Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/014

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jam gęślą orał — ; więc nierówne plony
Liczmy obadwa w szeregu lat długim.
Bo jak Tyś orał — tak po Twym zagonie
Syn Twój przejedzie szczęśliwie i prawo,
A po méj roli i po moim zgonie
Syn mój powiedzie tylko okiem łzawo.

Znać Bóg chciał tego — dajmy pokój temu!
Ot gdyśmy z sobą, lepiéj po staremu
Goś tam pogwarzyć o dobrym dziedzicu
Onéj puścizny — więc o Twym rodzicu!
Bo wyznać muszę Ci braciszku szczérze,
Zkąd mi się dzisiaj afekt do Cię bierze:

Rodzic Twój przyśnił mi się dzisiaj w nocy...
Nigdy inaczéj jak płaczem go witam...
Jak za żywota trzyma nas w swéj mocy...
Płacz był serdeczny — więc kocham i pytam:
Co tam? i jak tam? — skarżę się i żalę;
Ale Jegomość surowo i stale
Patrzy mi w oczy:

„Coś to zrobił Wasze?
Czym ja to na to Waści opowiadał,
Abyś wierszami jeszcze poukładał
Samarytanom to, co było nasze? —
Nie po szlachecku! i daruj mi, proszę,
Wielki żal w sercu do Waści ja noszę!
I gdyby — gdyby nie przyjaźń Rodzica,
Pewnobyś mego nie ujrzał już lica...”
Bardzom się spłakał na takie wyrzuty;
I gdym się zerwał ze snu jak otruty,
Myślałem sobie — oto piękna sprawa!
Cienie się ojców niepokoją w grobie,