Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/85

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A w każdej chałupie kogoś brakowało, a w niektórych to i po dwie i po trzy osoby!...
To mówię, że wieś była jak ten cmentarz w Zaduszki — że ino płakanie, a wypominki żałośliwe i modlenia słychać było po nocach...
A tam, gdzie przódzi stał krzyż, przez całe lata straże stojały, tośmy się ino w cichości, a nocami po chałupach zbierali, żeby się wspólnym pacierzem pokrzepić i inszą dolę u Jezusa wyskamlać!...
A ja byłam sama, jak ten palec, i ino z temi dzieciątkami, com je strzegła, jak oka w głowie.
Braty pomogły, że obrobiłam się w polu i przy sadzeniu, i przy żniwach, i przy siewach jesiennych... tyłem się ino namarkociła, że krowy nie miałam żadnej, bo mi ją wtedy moskale zarznęły...
Aż tu jednego dnia wchodzi do mnie jakaś pani szlachetnie ubrana, pięknie pochwaliła Boga i pogaduje o tem i owem.
Mało co rzekłam — bojałam się, że to szpieg mógł być nasłany! moskiewica!... Ale nie, z Warszawy była i przywiozła nam wspomożenie, że zaraz kupiłam krowę i dwa prosiaki...
I nakazała, że jak się nam krzywda jaka stanie, żeby prosto do niej iść i powiedzieć.
To pomogą i bronić będą!...
We wszystkich chałupach była i wszystkich wspomogła — ale już samo najszczersze złoto, to było jej serce litościwe...
To mówię, że zaraz się weselej we wsi zrobiło, jakoby okna wywarł na świat Boży, na to słoneczko jasne...