Matka (Reymont, 1917)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Matka
Pochodzenie Przysięga. Nowele
Data wydania 1917
Wydawnictwo Ostoja Spółka Wydawnicza
Druk Drukarnia „PRACY“
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


MATKA.

— Czekalim tydzień, czekalim cierpliwie i drugi, bo strażniki wciąż się włóczyli po okolicy, węsząc jako te psy polowe, a i noce były za widne, księżyc tak świecił, że o staję można było zobaczyć wszystko.
Aż przyszła noc czarna jak smoła, zaraz z wieczora padał deszcz, a potem jęła dąć wichura taka, że drzewa rwała z korzeniami i płoty obalała... Pogasili wnet światła w chałupach, a dla niepoznaki, to paru starych i kobiet niecoś poszło do karczmy, co stoi przy cerkwi, żeby oko mieć na żyda, bo poposki to sługa i djabelski, szpiegował nas ciągle i donosy pisał...
Dobrze już było przed północkiem, bo kury piały gdzieniegdzie na zmianę, kiedyśmy wyszli na drogę. Cała wieś była, od najstarszych, aż do tych sysaków przy piersiach, co je matki poniesły...
Drzewo krzyżowe wyciągnęli z Jędrzychowego stawu, bo tam mu było najprzespieczniej, złożyli w krzyż, przyćwieczyli Pana Jezusową mękę, którą byli nasi przywieźli z Częstochowy już poświęconą, wzięli na ramiona i ruszylim wolniusieńko na wzgórek... Zmieniali się ciągle, bo kużden chciał dźwigać Jezusa skrzywdzonego... wieś cała szła, a cicho było jak w grobie, ni pies nie zaszczekał, ani kto nogą trącił o kamień — tyła co naród popłakiwał i dusze skwierczały żałością, że choć to Jezusa, a jak te złodzieje przekradać musimy.
A kiedy wkopali na starem miejscu, poświęcić było trzeba. — Cóż, kiedy księdza nie było!
To wstał stary Wojciech, co mu było ze sto lat, siwy kiej gołąb i cicho powiada:
— Narodzie polski umęczony, katolicki narodzie! Niema kto nam sierotom poświęcić tego krzyżowego drzewa, to go ano płakaniem skropimy i przysięgą, że go moskwicinom nie damy!
Klękli wszyscy dokoła i przysięgli.
Ale że i żałości powstrzymać trudno było, to jęli tę ziemię i te kamienie i ten krzyż tak całować, i skowyczeć i jęczeć — aże starsi musieli przyciszać i naród rozganiać do domów. Nie dziwno, bali się, żeby jaki zły człowiek nie posłyszał i nie wydał.
Przeszło potem parę niedziel spokojnych i cichych.
Cieszylim się, że abo nie obaczyli nowego krzyża, albo dadzą spokój, żeby narodu nie drazźnić... już i tak umęczonego.
A wieczorami, że to było o wiośnie, tośmy po dwie, po trzy a w końcu i wieś cała, chodzili na ten wzgórek, pod krzyż, pomodlić się, pośpiewać — bo to i nabożeństw majowych był czas...
Pociecha to była i radość oczom wyjrzeć przed dom i widzieć, że Jezus tam stoi i pod swoją świętą opieką ma wieś całą — jak za dawnych polskich czasów.
A już mój cieszył się najbardziej — że to pobożny był i jego starunkiem i pomyśleniem krzyż stanął... A Polak był twardy i katolik, bo choć zapisały go w prawosławne, do cerkwi nie chodził i popu w ślepie pluł; nieraz już sztrafy płacił i baty brał — że plecy to miał jak ta ziemia zbronowana — porznięte.
Dobry człowiek był i święty prawie, wieczne odpocznienie daj mu Panie.
Aż tu jednego wieczoru, kiedym wszyscy klęczęli u krzyża, przybiegają koniarki i mówią: Kozacy.
Naród się porwał uciekać, ale Wojciech krzyknął:
— Jezusa jadą rąbać, a przysięglim, że nie damy!
Ostali wszystkie, nikt się nie ruszył, ino jaki taki, że straszno poczynało być — popłakiwał i trząsł się, to moja matka, staruszeczka taka, przyklęknęła przy samym krzyzie i zaśpiewała: „Serdeczna Matko“...
Śpiewali wszyscy mocno, że aż w piersiach zapierało.
A kozunie otoczyły dookoła i naczelnik powiada:
— Rozegnać nahajkami, a to drzewo zrąbać.
Tak ci krzyż nazwał.
Jezus kochany! To jak nie wpadły z koniami na naród, jak nie zaczęły bić, gdzie który trafił, aże krew pryskała. Ale nikt się nie bronił, ino przyciskali się do siebie i osłaniali Jezusa, ażeby nie powiedziały, że to bunt... I nie zmogli nas wtenczas, odstąpili, bo naród, że już trudno było ścierpieć, to rwał kamuszki, a i do żerdek się brał, ale od krzyża nikt się nie ruszył...
Aż naczelnik przychodzi i przekłada, żeby się do domów rozejść, że krzyż zostanie i nikt go już nie ruszy, bo tak car nakazał....
Nie wierzylim, bo moskwicin to był i ze złych pies najgorszy...
Ale zdjął czapkę, sam krzyż pocałował, i żegnał się, a bił w piersi, a za nim to samo kozunie...
Na mękę pańską krzywo nie przysięgną, bo jużby im tego Jezus nie darował...
Poszliśmy do domów...
Ale jeszcze nikt się nie położył, bo i wielu opatrywało porozbijane twarze i ręce, kiedy moja matka, co się była ostała, wlata do wsi i krzyczy:
— Moskale krzyż rąbią!
Jezus, Marja, Józefie... Jak kto stał i co miał pod ręką, chwytał i leciał bronić... A tam już kozunie rąbali, to mówię, jakby mi kto siekierą serce rozrąbał — nie bolałoby tak!... Widzę, widzę jeszcze i zawdy widziała będę, aż w godzinę skonania i sądu, jak krzyż padał i cały ociekał był krwią żywą, krwią przenajświętszą, jak ten Jezus najświętszy rączki rozłożył i tak mu twarz zbladła umęczona — i padł, aże jęknęło, jakby się ziemia rozstąpiła!...
I już nie wiem ci ja dobrze, co potem było, ino to wiem, że kużden bił kozuniów, że naród tela cierpliwy wściekł się za Pańską krzywdę i bił, gryzł, drapał... deptał, oździerał to djable nasienie... Biły chłopy, biły kobiety, biły dzieci, biły wszystkie aż do umęczenia, aż do śmierci... co uciekło, to uciekło, a z reszty nie zostało i tyla, żeby człowieka jednego można było złożyć albo i rozeznać...
O męko Jezusowa pohańbiona, i Ty żywa Krwi za nas wylana, zmiłuj się nad narodem polskim, bo zginąć przyjdzie!
A nastał ci potem sądny dzień... nastał!...
Sprowadzili wojsko, całą wieś zegnali na wzgórek, tam pod ten krzyż zrąbany, gdzie jeszcze leżały pobite.
Po kolei brali, ściągali ze szmat i prali nahajkami, aż te kamienie i trawy pokryły się rosą krwawą... A drugie sołdaty wieś rabowali, palili, rżnęli bydło, niszczyli dobytek i, co młodsze, ciągali i gwałcili...
Nie słowami ci to opowiem, ani tym jazgotem cierpiącego serca, ani tem płakaniem — jeno Bożą moc mieć, a piorunami zagrochotać, a morem, a pożogą wygładzić tych piekielników.
A i tego mało, za zapłatę za mękę naszą, mało!...
Bili wszystkich, aż do dzieci, co ledwie na czworakach łaziły, to wzięli i matkę moją, że to pierwsza broniła Jezusa... Mój mąż chciał bronić, bo jakże matka, staruszka, gołąbka to siwa, co już ledwie chodziła i czekała, rychło pójść trzeba do Jezusa!
Ale krzyknęła:
— Nie broń synu! Za wiarę pomrę jak sam Jezus!
Ale nie wytrzymała... Przynieśliśmy do domu ledwie żywą i tak okrwawioną, że szmaty całkiem były przemoczone i pod rano, to już ino dychała ledwie, a piukała jak ten ptaszek marznący.
Tyleśmy rozeznali, że księdza chce.
I jeszcze ksiądz nie zdążył, wszedł pop z kozakami!
Poznała go i tą pasyjką, co ją przyciskała do piersi, jęła się bronić i prosić o księdza!...
Mąż juści skoczył do popa, do nóg mu się nawet pokłonił, po tych pazurach psich całował, pieniędzy dał, żeby tylko księdza pozwolił konającej — odszedł, a kozuniów ostawił przy drzwiach, i nakaz, żeby księdza nie puścili.
Umarła bez świętej spowiedzi!...
Juści grzeszna ona tam nie była i co była winowata, to już dobrze odcierpiała pod tymi batami i myślę, że Jezus się zmiłował i wziął ją do chwały swojej, ale zawdy bez spowiedzi umierać, bez rozgrzeszenia — strach!
Ale pomarła i my nic pomódz nie mogliśmy...
Bo i jak połowę wsi wywieźli, ostały tylko te jak ja i mój, cośmy ledwie żyli z pobicia... i ostał ino płacz tych dzieciątek co ich ojców pobrali, i ta krew pod krzyżem, i te porozwalane chałupy, i te połamane sady, i te pocięte świętych pańskich obrazy — zniszczenie ano, śmierć ano — cierpienie ano i ten Bóg w niebie...
O! sieroty my, Boże sieroty!
A pop pilnował, nasłał swoich zaraz po matczynej śmierci i kazał ją pochować na prawosławnym, tam, gdzie te psy moskiewskie leżą i te zdrajce piekielne naszego narodu...
Zmówili się ci, co ostali jeszcze, żeby odbić trupa, że to już na pohańbienie szło wszystkim i śmierć duszną...
I nocą wygrzebali matkę i pochowali po katolicku, choć ksiądz nie dał, bojał się...
Pop się zwiedział, zaskarżył... Strażniki szukały po cmentarzu, rozgrzebywały mogiłki.... nie znaleźli... bo ją pod zieloną darń schowali, że nawet moskiewskie oko nie rozeznało, a i widać Pan Jezus nie dał pohańbić służki swojej.
Wzięły mojego męczyć i dopytywać i o krzyż, i o matkę, i o wszystko, bo karczmarz powiedział, że on był pierwszy do wszystkiego.
Takci i było bo Polak był prawy i katolik!
Ale już tej męki nie zdzierżał, bo go tak przeżarła boleśnie, że jak ten cień był, że jako ten wiór wysechł, to ino krzyknął imię Jezusa i rzucił się na naczelnika i jął go łbem o ścianę bić...
Oderwali go ledwie, bo zabiłby inaczej...
Na całe życie go zasądziły — na całe życie do ciężkich robót i na pięćset rózeg... za bunt...
Przy wszystkich mieli go bić, przy wsi całej!..
A ja musiałam patrzeć na to, i dzieci moje, co im było wtedy na czwarty rok — bo to bliźnięta i wszystkie — bo spędzili nas nahajami!
I biły go!...
Pamiętam... pamiętam!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Jezusie, Jezusie!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

O pomsty, pomsty męko Jezusowa!
O Matko bolesna, siedmiu mieczami przeszyta!
Pomsty!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

I jeszcze tego dnia pomarł!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Przed śmiercią ocknął się... patrzył na mnie... to na dzieci... porzęził, aż żywą krew oddał i powiedział ostatnią parą:
— Dzieci nie daj!...
Dałabym to!!
Katolicką krew dałabym to, tym wściekłym psom?!
Niedoczekanie ich!
Lepsza śmierć przecież, nizli zatracenie duszne.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ucichło we wsi, których wywieźli w Sybir, których pozamykali do kreminałów, których wygnali na posielenie, a ci co ostali, goili się z ran i zabiegać musieli i krwawo znoić się, żeby wystarczyło i la tamtych! Jakże, bratów cierpiących za jedną wiarę narodu swojego — ostawić bez wspomożenia? — grzech...
— A w każdej chałupie kogoś brakowało, a w niektórych to i po dwie i po trzy osoby!...
To mówię, że wieś była jak ten cmentarz w Zaduszki — że ino płakanie, a wypominki żałośliwe i modlenia słychać było po nocach...
A tam, gdzie przódzi stał krzyż, przez całe lata straże stojały, tośmy się ino w cichości, a nocami po chałupach zbierali, żeby się wspólnym pacierzem pokrzepić i inszą dolę u Jezusa wyskamlać!...
A ja byłam sama, jak ten palec, i ino z temi dzieciątkami, com je strzegła, jak oka w głowie.
Braty pomogły, że obrobiłam się w polu i przy sadzeniu, i przy żniwach, i przy siewach jesiennych... tyłem się ino namarkociła, że krowy nie miałam żadnej, bo mi ją wtedy moskale zarznęły...
Aż tu jednego dnia wchodzi do mnie jakaś pani szlachetnie ubrana, pięknie pochwaliła Boga i pogaduje o tem i owem.
Mało co rzekłam — bojałam się, że to szpieg mógł być nasłany! moskiewica!... Ale nie, z Warszawy była i przywiozła nam wspomożenie, że zaraz kupiłam krowę i dwa prosiaki...
I nakazała, że jak się nam krzywda jaka stanie, żeby prosto do niej iść i powiedzieć.
To pomogą i bronić będą!...
We wszystkich chałupach była i wszystkich wspomogła — ale już samo najszczersze złoto, to było jej serce litościwe...
To mówię, że zaraz się weselej we wsi zrobiło, jakoby okna wywarł na świat Boży, na to słoneczko jasne...
Już się człowiek nie czuł tak opuszczony, skoro i panowie stoją za nami...
I tak powinno być, boć i my i panowie, to nic innego — jeno jeden naród cierpiący...
I jedna nam męka i zatracenie...
To jak mówiłam, aż do jesieni cicho było we wsi... do późnej jesieni, bo już były przyszły deszcze listopadowe i słoty takie i roztoki po drogach, że psa było trudno wygnać za chałupę...
Już myślałam, że i zapomnieli o nas całkiem.
Dzieciątka chowały się zdrowo i już umiały i Ojcze nasz, i Zdrowaś, i Wierzę zaczynały, a chłopak że to przemyślniejszy, to i elementarz se cięgiem przeglądał, żem mu już zwolna i niektóre litery nazywała... a on poznawał, robak ten mój kochany!... Tom ino żyła temi dzieciskami i Boga i Matki Najświętszej w każdy dzień upraszałam, żeby ich dochować do wieku.
Bo cóż tam ja, cóż ta mnie? Sierotami męża mi już nie brać nowego. — Wdowam po umęczonym, sierotam po zabitych. Grzechby był śmiertelny! Żeby ino dzieci wychować, a utwierdzić ich w naszej świętej, katolickiej, polskiej wierze, a pomstę im w serca wrazić i pamiętanie na wiek wieków — że moskale zabiły im ojca, moskale zabiły im babkę i mnie sponiewierały, że krwią ociekłam; moskale wycięły sad, wyrżnęły bydło, i poniszczyło dobro wszystkie.
Tom często, kiedy strażniki szły przez wieś, pokazywała ich dzieciom i nauczałam:
— Pamiętajcie, bo moskale to zbóje, to krzyżobójcy!
Ja wiem, że to grzech, wiem, że Pan nasz Jezus powiedział, żeby miłować nieprzyjacioły!
Nauczał — a ukrzyżowały go żydy.
Nauczał, bo tak w katechizmie stoi, a moskale zrąbali święte drzewo krzyżowe i mordują naród wierzący!
To jakże, jakże nam ich miłować?!
I co wspomnę tę Jezusową krzywdę i to nasze pohańbienie, to jaże mi się dusza kurczy z bolenia i cosik krzyczy mi aż we wnętrznościach: bij, morduj, oździeraj! choćby tymi pazurami... I nie śmierć bym zadała tym psom djabelskim nie, ino taką mękę, żeby im każda kosteczka pękała z osobna, żeby im każde dychanie było przebijaniem goździami, a każde patrzenie paleniem piekielnem — żeby lata całe konały, a skonać nie mogły...
O Jezus, bądź miłościw mnie grzesznej! Pokarz choćby i czyścem za to, ale nie mogę darować, nie mogę Panie Ukrzyżowany! za swoją krzywdę nie mogę i za Twoją, słodki Jezusie!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Aż tu raz, wieczorkiem przychodzi strażnik z papierem i powiada, żebym szła z dziećmi do miasta, do naczelnika! Jezusie Ty mój kochany, myślałam, że mi się rozum pomięsza i pęknie to serce kołaczące.
I słowa rzec nie rzekłam, bom sił nie miała...
Strażnik, że to był z naszych, chociaż zdrajca, ulitował się i powiada cicho, że dzieci mają mi odebrać i poślą je na wychowanie do monastery do tych suk prawosławnych...
Panno Najświętsza!
Ostaną prawosławnemi, wyrzekną się wiary, narodu swojego, zapomną, że ojca zabili, że babkę ich zabili!...
I to krew krwi moich, serdeczne wnętrzności moje!...
I ja sama mam je tam odprowadzić, sama zawieźć na zgubę te duszyczki niewinne...
Ja, matka, dzieci swoje rodzone!!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ratunku nie było żadnego!
Poleciałam na wieś, do starszych, u nóg się włóczyłam, jak ten pies skamlałam o zlitowanie i ratunek!...
Każden się bojał, bo jakże, niezagojone jeszcze mieli plecy po nahajach kozackich...
Tyle, co płakali nademną i wzywali miłosierdzia Pańskiego. A ja byłam sama i dzieci mieli nam wziąć!...
O Matko Bolesna!
Przyleciałam do domu ledwie żywa, dzieci spały przy sobie na ojcowskiem łóżku, ino je ta lampka z przed Częstochowskiej oświecała; spały se robaki kochane, jeszcze widzę te bielusie głowiny na poduszkach, jeszcze słyszę dychanie równiuśkie ptaszków moich serdecznych...
Nie budziłam, niech se tam śpią!...
To mówię, że aż rozum mi się mięszał i tak we mnie dygotało wszystko, że ani wstać, ani usiedzieć nie mogłam, bo i raz wraz zdało mi się, że idą już po dzieci...
Jezus, com ja przecierpiała, Marjo!
A noc była ciemna i deszcz tak lał i wichura tak szarpała chałupą i biła drzwiami — że straszno było...
I co robić, co robić?
To mnie taka męka łamała, jakby kto kołem bił...
Zdrzemnęłam się z utrudzenia przy oknie, aż tu mój nieboszczyk jawił się przedemną jak żywy, a cały we krwi, a cały w ranach i tym samym głosem powiada:
— Dzieci nie daj! — Pogroził palcem i zniknął... Ocknęłam się zaraz.
Dzieci se spały spokojnie.
Ucieknę, myślę sobie, w tyli świat, do borów, a choćby i po proszonem, a choćby jako ta dziadówka ostatnia — a dzieci nie zgubię, nie oddam w prawosławne.
Zebrałam, com miała na podorędziu szmat i grosza, zawinęłam w toboł i wyjrzałam, noc ino wyła, jak te psy wściekłe... ale na drodze widać nic nie było...
Płakały ździebko, skorom je obudziła, ale obiecałam, że do ciotki, co mieszka w trzeciej wsi, poprowadzę...
Kury zaczynały piać na północ, kiedym się zebrała iść...
Ale nie mogłam tak zaraz, bo co przestąpić chcę próg, to jakby mnie coś za włosy darło i nazad do izby ciepało...
Ostawię to wszystko i nigdy już może nie zobaczę!
Te obrazy święte, ten dom, te ściany, te pola — a samej iść we świat, we świat, jak temu wiatrowi!...
Rodzonam ztąd i ojce moje, i dziadowie z tej ziemi świętej, z tych drzew, z nieba tego — a teraz mi iść na poniewierkę i zatracenie!
Miłosierdzia! miłosierdzia! bo już nie zdzierży człowiekowe serce! Jakże mi odejść, kiedym zrośnięta była z tą wsią, jak ten kamień!
To mówię, że te kamienie ulitowałyby się nademną, te drzewaby wysłuchały tego skowytu, jaki w sobie miałam.
A iść musiałam, bo jutro przyjdą i dzieci zabiorą!
Pacierz ino, ten ostatni pacierz odmówiłam z dziećmi na progu, pod tą strzechą naszą...
Odeszłam, musiałam, bo już drugie kury piały.
I jakby mi wszystkie żyły wypruwał i jakby mi kto gorących węglików nasypał w serce — tak bolało!...
A co parę kroków zrobię, to muszę przystanąć, a obejrzeć się za się na ten dom, na to obejście, na to pole rodzone...
To mnie tak ciągnęło z powrotem, że jażem sobie te piersi darła pazurami i krwią żywą płakałam.
We wsi spali wszystkie, ino te pieski nasze, te pieski polskie, kochane pomrukiwały, a poznawszy mnie zasię, łasiły się i lizały po rękach moje dzieciątka! i szły za nami...
One jedne litowały się nademną i ten Bóg!
Doszlim na wzgórek, gdzie to moskale Jezusa zrąbali, trza było odpocząć, bo dzieci, chociem zakazywała srogo, chlipały czegoś i pomęczone były; jakże, wieś długa, noc ciemna, a droga jako jedna rzeka błota i kamieni...
Wiedziałam tylko, że idę w cały świat, do Polski całej, do narodu swojego, do bratów, żeby mnie ratowali... przed moskalami!...
A com innego wiedzieć mogła?
Ale kiedym już ze wzgórza schodzić miała w las, co tam zaraz stoi, to jakby mnie kto obuchem w głowę zwalił, że ruszyć się nie mogłam, nogów oderwać nie mogłam, ino mi się patrzeć chciało na wieś, na tę wieś kochaną!...
To już i nie płakałam, to mówię, że jakby coś skamieniało we mnie, jakby mnie mróz ściął na lód, że ino przeklinałam jak mogłam, a tak mnie złość chyciła, taka złość, jak tego dzikiego, tropionego zwierza...
Ja we świat sierotą... we świat... na żebry... a tam jutro Mochy przyjdą, chałupę zabiorą, krowę zabiorą, święte obrazy potną, na naszych łóżkach przewalać się będą... i izby swoim smrodem świńskim nawieją... niedoczekanie ich! Ja mam we świat, na tułaczkę! To wszystko, co moje, niech idzie z tym wiatrem Panu Jezusowi na ofiarę...
Ostawiłam dzieciątka na kraju boru i sama poleciałam, krowę wygnałam w ogród, prosiaki wypuściłam i z czterech stron podpaliłam chałupę...
Chciał Jezus, żeby mojego zabili, żeby matkę zabili, to i tę ochfiarę do świętych Jego nóżek poniosłam...
A moskalom, to świńskie łajno — —
I ani się już obejrzałam, ino po tych czubach drzew, co się rumieniły, wiedziałam, że się pali
— A niechta skapieje cały świat, kiedy nie żyć na nim poczciwemu człowiekowi, niech tak skapieje!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Uciekałam, jak ta kuropatwa, co ją zły pies z gniazda spłoszy, to się podrywa, bije o ziemię, krzyczy na małe, co ledwie fruwają; a żali się piskiem jeno Panu Jezusowi za krzywdę swoją... a uciec, nie uciecze przed kłami...
Uciekałam jak ta wilczyca ze szczeniętami, kiej na nią idzie obława z pokrzykiem, a ona się ino raz wraz obejrzy za nią, a zaszywa w bór, a chowa pod wykroty, a lega pod krzami, i, kiedy ją już dopadają, to małe bierze pod się, i szczerzy kły, i wyje... i broni się, choć się i nie obroni...
Uciekałam, uciekałam!
Ino ta Matka Przenajświętsza wie jedna, com doznała wtedy...
Noc była za mną, ale i przeciwko mnie, bom się całkiem zbłąkała w tym boru, jako ten ptak zestrachany z gniazda, co ino kołuje, kołuje, aż go i ustrzelą, albo w sidła popadnie umęczon. —
Dwa dni błąkałam się w borze, bom się i bojała wyjść na pola i anim jadła, i anim spała, anim odpoczywała — tyle ino, com gdzie przysiadła pod krzami, żeby powietrza niecoś złapać w piersi, i, żeby dzieci wytchnęły — bo skamlały, że jaże mi serce się oździerało.
Głodne były biedoty!
Już ani okruszyny chleba nie miałam —
A te ptaki moje kochane, to ino przyciskały się do mnie i wołały:
— Matulu jeść, matulu!
To mówię, że już całkiem się wściekłam: ułamałam gałęź do ręki i wyszłam z lasu na pola, rychtyg niedaleczko pastuchy ognie paliły, a wieś była zaraz.
Co będzie, to będzie, a dzieciom z głodu mrzeć nie dam.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Nakarmili nas, ale i powiedzieli, że strażniki z kozakami szukają kogoś po lesie, że całą obławą idą...
Chciałam uciekać, ale i mnie tak rozebrało, że i ruszyć się nie mogłam, a i dzieci, że to w ciepłej izbie, zaraz się pospały.
Ostałam żeby się choć obsuszyć i sił jakich takich nabrać.
W godzinę albo i dwie, kiedyśmy byli w najlepszym śpiku, ktosik zapukał w okno i krzyknął:
— Idą, uciekajcie!
Zerwałam się, obwinęłam dzieci i tyłami wsi dopadłam lasu. Ale zaraz na kraju prawie padłam; — zamglić mnie musiało, bom ocknęła, kiej dzieciątka mnie szarpać zaczęły i zawodzić nademną.
Ale już ruchać się nie mogłam, bo co wstanę, to mnie tak kolki spierają, że ani odetchnąć i mroczy się wszystko we mnie i tak kołuje w głowie, że zaraz się przewracam na te drzewa...
To i siadłam pod sosną, dzieci się przytuliły do mnie, pokładły mi głowy na kolanach i posnęły!
Już nic nie mogłam rozeznać, a cięgiem mi się wydawało, że już idą, że widzę czarne cienie na polu, to słyszę jak cienie cłapią po błocie... to głosy jakieś...
A deszcz padał przenikający do kości i zięb był — a po niebie leciały kiej bure ptaki chmurzyska wielgie i straszne.
To mówię, że jasno, wyraźnie, jako teraz widzę, zobaczyłam mojego, stał skrwawion i powiada:
— Dzieci nie daj!...
Ocknęłam, nóż miałam w ręku i jakiś głos, jakby jego, krzyknął mocno:
— Nie daj! Zabij lepiej!...
Męko Panajezusowa! Patroni Wy święci, Anieli niebiescy!...
Świtanie się robiło, że ich głowiny bieliły się, jak te przygarście lnu najczystszego, spały se cichusio, kiej te ptaszeczki w gnieździe. Rozum mnie już odchodził, a te głosy rosły, że jakoby cały bór krzyczał i już we mnie wszystko wołało:
— Zabij! Zabij!
I myślę: zabiję i sama się tu obwieszę na pierwszej gałęzi, bo już nie zdzierżę, nie ucieknę przed dolą nieszczęsną, nie... I co podniosę nóż... to jakby mnie samą kto rozrąbywał... to jakby mnie koniami ozrywali...
O Matko Przenajświętsza! I nic nie ostało we mnie, coby się nie trzęsło i nie wołało krwią serdeczną o zmiłowanie! Aż tu i w ten moment ostatni, kiedym już miała żgnąć... jakaś pani staje przedemną, wyciąga ręce i powiada:
— Daj mi dzieci... obronię...
Padłam na twarz, bo poznałam odrazu...
Ona ci to sama była... Panienka Najświętsza... ta sama, co to przed laty stajała w kapliczce, w modrem odzieniu i w koronie złotej...
I dzieci wzięła na ręce — krzyknęłam, bo jakby mi kto serce wyłupał.
— Nie bój się, Matkam ja wasza i Królowa — powiedziała.
I wozem, takim zwyczajnym wozem odjechała... widzę go jeszcze... jasność, jako te mgły księżycowe go otoczyły... a Ona, ta przenajsłodsza, zaśmiała się do mnie, otuliła dzieci, co spały wciąż... i jechała, a las cały kłaniał się Pani i aż się kładł do jej nóżek świętych, a zwierz wszelki klęknął i ptaszeczki, jakby tą chmurą leciały za nią i śpiewały... słyszę jeszcze... widzę...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

A jak tylko rozedniało, znaleźli mnie kozunie i wzięli, alem już i o Bożym świecie nie wiedziała, takie choróbsko wzięło mnie w moc swoją — bez sześć niedziel chorzałam...
A skoro jeno zdziebko pozdrowiałam, to mnie zaraz do kreminału przenieśli i na sąd ciągały...
— Gdzie dzieci? pytają.
— Szukajcie!
Com miała rzec innego? A ino się modliłam i radość aż rozpierała, że dzieci nie wezmą i nie zapiszą w prawosławne.
— Tyś dom podpaliła? — pytają dalej.
— Ja swoją własną chałupę podpaliłam.
— Dlaczego?
— Żeby nie poszła w moskiewskie ręce, żeby tam, gdzie żyły ojce moje i dziady, pradziady polskie i katolickie, nie rozwalały się paroby paskudne i złe ludzie.
Pluli na mnie za to, kopali jak psa i zadawali mękę, a już najgorzej ten pop — przychodził do więzienia że mnie puści i wszystkich naszych, żebym ino wydała, kto mi dopomógł, bo nie wierzył, że zabiłam dzieci... Alem mu za te krzywdy nasze napluła w ślepie i pół brody wydarła, to mnie tym krzyżem, co to go nosi na łańcuchu złotym, tak zbił, aż koście w rękach popękały.
A kiedym się podlekowała, znowu zapytują:
— Zabiłaś dzieci?
— Zabiłam, powiadam, zabiłabym dziesięć razy, aby ino pieskiej wiary nie miały.
— A gdzieście je pochowali?
— Szukajcie, psy wy carskie, to węch macie, znaleźcie!
I tylem gadała, tyłem pomstowała na nich wszystkich, że aż mnie ten najstarszy w pysk trzasnął i skopał.
Ścierpiałam wszystko, a nie darowałam za swoje, niech wiedzą, że choć naród jest biedny, ale prędzej czy później, swojego nie daruje; jeszcze kos nie brak, a i nożów — niech ino z Warszawy krzykną: na Moskala! a pójdą wszyscy, że i kobiety w chałupach nie ostaną. Pójdą, i zapłacą za swoje, zapłacą, że aż do dziesiątego pokolenia pamięć ostanie. Zasądziły mnie na osiem lat, że to dowodu nie było, jakom zabiła.
I pognali mnie w Sybir: na głód, płacz, mękę, i takie pohańbienie, że i nie wypowiedzieć.
Alem szła z radością i z tem ochfiarowaniem dla Panajezusowej łaski, za to ochronienie dzieciątek...
Całe miesiące nas pędzili, jak to bydło, a i gorzej; a któren padł — dotłukli batami; a któren chorzał — rzucali w pierwszy dół, żeby dognił; a któren ginął, ratunku nie było, zginąć musiał.
Alem przetrwała.
Jakże! wiedziałam, że dzieciątka są w dobrej opiece.
Osiem roków, — długo — ale je obaczę jeszcze, obaczę...
Temci żyłam, a i modleniem jeno.
Zagnali nas daleko, ani wiem gdzie? Ino to, że kreminał był wielki, kiej klasztor jaki, nie sama byłam, bo i polskiego narodu było dość, co ich gnali za wiarę a i za bunty. I nie takie tylko proste ludzie, jako ja sierota, ale sama szlachta, panowie... Aże bieda im była gorsza, bo to delikatne, do ciężkiej pracy nie wzwyczajone, tośmy im pomagali, jak mogli. A i oni nam też, bo o pieniądz było im łacniej a i posłuch w urzędzie mieli większy i zachowanie.
Rozdzielili nas potem, bo ich pognali dalej...
Co płaczu było przytem, mój Jezus, co płaczu!
I tak się zaczęło ganianiem nas na robotę; nie było ciężko, nie. Człowiek zwyczajny przecież, ino że tęskność przychodziła taka że i wytrzymać trudno.
A i księdza polskiego nie było, ni nabożeństwa, ni spowiedzi. Jeszcze w dzień, jak w dzień, robotą zatrudniali, że myśleć czasu nie było, ale w noce, to aż rozum odchodził...
A tu i robactwo takie, że prawie do kości ogryzało i to powietrze... A i te wspomnienia, to już najgorsze... Bo nieraz, co przyłożę głowę i już, już zasypiam, to mi się widzi, że słyszę, jak moje dzieciątka wołają: Matulu, matulu!
Tom ino gorzko płakała!
I tak lata szły i jeden i dwa, a coraz to wolniej, że już na niedziele liczyłam, na dnie...
To mówię, że na te przepłakane noce liczyłam...
Ale daleko było jeszcze, daleko...
Aż i Pan Jezus zlitował się nademną, bo coś trzeciego roku zdechnął ten ich car piekielny, pono utłukły go urzędniki... a niech im tam Pan Jezus ręce ozłoci i do chwały swojej przyjmie, chociaż i heretyki.
Nowy car nastał, przełożyli mu widać, że naród polski niesprawiedliwie cierpi, to nas zwolnił z kreminału i tylko kazał wygnać na posielenie.
A było nas cztery polskie kobiety.
Przygnali nas do wsi wielgachnej, w głuchych lasach, zrzucili z wozu jak psy i ostawili...
Zima była sroga i śniegi, że przejść trudno i mrozy takie, aż ta para z gęby marzła, a naród zły i nieużyty, pijaki same ano, a zbóje i złodzieje...
Ale że na wolności, tom ino jedno pomyślenie miała: do zwiesny zaczekam i ucieknę.
Modliłam się tylko, żeby mnie Pan Jezus oświecił i dopomógł.
Aż tu jednej nocy, przychodzi Panienka Najświętsza, siadła przy mnie i powiada, bom to płakała wtedy:
— Nie płacz, Anno, dzieci żywe i zdrowe, a za tydzień uciekaj do Polski, nic ci się nie stanie...
I pokazała mi, że widzę, widzę, jak żywą... wieś duża, polska wieś z kościołem, a w sadach cała, w zbożach, a w zieleni i bór dookoła...
A za nią, w dalekościach niebieskich, wieża Jasnogórska. Widzę, że z zamkniętemi oczami trafię i poznam.
Tam są twoje dzieci — rzekła i znikła.
Jakby mi kto niebo otworzył, jakby mi janioły śpiewały w sercu, jakby mi... że aż mnie pamięć krzywd wszystkich odeszła...
I uciekłam.
Jak szłam, którędy, albo ja wiem.
Matka Boża mnie wiodła i te gwiazdy niebieskie, a jak przyszłam do Polskiego kraju, to już i te męki Jezusowe, co stoją nad drogami, pokazywały, którędy iść trzeba...
I krzywda żadna mi się nie stała, i zły człowiek i zwierz dziki uszanował, bo jakże! dałaby to Panienka Najświętsza skrzywdzić matkę, co idzie szukać dzieci swoich, dałaby to?...
A dobre ludzie pożywili, ogarnęli, a to i grosz niejeden dali a ochronili przed moskalami, że to kryć się musiałam, a to i to podwieźli od wsi, do wsi, zwyczajnie, jak w polskim kraju.
Nocami szłam ino a rankami wczesnemi.
Do Częstochowy się pytałam.
I jeszcze śniegi były, kiedy uciekłam a teraz już żniwa.
Idę, idę i aż dojdę do sierot swoich kochanych, dojdę... Dwa dni temu zbłąkałam się w borze, bo deszcz lał i ciemność była nieprzebita, tom całą noc przesiedziała pod krzyżem na rozstaju i skomlałam o łaskę Jego świętą i wspomożenie... to tę świętą, przebitą rękę oderwał od krzyża i drogę pokazał...
Tam idź i dufaj, a nie opuszczę cię — powiedział.
Niegodnam ja grzesznica, niegodna, ale służebnica wierna, bom dufające serce oddała Panu, to i drogami mojemi on rządzi i z wszystkiego złego wywiedzie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Umilkła nagle i zachwiała się, trupia bladość pokryła jej twarz i pot kroplisty.

— Nie, nie zamrę, jakże, dzieci... szeptała ciężko i oglądać się zaczęła trwożnie, a ręką szukać kostura, jakby uciekać chciała.
— Gdziem jest? — szeptała ledwie.
— U dobrych ludzi, matko.
— Polskieście wy ludzie, katolickie?
— Tak, tak.
— Chorzałam, czy co?
I znowu się rozglądała nieprzytomnem, przekrwionem spojrzeniem.
— Musieliście ustać, bo ludzie was znaleźli dodnia na drodze, pod krzyżem.
— Tak, pomnę — juści... ale mi czas już do dzieci, czas... Pokażcie drogę do Częstochowy.
Nie puściliśmy jej, bo już była w gorączce.
— Odpocznę sobie z dzień jaki i pójdę.
A że i wieczór się robił, bo zorze gasły zwolna i zmierzch letni, ciepły, przesiany gwiazdami, omroczył świat, wprowadzili ją do dworu i posadzili przy stole.
Zaledwie tknęła potraw, herbatę tylko piła chciwie, i wciąż się rozglądała i nasłuchiwała podejrzliwie... a uspokojona rzucała się gwałtownie do nóg wszystkim i wołała:
— Nie wydacie... do dzieci idę... a to im już na siódmy rok idzie... moskale, wiecie? uciekłam... Jędruś — chłopakowi, a Józia — dziewczynie... — i zapatrywała się gdzieś przed się i łzy płynęły wolno po jej wychudzonej, szarej twarzy i szeptała coś cicho... modliła się... czy na dzieci wołała...
Położyła się spać, ale w nocy rozwinęła się silna gorączka.
— Tyfus głodowy — objaśniał doktór.
Uratował ją jednak.
Po sześciu tygodniach wyzdrowiała zupełnie.
Ale co dziwna, w największej gorączce i nieprzytomności nie majaczyła wcale, ani jedno słowo nie wydarło się z jej ust spieczonych, ani jedna skarga nie wydarła się z jej serca ukrzyżowanego — strach wydania się nie opuszczał jej ani na chwilę.
I skoro już chodziła, ofiarowałem się wieźć ją i pomódz odszukać dzieci.
Przyjęła bez wahania i rzekła mocno:
— To mówię, że co dla sierót robicie, to wam Pan Bóg odda...
I pojechaliśmy, drogami ku Częstochowie.
Chciałem się czasami we wsiach przydrożnych pytać o dzieci.
Nie pozwoliła.
— Po co? powiada — ja zdaleka poznam, pamiętam taką, jaką Panienka święta wtenczas pokazała. Wieś duża, cała w sadach, kościół murowany z wieżą, a na wjeżdzie dwór wielki o piętrze... pamiętam...
Wlekliśmy się wolno, bo dnie w początkach września były skwarne i te boczne drogi piaszczyste, a koni trzeba było oszczędzać.
Mówiła wiele o tem, co widziała i co przeszła...
Mądra była, tą największą mądrością serc wierzących i prostych.
„Tylko są te złe, co głupie“ — mówiła.
Albo:
„Ino od Boga rozum idzie, jako od słońca ciepło — kto weń wierzy i dufa mu — mądrym jest“.
„A zło jest i bez to, że ludzie nie baczą, co umierać przyjdzie“.
„ A zabierają się, jakby wieki żyć mieli, a skąpią, a krzywdzą jeden drugiego, a wynoszą się — głupie, na tej wodzie murują“.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Byliśmy już o dwie mile od Częstochowy, gdy zawołała żywo:
— Już niedaleko, czuję.
Jakoż pod wieczór krzyknęła wielkim głosem:
— To już ten bór, wieś będzie za nim, w dole...
Tak było w istocie...
Słońce zachodziło krwawo, że wieś, niebo i ziemia były jakby w purpurowej pożodze zatopione, a ona wyszła z bryczki i padła na twarz, na środku drogi i długo tak leżała, tylko łkanie wstrząsało nią, łkanie dziękczynienia i radości...
Rychło odszukaliśmy dzieci — przywiódł je gospodarz, u którego były, bo stara czekała za domem, na miedzy...
Rzuciła się na nie jak wilczyca... ale ledwie ochłonęła z nadludzkiego uniesienia, kazała im klęknąć i mówić pacierz.
— Umieją, nasz katolicki, polski pacierz umieją — umieją! — krzyczała obłąkanie i już końca nie było radości powitania.
Płakaliśmy wszyscy razem, ale że późno było, spytałem:
— Cóż teraz?
— We świat pójdą z niemi, na sam koniec Polski, gdzie mi już moc moskiewska nie poradzi...
Chciałem jej pomagać — odmówiła... Prosiła aby ją tylko odwieźć do Częstochowy, a już dalej sobie poradzi, bo już Pan Jezus jej powie, co ma robić...
— A moskala się już nie boję, nie... — i przyciskając dzieci do piersi, zaczęła prawie wołać głosem mocnym, ekstatycznym:
— To mówię, że przyjdzie na nich godzina sądu i kary, przyjdzie — że te wszystkie łzy polskie, te łzy matczyne padną na ich głowy piorunami a morem, a zarazą, a wojną, a głodem, a pożogą — że i jeden nie podniesie się z żywych i jeden sprawiedliwy nie ostanie — bo go tam niema —
A Polski naród, że to naród Jezusowy, ostanie —
I cierpiące nagrodzone będą —
A płacz ustanie —
Amen.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Nie widziałem jej już więcej.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.