Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wiarę a i za bunty. I nie takie tylko proste ludzie, jako ja sierota, ale sama szlachta, panowie... Aże bieda im była gorsza, bo to delikatne, do ciężkiej pracy nie wzwyczajone, tośmy im pomagali, jak mogli. A i oni nam też, bo o pieniądz było im łacniej a i posłuch w urzędzie mieli większy i zachowanie.
Rozdzielili nas potem, bo ich pognali dalej...
Co płaczu było przytem, mój Jezus, co płaczu!
I tak się zaczęło ganianiem nas na robotę; nie było ciężko, nie. Człowiek zwyczajny przecież, ino że tęskność przychodziła taka że i wytrzymać trudno.
A i księdza polskiego nie było, ni nabożeństwa, ni spowiedzi. Jeszcze w dzień, jak w dzień, robotą zatrudniali, że myśleć czasu nie było, ale w noce, to aż rozum odchodził...
A tu i robactwo takie, że prawie do kości ogryzało i to powietrze... A i te wspomnienia, to już najgorsze... Bo nieraz, co przyłożę głowę i już, już zasypiam, to mi się widzi, że słyszę, jak moje dzieciątka wołają: Matulu, matulu!
Tom ino gorzko płakała!
I tak lata szły i jeden i dwa, a coraz to wolniej, że już na niedziele liczyłam, na dnie...
To mówię, że na te przepłakane noce liczyłam...
Ale daleko było jeszcze, daleko...
Aż i Pan Jezus zlitował się nademną, bo coś trzeciego roku zdechnął ten ich car piekielny, pono utłukły go urzędniki... a niech im tam Pan Jezus ręce ozłoci i do chwały swojej przyjmie, chociaż i heretyki.