Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Umieją, nasz katolicki, polski pacierz umieją — umieją! — krzyczała obłąkanie i już końca nie było radości powitania.
Płakaliśmy wszyscy razem, ale że późno było, spytałem:
— Cóż teraz?
— We świat pójdą z niemi, na sam koniec Polski, gdzie mi już moc moskiewska nie poradzi...
Chciałem jej pomagać — odmówiła... Prosiła aby ją tylko odwieźć do Częstochowy, a już dalej sobie poradzi, bo już Pan Jezus jej powie, co ma robić...
— A moskala się już nie boję, nie... — i przyciskając dzieci do piersi, zaczęła prawie wołać głosem mocnym, ekstatycznym:
— To mówię, że przyjdzie na nich godzina sądu i kary, przyjdzie — że te wszystkie łzy polskie, te łzy matczyne padną na ich głowy piorunami a morem, a zarazą, a wojną, a głodem, a pożogą — że i jeden nie podniesie się z żywych i jeden sprawiedliwy nie ostanie — bo go tam niema —
A Polski naród, że to naród Jezusowy, ostanie —
I cierpiące nagrodzone będą —
A płacz ustanie —
Amen.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Nie widziałem jej już więcej.