Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/80

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przyciskali się do siebie i osłaniali Jezusa, ażeby nie powiedziały, że to bunt... I nie zmogli nas wtenczas, odstąpili, bo naród, że już trudno było ścierpieć, to rwał kamuszki, a i do żerdek się brał, ale od krzyża nikt się nie ruszył...
Aż naczelnik przychodzi i przekłada, żeby się do domów rozejść, że krzyż zostanie i nikt go już nie ruszy, bo tak car nakazał....
Nie wierzylim, bo moskwicin to był i ze złych pies najgorszy...
Ale zdjął czapkę, sam krzyż pocałował, i żegnał się, a bił w piersi, a za nim to samo kozunie...
Na mękę pańską krzywo nie przysięgną, bo jużby im tego Jezus nie darował...
Poszliśmy do domów...
Ale jeszcze nikt się nie położył, bo i wielu opatrywało porozbijane twarze i ręce, kiedy moja matka, co się była ostała, wlata do wsi i krzyczy:
— Moskale krzyż rąbią!
Jezus, Marja, Józefie... Jak kto stał i co miał pod ręką, chwytał i leciał bronić... A tam już kozunie rąbali, to mówię, jakby mi kto siekierą serce rozrąbał — nie bolałoby tak!... Widzę, widzę jeszcze i zawdy widziała będę, aż w godzinę skonania i sądu, jak krzyż padał i cały ociekał był krwią żywą, krwią przenajświętszą, jak ten Jezus najświętszy rączki rozłożył i tak mu twarz zbladła umęczona — i padł, aże jęknęło, jakby się ziemia rozstąpiła!...