Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/028

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I długośmy z sobą tańczyli, gadali,
Aż przecie sam na sam zastaję ją w sali.
Więc zbliżam się do niej w strzelistym upale,
A grała, jak na to, na klawicymbale;
Więc naprzód wysyłam komplement, a walny,
A za nim w też pędy i afekt kordialny!
Ja prawię, a panna nie wstaje z siedzenia,
I widzę, że nie ma coś do mnie zbrzydzenia,
Bo słucha; więc bliżéj i żwawiéj i w rączkę!
Ba w drugą! a w drugiéj uczułem już drżączkę;
Więc w ramię! i widzę, że wzrok coś niesrogi,
Więc w oczko, i w pysio! — skoczyła i w nogi,
A ja w pół! Stanęła, coś trochę się zrywa,
Lecz przecie wyznała, że mi téż nie krzywa.
I odtąd jam Zuzię już skrycie widywał,
I prawił na uszko, a w tańcu nie śpiéwał.

Po trzykroć wracała pani Sołtanowa,
A razem z jéj dworem panna respektowa;
A ilekroć wraca, ja znowu do Zuzi!
Bo rajskie to były słodycze w téj buzi,
I święte to było tam życie mój Boże!
Czy człek był w podróży czyli to na dworze...
Bo książę się także i woził bez liku:
Trzy razy był w Wilnie za mojéj bytności ,
Dwa razy w Inflantach, na każdym sejmiku,
A zawsze w tę podróż zapraszał i gości.

I zwykle we wtorek rajtaria szła przodem,
Więc w środę szła stajnia nieskorym pochodem
Więc w czwartek szedł łowczy z siéciami i psiarnią.
Więc w piątek piwniczny i szafarz z spiżarnią,
A sam pan w sobotę z splendorem a dworem,
Gdzie ja téż ciągnąłem z książęcym taborem.