Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dzieć nie mogłam, bo i raz wraz zdało mi się, że idą już po dzieci...
Jezus, com ja przecierpiała, Marjo!
A noc była ciemna i deszcz tak lał i wichura tak szarpała chałupą i biła drzwiami — że straszno było...
I co robić, co robić?
To mnie taka męka łamała, jakby kto kołem bił...
Zdrzemnęłam się z utrudzenia przy oknie, aż tu mój nieboszczyk jawił się przedemną jak żywy, a cały we krwi, a cały w ranach i tym samym głosem powiada:
— Dzieci nie daj! — Pogroził palcem i zniknął... Ocknęłam się zaraz.
Dzieci se spały spokojnie.
Ucieknę, myślę sobie, w tyli świat, do borów, a choćby i po proszonem, a choćby jako ta dziadówka ostatnia — a dzieci nie zgubię, nie oddam w prawosławne.
Zebrałam, com miała na podorędziu szmat i grosza, zawinęłam w toboł i wyjrzałam, noc ino wyła, jak te psy wściekłe... ale na drodze widać nic nie było...
Płakały ździebko, skorom je obudziła, ale obiecałam, że do ciotki, co mieszka w trzeciej wsi, poprowadzę...
Kury zaczynały piać na północ, kiedym się zebrała iść...
Ale nie mogłam tak zaraz, bo co przestąpić chcę próg, to jakby mnie coś za włosy darło i nazad do izby ciepało...