Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/018

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jak cały Krakowiec szły pańskie zielniki,
A kwiaty przezwane na wszystkie języki,
Na dworze, pod szkłami, pod siatką, pod błoną.
Na ziemi i w wodzie; iż tylko tam pono
Onego to drzewa im jeszcze nie stało,
Coby to, jak w bajce zaklęte śpiewało
I jabłka co nocy rodziło im złote.
Ej miał téż tam Musje Żardzinier robotę!

Dopieroż przy stole bywało się znudzę.
Bo tylko chwalono dowcipy gdzieś cudze,
I kraje, zwyczaje i księgi i lice
I jakieś francuskie sławne nierządnice —
A o czém to mówić naówczas po kraju,
Jak uszy poczciwszy, nie było zwyczaju.

Pan Cetner, choć sam się był w kraju urodził
I do szkół jezuickich we Lwowie był chodził,
Gdy potém odwiedził postronne gdzieś kraje,
Wniósł z sobą do Polski dziwaczne zwyczaje.
Więc można to sobie z łatwością wystawić,
Jak temu rad byłem, gdy raz nam powiedział:
„Mam waszmość do panów, méj braci, wyprawić.”
I kiedym na koniu z listami już siedział,
A zwłaszcza, gdy podróż w aspektach zbyt miła,
Mnie bowiem pan oddał list do Radziwiłła.
Bo były powstały po kraju rozruchy,
I różne się tarły partyje i duchy:
Pan Cetner za królem zniewalał umysły,
Bo łączył obydwóch stosunek dość ścisły,
Gdyż ze szkół się znali obydwaj panowie,
Z konwiktu od księży Jezuitów we Lwowie,
Gdzie razem się zbiegły chłopięta ziem ruskich;
Dwóch było Potockich, Krasickich, Rzewuskich,