Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/86

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Już się człowiek nie czuł tak opuszczony, skoro i panowie stoją za nami...
I tak powinno być, boć i my i panowie, to nic innego — jeno jeden naród cierpiący...
I jedna nam męka i zatracenie...
To jak mówiłam, aż do jesieni cicho było we wsi... do późnej jesieni, bo już były przyszły deszcze listopadowe i słoty takie i roztoki po drogach, że psa było trudno wygnać za chałupę...
Już myślałam, że i zapomnieli o nas całkiem.
Dzieciątka chowały się zdrowo i już umiały i Ojcze nasz, i Zdrowaś, i Wierzę zaczynały, a chłopak że to przemyślniejszy, to i elementarz se cięgiem przeglądał, żem mu już zwolna i niektóre litery nazywała... a on poznawał, robak ten mój kochany!... Tom ino żyła temi dzieciskami i Boga i Matki Najświętszej w każdy dzień upraszałam, żeby ich dochować do wieku.
Bo cóż tam ja, cóż ta mnie? Sierotami męża mi już nie brać nowego. — Wdowam po umęczonym, sierotam po zabitych. Grzechby był śmiertelny! Żeby ino dzieci wychować, a utwierdzić ich w naszej świętej, katolickiej, polskiej wierze, a pomstę im w serca wrazić i pamiętanie na wiek wieków — że moskale zabiły im ojca, moskale zabiły im babkę i mnie sponiewierały, że krwią ociekłam; moskale wycięły sad, wyrżnęły bydło, i poniszczyło dobro wszystkie.
Tom często, kiedy strażniki szły przez wieś, pokazywała ich dzieciom i nauczałam: