Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


świętą opieką ma wieś całą — jak za dawnych polskich czasów.
A już mój cieszył się najbardziej — że to pobożny był i jego starunkiem i pomyśleniem krzyż stanął... A Polak był twardy i katolik, bo choć zapisały go w prawosławne, do cerkwi nie chodził i popu w ślepie pluł; nieraz już sztrafy płacił i baty brał — że plecy to miał jak ta ziemia zbronowana — porznięte.
Dobry człowiek był i święty prawie, wieczne odpocznienie daj mu Panie.
Aż tu jednego wieczoru, kiedym wszyscy klęczęli u krzyża, przybiegają koniarki i mówią: Kozacy.
Naród się porwał uciekać, ale Wojciech krzyknął:
— Jezusa jadą rąbać, a przysięglim, że nie damy!
Ostali wszystkie, nikt się nie ruszył, ino jaki taki, że straszno poczynało być — popłakiwał i trząsł się, to moja matka, staruszeczka taka, przyklęknęła przy samym krzyzie i zaśpiewała: „Serdeczna Matko“...
Śpiewali wszyscy mocno, że aż w piersiach zapierało.
A kozunie otoczyły dookoła i naczelnik powiada:
— Rozegnać nahajkami, a to drzewo zrąbać.
Tak ci krzyż nazwał.
Jezus kochany! To jak nie wpadły z koniami na naród, jak nie zaczęły bić, gdzie który trafił, aże krew pryskała. Ale nikt się nie bronił, ino