Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ostawię to wszystko i nigdy już może nie zobaczę!
Te obrazy święte, ten dom, te ściany, te pola — a samej iść we świat, we świat, jak temu wiatrowi!...
Rodzonam ztąd i ojce moje, i dziadowie z tej ziemi świętej, z tych drzew, z nieba tego — a teraz mi iść na poniewierkę i zatracenie!
Miłosierdzia! miłosierdzia! bo już nie zdzierży człowiekowe serce! Jakże mi odejść, kiedym zrośnięta była z tą wsią, jak ten kamień!
To mówię, że te kamienie ulitowałyby się nademną, te drzewaby wysłuchały tego skowytu, jaki w sobie miałam.
A iść musiałam, bo jutro przyjdą i dzieci zabiorą!
Pacierz ino, ten ostatni pacierz odmówiłam z dziećmi na progu, pod tą strzechą naszą...
Odeszłam, musiałam, bo już drugie kury piały.
I jakby mi wszystkie żyły wypruwał i jakby mi kto gorących węglików nasypał w serce — tak bolało!...
A co parę kroków zrobię, to muszę przystanąć, a obejrzeć się za się na ten dom, na to obejście, na to pole rodzone...
To mnie tak ciągnęło z powrotem, że jażem sobie te piersi darła pazurami i krwią żywą płakałam.
We wsi spali wszystkie, ino te pieski nasze, te pieski polskie, kochane pomrukiwały, a poznawszy mnie zasię, łasiły się i lizały po rękach moje dzieciątka! i szły za nami...
One jedne litowały się nademną i ten Bóg!