Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/020

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Więc fuknę na żyda: A czego dostanie? —
„Jest starka, są jaja...” A owies? — „da nie ma,
Lecz niech się pan przecie na chwilę zatrzyma.
Bo gdzież pan pojedziesz? wszak noc już zapada,
Po puszczach rozboje, i sama noc zdrada!”
I pobiegł mi wódki utoczyć skwapliwy.

Za stołem w karczemce dziad siedział sędziwy —
I kiedy żyd odszedł, dziad do mnie powiada;
„A niech pan nie wierzy i tem się nie biedzi,
O milę jest karczma, katolik w niéj siedzi,
I będzie czem konia pokrzepić i zdrowie.
Tam zwykle podróżni nocują panowie.”
Więc siadam i jadę — lecz jadę i jadę,
I widzę, że trudno téj puszczy dać radę,
Ni karczmy, ni wioski, a koń się sfasował;
Spojrzałem na kwoczkę, z północy już stała.
Więc biłem się z myślą — ha, będę nocował!
Bo już téż mnie chętka i do snu zbiérała;
Więc konia puściłem, zjechawszy kęs z drogi,
Kulbakę pod głowę, linewkę do nogi,
I ległem, pacierze zmówiwszy w pokorze.
Lecz usnąć nie mogłem; wiatr świstnął po borze,
I ckliwie mi było. Gdy człowiek frasowny,
Najlepszy towarzysz, choć nie zbyt wymowny.
Jest ogień i lulka: gdy ogień ów błyśnie,
Człek dłużéj z smutnemi myślami nie kiśnie;
Gdy dymek podleci, gdy płomień wystrzeli,
Coś dziwnie człowieka na sercu weseli ,
I puszcza się światem myślami jak w drogę.
A ja to na śmiało tak puścić się mogę.
Bom ja to nie psował ojcom doma kaszy,
Bywałem po świecie, ba w Jasach, w Chocimie,
Jeździłem z listami i nieraz do baszy;