Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I tylem gadała, tyłem pomstowała na nich wszystkich, że aż mnie ten najstarszy w pysk trzasnął i skopał.
Ścierpiałam wszystko, a nie darowałam za swoje, niech wiedzą, że choć naród jest biedny, ale prędzej czy później, swojego nie daruje; jeszcze kos nie brak, a i nożów — niech ino z Warszawy krzykną: na Moskala! a pójdą wszyscy, że i kobiety w chałupach nie ostaną. Pójdą, i zapłacą za swoje, zapłacą, że aż do dziesiątego pokolenia pamięć ostanie. Zasądziły mnie na osiem lat, że to dowodu nie było, jakom zabiła.
I pognali mnie w Sybir: na głód, płacz, mękę, i takie pohańbienie, że i nie wypowiedzieć.
Alem szła z radością i z tem ochfiarowaniem dla Panajezusowej łaski, za to ochronienie dzieciątek...
Całe miesiące nas pędzili, jak to bydło, a i gorzej; a któren padł — dotłukli batami; a któren chorzał — rzucali w pierwszy dół, żeby dognił; a któren ginął, ratunku nie było, zginąć musiał.
Alem przetrwała.
Jakże! wiedziałam, że dzieciątka są w dobrej opiece.
Osiem roków, — długo — ale je obaczę jeszcze, obaczę...
Temci żyłam, a i modleniem jeno.
Zagnali nas daleko, ani wiem gdzie? Ino to, że kreminał był wielki, kiej klasztor jaki, nie sama byłam, bo i polskiego narodu było dość, co ich gnali za