Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nowy car nastał, przełożyli mu widać, że naród polski niesprawiedliwie cierpi, to nas zwolnił z kreminału i tylko kazał wygnać na posielenie.
A było nas cztery polskie kobiety.
Przygnali nas do wsi wielgachnej, w głuchych lasach, zrzucili z wozu jak psy i ostawili...
Zima była sroga i śniegi, że przejść trudno i mrozy takie, aż ta para z gęby marzła, a naród zły i nieużyty, pijaki same ano, a zbóje i złodzieje...
Ale że na wolności, tom ino jedno pomyślenie miała: do zwiesny zaczekam i ucieknę.
Modliłam się tylko, żeby mnie Pan Jezus oświecił i dopomógł.
Aż tu jednej nocy, przychodzi Panienka Najświętsza, siadła przy mnie i powiada, bom to płakała wtedy:
— Nie płacz, Anno, dzieci żywe i zdrowe, a za tydzień uciekaj do Polski, nic ci się nie stanie...
I pokazała mi, że widzę, widzę, jak żywą... wieś duża, polska wieś z kościołem, a w sadach cała, w zbożach, a w zieleni i bór dookoła...
A za nią, w dalekościach niebieskich, wieża Jasnogórska. Widzę, że z zamkniętemi oczami trafię i poznam.
Tam są twoje dzieci — rzekła i znikła.
Jakby mi kto niebo otworzył, jakby mi janioły śpiewały w sercu, jakby mi... że aż mnie pamięć krzywd wszystkich odeszła...
I uciekłam.
Jak szłam, którędy, albo ja wiem.