Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/83

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


obrazy — zniszczenie ano, śmierć ano — cierpienie ano i ten Bóg w niebie...
O! sieroty my, Boże sieroty!
A pop pilnował, nasłał swoich zaraz po matczynej śmierci i kazał ją pochować na prawosławnym, tam, gdzie te psy moskiewskie leżą i te zdrajce piekielne naszego narodu...
Zmówili się ci, co ostali jeszcze, żeby odbić trupa, że to już na pohańbienie szło wszystkim i śmierć duszną...
I nocą wygrzebali matkę i pochowali po katolicku, choć ksiądz nie dał, bojał się...
Pop się zwiedział, zaskarżył... Strażniki szukały po cmentarzu, rozgrzebywały mogiłki.... nie znaleźli... bo ją pod zieloną darń schowali, że nawet moskiewskie oko nie rozeznało, a i widać Pan Jezus nie dał pohańbić służki swojej.
Wzięły mojego męczyć i dopytywać i o krzyż, i o matkę, i o wszystko, bo karczmarz powiedział, że on był pierwszy do wszystkiego.
Takci i było bo Polak był prawy i katolik!
Ale już tej męki nie zdzierżał, bo go tak przeżarła boleśnie, że jak ten cień był, że jako ten wiór wysechł, to ino krzyknął imię Jezusa i rzucił się na naczelnika i jął go łbem o ścianę bić...
Oderwali go ledwie, bo zabiłby inaczej...
Na całe życie go zasądziły — na całe życie do ciężkich robót i na pięćset rózeg... za bunt...
Przy wszystkich mieli go bić, przy wsi całej!..
A ja musiałam patrzeć na to, i dzieci moje, co