Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


żeby powietrza niecoś złapać w piersi, i, żeby dzieci wytchnęły — bo skamlały, że jaże mi serce się oździerało.
Głodne były biedoty!
Już ani okruszyny chleba nie miałam —
A te ptaki moje kochane, to ino przyciskały się do mnie i wołały:
— Matulu jeść, matulu!
To mówię, że już całkiem się wściekłam: ułamałam gałęź do ręki i wyszłam z lasu na pola, rychtyg niedaleczko pastuchy ognie paliły, a wieś była zaraz.
Co będzie, to będzie, a dzieciom z głodu mrzeć nie dam.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Nakarmili nas, ale i powiedzieli, że strażniki z kozakami szukają kogoś po lesie, że całą obławą idą...
Chciałam uciekać, ale i mnie tak rozebrało, że i ruszyć się nie mogłam, a i dzieci, że to w ciepłej izbie, zaraz się pospały.
Ostałam żeby się choć obsuszyć i sił jakich takich nabrać.
W godzinę albo i dwie, kiedyśmy byli w najlepszym śpiku, ktosik zapukał w okno i krzyknął:
— Idą, uciekajcie!
Zerwałam się, obwinęłam dzieci i tyłami wsi dopadłam lasu. Ale zaraz na kraju prawie padłam; — zamglić mnie musiało, bom ocknęła, kiej dzieciątka mnie szarpać zaczęły i zawodzić nademną.