Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/039

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Spojrzawszy na sygnet, sam ojciec się zdziwił,
I nalał kielichy: „Niech żyje Radziwiłł!
Poczciwe panisko! — pamiętam przed laty
Na walnym... ba sejmie... no, nie pytaj daty!
Rzuciwszy niebogę, ubóstwo i rolę,
I ja też ruszyłem z rycerstwem pod Wolę.

Jak zwykle Radziwiłł rej Litwie tam wodził,
Więc Litwa téż za nim; gdy ku nam podchodził,
Niech żyje Radziwiłł! zawołał ktoś w kole,
A jemu poczciwość świéciła na czole.
Ja stałem na kraju, więc wziął mnie za szyję,
I cisnął do serca: bracia, niechaj żyje!
A kochasz? — zapyta — kochasz Radziwiłła?
O kocham! i szczerze tuliłem co siła;
A książę zawołał: Korona niech żyje!
A gdy się kochają bracia, to się stroją.
A dajcież mi wina, niech zdrowie wypiję!”
I dał mi swą czapkę a wdział czapkę moją.

Ksiądz podał mi kielich, lecz ja pić nie śmiałem,
A ojciec mi rzecze: „Pij waść sercem całem
I matka téż na to nie zechce się skrzywić;
Zdrowie Radziwiłła, nie będziem certować,
No, konie do stajni, pachołka pożywić!
A teraz ci wolno rękę ucałować,
I sprawić się ojcu z téj swojej podróży;
Zobaczym w coś urósł, boś widzę chłop duży.”

Prawiłem więc zwolna, a wszystko z kolei,
Krom onych miłostek i onych nadziei;
A kiedym już przyszedł na dziada powtóre.
Więc chwilę na ustęp, a potém trzos biorę,
I kładę z pokorą rodzicom pod nogi,