Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wolno po jej wychudzonej, szarej twarzy i szeptała coś cicho... modliła się... czy na dzieci wołała...
Położyła się spać, ale w nocy rozwinęła się silna gorączka.
— Tyfus głodowy — objaśniał doktór.
Uratował ją jednak.
Po sześciu tygodniach wyzdrowiała zupełnie.
Ale co dziwna, w największej gorączce i nieprzytomności nie majaczyła wcale, ani jedno słowo nie wydarło się z jej ust spieczonych, ani jedna skarga nie wydarła się z jej serca ukrzyżowanego — strach wydania się nie opuszczał jej ani na chwilę.
I skoro już chodziła, ofiarowałem się wieźć ją i pomódz odszukać dzieci.
Przyjęła bez wahania i rzekła mocno:
— To mówię, że co dla sierót robicie, to wam Pan Bóg odda...
I pojechaliśmy, drogami ku Częstochowie.
Chciałem się czasami we wsiach przydrożnych pytać o dzieci.
Nie pozwoliła.
— Po co? powiada — ja zdaleka poznam, pamiętam taką, jaką Panienka święta wtenczas pokazała. Wieś duża, cała w sadach, kościół murowany z wieżą, a na wjeżdzie dwór wielki o piętrze... pamiętam...
Wlekliśmy się wolno, bo dnie w początkach września były skwarne i te boczne drogi piaszczyste, a koni trzeba było oszczędzać.
Mówiła wiele o tem, co widziała i co przeszła...