Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jezusa skrzywdzonego... wieś cała szła, a cicho było jak w grobie, ni pies nie zaszczekał, ani kto nogą trącił o kamień — tyła co naród popłakiwał i dusze skwierczały żałością, że choć to Jezusa, a jak te złodzieje przekradać musimy.
A kiedy wkopali na starem miejscu, poświęcić było trzeba. — Cóż, kiedy księdza nie było!
To wstał stary Wojciech, co mu było ze sto lat, siwy kiej gołąb i cicho powiada:
— Narodzie polski umęczony, katolicki narodzie! Niema kto nam sierotom poświęcić tego krzyżowego drzewa, to go ano płakaniem skropimy i przysięgą, że go moskwicinom nie damy!
Klękli wszyscy dokoła i przysięgli.
Ale że i żałości powstrzymać trudno było, to jęli tę ziemię i te kamienie i ten krzyż tak całować, i skowyczeć i jęczeć — aże starsi musieli przyciszać i naród rozganiać do domów. Nie dziwno, bali się, żeby jaki zły człowiek nie posłyszał i nie wydał.
Przeszło potem parę niedziel spokojnych i cichych.
Cieszylim się, że abo nie obaczyli nowego krzyża, albo dadzą spokój, żeby narodu nie drazźnić... już i tak umęczonego.
A wieczorami, że to było o wiośnie, tośmy po dwie, po trzy a w końcu i wieś cała, chodzili na ten wzgórek, pod krzyż, pomodlić się, pośpiewać — bo to i nabożeństw majowych był czas...
Pociecha to była i radość oczom wyjrzeć przed dom i widzieć, że Jezus tam stoi i pod swoją