Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A skoro jeno zdziebko pozdrowiałam, to mnie zaraz do kreminału przenieśli i na sąd ciągały...
— Gdzie dzieci? pytają.
— Szukajcie!
Com miała rzec innego? A ino się modliłam i radość aż rozpierała, że dzieci nie wezmą i nie zapiszą w prawosławne.
— Tyś dom podpaliła? — pytają dalej.
— Ja swoją własną chałupę podpaliłam.
— Dlaczego?
— Żeby nie poszła w moskiewskie ręce, żeby tam, gdzie żyły ojce moje i dziady, pradziady polskie i katolickie, nie rozwalały się paroby paskudne i złe ludzie.
Pluli na mnie za to, kopali jak psa i zadawali mękę, a już najgorzej ten pop — przychodził do więzienia że mnie puści i wszystkich naszych, żebym ino wydała, kto mi dopomógł, bo nie wierzył, że zabiłam dzieci... Alem mu za te krzywdy nasze napluła w ślepie i pół brody wydarła, to mnie tym krzyżem, co to go nosi na łańcuchu złotym, tak zbił, aż koście w rękach popękały.
A kiedym się podlekowała, znowu zapytują:
— Zabiłaś dzieci?
— Zabiłam, powiadam, zabiłabym dziesięć razy, aby ino pieskiej wiary nie miały.
— A gdzieście je pochowali?
— Szukajcie, psy wy carskie, to węch macie, znaleźcie!