Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Umilkła nagle i zachwiała się, trupia bladość pokryła jej twarz i pot kroplisty.
— Nie, nie zamrę, jakże, dzieci... szeptała ciężko i oglądać się zaczęła trwożnie, a ręką szukać kostura, jakby uciekać chciała.
— Gdziem jest? — szeptała ledwie.
— U dobrych ludzi, matko.
— Polskieście wy ludzie, katolickie?
— Tak, tak.
— Chorzałam, czy co?
I znowu się rozglądała nieprzytomnem, przekrwionem spojrzeniem.
— Musieliście ustać, bo ludzie was znaleźli dodnia na drodze, pod krzyżem.
— Tak, pomnę — juści... ale mi czas już do dzieci, czas... Pokażcie drogę do Częstochowy.
Nie puściliśmy jej, bo już była w gorączce.
— Odpocznę sobie z dzień jaki i pójdę.
A że i wieczór się robił, bo zorze gasły zwolna i zmierzch letni, ciepły, przesiany gwiazdami, omroczył świat, wprowadzili ją do dworu i posadzili przy stole.
Zaledwie tknęła potraw, herbatę tylko piła chciwie, i wciąż się rozglądała i nasłuchiwała podejrzliwie... a uspokojona rzucała się gwałtownie do nóg wszystkim i wołała:
— Nie wydacie... do dzieci idę... a to im już na siódmy rok idzie... moskale, wiecie? uciekłam... Jędruś — chłopakowi, a Józia — dziewczynie... — i zapatrywała się gdzieś przed się i łzy płynęły