.

Jak zwykle Radziwiłł rej Litwie tam wodził,
Więc Litwa téż za nim; gdy ku nam podchodził,
Niech żyje Radziwiłł! zawołał ktoś w kole,
A jemu poczciwość świéciła na czole.
Ja stałem na kraju, więc wziął mnie za szyję,
I cisnął do serca: bracia, niechaj żyje!
A kochasz? — zapyta — kochasz Radziwiłła?
O kocham! i szczerze tuliłem co siła;
A książę zawołał: Korona niech żyje!
A gdy się kochają bracia, to się stroją.
A dajcież mi wina, niech zdrowie wypiję!”
I dał mi swą czapkę a wdział czapkę moją.

Ksiądz podał mi kielich, lecz ja pić nie śmiałem,
A ojciec mi rzecze: „Pij waść sercem całem
I matka téż na to nie zechce się skrzywić;
Zdrowie Radziwiłła, nie będziem certować,
No, konie do stajni, pachołka pożywić!
A teraz ci wolno rękę ucałować,
I sprawić się ojcu z téj swojej podróży;
Zobaczym w coś urósł, boś widzę chłop duży.”

Prawiłem więc zwolna, a wszystko z kolei,
Krom onych miłostek i onych nadziei;
A kiedym już przyszedł na dziada powtóre.
Więc chwilę na ustęp, a potém trzos biorę,
I kładę z pokorą rodzicom pod nogi,

I rzekłem do ojca: rodzicu mój drogi!
przebacz! jeżeli niewinnie zgrzeszyłem,
Żem zabił człowieka i złoto zdobyłem,
A rozkaż przez łaskę, co robić z tém złotem?
Czy dać na prowizyą? czy wziąć gdzie dzierżawę?

— „Nie cieszę się złotem, boś go nie zlał potem,”
Rzekł ojciec, „nie cieszy to złoto, bo krwawe!
Prowizyą? dzierżawy, a co ci się dzieje?
To oddaj na kościół, bo cudze nie grzeje,
I ojca grosz jeszcze kapany i krwawy
Wyciągnie za sobą. A dobrze, że mamy
Tu księdza proboszcza, więc grosz ten oddamy;
A niechaj przez łaskę odprawi wotywę
Za twoje po świecie podróże szczęśliwe;
A potem osobno daj na mszę żałobną
Za dziada, co w puszczy od ręki legł twojéj,
A który przed sądem już bożym dziś stoi"...

∗             ∗


Kazałem więc ulać złotą rękę z nożem,
Co mnie nie dosięgła za przejrzeniem bożém,
Jak wotum złożyłem ją w farnym kościele;
I dzisiaj to jeszcze, kiedy ją zobaczę,
Ogarnie me serce jakoweś wesele,
I nieraz w modlitwie i z cicha zapłaczę;
Bo wówczas wspominam szczęśliwy wiek młody,
I Nieśwież i księcia i dwór wojewody,
I ojca i matkę i podróż i dziada,
I dziwnie to wszysto do skruchy się składa;
Więc nie raz się w piersi z osobna uderzę,
I zmówię za duszę dziadowską pacierze.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wincenty Pol.