Dzika kaczka/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Ibsen
Tytuł Dzika kaczka
Pochodzenie Wybór dramatów
Data wydania 1899
Wydawnictwo S. Lewental
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Waleria Marrené
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Indeks stron
DZIKA KACZKA.
SZTUKA W PIĘCIU AKTACH.

OSOBY:

WERLE, właściciel zakładów przemysłowych i kupiec.
GRZEGORZ WERLE, jego syn.
STARY EKDAL.
HIALMAR EKDAL, jego syn — fotograf.
GINA EKDAL, jego żona.
JADWIGA, ich czternastoletnia córka.
PANI SÖRBY, zarządzająca domem Werlego.
BELLINO, doktór.
MOLVIG, były teolog.
GROBERG, buhalter.
PETTERSEN, słuzący Werlego.
JENSEN, wynajęty służący.
KAMERJUNKIER FLOR, tłusty i blady.
KAMERJUNKIER BALLE, łysy.
KAMERJUNKIER KASPERSEN, krótkowzroczny.
SZEŚCIU INNYCH PANÓW, gości obiadowych Werlego.
KILKU NAJĘTYCH LOKAI.


Akt pierwszy u Werlego, cztery następne u fotografa, Ekdala.







AKT I.
W domu przemysłowca Werlego. Pokój kosztownie umeblowany, szafy z książkami, wygodne kanapy i fotele. Biurko na środku sceny, na niem papiery i księgi handlowe. Lampy pozapalane, z zielonemi abażurami, rzucają przyćmione światło. W głębi drzwi z podpiętemi portyerami, otwarte do wielkiego eleganckiego pokoju, jasno oświetlonego lampami i kandelabrami. Na prawo drzwi kryte, wiodące do kantoru, na lewo komin z żarzącemi węglami, a dalej w głębi drzwi do jadalni.

(Pettersen, służący Werlego w liberyi, i służący najęty, Jensen, we fraku porządkują gabinet. Kilku lokai zapala więcéj światła w pokoju w głębi. Z jadalni dochodzą śmiechy i pomieszane głosy. Słychać, jak ktoś uderza nożem w kieliszek, potem następuje cisza. Ktoś wnosi toast, słychać brawa, a potem znów odgłosy rozmów).

PETTERSEN (zapala na kominku lampę i nakłada na nią abażur, do Jensena). Czy słyszysz, stary powstał przy stole i wniósł długi toast, na cześć pani Sörby.
JENSEN (przestawiając fotel). Czy téż to prawda, co ladzie mówią, że pomiędzy niemi jest coś?
PETTERSEN. Dyabeł ich tam wie.
JENSEN. Był on przecież w swoim czasie wielkim grzesznikiem.
PETTERSEN. Być może.
JENSEN. Mówią, że ten obiad wyprawia dla syna.
PETTERSEN. Tak, syn wczoraj przyjechał.
JENSEN. Nie wiedziałem dotąd, że pan Werle ma syna.
PETTERSEN. Ma, ale ten syn mieszka stale w górach, przy fabrykach. Od czasu, jak tu służę, ani razu nie był w mieście.
LOKAJ NAJĘTY (we drzwiach od dalszych pokoi). Panie Pettersen, tu jest jakiś stary...
PETTERSEN (mruczy). Cóż u licha, jeszcze jeden...
STARY EKDAL (wchodzi z prawéj strony. Ma na sobie stary płaszcz z wysokim kołnierzem, włóczkowe rękawiczki, w ręku niesie laskę i czapkę futrzaną. Ma zrudziałą brudną perukę i siwe wąsy).
PETTERSEN (idąc naprzeciw niego). O Jezu! Czego pan tu chce?
EKDAL (we drzwiach). Muszę koniecznie być w kantorze.
PETTERSEN. Kantor od godziny zamknięty.
EKDAL. Słyszałem to już u drzwi, ale Groberg jeszcze tam siedzi. Mój Pettersenie, bądź tak dobry i wpuść mnie tędy (pokazuje drzwi kryte). Już nieraz tędy wchodziłem.
PETTERSEN. No! to idź pan (otwiera drzwi). Ale pamiętaj wyjść właściwemi drzwiami. Mamy gości.
EKDAL. Wiem o tém... hm! Dziękuję ci, kochany Pettersenie, dziękuję (szepcze sam do siebie). Bałwan (idzie do kantoru, Pettersen drzwi za nim zamyka).
JENSEN. Czy ten także należy do personelu kantorowego?
PETTERSEN. Nie, tylko kiedy jest dużo roboty, dostaje pisanie do domu. Ho! swojego czasu był to, co się zowie, szykowny człowiek — stary Ekdal.
JENSEN. Wygląda téż na to.
PETTERSEN. Był przecież porucznikiem.
JENSEN. Do dyabła. Ten był porucznikiem?
PETTERSEN. Tak jest. Ale zaczął handlować drzewem czy już nie wiem czém i podobno naszemu staremu szkaradnie przeskrobał, bo wówczas byli razem w fabrykach. O, znam dobrze starego Ekdala. Nieraz u pani Eriksen wypijemy razem po kieliszku piołunówki, albo po szklace bawara.
JENSEN. Nie wygląda on na to, by mógł dużo fundować.
PETTERSEN. Rozumiesz przecie, że to ja funduję. Mojém zdaniem, należy zawsze być grzecznym dla ludzi lepszego towarzystwa, chociażby się znajdowali w najgorszém położeniu.
JENSEN. Czy on zbankrutował?
PETTERSEN. Gorzéj. Siedział w więzieniu.
JENSEN. W więzieniu?
PETTERSEN. W twierdzy czy na odwachu (nasłuchuje). Cicho. Wstają od stołu. (Otwierają się drzwi od jadalnego pokoju, wchodzi pani Sörby, rozmawiając z kilku panami. Za niemi wchodzi całe obiadowe towarzystwo, wśród niego stary Werle, Kamerjunkier Flor, Kamerjunkier Balle, Kamerjunkier Kaspersen. Na końcu wchodzi Hialmar Ekdal i Grzegorz Werle).
PANI SÖRBY (przechodząc, do służby). Pettersen, kawę podać w salonie muzycznym.
PETTERSEN. Zaraz. (Pani Sörby i dwaj panowie idą do pokoju w głębi, a stamtąd na prawo. Pettersen i Jensen idą za nią).
KAMERJUNKIER FLOR. Taki obiad! To prawdziwa praca.
KAM. BALLE. Nie do uwierzenia, czego to można dokazać przez trzy godziny.
KAM. FLOR. Ale potém, potéem, kochany kamerjunkrze.
TRZECI PAN. Słyszałem, że kawę i maraskino podać mają w salonie muzycznym.
K. FLOR. Brawo! Może nam pani Sörby zagra jaką sztukę.
K. BALLE. (cicho). Byle nam tylko sztuczki nie wypłatała.
K. FLOR. O, nie! Berta się nie odwróci od dawnych przyjaciół. (śmiejąc się, wychodzą do pokoju w głębi).
WERLE (cicho i zasępiony). Zdaje mi się, Grzegorzu, że na to nikt nie zwrócił uwagi.
GRZEGORZ (patrząc na niego). Na co?
WERLE. I tyś tego nie spostrzegł?
GRZEGORZ. Cóż miałem spostrzedz?
WERLE. Było nas trzynaście osób przy stole.
GRZEGORZ. Tak? Trzynaście!
WERLE (rzucając wzrok na Hialmara). Jest nas zwykle dwanaście (do gości). Bądźcież panowie łaskawi. (Przechodzi wraz z gośćmi do pokoju w głębi, a następnie na prawo).
HIALMAR (który słyszał tę rozmowę). Nie trzeba mnie było zapraszać.
GRZEGORZ. Jakto? Ten obiad był dla mnie wydany, a ja nie miałem zaprosić jedynego, najlepszego przyjaciela?
HIALMAR. Zdaje mi się, że twój ojciec nie jest z tego zadowolony. Nigdy u niego nie bywam.
GRZEGORZ. Wiem o tém. Musiałem jednak z tobą pomówić — bo ja wkrótce wyjeżdżam. My, szkolni koledzy, zbyt długo byliśmy rozdzieleni. Wszakże to już szesnaście czy siedemnaście lat, jakeśmy się nie widzieli.
HIALMAR. Czyż doprawdy, tak dawno?
GRZEGORZ. Tak jest. Jakżeż ci się powodzi? Dobrze wyglądasz, utyłeś.
HIALMAR. Tłustym nazwać mnie nie można. W każdym razie, zmężniałem.
GRZEGORZ. Przynajmniéj nie zmieniłeś się na gorsze.
HIALMAR (ponuro). Powierzchownie! ale w głębi duszy! O, możesz mi wierzyć, zmieniłem się zupełnie. Wiesz przecież, jakie okropne ciosy od czasu naszego rozstania spadły na mnie i na moję rodzinę.
GRZEGORZ (ciszéj). Cóż się dzieje z twoim ojcem?
HIALMAR. Lepiéj nie mówmy o tém. Ma się rozumiéć, mój stary, nieszczęsny ojciec jest przy mnie, bo na całym świecie ma tylko mnie jednego. Straszno mi dotykać tego przedmiotu. Powiedz mi raczéj, co robisz tam w fabrykach? GRZEGORZ. Jestem najzupełniéj samotny, mam więc czas do rozmyślań i zagrzebywania się w różnych przedmiotach (siada w fotelu przy kominku i wskazuje Hialmarowi drugi naprzeciwko siebie).
HIALMAR (wzruszony). Muszę ci jednak podziękować za dzisiejsze zaproszenie, jest to najlepszy dowód, że nie masz do mnie żadnéj urazy.
GRZEGORZ (zdziwiony). Skądże ci mogło przyjść do głowy, że mam do ciebie urazę?
HIALMAR. Jednakże tak było w pierwszych latach.
GRZEGORZ. W jakich pierwszych latach?
HIALMAR. Po tém nieszczęściu. I była to rzecz naturalna, wszakże o włos tylko twój ojciec nie był wmieszany do tych... do tych okropnych historyj.
GRZEGORZ. I ja dlatego miałem miéć do ciebie urazę? Jakżeś to sobie mógł wyobrazić?
HIALMAR. Wiem, że tak było. Sam twój ojciec mi to powiedział.
GRZEGORZ (zdumiony). Mój ojciec! Czy tak? Hm. Więc to dlatego nie dałeś mi od téj pory znaku życia? Nie napisałeś ani jednego słówka?
HIALMAR. Tak.
GRZEGORZ. Nawet wówczas, gdyś się zdecydował zostać fotografem.
HIALMAR. Twój ojciec utrzymywał, że na nic się nie zda donosić ci o czémkolwiek.
GRZEGORZ (patrząc przed siebie). Pod tym względem może i miał słuszność. Ale powiedz mi, Hialmarze, czyś zadowolony z obecnego położenia?
HIALMAR (z westchnieniem). O, tak, niezawodnie — a właściwie, nie umiem tego określić. Z początku, jak to sobie łatwo wyobrazisz, było mi trochę dziwno. Znalazłem się w odmiennych warunkach. Bo téż i wszystko wkoło mnie zmieniło się w zupełności. Okropne nieszczęście mego ojca, ruina, hańba, wstyd. O, Grzegorzu!...
GRZEGORZ (wzruszony). Tak... tak...
HIALMAR. Nie mogłem myśléć o dalszych studyach, témbardziéj, że nie było na to ani grosza. Przy tém długi; zdaje mi się, że głównym wierzycielem był twój ojciec.
GRZEGORZ. Hm...
HIALMAR. To téż sądziłem, że najlepiéj będzie odrazu zerwać z przeszłością i dawnemi stosunkami. Tak radził twój ojciec, a że on przyszedł mi z pomocą...
GRZEGORZ. Mój ojciec to uczynił?
HIALMAR. Tak, musisz przecie o tém wiedziéć. Skąd-że bym miał środki wyuczenia się fotografii, otworzenia zakładu, urządzenia go. Możesz mi wierzyć — to dużo kosztuje.
GRZEGORZ. I wszystko to opłacił mój ojciec?
HIALMAR. Tak. Czyż o tém nie wiesz? Myślałem, że ci to mówił.
GRZEGORZ. Ani słówkiem nie wspomniał, że on to zrobił. Zresztą mógł zapomniéć. Pisywaliśmy do siebie jedynie o interesach. Więc jakże, to mój ojciec?...
HIALMAR. Tak, twój ojciec, ale nie chciał, by wiedziano, że to on. Dopomógł mi także do ożenienia. A może ty i o tém nie wiesz?
GRZEGORZ. W istocie, nie wiedziałem (bierze go za ramię). Drogi Hialmarze, nie umiem ci powiedziéć, jak mnie to wszystko cieszy i... dręczy. Być może, iż byłem niesprawiedliwy w niektórych razach dla mego ojca. Bo widzisz, tutaj dał dowód serca — a poniekąd i sumienia.
HIALMAR. Sumienia?
GRZEGORZ. Tak, czy jak tam chcesz to nazwać. Ale nie mam słów na wyrażenie, jak rad jestem z tego, co mi mówisz o ojcu. Jesteś więc żonaty, Hialmarze? Ja zapewne nigdy do tego nie dojdę. Spodziewam się, żeś szczęśliwy w małżeństwie?
HIALMAR. Jestem szczęśliwy. Żonę mam zapobiegliwą i dzielną, co się zowie, a przytém z pewném wykształceniem.
GRZEGORZ (trochę zdziwiony). Jakto z pewném?
HIALMAR. Widzisz, życie kształci. Codzienne pożycie ze mną, a przytém bywa u nas często parę osób prawdziwie wykształconych. Zaręczam ci, żebyś dzisiaj Giny nie poznał.
GRZEGORZ. Giny?
HIALMAR. Alboż nie pamiętasz, że jéj na imię Gina?
GRZEGORZ. Komu tak na imię? Ja przecież nic nie wiem.
HIALMAR. Przypomnij-że sobie, iż czas jakiś była w waszym domu.
GRZEGORZ (spogląda na niego). Czyby to była Gina Hansen?
HIALMAR. Ma się rozumiéć, że ona.
GRZEGORZ. Ta, co wciągu ostatnich lat choroby mojéj matki zarządzała naszym domem?
HIALMAR. Właśnie. Ale wiem przecież na pewno, mój drogi, że ojciec twój pisał ci o mojém ożenieniu.
GRZEGORZ (który powstał). Zapewne to uczynił... chociaż nie (przechadza się tu i tam). Poczekaj, niech pomyślę. Ojciec pisał do mnie zawsze tak krótko (siada na poręczy od fotelu). Powiedz-no mi, Hialmarze — powiedz, jakim sposobem poznałeś się z Giną — twoją dzisiejszą żoną?
HIALMAR. Bardzo prostym. Gina nie długo pozostała w waszym domu. Było tu takie zamieszanie... przytém choroba twojéj matki, Gina wszystkiemu wydołać nie mogła i odeszła. Było to na rok przed śmiercią twéj matki, a może téż w tym samym roku.
GRZEGORZ. W tym samym roku. Ja byłem wówczas w fabrykach. Więc cóż dalej?
HIALMAR. Gina zamieszkała u swojéj matki, bardzo pracowitéj kobiety, która miała małą restauracyjkę i odnajmowała pokoik; bardzo miły, wygodny pokoik.
GRZEGORZ. A ty byłeś prawdopodobnie tym szczęśliwym, który w nim zamieszkał.
HIALMAR. Tak. Twój ojciec mi to zaproponował. Wtedy to właściwie poznałem Ginę.
GRZEGORZ. I przyszło do zaręczyn?
HIALMAR. Tak, u młodych o miłość nie trudno... hm.
GRZEGORZ (przechadza się znów po pokoju czas jakiś). Powiedz mi, czy to wówczas, kiedyś się zaręczył, mój ojciec — to jest ty powziąłeś zamiar oddania się fotografii?
HIALMAR. Właśnie wówczas. Chciałem czémprędzej stworzyć sobie domowe ognisko. I wtedy, twój ojciec i ja przyszliśmy do przekonania, że najłatwiéj je osiągnę, zakładając fotografię. Gina była tego samego zdania. A jeszcze utwierdziło nas w tém zamiarze to, że Gina umiała retuszować.
GRZEGORZ. To się bardzo dobrze złożyło.
HIALMAR (powstaje zadowolony). Nieprawdaż? Uznajesz także, iż się to doskonale złożyło?
GRZEGORZ. Muszę to przyznać. A mój ojciec, był dla ciebie rodzajem Opatrzności?
HIALMAR (wzruszony). W dniach ucisku nie opuścił syna przyjaciela, bo widzisz, on ma serce.
PANI SÖRBY (wchodzi pod rękę z Werlem). Bez wymówek. Nie powinien pan dłużej zostawać w tak jasno oświetlonym pokoju. To panu zaszkodzić może.
WERLE (puszcza jéj rękę i przesuwa dłoń po oczach). Zdaje mi się, że masz pani słuszność.
PETTERSEN I JENSEN (obnoszą na tacach napoje).
PANI SÖRBY (do gości będących w drugim pokoju). Niech panowie będą łaskawi. Może kto pozwoli szklaneczkę ponczu?
KAM. FLOR. Wielki Boże, czy to prawda, żeś pani w tym domu zniosła nieocenioną swobodę palenia?
PANI SÖRBY. Tak, panie kamerjunkrze, u pana Werle palić nie wolno.
KAM. BALLE. Odkądże to pani wydała tak surowe prawo?
PANI SÖRBY. Od ostatniego obiadu, bo na nim niektórzy popełnili pod tym względem nadużycia.
KAM. BALLE. A dziś nie można sobie troszeczkę pozwolić? Czy, doprawdy, nie można?
PANI SÖRBY. Pod żadnym względem, panie kamerjunkrze. (Goście zebrali się w gabinecie Werlego. Służący roznoszą pełne kieliszki).
WERLE (do Hialmara, który coś przegląda na stole). Co pan tak studyuje?
HIALMAR. Tylko album.
KAM. BALLE (który przechodzi od jednych do drugich). Aha! fotografie! To dla pana bardzo stosowne.
KAM. FLOR (w fotelu). Czy pan co ze swoich nie przyniósł?
HIALMAR. Nie, panie.
KAM. FLOR. Szkoda, żeś pan tego nie zrobił. Siedziéć spokojnie, przeglądając obrazki, to ułatwia trawienie.
KAM. BALLE. A przytém, to nasuwa temat do rozmowy. Nie prawdaż?
KAM. KASPERSEN. A w tym względzie wszelkie przydatki przyjmowane są z wdzięcznością.
PANI SÖRBY. Ci panowie utrzymują, że kiedy kto jest zaproszony na obiad, musi się czémś odsłużyć.
KAM. FLOR. W tak dobréj jadłodajni, to prawdziwa przyjemność.
KAM. BALLE. Dobry Boże! przy walce o byt to...
PANI SÖRBY. Tak, masz pan w tém słuszność (prowadzą daléj rozmowę w tym tonie wśród żartów i śmiechów).
GRZEGORZ (po cichu do Hialmara). No, mówże i ty!
HIALMAR (zwracając się do niego). O czémże mógłbym mówić?
KAM. FLOR (do Werlego). Czy pan nie sądzi, że tokaj doskonale działa na trawienie?
WERLE (przy kominku). Za tokaj, który pan dziś piłeś, zaręczyć mogę. Pochodzi z najlepszych lat. Mógł to pan zresztą zauważyć.
KAM. FLOR. Smak miał wyborny.
HIALMAR (niepewny). Czy tu lata stanowią różnicę?
KAM. FLOR (śmieje się). A to doskonałe!
WERLE (z uśmiechem). Nie opłaci się pana częstować szlachetném winem.
KAM. BALLE. Tokaj, tak jak fotografia, potrzebuje słońca. Alboż nie?
HIALMAR. Tak, tu wiele zależy od światła.
PANI SÖRBY. Tak samo dzieje się z kamerjunkrami. Panowie są także spragnieni promieni słonecznych.
KAM. BALLE. Ha! ha! to przestarzały dowcip.
KAM. KASPERSEN. Pani Sörby się popisuje.
KAM. FLOR. I do tego, naszym kosztem (grozi jéj). Pani Berto? Pani Berto!
PANI SÖRBY. To jednak jest rzeczą prawdziwą, że lata bywają rozmaitej a dawne były najlepsze.
KAM. KASPERSEN. Czy pani mnie wlicza do dawnych?
PANI SÖRBY. Daleko do tego.
KAM. BALLE. Dobrze tak panu! A mnie droga pani?
KAM. FLOR. A mnie do jakich lat pani zalicza?
PANI SÖRBY. Do najsłodszych, moi panowie (pije trochę z kieliszka. Panowie śmieją się i żartują).
WERLE. Pani Sörby gdy chce tylko, zawsze się wykręcić potrafi. Proszę panów. Pettersen, pamiętaj-że o panach. Grzegorzu, wypijemy razem kieliszek (Grzegorz się nie rusza, do Hialmara). I pan także z nami. Przy stole nie miałem sposobności tego uczynić. (Buhalter Groberg zagląda przez drzwi od kantoru).
GROBERG. Najmocniéj przepraszam, ale nie mogę się wydostać.
WERLE. Co? znowu pana zamknięto?
GROBERG. Flagstad zabrał klucze i poszedł.
WERLE. To chodź pan tędy.
GROBERG. Ale tu jest jeszcze ktoś.
WERLE. Chodźże pan, chodźcie obadwaj. (Groberg i stary Ekdal wychodzą z kantoru).
WERLE. (mimowolnie). Ha!

(Śmiechy i rozmowy ustają. Hialmar, zmieszany widokiem ojca, odstawił kieliszek i zwrócił się do kominka).

STARY EKDAL. (nie patrząc na nikogo, kłania się kilkakrotnie, idąc przez pokój i mruczy). Przepraszam. Wszedłem niewłaściwą drogą, drzwi były zamknięte — przepraszam (wychodzi razem z Grobergiem przez pokój w głębi).
WERLE (przez zęby). Ten przeklęty Groberg.
GRZEGORZ. (ze zdumieniem patrząc na Hialmara). Ale to przecież nie...
KAM. FLOR Co to za jeden? Któż to był?...
GRZEGORZ. Nikt, buhalter i ktoś jeszcze.
KAM. KASPERSEN (do Hialmara). Czy pan go nie zna?
HIALMAR. Nie wiem, nie uważałem.
KAM. FLOR (powstając). Do dyabła, coś się w tém kryje (zwraca się do innych, którzy rozmawiają po cichu).
PANI SÖRBY (po cichu do służącego). Dajcie mu tam co, tylko coś dobrego.
PETTERSEN (kiwa głową). Dobrze, proszę pani (wychodzi).
GRZEGORZ (wzruszony po cichu do Hialmara). Więc to był on, rzeczywiście.
HIALMAR. Tak.
GRZEGORZ. A ty stałeś nieporuszony i zaparłeś się, że go znasz?
HIALMAR (cicho, ale gwałtownie). Czyż mogłem...
GRZEGORZ. Przyznać się do ojca?
HIALMAR (boleśnie). Och! gdybyś był na mojém miejscu. (Ciche rozmowy pomiędzy gośćmi, nagle wybuchają wymuszonym głośnym tonem).
KAM. BALLE (zbliżając się przyjaźnie do Hialmara i Grzegorza), Aha! panowie tu sobie odnawiają wspomnienia z lat dziecinnych. Co? (do Hialmara). Nie palisz pan? Może ognia... Ach! prawda, nie wolno.
HIALMAR. Dziękuję, nie chciałbym...
KAM. FLOR. Ach! panie Ekdal, możebyś nam zadeklamował jaką ładną poezyę. Niegdyś deklamowałeś tak pięknie.
HIALMAR. Niestety, nic sobie nie przypominam.
KAM. FLOR. Jaka szkoda! Balle, cóż mamy robić? (Balle i Flor wychodzą do pokoju w głębi).
HIALMAR (ponuro). Odchodzę, Grzegorzu. Kiedy kto raz poczuł na głowie druzgoczącą rękę losu... Pożegnaj odemnie twego ojca.
GRZEGORZ. Idziesz wprost do domu?
HIALMAR. Wprost. Dlaczego pytasz?
GRZEGORZ. Bo może późniéj do ciebie przyjdę.
HIALMAR. Nie, nie przychodź do mnie. Mieszkanie moje jest smutne i ubogie, Grzegorzu, a zwłaszcza takiém wydać się musi, po tak wspaniałéj uczcie. Możemy się gdzieś schodzić w mieście.
PANI SÖRBY (która się do nich zbliżyła). Odchodzisz pan?
HIALMAR. Odchodzę.
PANI SÖRBY. Pozdrów pan Ginę.
HIALMAR. Dziękuję.
PANI SÖRBY. I powiedz, że przyjdę z nią pomówić w tych dniach.
HIALMAR. Jak pani łaskawa (do Grzegorza). Zostań, chcę wyjść niepostrzeżony. (Oddala się szybko przez pokój w głębi, a stamtąd na prawo).
PANI SÖRBY (po cichu do Pettersena, który powrócił). Cóż, dałeś co staremu?
PETTERSEN. Tak jest, wsunąłem mu butelkę koniaku.
PANI SÖRBY. Mogłeś téż znaleść coś lepszego.
PETTERSEN. Proszę pani, koniak jest dla niego rzeczą najlepszą.
KAM. FLOR (we drzwiach z nutami w ręku do pani Sörby). Może zagramy na cztery ręce?
PANI SÖRBY. Chętnie. Grajmy.

GOŚCIE. Brawo! brawo!
(Pani Sörby i goście wychodzą do dalszych pokoi w głębi, Grzegorz stoi przy kominku, Werle przerzuca papiery, jakby chciał go się pozbyć, a gdy Grzegorz zostaje, Werle kieruje się ku drzwiom).

GRZEGORZ. Ojcze, czy nie możesz zatrzymać się tu trochę?
WERLE (zatrzymując się). O cóż to idzie?
GRZEGORZ. Muszę ci parę słów powiedziéć.
WERLE. Czy nie możesz zaczekać, aż będziemy sami?
GRZEGORZ. Nie, bo może być, że wcale nie będziemy sami.
WERLE (zbliżając się do niego). Cóż to ma znaczyć?
(Przez całą następującą scenę słychać w dalszych pokojach muzykę).
GRZEGORZ. Jak można było pozwolić na tak smutny upadek téj rodziny?
WERLE. Mówisz zapewne o Ekdalach?
GRZEGORZ. Tak jest, mówię o Ekdalach. Porucznik Ekdal był niegdyś z tobą w tak blizkich stosunkach.
WERLE. Niestety! aż nadto blizkich. Odczułem to bardzo boleśnie i musiałem odpokutować. Jemu to przecież zawdzięczam, że moje dobre imię poniosło rodzaj skazy.<bré GRZEGORZ (cicho). Czy rzeczywiście on jeden tylko był winny?
WERLE. A któżby więcej?
GRZEGORZ. Ty i on przecież kupiliście te lasy na współkę?
WERLE. Ale to Ekdal podjął się wykonania mapy tych gruntów, tej niedokładnéj mapy. On też prowadził bezprawny wyrąb lasu na gruntach rządowych. On przecież jeden prowadził ten cały interes. Ja nie miałem pojęcia o tem, co on robił.
GRZEGORZ. Ekdal sam zapewne nie miał o tem pojęcia.
WERLE. Być może, ale fakt pozostaje faktem. On został skazany, a ja uniewinniony.
GRZEGORZ. Wiem o tém; dla braku dowodów.
WERLE. Uniewinnienie jest uniewinnieniem. Czemuż poruszasz te dawne smutne sprawy, które przedwcześnie ubieliły mi włosy? Czyś nad niemi ciągle rozmyślał przez te długie lata tam, w górach? Mogę cię zapewnić, że tu w mieście zapomniano o nich oddawna — przynajmniéj co się mnie tyczy.
GRZEGORZ. Ale nieszczęśliwa rodzina Ekdalów?
WERLE. Cóż mogłem właściwie dla nich uczynić? Gdy Ekdal odzyskał wolność, był człowiekiem złamanym, zupełnie bezradnym. Są ludzie na świecie, którzy, jak dostaną postrzał, choćby ich tylko parę śrócin trafiło, nigdy się już nie zdołają podźwignąć. Możesz wierzyć memu słowu, Grzegorzu: uczyniłem, co tylko mogłem, bez narażania siebie, dania pozoru podejrzeniom i plotkom.
GRZEGORZ. Podejrzeniom!... ach! prawda!...
WERLE. Dałem rozkaz w kantorze, by dostarczano roboty Ekdalowi, i płacę za nią daleko więcéj, niż warta.
GRZEGORZ (nie patrząc na ojca). O tém nie wątpię.
WERLE. Uśmiechasz się, jakbyś nie dowierzał, iż mówię prawdę. W księgach, naturalnie, niéma o tém wzmianki, bo takich rozchodów najlepiéj nie księgować.
GRZEGORZ (z zimnym uśmiechem). Tak, są pewne wydatki, których księgować nie należy.
WERLE (zdziwiony) Co przez to rozumiesz?
GRZEGORZ (z nagłym postanowieniem). Czyś wpisał do ksiąg, ile cię kosztowała nauka fotografii Hialmara?
WERLE. Ja? dlaczego?
GRZEGORZ. Wiem teraz, żeś to ty opłacał tę naukę, a także dałeś mu możność otworzenia zakładu.
WERLE. I mówisz, żem nic nie uczynił dla Ekdala? Mogę ci zaręczyć, że dla tych ludzi poniosłem bardzo dużo wydatków.
GRZEGORZ. Czy te wydatki pomieszczone są w księgach?
WERLE. Dlaczego pytasz?
GRZEGORZ. Mam pewne powody. Powiédz mi, proszę, czy nie wówczas, gdy miał się żenić, zająłeś się tak gorąco losem syna dawnego przyjaciela?
WERLE. Cóż do dyabła!... po tylu latach...
GRZEGORZ. Pisałeś do mnie wówczas — naturalnie w sprawach fabrycznych, a w przypisku była krótka wzmianka, że Hialmar Ekdal ożenił się z jakąś panną Hansen.
WERLE. Bo tak jest; tak się nazywała.
GRZEGORZ. Aleś nie napisał, że ta panna Hansen, Gina Hansen, była tą samą, która czas jakiś zarządzała naszym domem.
WERLE (z wymuszonym, szyderczym śmiechem). Nie przyszło mi na myśl, że nasza dawna gospodyni obchodziła cię w szczególny sposób.
GRZEGORZ. Mnie wcale nie obchodziła, ale zato byli w domu inni, którzy się nią bardzo zajmowali.
WERLE. Co przez to rozumiesz? (wybuchając). Nie o mnie przecież myślisz?
GRZEGORZ (cicho, ale stanowczo). Przeciwnie, o tobie!
WERLE. I ty śmiesz?! A ten niewdzięcznik, ten fotograf ma czoło pozwalać sobie na podobne przymówki?
GRZEGORZ. Hialmar nie dotknął tego przedmiotu ani jedném słówkiem. Sądzę, że się niczego nie domyśla.
WERLE. Więc skądże to? Kto ci mógł powiedziéć?...
GRZEGORZ. Mówiła to moja biedna, nieszczęśliwa matka, kiedym ją widział po raz ostatni.
WERLE. Twoja matka! Powinienem był się tego domyśléć. Ona i ty zawsze trzymaliście z sobą. Ona-to od samego początku odwracała twoje serce ode mnie.
GRZEGORZ. Odwracało je to wszystko, co ona znieść i wycierpiéć musiała, aż wreszcie skończyła w tak opłakany sposób.
WERLE. Nie miała do zniesienia nic, a przynajmniéj nie więcej od innych. Ale z choremi, wyegzaltowanemi istotami niepodobna dać sobie rady. Ja także przekonałem się o tém. A teraz ty przychodzisz z podobnemi przypuszczeniami, odgrzebujesz dawne pogłoski i oszczerstwa przeciwko własnemu ojcu. Wiesz, Grzegorzu, zdaje mi się, iż w twoim wieku mógłbyś się zająć czémś pożyteczniejszém.
GRZEGORZ. Tak, byłby już czas po temu.
WERLE. Może téż wówczas miałbyś swobodniejsze usposobienie, niż teraz. Do czego cię to doprowadzi przesiadywać rok za rokiem w fabryce, jak najzwyklejszy kantorzysta, i nie chciéć nawet przyjąć grosza po za miesięczną pensyę. To czyste szaleństwo!
GRZEGORZ. Gdybym tylko był pewny...
WERLE. Rozumiem cię doskonale. Chcesz być niezależnym, nie chcesz mi być nic winien. Otóż teraz masz właśnie ku temu sposobność. Możesz stać się pod każdym względem niezależnym.
GRZEGORZ. Jakim sposobem?
WERLE. Pisałem ci, że jesteś tutaj koniecznie potrzebny...
GRZEGORZ. Czegóż właściwie ode mnie żądasz? Czekam cały dzień, aby się o tém dowiedzieć.
WERLE. Mam zamiar przypuścić cię do współki w moim interesie.
GRZEGORZ. Ja mam wejść do twojéj firmy, być twoim wspólnikiem?
WERLE. Tak; nie potrzebujemy jednak dlatego być razem. Ty mógłbyś tu w mieście prowadzić interesa, a ja osiadłbym przy fabrykach.
GRZEGORZ. Więc tego chciałeś?
WERLE. Widzisz, nie mogę już tak pracować, jak dawniéj. Muszę oszczędzać oczu, Grzegorzu: wzrok mi osłabł.
GRZEGORZ. Zawsze miałeś wzrok słaby.
WERLE. Nie tak, jak teraz; a prócz tego mogą zajść okoliczności tego rodzaju, że chciałbym zamieszkać w górach — przynajmniej na czas jakiś...
GRZEGORZ. Nigdybym tego nie pomyślał.
WERLE. Widzisz, Grzegorzu, dzieli nas wiele rzeczy, pomimo że jesteśmy ojcem i synem, i sądzę, że powinniśmy dojść do porozumienia.
GRZEGORZ. Pojmujesz dobrze, że porozumienie to byłoby tylko pozorne.
WERLE. Choćby tylko pozorne, i to-by coś znaczyło. Pomyśl o tém, Grzegorzu, czy to możliwe?
GRZEGORZ (patrząc na niego chłodnym wzrokiem). W tém się coś kryje!
WERLE. Jakto?
GRZEGORZ. Muszę być na coś potrzebny?
WERLE. W tak blizkich stosunkach, jak nasze, jeden drugiemu jest zawsze potrzebny.
GRZEGORZ. Tak mówią.
WERLE. Chciałbym cię teraz przez czas jakiś w domu zatrzymać. Jestem osamotniony, Grzegorzu, osamotnionym czułem się wprawdzie zawsze, przez całe życie, ale najwięcéj teraz, kiedy się starzeć zaczynam. Chciałbym miéć kogoś przy sobie.
GRZEGORZ. Masz przecież panią Sörby.
WERLE. Tak, a nawet stała mi się ona prawie niezbędną. Jest wesoła i sprytna, ożywia dom cały, a mnie tego bardzo potrzeba.
GRZEGORZ. Masz więc wszystko, czego żądasz.
WERLE. Tak, ale się lękam, że to długo trwać nie może. Kobieta w takiém położeniu bywa krzywo sądzoną, a i mężczyźnie także nie czyni ono zaszczytu.
GRZEGORZ. Dając takie obiady, jak ty, ojcze, można się na wszystko ważyć.
WERLE. Ale ona, Grzegorzu. Lękam się, że nie zechce dłużéj tu pozostać. A gdyby nawet przez przywiązanie do mnie naraziła się na plotki, oszczerstwa i t. p., czy nie sądzisz, ty, co masz silne poczucie przyzwoitości, że...
GRZEGORZ (przerywając nagle). Powiedz mi krótko i otwarcie, że się z nią żenisz.
WERLE. A gdybym istotnie o tém myślał, to co?
GRZEGORZ. Właśnie zapytuję: to co?
WERLE. Czyby ci to było bardzo przykrém?
GRZEGORZ. Wcale nie; pod żadnym względem.
WERLE. Nie wiedziałem, czyby cię to nie dotknęło, przez wzgląd na pamięć twéj nieboszczki matki?
GRZEGORZ. Nie jestem egzaltowany.
WERLE. Jakkolwiekbądź, zdjąłeś mi ciężki kamień z serca i jest mi bardzo przyjemnie, że mogę w tém rachować na twoje współdziałanie.
GRZEGORZ (spoglądając na niego chłodno). Widzę teraz, na co tu byłem potrzebny.
WERLE. Potrzebny! Co za wyrażenie!
GRZEGORZ. Nie trudźmy się wyborem słów, szczególniéj na cztery oczy (śmieje się z przymusem). Do dyabła! na to więc musiałem się tu stawić we własnej osobie, ażeby na cześć pani Sörby odegrała się scena rodzinna pod tytułem: Ojciec i syn! Coś zupełnie nowego!
WERLE. Jak śmiesz mówić ze mną w ten sposób?
GRZEGORZ. Kiedyż istniało tu życie rodzinne? O ile sobie przypominam — nigdy. Ale teraz może ono być potrzebne, bo niezaprzeczenie będzie to bardzo ładnie wyglądać, że syn przybył, niesiony skrzydłami synowskiéj miłości na wesele starego ojca. Dawne pogłoski o cierpieniach i udręczeniach biednéj nieboszczki znikną bez śladu. Sam syn je zniweczy.
WERLE. Chyba niéma na świecie człowieka, wstrętniejszego dla ciebie ode mnie, Grzegorzu?
GRZEGORZ (cicho). Przyglądałem ci się zbyt z blizka.
WERLE. Przyglądałeś mi się oczyma twojéj matki (zniżając głos), ale przypomnij sobie także, iż te oczy nie patrzały trzeźwo.
GRZEGORZ (drżący). Wiem, o czém chcesz mówić. Ale kto spowodował nieszczęsną chorobę mojéj matki? Ty tylko i one... One, a ostatnią z nich była kobieta, z którą ożeniłeś Hialmara, gdy się tobie... Oo!...
WERLE (wzruszając ramionami). Słowa, czcze słowa! Jak gdybym słyszał twoję matkę!
GRZEGORZ (nie zważając). A on ze swą wielką, pełną dziecięcéj niewiadomości duszą, wpośród tego całego fałszu, on żyje z taką kobietą i nie wie, że to, co nazywa swojém ogniskiem, ma za podwalinę kłamstwo. (zbliża się o krok). Wiész, gdy przeglądam myślą wszystko, coś w życiu uczynił, zdaje mi się, że patrzę na pole bitwy, zasłane zdruzgotanemi ludzkiemi losami.
WERLE. Widzę, iż istnieje między nami bezbrzeżna przepaść.
GRZEGORZ (z wymuszonym spokojem). Zauważyłem to także i dlatego wychodzę.
WERLE. Wychodzisz? z tego domu?
GRZEGORZ. Tak jest, bo wreszcie spostrzegam cel w życiu.
WERLE. Jaki cel?
GRZEGORZ. Gdybym powiedział, śmiałbyś się tylko.
WERLE. Człowiek osamotniony nie łatwo się śmieje, Grzegorzu.
GRZEGORZ (wskazując pokój pełen gości). Patrz, ojcze. Panowie kamerjunkrzy grają z panią Sörby w ślepą babkę. Dobranoc! Żegnam! (odchodzi przez pokój w głębi, z którego dochodzą rozmowy i śmiechy).
WERLE (półgłosem, spoglądając za nim z szyderstwem). Ha!... Niedołęga!... I on mówi, że nie jest egzaltowany!




AKT II.
Pracownia Hialmara Ekdala. Dość obszerny pokój na poddaszu. Na prawo znajduje się dach szklany z wielkiemi szybami, nawpół przysłonięty niebieską firanką. W głębi, w rogu po prawéj stronie, drzwi wchodowo, bliżéj z téjże strony drzwi prowadzące do mieszkania. Z lewéj strony także dwoje drzwi, a pomiędzy niemi piec żelazny. W ścianie, w głębi, drzwi o dwóch skrzydłach, które zasuwać można. Pracownia umeblowana ubogo, ale wygodnie. Na prawo kanapa, odsunięta od ściany, stół i krzesła. Na stole lampa z abażurem. W rogu stary fotel. Różne aparaty i narzędzia fotograficzne rozrzucone tu i tam. Przy ścianie, w głębi, na lewo od drzwi — półki, na nich trochę książek, pudełka, flaszki z chemikaliai i t. p. Na stole fotografie, pędzelki, papiery.

Gina siedzi przy stole i szyje; Jadwiga siedzi na kanapie, oparta łokciami na stole, dłońmi przysłania sobie oczy od światła, a wielkiemi palcami zatyka uszy, Czyta coś pilnie.

GINA (spogląda na nią kilkakrotnie z tłumioną troską, potém mówi:) Jadwiniu!
JADWIGA (nie słyszy).
GINA (głośniéj). Jadwiniu!
JADWIGA (odejmując palce od uszu). Co, mamo?
GINA. Nie siedź tak i nie czytaj.
JADWIGA. Ach, mamo! tylko jeszcze troszeczkę.
GINA. Nie, nie, połóż książkę. Ojciec tego nie lubi. On sam nigdy wieczorem nie czyta.
JADWIGA (kładąc książkę). Ojciec wogóle czyta niewiele.
GINA (kładzie robotę i bierze ze stołu kajecik i ołówek). Czy nie pamiętasz, ileśmy dziś zapłaciły za masło?
JADWIGA. Koronę i dwadzieścia pięć oerów.
GINA. Tak. (zapisuje). Straszna rzecz, co tego masła w domu wychodzi. Daléj kiełbaski i sér. (zapisuje). Jeszcze szynka, hm! (sumuje). Tak, to czyni...
JADWIGA. Jeszcze piwo.
GINA. Tak, piwo. (zapisuje). Duży wydatek, ale tak być musi.
JADWIGA. Zato my nie jadłyśmy nic ciepłego, bo nie było ojca.
GINA. Dobrze wypadło. No, tak; dostałam téż osiem koron pięćdziesiąt za fotografie.
JADWIGA. Doprawdy? Aż tyle?
GINA. Tak jest: osiem koron pięćdziesiąt. (Chwila ciszy. Gina szyje znowu; Jadwiga bierze papier, ołówek i rysuje coś, lewą ręką przysłaniając sobie oczy).
JADWIGA. Jak to zabawnie, że ojciec jest na proszonym obiedzie u pana Werle, tego wielkiego przemysłowca.
GINA. Nie można powiedzieć, że jest u pana Werle, bo właściwie zaproszenie otrzymał od jego syna. Ze starym panem Werle nie mamy stosunków.
JADWIGA. Okropnie się cieszę na myśl o powrocie ojca; obiecał mi poprosić pani Sörby o coś dobrego dla mnie.
GINA. Tam jest dużo dobrych rzeczy.
JADWIGA (rysuje daléj). Jestem téż trochę głodna.

(Stary Ekdal, z papierami pod pachą i pakietem, wyglądającym mu z kieszeni, wchodzi drzwiami wejściowemi od korytarza).

GINA. Dziadek znowu tak późno powraca.
EKDAL. Zamknięto kantor... musiałem czekać na Groberga... Ledwom się wydostał.
JADWIGA Dali ci znowu robotę, dziadku?
EKDAL. Tę całą plikę papierów do przepisania. O... patrz.
GINA. To ładnie.
JADWIGA. A jeszcze masz coś w kieszeni?
EKDAL. Ach! to nic. (stawia laskę w kącie). Wiész, Gino, mam roboty na długo, (odsuwa trochę drzwi w głębi i zagląda, potém zasuwa je ostrożnie). Ha! ha! śpią wszystkie, zbite na kupę, a ona wlazła do kosza. Ha! ha!
JADWIGA. Czy jesteś pewny, dziadziu, że ona w koszu nie zmarznie?
EKDAL. Cóż znowu! Zmarznąć w słomie? (idzie do drzwi w głębi na lewo). Pewno są tam zapałki?
GINA. Są tam, na komodzie.

(Ekdal wychodzi do swego pokoju).

JADWIGA. Jak to dobrze, iż dziadzio ma znowu to pisanie.
GINA. Biedny, stary ojciec. Zarabia sobie tym sposobem trochę kieszonkowych pieniędzy.
JADWIGA. I nie ma czasu przesiadywać całemi dniami w téj obrzydliwéj restauracyi Eriksenowéj.
GINA. To prawda. (krótkie milczenie). JADWIGA. Czy téż jeszcze są przy stole?
GINA. Bóg to wié, ale być może.
JADWIGA. A jakie tam dobre rzeczy ojciec jeść będzie na tym obiedzie! Niezawodnie wróci do domu wesoły, zadowolony. Prawda, mamo?
GINA. Gdybyśmy mu jeszcze mogły powiedzieć, żeśmy odnajęły ten pokój!
JADWIGA. Ale tego powiedziéć nie możemy.
GINA. Ach! byle go się tylko odnajęło! Jest zupełnie bezużyteczny.
JADWIGA. Ojciec i tak dziś będzie w dobrym humorze, to kiedyindziéj pomówimy o pokoju.
GINA (patrząc na nią). Lubisz ojcu coś pomyślnego powiedziéć, kiedy wieczorem powraca do domu.
JADWIGA. Naturalnie, bo ojciec się rozwesela.
GINA (zamyślona, sama do siebie). Prawda.

(Stary Ekdal wchodzi i otwiera drzwi bliżéj sceny na lewo).

GINA (zwracając się nawpół ku niemu). Czy ojciec chce czego z kuchni?
EKDAL. Chciałem; ale siedź, siedź. (wychodzi).
GINA. Czy nie rozgrzebuje żarzących węgli? (po chwili). Jadwiniu, zobacz-no, co on robi.

(Ekdal wchodzi z kuchni z dzbanuszkiem gorącéj wody).

JADWIGA. Niesiesz, dziadku, gorącą wodę?
EKDAL. Potrzebna mi; muszę pisać, a atrament mi zasechł.
GINA. Zjédz wprzód kolacyę, ojcze; jest gorąca.
EKDAL. Nie chcę kolacyi. Śpieszę się bardzo. Niech nikt nie zagląda do mego pokoju — nikt wcale. (Idzie do swego pokoju, Gina i Jadwiga spoglądają na siebie).
GINA (po cichu). Czy masz pojęcie, skąd ma na to?
JADWIGA (po cichu). Pewno dostał co od Groberga.
GINA. Nie; Groberg zawsze tu odsyła pieniądze.
JADWIGA. Musiał gdzie dostać butelkę na kredyt.
GINA. Biedny stary ojciec, nikt mu nie pokredytuje.

(Hialmar wchodzi drzwiami głównemi z prawéj strony, w paltocie, w kapeluszu filcowym).

GINA (odkłada robotę i wstaje). Co? Jużeś powrócił?
JADWIGA (zrywając się jednocześnie). Jesteś, ojcze?
HIALMAR (zdejmując kapelusz). Większa część osób się rozeszła.
JADWIGA. Tak wcześnie?
HIALMAR. Przecież to był obiad. (zdejmuje palto).
GINA. Pomogę ci.
JADWIGA. Ja także. (Obiedwie zdejmują mu palto, Gina wiesza go na ścianie w głębi).
JADWIGA. Dużo było osób?
HIALMAR. O, niewiele. Było nas około dwunastu przy stole.
GINA. Rozmawiałeś z wszystkiemi?
HIALMAR. Trochę, ale Grzegorz szczególniéj się mną zajmował.
GINA. Czy Grzegorz zawsze taki szkaradny?
HIALMAR. Zawsze źle wygląda. Czy stary jeszcze nie wrócił?
JADWIGA. Dziadek jest u siebie i pisze.
HIALMAR. Czy co mówił?
GINA. Nie; cóż miał mówić?
HIALMAR. Nie wspominał o niczém? Słyszałem, że był u Groberga. Pójdę do niego.
GINA. Nie, nie, nie trzeba.
HIALMAR. Dlaczego? Czy powiedział, że nie chce mnie widziéć?
GINA. Dziś wieczór nie chce miéć w swoim pokoju nikogo. JADWIGA (robi mu znaki). Hm! hm!
GINA (która tego nie uważała). Przyniósł sobie z kuchni wody gorącéj.
HIALMAR. Aha, siedzi i...
GINA. Tak, tak.
HIALMAR. Ach, Boże! Mój biedny, stary, siwy ojciec. Dajmy mu pokój, niech sobie raz użyje.

(Wchodzi Ekdal w szlafroku, z zapaloną fajką).

EKDAL. Wróciłeś? Zdawało mi się, że słyszę twój głos.
HIALMAR. Właśnie przyszedłem.
EKDAL. Czyś mnie nie widział?
HIALMAR. Nie; ale mówiono, żeś przeszedł przez pokój i chciałem pójść za tobą.
EKDAL. Tak ci wypadało zrobić. Któż tam był?
HIALMAR. Różni. Był kamerjunkier Flor, kamerjunkier Balle, kamerjunkier Kaspersen, kamerjunkrzy ci i owi... czy ja wiem zresztą...
EKDAL (kłania się). Słyszysz, Gino? był w towarzystwie kamerjunkrów!
GINA. O, teraz dom Werlego stał się bardzo wykwintny.
JADWIGA. Czy ci panowie śpiewali? czy téż było jakie przedstawienie, ojcze?
HIALMAR. Nie; tylko sama gawędka. Proszono mnie, ażebym co zadeklamował, alem się nie dał namówić.
EKDAL. Nie dałeś się namówić?
GINA. Mogłeś to przecież uczynić.
HIALMAR. Nie należy na byle jakie żądanie przystawać (przechadza się po pokoju); przynajmniéj ja nie przystaję.
EKDAL. Tak, Hialmara pozyskać nie łatwo.
HIALMAR. Nie wiem, dlaczego miałbym się starać o cudzą zabawę, kiedy wypadkiem jestem w towarzystwie. Niech się inni o to starają. Ci panowie chodzą od domu do domu, codzień są zapraszani, codzień jedzą i piją. Mogą więc się za to odwdzięczyć.
GINA. Nie powiedziałeś tego przecie?
HIALMAR (przyśpiewując). Ha, ha, ha, i tak się dość nasłuchali.
EKDAL. Jakto? kamerjunkrzy także?
HIALMAR. I oni bez szwanku nie wyszli. (lekkim tonem) Zaszła mała sprzeczka o wino tokajskie.
EKDAL. Tokaj! wykwintne wino!
HIALMAR (zatrzymuje się). Może być wyktwintne, muszę ci jednak powiedziéć, że nie z każdego roku bywa równie dobre. Wszystko od tego zależy, czy grona miały dość słońca.
GINA. Ty wszystko wiész, Hialmarze!
EKDAL. I o to była sprzeczka?
HIALMAR. Probowano sprzeczki, ale odpowiedziano im, że tak samo bywa z kamerjunkrami: lata dla nich także nie są jednakie. Mieli co słuchać!
GINA. Jakie ty masz pomysły!
EKDAL. Tak-eś im to gładko wypowiedział?
HIALMAR. Wypowiedziałem im to w oczy.
EKDAL. Słuchaj-no, Gino: wypowiedział to kamerjunkrom w oczy!
GINA. Wyobrazić sobie tylko, tak komu w oczy powiedziéć!
HIALMAR. Nie życzę sobie jednak, aby to się rozniosło. Takich rzeczy rozpowiadać nie należy. Wywiązały się one, naturalnie, z toku przyjaznéj rozmowy. Byli to grzeczni, wytworni ludzie. Cóż tu dziwnego?
EKDAL. Bo powiedziéć komu taką rzecz w żywe oczy!
JADWIGA (z przymileniem). Jak to zabawnie widziéć ojca we fraku! Ojcu w nim bardzo ładnie.
HIALMAR. Nieprawdaż? Leży doskonale, jakby był dla mnie robiony, może tylko przyciasny pod pachami... Pomóż mi, Jadwiniu. (zdejmuje frak). Włożę lepiéj żakiet. Gdzie mój żakiet, Gino?
GINA. Oto jest. (przynosi i pomaga mu się ubrać).
HIALMAR. Tak. Pamiętaj zaraz rano frak Molvigowi odesłać.
GINA (kładąc go na boku). To się zrobi.
HIALMAR (przeciągając się). Ach! jak to zaraz człowiek czuje się w domu. Takie wygodne odzienie lepiéj nawet pasuje do mojéj powierzchowności. Nieprawdaż, Jadwiniu?
JADWIGA. Prawda, ojcze.
HIALMAR. A gdybym tak puścił luźno końce krawata? Zobacz. Jakże?
JADWIGA. Bardzo to dobrze wygląda przy twoich wąsach i gęstych kędzierzawych włosach.
HIALMAR. Moje włosy nie są kędzierzawe, raczéj układają się w pukle.
JADWIGA. Prawda, ojcze.
HIALMAR. A więc to są pukle.
JADWIGA (po chwili ciągnąc go za rękaw). Ojcze!
HIALMAR. Co takiego?
JADWIGA. Wiész przecież dobrze, czego chcę?
HIALMAR. Nie wiem, doprawdy.
JADWIGA (śmiejąc się nawpół z płaczem). Ojcze, nie męczże mnie dłużéj.
HIALMAR. Ale o cóż idzie?
JADWIGA (ciągnąc go znowu). Nic nie mów, tylko daj zaraz. Wiész dobrze, ojcze, daj mi te dobre rzeczy, któreś mi obiecał.
HIALMAR. Ach! tak. Żem téż mógł o tém zapomniéć!
JADWIGA. Nie wywiedziesz mnie w pole, ojcze! To nie ładnie z twojéj strony. No dajże mi, co masz dla mnie. Wiész przecież...
HIALMAR. Tak znów zupełnie o tobie nie zapomniałem. Poczekaj, mam dla ciebie coś innego (idzie i szuka w kieszeni od fraka).
JADWIGA (skacząc i klaszcząc w ręce). O mamo! mamo!
GINA. Widzisz, trzeba tylko być cierpliwą.
HIALMAR (z kartką w ręku). Patrz!
JADWIGA. Tylko kawałek papieru.
HIALMAR. To jadłospis, cały jadłospis. Patrz, tu napisane: „Menu“ to znaczy, jadłospis.
JADWIGA. Nie masz nic więcéj?
HIALMAR. O reszcie zapomniałem, dziecko, ale możesz mi wierzyć na słowo, marna to przyjemność pożywać łakocie. Siądź oto tu przy stole i przeczytaj jadłospis, a ja ci opowiem, jak smakuje każda potrawa. Patrz, Jadwiniu.
JADWIGA (tłumi płacz). Dziękuję (siada, ale nie czyta, Gina robi jéj znaki, Hialmar to spostrzega).
HIALMAR (chodząc po pokoju). Ojciec rodziny musi myśléć o rozmaitych rzeczach, a gdy mu się zdarzy o najdrobniejszéj zapomnieć, widzi wkoło siebie skrzywione twarze. Cóż, można się i do tego przyzwyczaić (staje przy piecu obok ojca). Czy zaglądałeś do niéj dziś wieczór?
EKDAL. Ma się rozumiéć, żem zaglądał, wlazła do kosza.
HIALMAR. Doprawdy? Więc zaczyna do kosza przywykać?
EKDAL. Przywyka, powiedziałem to zgóry, tylko widzisz, trzeba urządzić go trochę inaczéj.
HIALMAR. Trzeba porobić pewne ulepszenia.
EKDAL. Ale te zrobić trzeba koniecznie.
HIALMAR. Tak pomówmy o ulepszeniach, ojcze. Chodź, siądźmy na kanapie.
EKDAL. Tak, tak. Hm! dobrze, ale wprzód muszę sobie nałożyć fajkę, i przetknąć ją trochę (idzie do swego pokoju).
GINA (z uśmiechem do Hialmara). Przetknąć fajkę — rozumiem.
HIALMAR. Ach Gino! daj mu pokój. Nieszczęsny starzec. A co do ulepszeń, to trzeba będzie zaraz jutro się do nich zabrać.
GINA. Jutro nie masz czasu.
JADWIGA (mieszając się do rozmowy). Ależ nie, mamo.
GINA. Masz zrobić te kopie, które muszą być retuszowane. Tyle razy już po nie przysyłano.
HIALMAR. Ach! znowu te kopie. Muszę je raz wykończyć. A może téż są jakie nowe obstalunki.
GINA. Niestety, nie. Na jutro mam tylko te dwa zdjęcia, wiész!
HIALMAR. Nic więcéj. Naturalnie, kiedy się kto nie stara.
GINA. Cóż ja mam robić, ogłaszam, ile mogę.
HIALMAR. Ach! te dzienniki! te dzienniki! To się na nic nie zda. Zapewne téż nikt się nie zgłosił o ten pokój, nikt go nie oglądał?
GINA. Nikt jeszcze.
HIALMAR. Można się tego było spodziewać, bo nikt się o to nie troska... Trzeba się koło tego zakrzątnąć, Gino.
JADWIGA. Może ci, ojcze, flet podać?
HIALMAR. Nie chcę fletu. Nie żądam żadnéj przyjemności na świecie (chodzi gwałtownie po pokoju). Tak. tak, będę jutro pracował bez wytchnienia. Będę pracował, dopóki mi sił starczy.
GINA. Ależ mój drogi, któż ci robi wymówkę?
JADWIGA. Ojcze, może ci przynieść piwa.
HIALMAR. Dla mnie osobiście nic nie potrzeba (stoi przez chwilę). Mówiłaś o piwie.
JADWIGA (z żywością). Tak, ojcze, o świeżém, dobrém piwie.
HIALMAR. No, kiedy tak chcesz koniecznie, to przynieś butelkę.
GINA. Przynieś, będzie nam przyjemniéj (Jadwiga biegnie do drzwi kuchennych).
HIALMAR (przy piecu zatrzymuje ją, i głowę jéj przyciska do piersi). Jadwiniu, Jadwiniu!
JADWIGA (uradowana ze łzami w oczach). Mój drogi ojcze!
HIALMAR. Nie nazywaj mnie tak. Oto siedziałem u stołu bogacza i myślałem tylko o sobie, siedziałem i pożerałem przysmaki przy jego wspaniale zastawionym stole... i ja mogłem...
GINA (siedząc przy stole). Ach! nie mówże o tém.
HIALMAR. Ale nie bierzcie mi tego za złe. Wy przecież wiecie, że pomimo to, kocham was z całego serca.
JADWIGA (ściskając go). I my téż kochamy cię, ojcze.
HIALMAR. A jeśli czasem jestem wzburzony, — och mój Boże, pomyśléć, że jestem człowiekiem nękanym mnóstwem trosk... Nie, nie przynoś piwa, Jadwiniu... daj mi flet. (Jadwiga przynosi flet z półki). Dziękuję ci. Tak, tak, gdy mam flet w ręku, wy obie jesteście przy mnie. (Jadwiga siada przy matce. Hialmar chodząc po pokoju, wygrywa ludową pieśń czeską, w powolném elegijném tempie, z głębokiém uczuciem. Nagle przestaje grać, podaje Ginie lewą rękę i mówi wzruszony). Niech sobie u nas będzie ciasno i ubogo, jednak Gino, jest to nasz dom i tu jest nam dobrze. (Gra znowu. Ktoś stuka do drzwi wchodowych).
GINA (podnosząc się). Cicho, Hialmarze, zdaje mi się, że ktoś idzie.
HIALMAR (kładzie flet na półce). Co! Znowu ktoś. (Gina idzie drzwi otworzyć).
GRZEGORZ (za drzwiami). Przepraszam.
GINA (cofając się). Ach!
GRZEGORZ. Czy tu mieszka pan Ekdal fotograf.
GINA. Tutaj.
HIALMAR (idzie do drzwi). To ty, Grzegorzu. Chodź że, chodź!
GRZEGORZ (wchodząc). Powiedziałem przecież, że u ciebie będę.
HIALMAR. Ale dziś wieczór, musiałeś opuścić towarzystwo.
GRZEGORZ. Opuściłem towarzystwo i dom ojcowski... (do Giny). Dobry wieczór pani. Nie wiem, czy mnie pani poznaje?
GINA. O, poznaję. Młodego pana Werle poznać nie trudno.
GRZEGORZ. Jestem podobny do mojéj matki, a tę musisz pani pamiętać?
HIALMAR. Mówisz, żeś opuścił dom ojcowski?
GRZEGORZ. Tak, wyniosłem się do hotelu.
HIALMAR. Wyniosłeś się? No, skoroś przyszedł, rozbierz się i siadaj.
GRZEGORZ. Dziękuję (zdejmuje zwierzchnie okrycie, ma na sobie szare wiejskim krojem zrobione ubranie).
HIALMAR. Siadaj na kanapie, rozgość się. (Grzegorz siada na kanapie, Hialmar przy nim na krześle).
GRZEGORZ (oglądając się). Tutaj przesiadujesz, Hialmarze, i tutaj mieszkasz?
HIALMAR. Tu jest, jak widzisz, pracownia.
GINA. Ale tutaj jest nam obszerniéj i dlatego lubimy tu przesiadywać.
HIALMAR. Dawniéj mieliśmy lepsze mieszkanie, ale tutaj znowu są inne wygody, mamy przepyszne poddasze.
GINA. Mamy téż pokój do odnajęcia po drugiéj stronie korytarza.
GRZEGORZ (do Hialmara). Patrzajże, masz nawet sublokatora.
HIALMAR. Nie jeszcze. Widzisz, to nie tak łatwo (do Jadwigi). A cóż z tém piwem, Jadwiniu? (Jadwiga idzie do kuchni).
GRZEGORZ. To twoja córka?
HIALMAR. Tak, Jadwinia.
GRZEGORZ. Jedyne dziecko?
HIALMAR. Jedyne. Nasze największe szczęście (zniżając głos) i najcięższa troska.
GRZEGORZ. Jakto?
HIALMAR. Zagraża jéj w blizkiéj przyszłości utrata wzroku.
GRZEGORZ. Miałaby zaniewidziéć!
HIALMAR. Okazały się dopiéro pierwsze symptomata — może to potrwać jeszcze czas jakiś, ale ostrzegł nas lekarz, że niéma dla niéj żadnego ratunku.
GRZEGORZ. Co za straszne nieszczęście! Skądże to?
HIALMAR (wzdycha). Prawdopodobnie choroba dziedziczna.
GRZEGORZ (ze zdziwieniem). Dziedziczna?
GINA. Matka Hialmara miała także słabe oczy.
HIALMAR. Tak mówił ojciec, bo ja jéj nie pamiętam.
GRZEGORZ. Biedne dziecko! Jakże ona to znosi?
HIALMAR. Nie sądzisz przecie, byśmy mieli serce jéj to powiedzieć. Nie domyśla się niebezpieczeństwa i wesoła bez troski, świegocąc jak ptaszek leci w wieczną ciemność (walcząc ze wzruszeniem). To mnie przygnębia, Grzegorzu. (Jadwiga wnosi tacę z piwem i szklankami i stawia ją na stole. Hialmar głaszcząc ją po włosach). Dziękuję ci, Jadwiniu. (Jadwiga zarzuca mu ręce na szyję i szepce coś do ucha). Nie, chleba z masłem teraz nie potrzeba (patrząc przed siebie). Możeby Grzegorz pozwolił kawałeczek.
GRZEGORZ (odmawiając). Nie, dziękuję.
HIALMAR (ciągle smutnym tonem). W każdym razie przynieś trochę. Jeśli masz rogalik, zjadłbym z przyjemnością, tylko grubo nasmaruj.
JADWIGA (uradowana wychodzi do kuchni).
GRZEGORZ (patrząc za nią). Wygląda jednak zdrowo i świeżo.
GINA. Bo téż dzięki Bogu prócz tego nic jéj nie brakuje.
GRZEGORZ. Z czasem będzie niezawodnie zupełnie do pani podobna. Ileż ona ma lat?
GINA. Jadwinia kończy właśnie lat czternaście, pojutrze jéj urodziny.
GRZEGORZ. Jest duża na swój wiek.
GINA. W ostatnim roku tak urosła.
GRZEGORZ. Patrząc na dorastających, najlepiéj pojmujemy, że się starzejemy. Ileż to lat, jak się państwo pobrali?
GINA. Będzie temu lat... piętnaście.
GRZEGORZ. Już tak dawno. Rzeczywiście.
GINA (spogląda na niego uważnie). Rzeczywiście.
HIALMAR. Tak jest. Za parę miesięcy upłynie lat piętnaście (rachuje). Musiały te lata wydawać ci się bardzo długie tam w fabrykach?
GRZEGORZ. Wydawały mi się długiemi, gdym je przeżywał, a teraz sam nie wiem, jak ten czas minął.
STARY EKDAL (wychodzi ze swego pokoju bez fajki, ale z czapką wojskową na głowie. Chód jego jest trochę niepewny). No, Hialmarze, teraz możemy o tém pogadać... hm... Któż to jest?
HIALMAR (idąc naprzeciw niego). Ojcze, to jest Grzegorz Werle. Nie wiem, czy go sobie przypomnisz?
EKDAL (patrząc na Grzegorza, który powstał). Werle? syn? Czego on chce odemnie?
HIALMAR. Nic, ojcze. Przyszedł do mnie.
EKDAL. Więc się nic nadzwyczajnego nie stało?
HIALMAR. Nic, wcale.
EKDAL (wzrusza ramionami). To nie dlatego, widzisz. Przecież trwożliwym nie jestem, ale...
GRZEGORZ (podchodząc ku niemu). Chciałem tylko pana pozdrowić, panie poruczniku, w imieniu dawnych miejsc twoich wycieczek myśliwskich.
EKDAL. Wycieczek myśliwskich?
GRZEGORZ. Tam w górach, około fabryk!
EKDAL. Tam w górach. Tak, tam niegdyś znano mnie dobrze.
GRZEGORZ. Był pan dzielnym myśliwcem.
EKDAL. Byłem — może i byłem. Patrzy pan na moję czapkę? Nie mam potrzeby prosić nikogo o pozwolenie noszenia jéj w domu. Byłem się w niéj na ulicy nie pokazywał. (Jadwiga wnosi na talerzu chléb z masłem i stawia go na stole).
HIALMAR. Siadaj, ojcze, i wypij szklankę piwa. Pozwól, Grzegorzu. (Ekdal mrucząc zatacza się na kanapę, Grzegorz siada przy nim na krześle, Hialmar siada przy Grzegorzu, Gina szyje nieco oddalona od stołu, Jadwiga stoi przy ojcu).
GRZEGORZ. Pamięta pan te czasy, panie poruczniku, gdyśmy z Hialmarem byli w górach i odwiedzali pana w lecie i na Boże Narodzenie.
EKDAL. To pan byłeś... Nie, nie, tego już nie pamiętam, tylko powiedzieć mogę, żem był dzielnym myśliwcem. Polowałem na niedźwiedzie i coś dziesięciu ubiłem. GRZEGORZ (spogląda na niego ze współczuciem). A teraz pan już nie polujesz?
EKDAL. Tego, kochanku, powiedzieć nie mogę. Poluję nie tak jak dawniéj, bo widzisz lasy... lasy (pije). A zachowały się tam lasy na górach?
GRZEGORZ. Nie są już tak piękne, jak za pańskich czasów. Przetrzebiono je znacznie.
EKDAL. Przetrzebiono (ciszéj i niespokojnie). To rzecz niebezpieczna. Las się mści.
HIALMAR (napełniając mu szklankę). Wypij jeszcze trochę, ojcze.
GRZEGORZ. Jakim sposobem taki człowiek, jak pan, człowiek przywykły do świeżego powietrza, może żyć w duszném mieście, między czterema ścianami?
EKDAL (uśmiechając się spogląda ukradkiem na Hialmara). O, tu nie jest tak źle, wcale nie źle.
GRZEGORZ. Ale to wszystko, z czém się pan zżyłeś, świeże powiewy wiatru, swobodne życie w górach i lasach, wśród dziczyzny, wśród ptactwa.
EKDAL (z uśmiechem). Hialmarze, możeby mu pokazać?
HIALMAR (szybko, nieco zmieszany). O, nie, nie, ojcze, nie dzisiaj.
GRZEGORZ. Co on mi chce pokazać?
HIALMAR. E nic — zobaczysz to innym razem.
GRZEGORZ (zwracając się znowu do starego Ekdala). Panie poruczniku, myślę, że pan powinien teraz ze mną pojechać do fabryk, bo ja tam wkrótce powracam. Papiery do przepisywania i tam pan dostanie, a tu niéma nic, coby cię rozradować i odświeżyć mogło.
EKDAL (spogląda na niego zdumiony). Tu niéma nic... Jakto?
GRZEGORZ. Tak, ma pan Hialmara, ale on ma znów swoję rodzinę. A człowiek jak pan, który się przyzwyczaił do swobody, do dzikiéj natury...
EKDAL (uderzając w stół). Hialmarze, on to musi zobaczyć.
HIALMAR. Ależ, ojcze, teraz nie warto. Jest przecież ciemno.
EKDAL. Głupstwo. Księżyc świeci (wstaje). Powiadam ci, że on to musi zobaczyć. Puść mnie i pomóż mi.
JADWIGA. O tak, ojcze.
HIALMAR (podnosząc się). Co do mnie...
GRZEGORZ (do Giny). Cóż on tam ma?
GINA. Nie wyobrażaj pan sobie, że to coś osobliwego. (Ekdal i Hialmar w głębi pokoju odsuwają każdy jedno skrzydło drzwi. Jadwiga pomaga dziadkowi, Grzegorz stoi przy kanapie, Gina szyje spokojnie. Przez drzwi otwarte widać obszerną, nieregularną przestrzeń pod strychem, z zakątami i kominami. Przez okienka w dachu wpada światło księżyca, na niektóre części strychu, inne pogrążone są w ciemności).
EKDAL (do Grzegorza). Trzeba podejść bliżéj.
GRZEGORZ (idzie do niego). Cóż tu jest?
EKDAL. Niech pan sam obaczy.
HIALMAR (trochę zmieszany). To już należy wyłącznie do ojca, rozumiesz.
GRZEGORZ (staje we drzwiach i zagląda do strychu). Chowa pan kury, panie poruczniku?
EKDAL. Ma się rozumieć, chowamy kury. Teraz wlazły na grzędę, ale trzeba je za dnia zobaczyć.
JADWIGA. I jest także...
EKDAL. Cyt! cyt! nie mów jeszcze.
GRZEGORZ. Są tu, jak widzę, gołębie.
EKDAL. Może i mamy gołębie. Mają swoje gniazda, tam pod samym szczytem, bo widzi pan, gołębie najchętniéj gnieżdżą się wysoko.
HIALMAR. Ale to nie są zwyczajne gołębie.
EKDAL. Spodziewam się, że nie zwyczajne; mamy kapucyny i fajfry i różne osobliwe gatunki. Chodźże pan tu bliżéj, widzisz tę skrzynię przy ścianie?
GRZEGORZ. I na cóż to?
EKDAL. Tam, kochanku, jest nocne legowisko królików.
GRZEGORZ. Więc są i króliki?
EKDAL. Do dyabła, naturalnie, że je mamy. Słyszysz, Hialmarze, on się pyta, czy mamy króliki? Ale teraz pokażę najważniejszą rzecz. Tak, najważniejszą. Odejdź, Jadwiniu. Stań pan tutaj. Widzisz ten koszyk ze słomą?
GRZEGORZ. Widzę, jest tam jakiś ptak w koszyku.
EKDAL. Hm! „jakiś ptak.”
GRZEGORZ. Czy to nie kaczka?
EKDAL (urażony). Kaczka, naturalnie.
HIALMAR. Ale jak sądzisz, jaki rodzaj kaczki?
JADWIGA. To wcale nie zwyczajna kaczka.
EKDAL. Cyt.
GRZEGORZ. To nie jest kaczka turecka.
EKDAL. Nie, panie... Werle, to nie kaczka turecka, ale dzika kaczka.
GRZEGORZ. Na prawdę, dzika kaczka?
EKDAL. Rzeczywiście, ten „ptak,” jak go pan nazwałeś, jest to dzika kaczka, kochanku, nasza dzika kaczka.
JADWIGA. Moja dzika kaczka, bo ona do mnie należy.
GRZEGORZ. I ona może tu żyć, na strychu?
EKDAL. Ma się rozumiéć, że ma koryto z wodą, w którém się pluska.
HIALMAR. Wodę odmienia się co drugi dzień.
GINA (zwracając się do męża). Mój drogi, tu jest okropnie zimno.
EKDAL. Hm! trzeba drzwi zamknąć. Nie trzeba téż przerywać im spoczynku. Pomóż mi, Jadwiniu.

(Hialmar i Jadwiga zasuwają drzwi).

EKDAL. Innym razem obejrzysz ją pan porządnie (siada w fotelu przy piecu). Wierz mi pan, dzikie kaczki, to osobliwe stworzenia.
GRZEGORZ. Ale gdzieżeś ją pan schwytał?
EKDAL. Jam jéj nie schwytał, ale jest ktoś w mieście, komu zawdzięczamy jéj posiadanie.
GRZEGORZ (zdziwiony). To chyba nie mój ojciec?
EKDAL. A właśnie, pański ojciec.
HIALMAR. Zabawna rzecz, Grzegorzu, żeś to odrazu odgadł. GRZEGORZ. Mówiłeś mi tylko co, że tak wiele memu ojcu zawdzięczasz, więc pomyślałem...
GINA. Przecież nie wprost od niego mamy dziką kaczkę.
EKDAL. A jednak zawdzięczamy ją Hagenowi Werle, Gino (do Grzegorza). Ojciec pański był na łodzi, rozumiesz pan, i strzelał do niéj, ale że ma teraz wzrok słaby, więc ją tylko postrzelił.
GRZEGORZ. Pewno dostała tylko parę śrócin.
HIALMAR. Dwie lub trzy ziarnka zaledwie.
JADWIGA. Trafiona była w skrzydło i nie mogła fruwać.
GRZEGORZ. No, pewno poszła na dno.
EKDAL (śpiący, mówi z trudnością). Rozumiem. Tak zawsze bywa z dzikiemi kaczkami, spuszczają się na dno, kochanku, jak mogą najgłębiéj, zapadają w muł, wodorosty, we wszystko, co tam jest w głębinach, i nigdy już nie wypływają na wierzch.
GRZEGORZ. Ależ panie poruczniku, pańska dzika kaczka wypłynęła.
EKDAL. Pański ojciec ma dzielnego psa, ten pies dał nurka i wyciągnął ją.
GRZEGORZ (zwracając się do Hialmara). W ten sposób wyście ją dostali?
HIALMAR. Nie odrazu. Naprzód była u twego ojca, ale tam się źle chowała i Pettersen miał zrobić z nią koniec.
EKDAL (na wpół przez sen). Hm! Pettersen, ta barania głowa.
HIALMAR (ciszéj). Tym sposobem dostała się do nas. Ojciec zna się z Pettersenem, a gdy usłyszał o dzikiéj kaczce, postarał się, żeby mu ją dali.
GRZEGORZ. I tam na strychu, dobrze się chowa?
HIALMAR. Ale jak dobrze, to nie do uwierzenia. Jest teraz tłusta, aż miło. Co prawda, jest tam już od tak dawna, że miała czas zapomnieć o dzikiém życiu i dlatego to zapewne chowa się dobrze i tyje.
GRZEGORZ. Masz słuszność, Hialmarze. Tylko niech nigdy nie ujrzy więcéj ani morza ani nieba. Ale muszę już iść, twój ojciec usnął.
HIALMAR. Nic nie znaczy.
GRZEGORZ. Ach! prawda, mówiłeś, że masz pokój do odnajęcia, teraz wolny.
HIALMAR. Mam. Ale co? Czy znasz kogo, coby go chciał wynająć?
GRZEGORZ. Ja sam-bym go najął.
HIALMAR. Ty?
GINA. Co, pan?
GRZEGORZ. Gdybyście mi państwo najęli ten pokój, sprowadziłbym się zaraz jutro od rana.
HIALMAR. Z największą przyjemnością.
GINA. Ale to nie jest wcale pokój dla pana.
HIALMAR. Gino! Jak możesz mówić?
GINA. Bo ten pokój nie jest ani dość duży, ani dość jasny, przytém...
GRZEGORZ. Mnie o to wcale nie chodzi.
HIALMAR. A ja uważam, że to ładny pokój i nieźle umeblowany.
GINA. Pomyśl przecież o tych dwóch, co na dole mieszkają.
GRZEGORZ. Cóż to za jedni?
GINA. Ach! jeden z nich był nauczycielem prywatnym.
HIALMAR. Kandydat Molving.
GINA. I jakiś doktór, nazwiskiem Relling.
GRZEGORZ. Relling? Znam go trochę, był czas jakiś lekarzem w Hochtalu.
GINA. To para hulaków. Najczęściéj wychodzą wieczorem, a wracają późno w nocy, wówczas są tak...
GRZEGORZ. Do tego przyzwyczaić się można. Mam nadzieję, że ze mną będzie tak, jak z dziką kaczką.
GINA. Niech pan się jeszcze przez noc namyśli.
GRZEGORZ. Widzę, że pani nie ma ochoty miéć mnie w swym domu.
GINA. Ach Boże! jak może pan coś podobnego myśléć.
HIALMAR. To bardzo dziwne z twojéj strony, Gino (do Grzegorza). Ale powiedz mi, myślisz więc teraz pozostać w mieście?
GRZEGORZ (kładąc paltot). Tak, na teraz.
HIALMAR. I nie w domu twojego ojca? Cóż daléj zamierzasz?
GRZEGORZ. Gdybym to sam wiedział, byłoby pól biedy. Ale kiedy kto ma nieszczęście nazywać się Grzegorzem, a jeszcze do tego Werle... Czyś słyszał kiedy co równie szkaradnego?
HIALMAR. Mnie się to wcale szkaradném nie wydaje.
GRZEGORZ. Brr... Miałbym ochotę napluć na człowieka, który się tak nazywa. Ale kiedy się ma nieszczęście być, jak ja na téj ziemi, Grzegorzem — Werle...
HIALMAR (śmiejąc się). No, czémże chciałbyś być, gdybyś nie był Grzegorzem Werle?
GRZEGORZ. Gdybym miał prawo wyboru, tobym najlepiéj chciał być psem.
GINA. Psem!
JADWIGA (mimowolnie). O, nie!
GRZEGORZ. Tak jest, doskonałym psem myśliwskim, takim, co do dna pójdzie za dziką kaczką, gdy ta daje nurka i potrafi ją schwytać, choć się zagrzebie w mule i wodorostach.
HIALMAR. Wiesz, Grzegorzu, nic a nic cię nie rozumiem.
GRZEGORZ. W tém, co powiedziałem, nie ma nic nadzwyczajnego. Więc do jutra — wprowadzam się od rana (do Giny). Nie zrobię pani żadnego kłopotu, sam sobie posługuję (do Hialmara). O reszcie pogadamy jutro. Dobranoc pani (kłania się Jadwidze). Dobranoc.
GINA. Dobranoc panu.
JADWIGA. Dobranoc.
HIALMAR (zapalając świecę). Zaczekaj trochę, poświecę ci, pewno na wschodach ciemno. (Grzegorz i Hialmar wychodzą głównemi drzwiami na korytarz).
GINA (patrzy za niemi z robotą opuszczoną na kolana). Co za dziwne powiedzenie, że pragnąłby być psem.
JADWIGA. Wiesz co, mamo, mnie się zdaje, że on miał ciągle na myśli coś innego, niż to, co mówił.
GlNA. Tak sądzisz? W każdym razie było to bardzo dziwne.
HIALMAR (wracając). Jeszcze było światło (gasi świecę i stawia na boku). Nareszcie, można coś przekąsić (je chleb z masłem). Widzisz, Gino, kiedy się kto postara...
GINA. Jakto, postara?
HIALMAR. To wielkie szczęście, żeśmy raz wynajęli ten pokój. A jeszcze takiemu człowiekowi, jak Grzegorz — dawnemu przyjacielowi.
GINA. Dobrze, dobrze, a jednak nie wiem, co ci na to powiedziéć.
JADWIGA. Obaczysz, mamo, jak się to wszystko ładnie ułoży.
HIALMAR. Jaka ty jesteś dziwna! Tak chciałaś odnająć ten pokój, a teraz znowu nie chcesz.
GINA. Gdyby go tylko wynajął kto inny. Ale pomyśl, co na to powie stary Werle.
HIALMAR. Stary Werle. A cóż mu do tego?
GINA. Łatwo się domyśléć, że pomiędzy nimi musiało znowu coś zajść, skoro syn opuścił dom ojcowski. Wiesz przecież, jakie są ich stosunki.
HIALMAR. Wszystko to być może, ale...
GINA. Teraz ojciec gotów pomyśléć, żeś ty się w to wmieszał.
HIALMAR. A niech sobie myśli, co tylko chce. Stary Werle bardzo dużo dla mnie uczynił. Czuję to dobrze, Bóg świadkiem, ale pomimo to, nie mogę być zawsze od niego zależnym.
GINA. Mój drogi, mogłoby się to odbić na biednym ojcu, gdyby utracił ten mały zarobek, jaki mu daje Groberg.
HIALMAR. Niemal, że tego pragnę. Czyż to nie upokorzenie dla takiego, jak ja człowieka, gdy jego stary, osiwiały ojciec pracuje jak wyrobnik. No, ale mam nadzieję, że przyjdzie wreszcie czas (bierze kawałek chleba z masłem). Zaprawdę, mam zadanie życia — i spełnię je.
JADWIGA. O, zrób to, ojcze!
GINA. Cicho! na co go budzić!
HIALMAR (ciszéj). Spełnię je, powiadam. Przyjdzie jeszcze dzień, w którym... i dlatego dobrze jest, żeśmy pokój odnajęli, bo tym sposobem mniéj jestem zależnym (zwracając się do fotelu, w którym śpi stary Ekdal, ze wzruszeniem). Biedny, stary, białowłosy ojcze, spuść się na twego Hialmara, on ma szerokie barki — przynajmniej silne barki. Doczekasz jeszcze pięknych dni (do Giny). Ty może temu nie wierzysz?
GINA. Wierzę, ale tymczasem trzeba go położyć do łóżka.
HIALMAR. A więc dobrze.




AKT III.
Pracownia Hialmara Ekdala.

(Rano. Światło dzienne pada przez dach szklany, firanka odsłonięta. Hialmar siedzi przy stole i retuszuje fotografię. Kilka innych leży przed nim. Wchodzi Gina drzwiami głównemi w kapeluszu i okryciu, ma w ręku zamknięty koszyk).

HIALMAR. Wracasz już, Gino?
GINA. Trzeba się śpieszyć (stawia koszyk na krześle, zdejmuje kapelusz i okrycie).
HIALMAR. Czy zaglądałaś do Grzegorza?
GINA. Zaglądałam. Niéma co mówić, ślicznie się już urządził, jak tylko przyszedł, zaprowadził piękny porządek.
HIALMAR. Jakto?
GINA. Chciał przecież obejść się bez wszelkiéj pomocy, powiedział, że sam sobie usłuży, sam téż w piecu napalił, zostawił zasuniętą blachę i teraz caluteńki pokój pełen dymu. Br... co tam za czad!...
HIALMAR. Nie może być!
GINA. A co najlepsze, chciał ogień zagasić, wylał w piec wszystką wodę z miednicy. Podłoga teraz brudna, jak w chlewie.
HIALMAR. To przykro.
GINA. Zawołałam odźwiernéj i kazałam pokój wyczyścić, ale do południa nie będzie mieszkalny.
HIALMAR. I gdzież on jest?
GINA. Powiedział, że pójdzie się przejść.
HIALMAR. I ja tam byłem u niego po twojém wyjściu.
GINA. Słyszałam o tém. I zaprosiłeś go na śniadanie?
HIALMAR. Na takie małe śniadanko, przecież to pierwszy dzień, nie można inaczéj. Masz tam pewno coś w domu.
GINA. Muszę się postarać, żeby coś było.
HIALMAR. Tylko widzisz, żeby nie było za mało, bo sądzę, że Molvig i Relling także przyjdą. Spotkałem Rellinga na wschodach...
GINA. No — i ci dwaj także?
HIALMAR. Boże mój! parę osób mniéj lub więcéj, przecież nie znaczy.
EKDAL (otwiera drzwi od swego pokoju i wygląda). Słuchajno, Hialmarze (spostrzega Ginę), Ach!
GINA. Czy ci czego potrzeba, ojcze?
EKDAL. Mnie? nie, nie, hm! (zamyka drzwi).
GINA (biorąc koszyk). Uważaj tylko na niego, żeby nie wyszedł.
HIALMAR. Będę uważał... Słuchaj, Gino, dobrzeby dać sałatę ze śledzi. Molving i Relling dzisiejszą noc przehulali.
GINA. Byle tylko nie przyszli zbyt wcześnie.
HIALMAR. O nie, z pewnością, będziesz miała czas.
GINA. No tak, a ty możesz jeszcze tymczasem pracować.
HIALMAR. Siedzę, jak widzisz, pracuję, pracuję, ile tylko mogę.
GINA. Gdy to raz skończysz, to już będziesz wolny (idzie z koszykiem do kuchni).
HIALMAR (siedzi parę chwil i retuszuje, ale robi to leniwie i niechętnie).
EKDAL (zagląda znowu i mówi po cichu). Jesteś zajęty?
HIALMAR. Tak, siedzę tu i biedzę się z temi fotografiami.
EKDAL. No, skoro masz tak pilną robotę. Hm! (wraca do twego pokoju i drzwi zostawia otwarte).
HIALMAR (zaprzestaje roboty przez parę chwilę potém kładzie pędzelek i idzie ku drzwiom). Chcesz czego, ojcze?
EKDAL (mrukliwie u siebie). Kiedy ty masz robotę, to i ja mam robotę. Hm!
HIALMAR. No, tak (siada znów do retuszowania).
EKDAL (znów podchodząc do drzwi). Widzisz, ja się zbytecznie śpieszyć nie potrzebuję.
HIALMAR. Sądziłem, że masz pisanie?
EKDAL. Do dyabła! przecież Groberg może parę dni zaczekać. O ile wiem, nie idzie tu o życie.
HIALMAR. A ty nie jesteś niewolnikiem.
EKDAL. Przytém tamto jest pilne.
HIALMAR. No tak. Może chcesz tam pójść, ojcze? Czy ci otworzyć?
EKDAL. To byłoby dobrze.
HIALMAR (wstaje od roboty). Pozbylibyśmy się tamtego, przynajmniej.
EKDAL. Właśnie. Przecież to musi być skończone przed jutrem. Jutro są urodziny. Hm?
HIALMAR. Jutro niezaprzeczenie. (Idą w głąb obadwaj i odsuwają drzwi od strychu. Strych oświetlony jest słońcem, którego promienie wpa'dają przez okna w dachu. Gołębie latają, inne znów siedzą na grzędzie, kury gdaczą).
HIALMAR No to wejdź, ojcze.
EKDAL (wchodzi). A ty, nie idziesz?
HIALMAR. Wiesz co, może to byłoby lepiéj (widząc Ginę we drzwiach kuchennych). Ja?... nie, ja nie mam czasu, muszę pracować... Ach! zobaczmy, czy to dobrze idzie (ciągnie za sznur, opuszcza się firanka, której część niższa zrobiona jest z żaglowego płótna, a wyższa z rozpostartéj sieci. Firanka zasiania wejście do strychu).
HIALMAR (idzie do stołu). Tak, mogę teraz chwilę posiedziéć spokojnie.
GINA. Czy on tam znowu chce gospodarować?
HIALMAR. Przecież to lepiéj, niż gdyby poszedł do Eryksenowéj (siada). Czy chcesz czego?
GINA. Chciałam tylko zapytać, czy tutaj nakryć do śniadania?
HIALMAR. Tutaj. Tak wczesnéj godziny zapewne nikt nie zamówił?
GINA. Nie, nikogo się nie spodziewam, prócz pary narzeczonych, którzy chcą fotografować się razem.
HIALMAR. Do dyabła! że téż nie mogli wybrać innego dnia.
GINA. Naznaczyłam im godzinę poobiednią, kiedy śpisz.
HIALMAR. No, to dobrze. Możemy jeść tutaj.
GINA. Ale nie nakrywam jeszcze. Możesz przy stole retuszować.
HIALMAR. Widzisz przecież, że siedzę i pracuję, o ile tylko mogę.
GINA. Potém za to będziesz swobodny (wraca do kuchni. Krótkie milczenie).
EKDAL (we drzwiach od strychu za siecią). Hialmarze!
HIALMAR. Co?
EKDAL. Zdaje mi się, że trzeba koryto przesunąć.
HIALMAR. Dawno to mówiłem.
EKDAL. Hm! — hm! hm! (wchodzi ode drzwi).
HIALMAR (pracuje przez chwilę, potém patrzy ukradkiem w stronę strychu i podnosi się nawpół).

(Jadwiga wchodzi od kuchni).

HIALMAR (siada prędko napowrót). Czego chcesz?
JADWIGA. Przyszłam do ciebie, ojcze.
HIALMAR (po chwili). Pewnie chcesz co przewąchać, coś przejrzéć?
JADWIGA. Nie, wcale nie.
HIALMAR. Co robi matka?
JADWIGA. Mama właśnie przyrządza sałatę ze śledzi (przystępuje do stołu). Czy mogę ci trochę pomódz?
HIALMAR. Nie. Najlepiej żebym sam pracował, dopóki moje siły wytrzymają. Nie zaznacie biedy, dopóki tylko twój ojciec zachowa życie i zdrowie.
JADWIGA. Ach ojcze, nie mów takich rzeczy (idzie w głąb i zagląda do strychu).
HIALMAR. Co on tam robi?
JADWIGA. Pewno urządza nowe miejsce na koryto.
HIALMAR. On temu nigdy sam nie podoła, a ja muszę tu siedziéć.
JADWIGA (przystępując do niego). Daj mi pędzelki, ojcze, już ja potrafię...
HIALMAR. Głupstwo. Tylko psułabyś sobie oczy.
JADWIGA. Ale nie. Daj tylko pędzelki.
HIALMAR (wstając). Wprawdzie to potrwa zaledwie parę minut.
JADWIGA. Cóż mi to może zaszkodzić? (bierze pędzelki). Patrz (siada). Tu mam przecież wzór.
HIALMAR. Tylko nie psuj sobie oczów. Słyszysz. Nie chcę brać za to odpowiedzialności. Mówię ci, że odpowiedzialność sama bierzesz na siebie.
JADWIGA (retuszując). Dobrze, dobrze, biorę.
HIALMAR. Ty jesteś bardzo zręczna, Jadwiniu. Tylko parę minut, ma się rozumiéć, tylko parę. (Rzuca się na strych za firanką. Jadwiga siedzi przy robocie, słychać zdaleka głosy Ekdala i Hialmara, rozmawiających z sobą).
HIALMAR (przy siatce). Jadwiniu, proszę cię, daj mi obcążki, które leżą na półce i młotek także (odwraca się do głębi). Obaczysz teraz, ojcze. Chcę ci tylko pokazać, jak ja to zrobić myślę.

(Jadwiga przynosi żądane przedmioty).

HIALMAR. Dziękuję ci. A co? dobrze się stało, żem przyszedł (odchodzi ode drzwi, w głębi słychać uderzenia młotka i rozmowę. Jadwiga stoi patrząc na nich. Ktoś puka do drzwi wejściowych, ona nie zważa na to).
GRZEGORZ (bez kapelusza i paltotu wchodzi i zatrzymuje się we drzwiach). Hm.
JADWIGA (zwraca się i idzie ku niemu). Dzień dobry, niech pan będzie łaskaw wejść.
GRZEGORZ. Dziękuję (zagląda do strychu). Macie państwo rzemieślników w domu?
JADWIGA. Nie, to tylko ojciec i dziadek. Zaraz im powiem, że pan przyszedł.
GRZEGORZ. Nie trzeba, wolę zaczekać (siada na kanapie).
JADWIGA. Tu tak nieporządnie (chce sprzątnąć fotografie).
GRZEGORZ. Zostaw je pani. Czy mają być teraz wykończone?
JADWIGA. Tak i właśnie pomagałam ojcu.
GRZEGORZ. Niechże sobie pani nie przeszkadza dla mnie.
JADWIGA. O, nie (rozkłada znów przybory na stole i siada, Grzegorz patrzy na nią w milczeniu).
GRZEGORZ. Dobrze dziś spała dzika kaczka?
JADWIGA. Dziękuję, zdaje mi się, że dobrze.
GRZEGORZ (zwracając się w głąb ku strychowi). W dzień to wygląda zupełnie inaczej, niż przy świetle księżyca.
JADWIGA. Tak, wygląd ten zmienia się z każdą porą. Inny jest rano, inny po południu, jeszcze inny, gdy deszcz pada lub téż jest pogoda.
GRZEGORZ. Pani zwróciła na to uwagę?
JADWIGA. Przecież to się widzi.
GRZEGORZ. I pani także przesiaduje tam chętnie, przy dzikiéj kaczce?
JADWIGA. Skoro tylko mogę.
GRZEGORZ. Zapewne brak pani wolnego czasu. Pewno chodzisz do szkoły?
JADWIGA. Teraz już nie chodzę, ojciec się boi, żebym sobie oczu nie popsuła.
GRZEGORZ. Niezawodnie sam panią uczy?
JADWIGA. Ojciec mi to wprawdzie obiecał, ale do tej pory nie miał czasu.
GRZEGORZ. Czy kto inny nie mógłby go w tem zastąpić?
JADWIGA. Mógłby pan Molvig — ale nie zawsze jest... jakby to powiedzieć... w porządku.
GRZEGORZ. Często pijany?
JADWIGA. Tak, niestety.
GRZEGORZ. No, to pani może miéć dużo wolnego czasu. A tam na strychu, tam jest cały osobny świat. Nieprawdaż?
JADWIGA. Zupełnie osobny. Jest tam tyle szczególnych rzeczy.
GRZEGORZ. Tak?
JADWIGA. Są tam wielkie szafy, pełne książek, a w tych książkach mnóstwo obrazków.
GRZEGORZ. Aha!
JADWIGA. Potem jest stara szafa z szufladami i klapą i wielki zegar z figurami, które powinny ukazywać się we właściwych godzinach. Cóż, kiedy zegar nie idzie.
GRZEGORZ. Więc tam, przy dzikiéj kaczce, czas się zatrzymał.
JADWIGA. Tak. Daléj jest jeszcze stara szafa od farb i tym podobne graty. Nadewszystko zaś tyle książek.
GRZEGORZ. Chętnie je pani czyta?
JADWIGA. Czytam, o ile mogę, ale nie wszystkie rozumiem, bo jest wiele angielskich. Przynajmniej oglądam obrazki. Szczególniéj jest tam jedna olbrzymia książka pod tytułem "Harryson’s History of London,” ma już z pewnością jakie sto lat i tam jest mnóstwo rycin. Na samym początku narysowana jest śmierć z klepsydrą i młodą dziewczyną. To szkaradne, ale tam są i inne rzeczy, kościoły, zamki, ulice i wielkie okręty, płynące po morzu.
GRZEGORZ. Powiedz mi pani, skądże się tu wzięły te wszystkie osobliwe rzeczy?
JADWIGA. Mieszkał tu niegdyś kapitan okrętu, on to przywiózł je z sobą. Ludzie nazywali go „Latającym Holendrem,” niewiadomo z jakiego powodu, bo wcale Holendrem nie był.
GRZEGORZ. Nie?
JADWIGA. Nie. W końcu wyjechał i nie wrócił, a rzeczy pozostały, jak były za niego.
GRZEGORZ. Ale powiedz mi pani, gdy oglądasz te ryciny, czy nie przychodzi ci chętka stąd wylecieć i przyjrzeć się szerokiemu światu?
JADWIGA. Bynajmniej. Chciałabym zawsze tu pozostać, pomagać ojcu i matce.
GRZEGORZ. I retuszować fotografie, nie prawdaż?
JADWIGA. Nietylko retuszować, wolałabym rytować takie obrazki, jak te, co są w angielskich książkach.
GRZEGORZ. Hm! A cóż na to ojciec?
JADWIGA. Nie sądzę, aby się to ojcu podobało. W tych rzeczach jest on trochę dziwaczny. Wystaw pan sobie, chce, bym się uczyła koszykarstwa. To przecież niepodobna.
GRZEGORZ. Mnie się to także nie zdaje.
JADWIGA. Jednakże z drugiej strony, ojciec ma słuszność, bo gdybym znała koszykarstwo, zrobiłabym nowy koszyk dla dzikiej kaczki.
GRZEGORZ. To prawda, to do pani należy.
JADWIGA. Wszakże to moja dzika kaczka.
GRZEGORZ. No, tak.
JADWIGA. Należy do mnie, ale użyczam jéj ojcu i dziadzi, skoro im się to tylko podoba.
GRZEGORZ. A na cóż im ona?
JADWIGA. Zajmują się nią, dają jéj to, czego potrzebuje.
GRZEGORZ. Widzę, że dzika kaczka jest najznakomitszą istotą na strychu.
JADWIGA. Ma się rozumiéć, jest to przecież ptak dziki. Żal mi jéj przecież, biedaczka nie ma nikogo ze swoich.
GRZEGORZ. Nie ma rodziny, jak króliki.
JADWIGA. Albo kury, które się znają od czasu, jak się z jajek wykluły. Ona zaś rozłączona jest ze swojemi. A potem takie dziwne losy tej dzikiej kaczki, nikt jej nie zna, nie wie nawet, skąd właściwie pochodzi.
GRZEGORZ. I była w głębinach morskich.
JADWIGA (spogląda na niego z boku i tłumi uśmiech). Dlaczego pan mówi „w głębinach morskich?”
GRZEGORZ. Jakże mam powiedzieć?
JADWIGA. Mógłby pan powiedzieć "na dnie morskiém," albo po prostu „w morzu.”
GRZEGORZ. Tak samo powiedzieć mogę „w głębinach morskich.”
JADWIGA. Tak, ale dla mnie to brzmi tak dziwnie: „w głębinach morskich.”
GRZEGORZ. Dlaczego? wytłómacz mi pani, dlaczego?
JADWIGA. Nie mogę — bo to istne dzieciństwo.
GRZEGORZ. Z pewnością tak nie jest. Niech mnie tylko pani powie, z czegoś się uśmiechała.
JADWIGA. Bo ja, kiedy tak nagle pomyślę o téj całéj przestrzeni na strychu, nazywam je „głębiną morską.” Ale to niéma sensu.
GRZEGORZ. Tego powiedziéć nie można. JADWIGA. Przecież to tylko strych.
GRZEGORZ (patrząc się w nią). Czy jesteś pani tego pewną?
JADWIGA (zdziwiona). Pewną, że to jest strych?
GRZEGORZ. Masz to zupełne przekonanie?

(Jadwiga milczy i patrzy na niego ze zdumieniem).
(Gina wchodzi z kuchni, niosąc nakrycia).

GRZEGORZ (wstaje). Za wcześnie, widzę, przyszedłem.
GINA. Musisz pan przecież gdzieś przebywać, zaraz téż wszystko będzie gotowe. Wyprzątnij stół, Jadwiniu. (Jadwiga sprząta, potem z matką nakrywa. Przez ten czas Grzegorz przegląda album).
GRZEGORZ (do Giny). Podobno pani zna retuszeryę?
GINA (patrząc na niego z pod oka). Znam.
GRZEGORZ. To się bardzo szczęśliwie złożyło.
GINA. Dlaczego szczęśliwie?
GRZEGORZ. Szczęśliwie, skoro Hialmar jest fotografem.
JADWIGA. Mama umie także fotografować.
GINA. Miałam dość sposobności nauczenia się tego.
GRZEGORZ. Więc to pani prowadzi zakład?
GINA Tak, kiedy Hialmar czasu nie ma.
GRZEGORZ. Wyobrażam sobie, że mu ojciec musi wiele czasu zabierać.
GINA. Przytém, nie jest to właściwém zajęciem dla człowieka takiego jak Hialmar, robić zdjęcia, z byle kogo.
GRZEGORZ. I ja tak sądzę, ale skoro już obrał sobie taki zawód...
GINA. Pan przecież nie przypuszcza, by Hialmar był zwyczajnym fotografem.
GRZEGORZ. Broń Boże. Ale (słychać na strychu wystrzał). Co to jest?
GINA. Znowu strzelają.
GRZEGORZ. Strzelają?
JADWIGA. Polują.
GRZEGORZ. Na co? (mówi we drzwiach strychu). Cóż to za polowanie, Hialmarze?
HIALMAR (przez sień). Ach! to ty jesteś, nie wiedziałem. Zajęto mnie (do Jadwigi). Czemuż nic nam nie powiedziałaś (wchodzi do pracowni).
GRZEGORZ. Strzelasz na strychu?
HIALMAR (pokazując na dwustrzałowy pistolet). Tylko z tego.
GINA. Ty i ojciec jeszcze kiedy zrządzicie nieszczęście z tym pigstoletem.
HIALMAR (kłótliwie). Mówiłem ci już, że to się nazywa pistolet.
GINA. Wszystko jedno.
GRZEGORZ. Zostałeś więc myśliwym, Hialmarze?
HIALMAR. Poluję niekiedy na króliki, jak sobie łatwo wyobrazisz, dla przyjemności ojca.
GINA. Dziwni są ci mężczyźni, muszą sobie zawsze jaką rozrywkę wymyśleć.
HIALMAR (gniewnie). Tak, musimy miéć zawsze rozrywkę.
GINA. Właśnie to samo mówię.
HIALMAR. No, tak (do Grzegorza). Ten strych jest tak szczęśliwie położony, że nikt naszego strzelania nie słyszy (kładzie pistolet na najwyższéj półce). Nie ruszaj pistoletu, Jadwiniu, pozostał w nim jeszcze jeden nabój, pamiętaj.
GRZEGORZ (patrząc przez sieć). Masz także broń myśliwską, jak widzę.
HIALMAR. To stara strzelba ojca. Nie zdatna do użytku, bo zamek zepsuty. Jest z niej jednak przyjemność, można ją czyście, rozbierać, znów składać — głównie zajmuje to ojca.
JADWIGA (do Grzegorza). Teraz możesz pan dobrze widziéć dziką kaczkę.
GRZEGORZ. Widzę ją doskonale, zdaje mi się, że ma jedno skrzydło troszkę zwieszone.
HIALMAR. Nie dziw, była postrzeloną.
GRZEGORZ. Przytem, powłóczy trochę łapką. Czy nie tak?
HIALMAR. Troszeczkę.
JADWIGA. Pies ugryzł ją w łapkę.
HIALMAR. Oprócz tego jest zupełnie cała i zdrowa, to szczególne w ptaku, który dostał postrzał i znajdował się w zębach psa.
GRZEGORZ (patrząc na Jadwigę). I był w głębinach morskich.
JADWIGA (z uśmiechem). Tak.
GINA (zastawiając stół). Kochana dzika kaczka, warto obdarzyć ją orderem.
HIALMAR. Prędko skończysz z tém nakrywaniem?
GINA. Pomóż mi, Jadwiniu (wychodzi z Jadwigą do kuchni).
HIALMAR (pół głosem). Nie stój tam i nie zaglądaj, ojciec tego nie lubi.

(Grzegorz odchodzi od wejścia na strych).

HIALMAR. Najlepiéj zrobię, zamykając drzwi, zanim tamci przyjdą (robi ruch rękami). A sio, a sio, precz stąd (ściąga firankę i zasuwa drzwi). Całe to urządzenie jest moim wynalazkiem. To bardzo zabawne mieć coś podobnego, ja to wszystko utrzymuję w porządku, naprawiam, gdy jest jakie uszkodzenie. Przytém jest to potrzebne, bo Gina nie znosi w pracowni ani kur ani królików.
GRZEGORZ. Bardzo naturalnie. Czy to właściwie twoja żona zakład prowadzi?
HIALMAR. Zostawiam jéj sprawy bieżące, bo w takim razie chronię się do osobnego pokoju i mogę rozmyślać o rzeczach ważniejszych.
GRZEGORZ. O jakich rzeczach, Hialmarze?
HIALMAR. Dziwię się, żeś mnie dotąd nie zapytał o to. Czyś jeszcze nic nie słyszał o tym wynalazku?
GRZEGORZ. Nie.
HIALMAR. Nie słyszałeś? Naturalnie, tam w fabryce, wśród lasów na pustkowiu...
GRZEGORZ. Więc zrobiłeś odkrycie?
HIALMAR. Jeszcze nie zupełnie, ale jestem na drodze. Możesz sobie wyobrazić, że skoro postanowiłem poświęcić się fotografii, to nie dlatego, żeby tylko robić zdjęcia pospolitych ludzi.
GRZEGORZ. To samo mówiła mi twoja żona.
HIALMAR. Zaprzysiągłem sobie, że skoro zmuszony jestem poświęcić moje siły temu rzemiosłu, to powinienem je podnieść do wysokości sztuki i nauki. Postanowiłem więc dokonać jakiegoś wynalazku.
GRZEGORZ. I na czemże ten wynalazek polega? Co to ma być właściwie?
HIALMAR. Nie wypytuj mnie zbyt szczegółowo, mój drogi. Na to, widzisz, potrzeba czasu. Ja nie pracuję dla siebie, o nie! Ale jest to cel życia, którego na chwilę z oczu nie spuszczam.
GRZEGORZ. Jaki cel życia?
HIALMAR. Czyż zapomniałeś o srebrnowłosym starcu?
GRZEGORZ. O twoim biednym ojcu, ale cóż możesz dla niego uczynić?
HIALMAR. Mogę wskrzesić w nim poczucie godności, podnosząc nazwisko Ekdalów, okrywając je szacunkiem i zasługą.
GRZEGORZ. I to jest celem twego życia?
HIALMAR. Tak, chcę uratować rozbitka złamanego burzą losów. Już w czasie tego okropnego śledztwa nie był sam sobą. Ten oto pistolet, którym teraz strzelamy króliki, odegrał swoję rolę w tragiedyi losu rodziny Ekdalów.
GRZEGORZ. Ten pistolet...
HIALMAR. Gdy wyrok zapadł i on miał być uwięziony, pochwycił ten pistolet...
GRZEGORZ. Doprawdy?
HIALMAR. Ale nie był w stanie zamiaru dokonać. Był już tak upadły, tak pognębiony, że stchórzył. Czy ty to pojmujesz? On, żołnierz, on, co zabił tyle niedźwiedzi i co pochodził od dwóch pułkowników — naturalnie ojca i dziadka. Czy ty to pojmujesz, Grzegorzu?
GRZEGORZ. Pojmuję aż nadto.
HIALMAR. Ja nie mogę. Drogi raz ten pistolet zaznaczył się w historyi rodu Ekdalów, gdy ojciec został ubrany w szarą siermięgę, zamknięty za kratą. O! były to dla mnie straszne czasy — jak sobie możesz wyobrazić — wówczas zapuściłem story w moich obydwóch oknach. Gdym wyjrzał, słońce świeciło jak zwykle. Nie mogłem tego pojąć. Widziałem, że ludzie chodzili po ulicy, śmieli się, mówili o powszednich rzeczach. Nie mogłem tego pojąć. Zdawało mi się, że cały świat powinien był się zmienić, jak w czasie zaćmienia.
GRZEGORZ. Tak samo było ze mną, gdy moja matka umarła.
HIALMAR. W takiéj godzinie, Hialmar Ekdal zwrócił pistolet ku swojej własneé piersi.
GRZEGORZ. I tyś także o tém myślał?
HIALMAR. Tak.
GRZEGORZ. Aleś zamiaru nie wykonał?
HIALMAR. Nie. W ostatecznéj chwili przezwyciężyłem samego siebie. Zachowałem życie, ale wierz mi, potrzeba na to wielkiej odwagi, ażeby w tych okolicznościach wybrać życie.
GRZEGORZ. To zależy od sposobu widzenia.
HIALMAR. Nie, bezwarunkowo nie. Jednakże dobrze się stało, bo wkrótce dokonam mego wynalazku, a wówezas sądzę, i doktór Relling podziela to zdanie, ojciec może znów otrzymać pozwolenie noszenia munduru. Chcę to przeprowadzić, jako jedyne zadanie życia.
GRZEGORZ. Więc tak rzeczy stoją z tym mundurem?
HIALMAR. Tak, on tego pragnie gorąco, on za tem tęskni i możesz sobie wyobrazić, jak mi się serce kraje z tego powodu. Ile razy święcimy jaką rodzinną uroczystość, np. rocznicę mego ślubu z Giną, lub coś podobnego, starzec ubiera się w swój porucznikowski mundur — strój z dni szczęścia, ale niechże kto zastuka do drzwi — on nie może pokazać się w nim oczom obcych — ucieka do swego pokoju tak szybko, jak na to pozwalają stare nogi. Ten widok rozdziera mi serce.
GRZEGORZ. I jak sądzisz, kiedy dokonasz twego odkrycia?
HIALMAR. Boże! jakże możesz mnie pytać o takie szczegóły? Odkrycie jest to coś, czego nie jest się panem, najczęściej przychodzi z natchnienia, niepodobna więc z góry obracbować czasu, w którym dokonane zostanie.
GRZEGORZ. Jednakże postępuje?
HIALMAR. Ma się rozumiéć, postępuje. Tymczasem ciągle się z niém kłopoczę. Codzień po obiedzie, zamykam się w pokoju i rozmyślam, ale nie można mnie przynaglać, to się na nic nie zda. Relling to samo utrzymuje.
GRZEGORZ. A nie znajdujesz, że te wszystkie urządzenia na strychu stają ci na przeszkodzie, rozrywają myśl?
HIALMAR. Nie, przeciwnie, nie mów tego. Nie mogę przecież oddawać się bezustannie na pastwę jednéj myśli, muszę mieć obok tego jakąś rozrywkę, któraby zapełniła czas oczekiwania. Wiem, że natchnienie, jeśli ma przyjść, przychodzi bez względu na nic.
GRZEGORZ. Wiész co, Hialmarze, zdaje mi się niemal, że ty podobnym jesteś do dzikiéj kaczki.
HIALMAR. Do dzikiéj kaczki! Co przez to rozumiesz?
GRZEGORZ. Jak ona, poszedłeś na dno i zaryłeś się głęboko w porostach i mule.
HIALMAR. Czy masz na myśli ten postrzał, który skrzydła ojcu połamał i mnie także dosięgnął?
GRZEGORZ. O! nie. Nie myślałem o tym postrzale, a jednak wpadłeś w zatrute bagnisko, twoje ciało owładła powolna choroba i trawić cię będzie, dopóki nie skonasz w ciemności.
HIALMAR. Ja? Mam skonać w ciemności? Wiész co, Grzegorzu, daj pokój podobnym mowom.
GRZEGORZ. Bądź spokojny, ja cię podźwignę.. Ja także znalazłem cel życia, a znalazłem go dopiéro od wczoraj.
HIALMAR. Być może, mnie jednak zostaw w spokoju, mogę ci zaręczyć, że, odłożywszy na bok łatwą do zrozumienia melancholię, czuję się w stanie zupełnie zadawalającym.
GRZEGORZ. To poczucie jest właśnie dowodem zatrucia.
HIALMAR. Nie, nie, mój dobry Grzegorzu, nie mówmy o chorobach ani truciznach. Nie lubię tego. W moim domu nigdy nie wspomina się rzeczy przykrych.
GRZEGORZ. Bardzo temu wierzę.
HIALMAR. Mnie to wcale nie służy; a przytém niéma tutaj żadnych bagnistych wyziewów, jak się wyraziłeś. Nizki jest wprawdzie dom ubogiego fotografa, znajduje się w bardzo skromnych warunkach bytu, ale jestem wynalazcą i utrzymuję swoję rodzinę, to mnie wywyższa po nad te skromne warunki... Otóż i śniadanie. (Gina i Jadwiga przynoszą butelki piwa, karafkę wódki, szklanki i t. p. Jednocześnie Relling i Molvig wchodzą główném wejściem. Obadwaj nie mają kapeluszy i paltotów. Molvig jest ubrany czarno).
GINA. (stawiając butelki i szklanki na stole). Otóż to się zowie przyjść w same porę.
RELLING. Molvigowi zdawało się, że czuje zapach sałaty ze śledzi i nie mógł dłużej wytrzymać. Jeszcze raz dzień dobry, Hialmarze.
HIALMAR. Grzegorzu, muszę ci przedstawić pana kandydata Molviga — pan doktór Relling, zdaje mi się, że panowie się znają.
GRZEGORZ. Przelotnie.
RELLING. Ach! to młody pan Werle, tak jest, spotykaliśmy się w górach i skakaliśmy sobie do oczów. Pan się teraz tutaj wprowadził?
GRZEGORZ. Dziś rano.
RELLING. A pod panem mieszkam ja z Molvigiem, ma pan pod ręką doktora i kaznodzieję, gdybyś jednego lub drugiego potrzebował.
GRZEGORZ. Być może, iż się przydadzą, wczoraj było nas trzynaście osób przy stole.
HIALMAR. Ach! dajże pokój z takiemi przykremi myślami.
RELLING (do Hialmara). Możesz spokojnie słuchać, na szczęście to się ciebie nie tyczy.
HIALMAR. Oby tak było dla dobra mojej rodziny. Ale tymczasem siadajmy, jedzmy, pijmy i bądźmy weseli.
GRZEGORZ. Czy nie czekamy na twego ojca?
HIALMAR. Nie, on woli jeść u siebie. Siadajmy. (Panowie zasiadają do stołu, jedzą, piją, Gina i Jadwiga usługują im).
RELLING (do Giny). Wie pani, wczoraj Molvig ledwo się trzymał na nogach.
GINA. Wczoraj znowu?
RELLING. Nie słyszała pani, kiedyśmy z nim w nocy wrócili do domu?
GINA. Nie słyszałam.
RELLING. To szczęśliwie, Molvig był rzeczywiście niemożliwy.
GINA (do Molviga). Czy to prawda?
MOLVIG. Rzućmy zasłonę na wspomnienia dzisiejszéj nocy. One nie mają nic wspólnego z lepszą częścią mojego ja.
RELLING (do Grzegorza). Czasem napada go to, jak opętanie, wówczas muszę z nim iść na hulankę, bo widzi pan, kandydat Molvig ma coś demonicznego.
GRZEGORZ. Demonicznego?
RELLING. Tak jest, Molvig jest demoniczny.
GRZEGORZ. Hm!
RELLING. A natury demoniczne nie są na to stworzone, by szły w świat na pewnych nogach. Czasami zbaczają na manowce. Pan dotychczas zdołał wytrzymać w tych szkaradnych fabrykach?
GRZEGORZ. Dotychczas wytrzymałem.
RELLING. A czyś pan urzeczywistnił swoje zachcianki?
GRZEGORZ. Zachcianki! (dorozumiewa się znaczenia). Ach! tak.
HIALMAR. Ty urzeczywistniłeś jakieś zachcianki, Grzegorzu?
GRZEGORZ. Dzieciństwo!
RELING. Uczynił to niezawodnie. Chodził np. od chaty do chaty i przedstawiał to, co nazywał „idealnemi pożądaniami”.
GRZEGORZ. Byłem wówczas tak młody.
RELLING. Ma pan zupełną słuszność, był pan bardzo młody, a te idealne pożądania nie zostały ziszczone za mojéj tam bytności.
GRZEGORZ. I późniéj także nie.
RELLING. Bardzo wierzę. Przypuszczam, żeś pan potém coś z nich opuścił, obejrzawszy się po świecie.
GRZEGORZ. Nigdy, przynajmniej wobec prawdziwie uczciwych ludzi.
HIALMAR. To bardzo rozsądnie... Trochę masła, Gina.
RELLING. I trochę słoniny dla Molviga.
MOLVIG. Br! tylko nie słoniny (stukanie we drzwiach od strychu).
HIALMAR. Otwórz Jadwiniu, ojciec chce wejść (Jadwiga odsuwa drzwi, wchodzi stary Ekdal ze skórą królika w ręku, Jadwiga drzwi zasuwa).
EKDAL. Dzień dobry panom. Miałem dziś świetne polowanie, zabiłem dużą sztukę.
HIALMAR. I obdarłeś ją ze skóry, zanim przyszedłem.
EKDAL. Nasoliłem ją także. Mięso królika jest miękkie i smaczne, a przytem i słodkie jak cukier. Dobrego apetytu, panowie (idzie do swego pokoju).
MOLVIG. (powstając). Przepraszam... nie mogę... muszę odejść (wychodzi szybko).
RELLING (wołając za nim). Człowieku, napij się wody sodowej (do Hialmara). A my wypijmy za zdrowie starego myśliwca.
HIALMAR (trąca się z nim kieliszkiem). Zdrowie człowieka, który stojąc nad grobem, nie utracił swej dzielności.
RELLING. Zdrowie siwéj głowy (pije). Ale powiedz mi, czy on właściwie ma włosy siwe, czy téż białe?
HIALMAR. Pomiędzy jedném a drugiém. Zresztą niewiele ma już włosów na głowie.
RELLING. Wszystko jedno, z przyprawioną czupryną można równie dobrze przejść przez życie. Jesteś szczęśliwym człowiekiem, Hialmarze, masz piękne zadanie, nad którém możesz pracować.
HIALMAR. I pracuję szczerze, wierz mi.
RELLING. Masz zdolną, zabiegliwą żonę, która chodzi koło ciebie na palcach, pielęgnuje cię, o tobie myśli.
HIALMAR. Tak, Gino (skłania głową w jej stroną). Jesteś dla mnie prawdziwą towarzyszką życia.
GINA. Ach! nie rozprawiałbyś o mnie.
RELLING. A wreszcie masz swoję Jadwigę.
HIALMAR. Tak, przedewszystkiém to dziecko. Jadwiniu, chodź do mnie (głaszcze ją po głowie). Co to za dzień jutro?
JADWIGA (ciągnąc go). A nie ojcze, tego mówić nie trzeba.
HIALMAR. Serce mi się kraje, gdy pomyślę, że tak mało dla ciebie uczynić mogę, zaledwie świątecznie ten strych przybrać.
JADWIGA. To właśnie będzie tak ładnie.
RELLING. Poczekaj do chwili, gdy znakomite odkrycie ujrzy światło dzienne.
HIALMAR. Tak, wówczas dopiéro zobaczysz, Jadwiniu. Muszę zabezpieczyć twą przyszłość, będzie ci dobrze przez całe życie. Będę dla ciebie czegoś żądał. Będzie to jedyną nagrodą biednego wynalazcy.
JADWIGA (zarzuca mu ręce na szyję i szepce). Dobry, drogi ojcze!
RELLING (do Grzegorza). Nieprawdaż, że to miło zasiąść w domu szczęśliwéj rodziny, przy dobrze zastawionym stole?
HIALMAR. Te godziny są dla mnie najmilsze.
GRZEGORZ. Co do mnie, dobrze się czuć nie mogę, wśród wyziewów bagniska.
RELLING. Wyziewów bagniska?
HIALMAR. Ach, nie wznawiajże podobnych niedorzeczności.
GINA. Boże! panie Werle, tu niema żadnych wyziewów, codziennie przecież przewietrzam mieszkanie.
GRZEGORZ (wstaje od stołu). Złéj woni, o której mówię, nic nie usunie.
HIALMAR. Złéj woni?
GINA. Cóż ty na to, Hialmarze?
RELLING. Przepraszam. A może to pan właśnie przyniósł z sobą te wyziewy z kopalni i fabryk?
GRZEGORZ. To przypuszczenie jest godne pana.
RELLING (przystępując do niego). Słuchaj, panie Werle „Junior”, mam podejrzenie, że pan ciągle jeszcze z sobą nosi ukryte owe „idealne pożądania”.
GRZEGORZ. Noszę je zawsze w głębi piersi.
RELLING. Do dyabła! mniejsza o to, gdzie je pan nosisz. Radzę jednak nie występuj z niemi, dopóki ja tu jestem.
GRZEGORZ. A gdybym to uczynił?
RELLING. To mógłbyś pan zleciéć ze wschodów głową na dół.
HIALMAR (wstając). Cóż to znowu?
GRZEGORZ. Sprobuj pan mnie wyrzucić.
GINA (stając pomiędzy niemi). Panie Relling, niewolno panu tego robić, ale panu powiem także, panie Werle, że kto sam brudy porusza, nie ma prawa mówić o złéj woni. (Ktoś stuka do drzwi wchodowych).
JADWIGA. Mamo, ktoś stuka.
HIALMAR. Zobacz, kto. No, będziem tu jeszcze mieli bieganinę.
GINA. Daj mi pokój (idzie drzwi otworzyć i cofa się zdumiona). O Jezu! (stary Werle w futrzanym palcie wchodzi do pokoju i zatrzymuje się na pierwszym kroku).
WERLE. Przepraszam. Podobno mój syn tu mieszka?
GINA (zmieszana). Tak.
HIALMAR (zbliżając się). Może pan będzie łaskaw pozwoli daléj. WERLE. Dziękuję. Chciałbym tylko pomówić z moim synem.
GRZEGORZ. O cóż idzie? Jestem.
WERLE. Chciałbym z tobą pomówić w twoim pokoju.
GRZEGORZ. No, to chodźmy (chce wyjść).
GINA. Tam niepodobna, pokój jest w takim nieładzie.
WERLE. No, to chodźmy na korytarz, pragnę z tobą na cztery oczy pomówić.
HIALMAR. Ależ to i tu można (do Rellinga). Chodź do naszego pokoju (Hialmar i Relling wychodzą do mieszkania, Gina z Jadwigą, do kuchni).
GRZEGORZ (po krótkiem milczeniu). Jesteśmy sami.
WERLE. Wczoraj wieczór mówiłeś tak dziwne rzeczy, że gdy potém przeniosłeś się do Ekdalów, wpadłem na myśl, iż knujesz coś przeciwko mnie.
GRZEGORZ. Zamiarem moim jest otworzyć oczy Hialmarowi. Niech pozna swoje położenie. Oto wszystko.
WERLE. Czy to ma być owém zadaniem życia, o którém wspomniałeś wczoraj?
GRZEGORZ. Tak. Nie zostawiłeś mi żadnego innego, ojcze.
WERLE. Czy to ja pomieszałem ci rozum?
GRZEGORZ. Zniszczyłeś całe moje życie. Nie mówię już nawet o matce i wszystkiem, co... Ale tobie to zawdzięczam, że błąkam się ścigany i dręczony wyrzutami sumienia.
WERLE. Aha! więc i z sumieniem źle stoisz?
GRZEGORZ. Powinienem był przeciwko tobie wystąpić, gdy wybuchła ta sprawa z porucznikiem Ekdalem. Powinienem go był wprzód ostrzedz, bo przeczuwałem, do czego przyjdzie.
WERLE. Rzeczywiście, wówczas wypadało ci mówić.
GRZEGORZ. Byłem tak nikczemnym tchórzem, żem się na to nie odważył. Ty przejmowałeś mnie taką grozą wówczas... i jeszcze przez czas długi.
WERLE. Jak widzę, ta groza opuściła cię zupełnie.
GRZEGORZ. Na szczęście. Win spełnionych przeciw staremu Ekdałowi przezemnie... i przez innych, nigdy nagrodzić niepodobna, ale Hialmara mogę wyzwolić od kłamstwa i tajemnic, które go do zguby prowadzą.
WERLE. Sądzisz, że tym sposobem uczynisz mu przysługę?
GRZEGORZ. Takie jest moje przekonanie.
WERLE. I sądzisz, że Ekdal podziękuje ci za taki dowód przyjaźni?
GRZEGORZ. On mi będzie wdzięczny.
WERLE. Hm! Zobaczymy.
GRZEGORZ. Przytém, jeśli dłużej żyć będę, muszę szukać lekarstwa dla mego chorego sumienia.
WERLE. Nie wyleczysz go nigdy. Sumienie twoje chorem było od maleńkości. Odziedziczyłeś je po twojéj matce, Grzegorzu — i jest to jedyne dziedzictwo, jakie ci zostawiła.
GRZEGORZ (z szyderczym uśmiechem). Nie możesz tego nigdy zapomniéć, żeś się przerachował, myśląc, iż ci wniesie znaczny majątek.
WERLE. Dajmy pokój tym dawnym dziejom, one nie należą do rzeczy. Trwasz w swojém przedsięwzięciu wprowadzenia Hialmara na drogę, którą za właściwą uważasz?
GRZEGORZ. Trwam jak najsilniéj.
WERLE. Mogłem więc sobie drogi oszczędzić, bo, jak widzę, nie mam potrzeby pytać, czy chcesz do mnie wrócić?
GRZEGORZ. Nie.
WERLE. Dobrze, ale ponieważ zamierzam ożenić się raz drugi, majątek będzie pomiędzy nas podzielony.
GRZEGORZ (szybko). Ja tego nie chcę.
WERLE. Nie chcesz?
GRZEGORZ. Nie pozwala mi na to sumienie.
WERLE (po chwili). Wracasz do fabryk?
GRZEGORZ. Nie, uważam się za zwolnionego ze służby u ciebie.
WERLE. Czemże się zajmiesz?
GRZEGORZ. Tylko spełnieniem zadania mego życia.
WERLE. No, a potém? Z czegóż żyć będziesz?
GRZEGORZ. Mam trochę pieniędzy zaoszczędzonych z pobieranej pensyi.
WERLE. Na jak długo to wystarczy?
GRZEGORZ. Więcéj odpowiadać nie będę.
WERLE. A zatém, Grzegorzu, żegnam cię.
GRZEGORZ. Żegnam! (Werle wychodzi).
HIALMAR (zaglądając). Poszedł już?
GRZEGORZ. Poszedł. (Hialmar i Relling wchodzą z dalszych pokoi, Gina i Jadwiga z kuchni).
RELLING. I śniadanie się zmarnowało.
GRZEGORZ. Ubierz się, Hialmarze, przejdziemy się razem.
HIALMAR. Chętnie. Czegoż chciał twój ojciec?
GRZEGORZ. Chodź tylko, pomówimy z sobą. Idę do swego pokoju włożyć palto (wychodzi drzwiami głównemi).
GINA. Nie chodź z nim, Hialmarze.
RELLING. Nie chodź, zostań lepiéj.
HIALMAR (bierze palto i kapelusz). Cóż znowu? To przyjaciel młodości. On czuje potrzebę wywnętrzenia się przedemną sam na sam.
RELLING. Czyż nie widzisz u dyabła, że ten przyjaciel jest narwany, szalony, czysty waryat?
GINA. Słyszysz? Jego matka także miała takie napady.
HIALMAR. Tém bardziéj potrzebuje bacznego nadzoru przyjaciela (do Giny). Pamiętaj, żeby obiad był o zwykłéj porze. „Adieu” (wychodzi głównemi drzwiami).
RELLING. Istne nieszczęście, że ten człowiek nie skręcił karku gdzie w górach.
GINA. O Jezu! Jak można mówić takie rzeczy.
RELLING (mruczy). Ja mam pewne podejrzenia.
GINA. Pan uważa istotnie, że młody Werle nie jest przy zdrowych zmysłach?
RELLING. Niestety, nie jest on większym waryatem od ogółu, ale cierpi na gorszą chorobę.
GINA. Cóż mu jest?
RELLING. Cierpi na ostrą gorączkę sprawiedliwości. Ot co jest.
GINA. Gorączkę sprawiedliwości?
JADWIGA. Jakaż to choroba?
RELLING. Tak, jest to choroba narodowa, ale panuje tylko sporadycznie (kłania się Ginie). Serdeczne dzięki (wychodzi głównemi drzwiami).
GINA (przechadza się niespokojnie). Ach! ten Grzegorz zawsze był dziwakiem!
JADWIGA (stoi przy stole i patrzy na nią badawczo). To wszystko wydaje mi się takie dziwne.




AKT IV.
Pracownia fotograficzna Ekdala. Właśnie robiono zdjęcia; aparat przykryty suknem, postument, krzesła, stół z filarami i t. p. stoją na przedzie sceny. Grodzina popołudniowa. Słońce tylko-co zaszło, później się ściemnia.

(Gina stoi we drzwiach głównych od korytarza z pudełkiem i mokrą płytą fotograficzną w ręku, rozmawiając z osobami, będącemi zewnątrz).

GINA. Z największą pewnością; nigdy nie czynię zawodu: na poniedziałek pierwszy tuzin będzie gotowy. Żegnam, żegnam!

(Słychać, jak ktoś schodzi ze wschodów. Gina zamyka drzwi, kładzie płytę do pudełka i stawia je w przykrytym aparacie).

JADWIGA (wchodząc z kuchni). Poszli już?
GINA (porządkując). Bogu dzięki, żem się wreszcie uwolniła.
JADWIGA. Czy masz pojęcie, dlaczego ojciec dotąd nie powrócił?
GINA. Czy jesteś pewna, że go niéma u Rellinga?
JADWIGA. Niéma go tam; tylko com zbiegała ze wschodów i pytałam.
GINA. I znowu stygnie obiad!
JADWIGA. A ojciec zwykle tak punktualnie wraca.
GINA. Obaczysz, zaraz nadejdzie.
JADWIGA. Żeby już raz przyszedł! Wszystko teraz w domu wydaje mi się takie dziwne.
GINA (wołając). Otóż i on!

(Hialmar wchodzi głównemi drzwiami).

JADWIGA (biegnąc ku niemu). Ojcze! cośmy się na ciebie naczekały!
GINA (spoglądając na niego z boku). Jakżeś długo bawił, Hialmarze!
HIALMAR (nie patrząc na nią). Tak, dość długo, (zdejmuje palto, Gina i Jadwiga chcą mu pomódz, ale on je odpycha).
GINA. Możeś był na obiedzie z Werlem?
HIALMAR (wieszając palto). Nie.
GINA (idąc do drzwi kuchennych). Zaraz ci obiad przyniosę.
HIALMAR. Nie potrzeba; jeść nie będę.
JADWIGA (zbliżając się). Czyś nie chory, ojcze?
HIALMAR. Niestety, nie. Odbyliśmy z Grzegorzem męczącą przechadzkę.
GINA. Nie trzeba było tego robić, Hialmarze; nie jesteś do tego przyzwyczajony.
HIALMAR. Hm! Jest wiele rzeczy, do których człowiek przyzwyczaić się musi. (przechadza się, wzburzony). Czy tu był kto w czasie mojej nieobecności?
GINA. Nikt, oprócz téj pary narzeczonych.
HIALMAR. I nie było nowych obstalunków?
GINA. Dziś nie było.
JADWIGA. Zato, obaczysz, ojcze, będą jutro.
HIALMAR. Daj Boże! bo jutro zamierzam zupełnie oddać się pracy.
JADWIGA. Jutro? Czy zapominasz, jaki-to jutro dzień?
HIALMAR. Ach! prawda! No, to pojutrze. Odtąd chcę sam wszystko robić i sam starać się o robotę.
GINA. I na cóż to, Hialmarze? Na co masz sobie życie zatruwać? Ja się przecież zajmuję fotografią, a ty swoim wynalazkiem.
JADWIGA. I dziką kaczką, ojcze, i kurami, i królikami, i tem wszystkiém...
HIALMAR. Nie mów mi już o tych dzieciństwach. Od jutra noga moja nie postanie na strychu.
JADWIGA. Ależ, ojcze, obiecałeś mi tam jutro urządzić uroczystość.
HIALMAR. Prawda. No, to od pojutrza; a tej przeklętej dzikiej kaczce chciałbym łeb ukręcić.
JADWIGA (z krzykiem). Dzikiéj kaczce!
GINA. Nigdy nic podobnego nie słyszałam.
JADWIGA (ciągnąc go). Ale, ojcze, przecież dzika kaczka jest moją.
HIALMAR. Dlatego téż, tego nie zrobię. Nie mam serca tego uczynić — a to przez wzgląd na ciebie, Jadwiniu. Czuję przecież, żem to uczynić powinien. Nie należy mi trzymać pod moim dachem żadnéj istoty, która była w tych rękach.
GINA. Boże mój! dlatego, że dziadek dostał ją od tego nicponia, Pettersena...
HIALMAR (biegając po pokoju). Są pewne obowiązki, — nie wiem, jakby je nazwać... Tak jest... są pewne idealne obowiązki, których człowiek zapominać nie może, bez szkody dla duszy.
JADWIGA (biegając za nim). Ale pomyśl tylko, ojcze. Dzika kaczka — ta biedna, dzika kaczka.
HIALMAR (zatrzymując się). To téż słyszałaś, z twego powodu nic jéj złego nie zrobię. Powiadam ci, włos jej z głowy nie spadnie, bądź spokojna. Są w życiu daleko większe zadania do spełnienia, niżeli to. Teraz powinnaś wyjść trochę, jak zazwyczaj, Jadwiniu: właśnie pora dla ciebie stosowna, bo już nie jest tak jasno.
JADWIGA. Teraz mi wszystko jedno.
HIALMAR. Idź, idź; mrugasz ciągle powiekami. Powietrze tutaj nie jest zdrowe dla ciebie; tu strasznie duszno.
JADWIGA. No, to zbiegnę ze wschodów i przejdę się trochę. Okrywka i kapelusz — ach! mam je pod ręką. Ale, ojcze, nie zrobisz nic złego dzikiéj kaczce przez czas mojéj nieobecności?
HIALMAR. Nie tknę ani jednego jéj piórka, (przyciska ją do siebie). Ty i ja, nas dwoje, Jadwiniu. No, idź już.

(Jadwiga wychodzi drzwiami głównemi).

HIALMAR (chodzi, nie patrząc na żonę). Gino!
GINA. Co?
HIALMAR. Od jutra, a raczéj od pojutrza, będę sam prowadził rejestr domowych wydatków.
GINA. Chcesz teraz także zająć się gospodarstwem?
HIALMAR. W każdym razie chcę znać nasze dochody.
GINA. Ach! Boże! to bardzo łatwo.
HIALMAR. To rzecz nie do uwierzenia. Uważam, że pieniądze, jakie dostajesz, wystarczają ci na bardzo długo. (Spogląda na nią w milczeniu). Jakimże to sposobem się dzieje?
GINA. Takim, że Jadwinia i ja mamy bardzo małe potrzeby.
HIALMAR. Czy to prawda, że ojciec jest tak suto wynagradzany za te roboty w kantorze Werlego?
GINA. Nie wiem, czy to wynagrodzenie jest tak sute. Nie znam się na tém.
HIALMAR. No, ileż on dostaje mniéj więcej? Niech-że wiem.
GINA. Bywa rozmaicie. Mniéj-więcéj jednak zarabia tyle, ile jego utrzymanie kosztuje, a prócz tego troszkę kieszonkowych pieniędzy.
HIALMAR. Tyle, ile jego utrzymanie kosztuje... I czemużeś mi tego wcześniéj nie powiedziała?
GINA. Nie mówiłam, bo jakież mogłam to zrobić, kiedy cię tak bardzo cieszyła myśl, że ojciec wszystko otrzymuje od ciebie.
HIALMAR. A on to otrzymuje od Werlego.
GINA. No tak.
HIALMAR. Zapal lampę.
GINA (zapala ją). A zresztą nie wiemy nawet, czy te pieniądze pochodzą od Werlego; może płaci je Groberg...
HIALMAR. Dlaczego mówisz o Grobergu?
GINA. Nie wiem; tak myślałam.
HIALMAR. Hm!
GINA. Nie ja wystarałam się o robotę dla ojca. To Berta Sörby, będąc tu kiedyś.
HIALMAR. Zdaje mi się, że twój głos drży.
GINA (nakłada na lampę abażur). Ot, tak.
HIALMAR. I ręce twoje drżą także. Alboż nie?
GINA (z mocą). Powiedz odrazu, Hialmarze, co on ci o mnie mówił?
HIALMAR. Czy to prawda? Czy to może być prawdą, że... że było coś pomiędzy tobą a Werlem, gdyś była w ich domu?
GINA. To nieprawda. Wówczas nie było nic. Pan Werle mnie nagabywał — nie mogę temu zaprzeczyć. Żona jego myślała, że się pod tem coś kryło, stąd te całe gadania i skandale. Biła mnie, wymyślała mi ciągle i dlatego musiałam się oddalić.
HIALMAR. Więc stało się to później?
GINA. Wróciłam do domu. I matka... ona nie była tak uczciwą, jak-eś sądził, Hialmarze. Ona mówiła to i owo, przekładała — bo wówczas Werle był już wdowcem.
HIALMAR. Cóż dalej?
GINA. Najlepiej, żebyś się wszystkiego dowiedział. Werle postawił na swojem.
HIALMAR (załamuje ręce nad głową). I to jest matka mojego dziecka! Jak mogłaś mi to zataić?
GINA. Źle uczyniłam; oddawna powinnam ci to była powiedzieć.
HIALMAR. Należało mi to zaraz powiedzieć... Wiedziałbym przynajmniéj, czém jesteś.
GINA. A czybyś się był ze mną ożenił?
HIALMAR. Jak możesz nawet pytać?
GINA. Otóż dlatego nie mogłam ci wówczas powiedziéć. Wiesz, jak cię bardzo kochałam. Czyż sama miałam się unieszczęśliwić?
HIALMAR (ciągle chodząc). I to jest matka mojéj Jadwigi! I wiedzieć, że wszystko, na co spojrzę... (odtrąca nogą krzesło) wszystko, co posiadam, dom, ognisko, wszystko zawdzięczam szczęśliwemu poprzednikowi! O, ten uwodziciel!
GINA. Żałujesz tych czternastu, czy piętnastu lat, któreśmy razem przeżyli!...
HIALMAR (zatrzymując się przed nią). A ty powiedz mi, czyś co dnia, co godzinę, nakształt pająka, nie otaczała mnie tą siecią kłamstwa i tajemnic? Odpowiadaj! Czyś miała przynajmniéj poczucie winy i skruchy?
GINA. Ach! drogi Hialmarze! miałam tyle roboty, że mi czasu na to nie stało; musiałam przecież myśléć o codziennych potrzebach.
HIALMAR. Więc nigdy nie zastanawiałaś się nad twoją przeszłością?
GINA. Bóg świadkiem, żem o niéj dawno zapomniała.
HIALMAR. Och! ten nikczemny, bezmyślny spokój! Już to samo jest oburzającem. Pomyśl tylko: nigdy skruchy!
GINA. Ależ powiédz mi, Hialmarze, co-by się z tobą stało, gdybyś nie miał takiéj żony, jak ja?
HIALMAR. Takiéj żony!...
GINA. Ja przecież zawsze byłam radniejszą i praktyczniejszą od ciebie. Nic dziwnego zresztą... jestem o parę lat starszą.
HIALMAR. Co-by się ze mną stało?
GINA. Kiedyś mnie poznał, byłeś na złéj drodze; temu przecież nie zaprzeczysz?
HIALMAR. Więc ty to nazywasz złą drogą? O! ty nie pojmujesz, co się dzieje w duszy człowieka, który rozpacza i wątpi! Zwłaszcza przy mojém ognistém usposobieniu.
GINA. Wszystko to być może, i nie będę tego roztrząsać, bo skoro tylko miałeś dom i rodzinę, stałeś się najlepszym mężem. A w domu było tak spokojnie i miło! Jadwiga i ja chciałyśmy właśnie trochę więcéj sobie pozwalać wydatków na jedzenie, na ubranie.
HIALMAR. Wśród błota i kłamstwa!
GINA. Ach! że téż ten obrzydliwy człowiek musiał się wcisnąć do naszego domu!
HIALMAR. I mnie dom zdawał się miły, ale to było złudzenie. Gdzież znajdę teraz potrzebną siłę ducha, ażeby uzeczywistnić mój wynalazek? Może umrze on razem ze mną, a zamorduje go twoja przeszłość, Gino!
GINA (płacząc). Nie mów takich rzeczy, Hialmarze. Ja przez całe życie myślałam jedynie o tobie.
HIALMAR. Zapytuję sam siebie, co się stanie z mojém marzeniem zapewnienia bytu rodzinie? Gdym tam spoczywał na kanapie i rozmyślał nad wynalazkiem, przeczuwałem, że on pochłonie moje ostatnie siły. Czułem, że dzień, w którym otrzymam wreszcie patent, będzie moim dniem ostatnim. Marzyłem o tem, ażebyś została zamożną wdową zmarłego wynalazcy.
GINA (obcierając oczy). Nie, Hialmarze, nie mów tak. Niech mi Bóg nie da doczekać wdowieństwa!
HIALMAR. Teraz już wszystko przepadło — wszystko!

(Grzegorz otwiera drzwi ostrożnie i zagląda).

GRZEGORZ. Mogęż wejść?
HIALMAR. Chodź.
GRZEGORZ (wchodzi rozpromieniony i chce ścisnąć im ręce.) No, drodzy moi. — (Spogląda po kolei na Ginę i Hialmara i mówi mu cicho). Więc jeszcze nie?
HIALMAR (głośno). Stało się.
GRZEGORZ. Stało się?
HIALMAR. Przeżyłem najbardziej gorzką godzinę w życiu.
GRZEGORZ. Ale też najwznioślejszą.
HIALMAR. W każdym razie minęła.
GINA. Niech panu Bóg przebaczy.
GRZEGORZ (z największem zdziwieniem). Ja nic nie rozumiem.
HIALMAR. Czego nie rozumiesz?
GRZEGORZ. Taki ważny obrachunek — obrachunek, na którym ma się oprzéć nowe życie — wspólne życie, w prawdzie, bez żadnych tajemnic...
HIALMAR. Ach! już wiem, już słyszałem.
GRZEGORZ. Byłem pewny, że gdy ten próg przestąpię, uderzy mnie wyraz szczęścia na waszych obliczach, ujrzę męża i żonę zjednoczonych, promiennych. A zamiast tego panuje tu smutek, troska, ponurość.
GINA. (zdejmując z lampy abażur) Czy tak będzie dobrze?
GRZEGORZ. Pani mnie rozumieć nie chce. Będzie to wymagało ze strony pani trochę czasu. Ale ty, Hialmarze, ty musiałeś przecież wznieść się duchem po tym wielkim obrachunku.
HIALMAR. Tak naturalnie... to jest... pod pewnym względem.
GRZEGORZ. Bo niéma chyba nic na świecie coby się równać mogło z przebaczeniem, udzieloném istocie błądzącej i podniesieniem jéj ku i sobie w miłości.
HIALMAR. Czy sądzisz, że człowiek może tak szybko zapomniéć czary goryczy, jaką ja teraz spełniłem?
GRZEGORZ. Zwyczajny człowiek nie, ale ty, Hialmarze?
HIALMAR. O mój Boże, wiem o tém! Nie naglij mnie, Grzegorzu. Widzisz, to wymaga czasu.
GRZEGORZ. W wielu rzeczach jesteś podobny do dzikiéj kaczki.
RELLING. (we drzwiach korytarza) Patrzcie, znowu mowa o dzikiéj kaczce.
HIALMAR. Tak, o postrzelonéj zdobyczy starego pana Werle.
RELLING. Pan Werle starszy? To o nim mowa?
HIALMAR. Tak o nim — i o innych.
RELLING. (półgłosem do Grzegorza) Bodaj pana dyabli porwali.
HIALMAR. Co mówisz?
RELLING. Wyrażałem tylko serdeczne życzenie, ażeby ten szarlatan się stąd wyniósł, bo gdyby tu dłużéj bawił, doprowadziłby was oboje do zguby.
GRZEGORZ. Uspokój się pan, to nie nastąpi. O Hialmarze niéma co mówić, znamy go. Ale jego żona ma także niezawodnie w głębi serca tkliwość i prawość.
GINA. (płaczliwie) Och! gdyby mi pan tylko był pozwolił uchodzić dalej za to, czém byłam w istocie.
RELLING (do Grzegorza). Czy wolno zapytać, czego pan właściwie chcesz w tym domu?
GRZEGORZ. Chcę rzucić podwaliny prawdziwego małżeństwa.
RELLING. Więc pan uważa, że małżeństwo Ekdalów takie, jakiem jest, nie może nosić téj nazwy?
GRZEGORZ. Jest ono niestety równie dobre jak wiele innych. Ale daleko mu jeszcze do tego, aby je można prawdziwém nazywać.
HIALMAR (do Rellinga). Tyś nigdy nie pojmował idealnych pożądań.
RELLING. Głupstwo, mój drogi. Z przeproszeniem, panie Werle, ile też mniéj więcéj w ciągu całego życia widziałeś prawdziwych małżeństw?
GRZEGORZ. Ani jednego prawie.
RELLING. I ja tak samo.
GRZEGORZ. Ale za to widziałem pełno innych i miałem sposobność przypatrzeć się zblizka, jak podobny związek znikczemnia współmałżonków.
HIALMAR. A co najstraszniejsze, może ono zdruzgotać wszystkie moralne zasady człowieka.
RELLING. Ja właściwie nigdy nie byłem żonaty i nie mogę o tych rzeczach wyrokować, ale wiem to, że do małżeństwa należy dziecko, a dziecko trzeba zostawić w spokoju.
HIALMAR. Ach, Jadwinia! moja biédna Jadwinia!
RELLING. Tak, Jadwigi nie trzeba do tego mieszać. Wy oboje jesteście ludźmi, możecie się kłócić i robić różne doświadczenia co do waszych stosunków, jeżeli macie do tego ochotę, ale z Jadwigą należy być ostrożnym, bo można ją unieszczęśliwić.
HIALMAR. Unieszczęśliwić?
RELLING. Albo téż ona sama może się unieszczęśliwić i wraz z sobą unieszczęśliwić innych.
GINA. Skądże pan to może wiedzieć?
HIALMAR. Czyby to zagrażało oczom?
RELLING. Niéma tu mowy o wzroku, ale Jadwiga jest w wieku wymagającym szczególnéj pieczołowitości. Może łatwo popełnić jaką niedorzeczność.
GINA. Wystaw pan sobie, ona je już popełnia. Czasem w kuchni wyprawia takie dziwactwa z ogniem, mówiąc, że chce urządzić fajerwerki, iż boję się, by cały dom nie spłonął.
RELLING. A co, nie mówiłem?
GRZEGORZ (do Rellinga). Czémże to pan tłómaczysz?
RELLING (niechętnie). Dziewczyna znajduje się w epoce przejściowéj, mój panie.
HIALMAR. Dopóki ja żyję... dopóki mogę czuwać nad dzieckiem... (Ktoś stuka do drzwi).
GINA. Cicho, Hialmarze. Ktoś przyszedł (woła). Proszę. (Wchodzi pani Sörby w ubraniu spacerowym).
PANI SÖRBY. Dobry wieczór.
GINA. (idąc naprzeciw niej). Ach! to ty, Berto?
PANI SÖRBY. Tak, to ja. Ale może przychodzę nie w porę?
HIALMAR. Broń Boże. Wysłanniczka z domu...
PANI SÖRBY. (do Giny). Mówiąc prawdę, nie sądziłam, że o téj porze spotkam tu twoich panów. Przyszłam, ażeby z tobą pogawędzić i pożegnać cię.
GINA. Jakto? wyjeżdżasz?
PANI SÖRBY. Jutro rano do fabryk w Hochtal. Pan Werle już dziś po południu wyjechał (do Grzegorza). Panu przesyła ukłony!
GINA. Co ty mówisz?
HIALMAR. Więc pan Werle już pojechał, a teraz pani za nim podąża?
PANI SÖRBY. Tak, i cóż pan na to?
HIALMAR. Powiem, strzeż się pani.
GRZEGORZ. Wytłómaczę ci to, mój ojciec żeni się z panią Sörby.
HIALMAR. Żeni się z panią!
GINA. Ach! Berto! nareszcie.
RELLING (drżącym głosem). To nie może być prawdą.
PANI SÖRBY. Jednakże, jest to rzeczywista prawda.
RELLING. Pani chce powtórnie wyjść za mąż?
PANI SÖRBY. Tak jest. Pan Werle załatwił już formalności, a nasze zaślubiny odbędą się w górach cichuteńko.
GRZEGORZ. Jako wzorowy pasierb życzę pani szczęścia.
PANI SÖRBY. Dziękuję, jeśli życzysz pan szczerze, i mam nadzieję, iż zarówno dla pana Werle jak dla mnie małżeństwo to będzie szczęśliwe.
RELLING. Nadzieja pani jest słuszną. O ile wiem, pan Werle nie upija się nigdy, i z żoną źle obchodzić się nie będzie, jak to czynił nieboszczyk weterynarz.
PANI SÖRBY. Daj pan święty pokój nieboszczykowi, miał on także swoje dobre strony.
RELLING. Taki przemysłowiec jak pan Werle ma niezawodnie więcéj dobrych stron.
PANI SÖRBY. W każdym razie nie zmarnował tego, co w nim było najlepszego, a człowiek, który to czyni, musi ponosić skutki swego postępowania.
RELLING. Dziś wieczór wyjdę z Molvigiem.
PANI SÖRBY. Nie powinien pan tego robić, proszę, nie rób pan tego przez wzgląd na mnie.
RELLING. Trudno, inaczéj być nie może (do Hialmara). Wiesz co. przyłącz się do nas. Chodź także.
GINA. Dziękuję, mój mąż na takie hulanki nie chodzi.
HIALMAR (półgłosem gniewnie). Milcz-że.
RELLING. Żegnam panią, pani Werle (wychodzi głównemi drzwiami).
GRZEGORZ (do pani Sörby). Jak się zdaje, pani z doktorem Rellingiem znacie się dobrze.
PANI SÖRBY. Znamy się od wielu lat, a nawet niegdyś mogłoby było dojść do czegoś między nami.
GRZEGORZ. Szczęście dla pani, że do niczego nie przyszło.
PANI SÖRBY. Można to śmiało powiedzieć. Ja nigdy nie dałam się powodować wrażeniom. Kobieta musi zawsze panować nad sobą.
GRZEGORZ. I nie boi się pani, ażebym ojca ostrzegł o téj dawnej znajomości?
PANI SÖRBY. Możesz pan być przekonany, żem mu sama o wszystkiem powiedziała.
GRZEGORZ. Tak?
PANI SÖRBY. Pański ojciec zna każdy wypadek w mojém życiu, o którym ludzie mówićby coś mogli. Powiedziałam mu to odrazu, skoro zrozumiałam jego zamiary.
GRZEGORZ. Pani zdaje mi się niezwykle szczerą.
PANI SÖRBY. Szczerą byłam zawsze. Na szczerości kobiety zazwyczaj najlepiéj wychodzą.
HIALMAR. Co mówisz na to, Gino?
GINA. Ach! my kobiety różnimy się także bardzo pomiędzy sobą. Jedne trzymają się takiéj zasady, drugie innéj.
PANI SÖRBY. Prawda, Gino, sądzę jednak, że najlepiéj trzymać się mojej metody. Werle także nic mi nie ukrywał i to właśnie stanowi węzeł pomiędzy nami. Może on teraz ze mną mówić otwarcie jak dziecko. Do tego nie miał nigdy w życiu sposobności. On, człowiek czerstwy, silny, żądny życia, przez najpiękniejsze lata słyszał tylko ciągle morały. A ileż razy te morały odnosiły się do urojonych przewinień — przynajmniéj tak słyszałam.
GINA. Tak było rzeczywiście.
GRZEGORZ. Skoro panie zeszły na ten temat, najwłaściwiéj będzie dla mnie odejść.
PANI SÖRBY. Możesz pan być spokojny, nie dodam już ani słówka. Chciałam tylko pana upewnić, że nie działałam podstępnie, ani téż nic nie skrywałam. Ludziom może się zdawać, że spotyka mnie wielki los i tak jest niezawodnie pod pewnym względem. Ja sądzę jednak, że daję równie wiele, jak otrzymuję. Zpewnością nigdy nie zawiodę przyszłego męża, będę mu pomagać we wszystkiem, zwłaszcza też teraz, gdy grozi mu kalectwo.
HIALMAR. Jakto, kalectwo?
GRZEGORZ (do pani Sörby). Tutaj nie wspominaj pani o tém.
PANI SÖRBY. Na nic się nie zda dłużéj tę rzecz ukrywać, on zaniewidzi.
HIALMAR (zdumiony). Zaniewidzi? to szczególne, on także zaniewidzi?
GINA. To się tak często zdarza.
PANI SÖRBY. Trudno sobie wyobrazić, jaka to straszna rzecz dla przemysłowca. Otóż ja starać się będę zastąpić jego oczy mojemi... Ale nie mogę dłużej bawić, jestem teraz strasznie zajęta... A jeszcze jedno (do Hialmara). Gdyby Werle mógł panu być w czemkolwiek pomocny, udaj się pan wprost do Groberga.
GRZEGORZ. Za ofiarowaną pomoc Hialmar Ekdal pięknie podziękuje.
PANI SÖRBY. Czy tak? Dotąd jednak...
GINA. Tak jest, Berto, teraz Hialmar niczego nie przyjmie od pana Werle.
HIALMAR (powoli i dobitnie). Bądź pani łaskawa pozdrowić odemnie przyszłego męża i powiedzieć mu, że zamierzam w jak najkrótszym czasie udać się do buchaltera Groberga...
GRZEGORZ. Ty chcesz?
HIALMAR. Udać się do buchaltera Groberga i zażądać wyciągu należności, jaka odemnie przypada. Chcę spłacić ten dług honorowy... Ha ha ha, to doprawdy dług honorowy. Dość o tém, chcę to wszystko spłacić, wraz z piątym procentem.
GINA. Ależ mój drogi, Bóg widzi, że nie mamy na to środków.
HIALMAR. Powiedz pani swemu narzeczonemu, że pracuję niezmordowanie nad moim wynalazkiem. Powiedz mu pani jeszcze, że bodźcem, utrzymującym w pożądanem napięcia moje duchowe siły, jest pragnienie uiszczenia się z przykrego długu. Cały zysk, jaki otrzymam, użytym będzie na zaspokojenie należności przyszłego małżonka pani.
PANI SÖRBY. Widzę, że tu w domu coś zaszło.
HIALMAR. Zaszło rzeczywiście.
PANI SÖRBY. Więc żegnam. Miałabym z tobą, Gino, jeszcze wiele do pomówienia, ale zostawimy to na inny raz. Adieu. (Hialmar i Gina kłaniają się w milczeniu; Gina odprowadza panią Sörby do drzwi).
HIALMAR. Nie żegnaj się przez próg, Gino. (Pani Sörby wychodzi; Gina drzwi za nią zamyka).
HIALMAR. Ach Grzegorzu! Będę raz wolny od tego ciężaru.
GRZEGORZ. Pewno niedługo.
HIALMAR. Sądzę, że moje zachowanie się było zupełnie właściwe.
GRZEGORZ. Jesteś zawsze takim, za jakiego cię miałem.
HIALMAR. W niektórych razach niepodobna odrzucić idealnych zobowiązań. Jako głowa rodziny, muszę się mimo bolu ugiąć pod tém ciężkiém jarzmem. Bo to nie mała rzecz, dla człowieka bez środków spłacić wieloletnie długi, na które można powiedzieć padł już pył zapomnienia. Ale na to nie zważam. Człowieczeństwo domaga się we mnie praw swoich i góruje nad ojcowstwem.
GRZEGORZ (kładąc mu rękę na ramionach). A co, Hialmarze, czy nie dobrze, żem tu przybył?
HIALMAR. Dobrze.
GRZEGORZ. Czy nie dobrze, żem ci o wszystkiém powiedział całą prawdę?
HIALMAR (trochę niecierpliwie). No tak, ale tu jest jeszcze jedna okoliczność, na którą oburza się mój zmysł sprawiedliwości.
GRZEGORZ. O cóż ci idzie?
HIALMAR. Otoż... tylko nie wiem, czy mogę tak bez ogródki wyrażać się o twoim ojcu?
GRZEGORZ. Możesz, pod tym względem wcale na mnie nie zwracaj uwagi.
HIALMAR. Dobrze więc. Widzisz, to tak przykro pomyśleć, że nie ja, tylko on urzeczywistni prawdziwe małżeństwo.
GRZEGORZ. Jak możesz coś podobnego twierdzić?
HIALMAR. Jednakże tak jest. Twój ojciec i pani Sörby zawierają związek, oparty na zupełnem obustronném zaufaniu. Wzajemnie zgoła nic nie ukrywają przed sobą, w ich stosunku niéma tajemnic, pomiędzy niemi, że się tak wyrażę, istnieje wzajemne przebaczenie wszelkich win.
GRZEGORZ. I cóż stąd?
HIALMAR. Więc są tam wszystkie warunki, które według ciebie stanowią prawdziwe małżeństwo.
GRZEGORZ. Ależ to rzecz zupełnie odmienna, Hialmarze. Nie możesz siebie i Giny porównywać z tém dwojgiem. Rozumiesz mnie przecież.
HIALMAR. Jednak nie mogę się uwolnić od myśli, że tu jest coś obrażającego moje poczucie sprawiedliwości. To tak, jak gdyby na świecie żadnego ładu nie było.
GINA. Wstydź się, Hialmarze, jak możesz mówić podobne rzeczy.
GRZEGORZ. Dajmy téj kwestyi pokój.
HIALMAR. A znów z drugiéj strony, widzę tu karzącą rękę losu. On zaniewidzi.
GINA. O, to jeszcze niepewne.
HIALMAR. To niewątpliwe. Nie powinniśmy o tem wątpić, bo właśnie w tym fakcie leży zadośćuczynienie. On niegdyś zaślepił niewinną istotę.
GRZEGORZ. Niestety, on bardzo wielu zaślepił.
HIALMAR. I nadchodzi nieubłagane tajemnicze zadośćuczynienie, które pozbawia go wzroku.
GINA. Jak możesz mówić tak okropne rzeczy! Aż mnie mrowie przechodzi.
HIALMAR. Dobrze jest przy sposobności zagłębiać się w ciemne strony bytu. (Wchodzi Jadwiga w kapeluszu i okrywce wesoła i zdyszana).
GINA. Jużeś przyszła?
JADWIGA. Nie miałam ochoty iść daléj i dobrze się stało, bom spotkała kogoś na dole.
HIALMAR. Pewno tę panią Sörby?
JADWIGA. Tak.
HIALMAR (chodzi tu i tam). Mam nadzieję, żeś ją widziała po raz ostatni. (Chwila milczenia, Jadwiga przygląda się kolejno ojcu i matce, jakby ich zbadać chciała).
JADWIGA (zbliża się pieszczotliwie do Hialmara). Ojcze!
HIALMAR. Czego chcesz, Jadwiniu?
JADWIGA. Pani Sörby coś dla mnie przyniosła.
HIALMAR (zatrzymując się). Dla ciebie?
JADWIGA. Tak, na jutro.
GINA. Berta zawsze w ten dzień obdarzała cię jakąś drobnostką.
HIALMAR. I cóż to jest?
JADWIGA. Tego dziś wiedziéć nie możesz. Mama da mi to jutro rano, gdy jeszcze będę w łóżku.
HIALMAR. Zawsze te tajemnice, od których jestem wykluczony.
JADWIGA (szybko). Ależ zobacz, ojcze. To wielki list (wyjmuje go z kieszeni płaszczyka).
HIALMAR. To tylko list?
JADWIGA. Tylko list. Coś więcej, może nadejdzie późniéj. Ale wyobraź sobie, ojcze — Nigdy jeszcze nie odebrałam listu. A tu stoi napisane (czyta). Panna Jadwiga Ekdal — wyobraź sobie — to ja.
HIALMAR. Pokaż mi go.
JADWIGA (oddając). Oto masz.
HIALMAR. Pismo starego Werle.
GINA. Czy jesteś tego pewny?
HIALMAR. Zobacz sama.
GINA. Czy sądzisz, że się na tém znam?
HIALMAR. Jadwiniu, czy mogę list przeczytać?
JADWIGA. Jeśli chcesz, ojcze!
GINA. Nie, nie dziś, Hialmarze — niech to będzie na jutro.
JADWIGA (cicho). Ach! niech przeczyta, tam pewno jest coś pomyślnego, ojciec się ucieszy i znowu będzie wesoły.
HIALMAR. Więc mogę list otworzyć?
JADWIGA. Owszem, bądź, ojcze, tak dobry, najlepiéj będzie dowiedziéć się od razu, co tam jest.
HIALMAR. Dobrze (otwiera list, wyjmuje z niego papier, czyta i zdaje się być zmieszany). Co to jest?
GINA. Cóż w tym liście?
JADWIGA. Powiedz ojcze, powiedz-że?
HIALMAR. Bądźcie cicho (czyta raz jeszcze, blednie, ale panując nad sobą, mówi). To akt darowizny, Jadwiniu.
JADWIGA. Doprawdy? A cóż ja dostanę?
HIALMAR. Czytaj sama. (Jadwiga idzie do lampy i czyta przez chwilą).
HIALMAR (pół głosem, zaciskając pięście). Ten wzrok! ten wzrok! a do tego ten list.
JADWIGA (przerywając czytanie). Ale zdaje mi się, że to dla dziadka.
HIALMAR (odbierając jéj list). Gino, czy to rozumiesz?
GINA. Ależ ja nic nie wiem. Powiedz-że w końcu.
HIALMAR. Werle pisze do Jadwini, że nie chce, ażeby jej stary dziadek potrzebował męczyć się daléj przepisywaniem, więc przeznacza mu miesięcznie sto koron, które mu kantor wypłacać będzie.
GRZEGORZ. Aha!
JADWIGA. Sto koron, mamo, tom przeczytała.
GINA. Jak to dobrze dla dziadka.
HIALMAR. Sto koron, dopóki ich potrzebować będzie, to znaczy, naturalnie, dopóki oczów nie zamknie.
GINA. Więc biedak ma byt zapewniony.
HIALMAR. A teraz daléj — tego jeszcze nie czytałaś, Jadwiniu. Potem ta darowizna ma przejść na ciebie.
JADWIGA. Na mnie? To wszystko?
HIALMAR. Ten cały dochód zapewniony ci jest na całe życie. Tak pisze Werle, słyszysz, Gino.
GINA. Słyszę, słyszę.
JADWIGA. Wystaw sobie, co to ja pieniędzy dostanę (ciągnie go). Ojcze! ojcze! i ty się nie cieszysz?
HIALMAR (odpychając ją). Cieszyć się! (chodzi tu i tam). O, jakież horyzonty otwierają się przedemną! I to Jadwinię, to ją, on tak hojnie obdarza.
GINA. To przecież jéj urodziny.
JADWIGA. Ach! ojcze, wszakże te pieniądze ty dostaniesz, ja oddam je wszystkie, tobie i mamie.
HIALMAR. Mamie? otóż to.
GRZEGORZ. Hialmarze, to sidła zastawione na ciebie.
HIALMAR. Sądzisz, że to znowu sidła?
GRZEGORZ. Gdy tu był dzisiaj rano, mówił mi: „Hialmar Ekdal nie jest takim, jakim go ty sądzisz.” HIALMAR. Nie jest takim...
GRZEGORZ. I dodał: „Obaczysz to sam.”
HIALMAR. To znaczy: obaczysz, że mnie pieniędzmi uspokoić można! JADWIGA. Mamo! cóż to znaczy?
GINA. Idź i rozbierz się. (Jadwiga blizka płaczu wychodzi do kuchni).
GRZEGORZ. Tak, Hialmarze! Teraz obaczymy, kto miał słuszność, ja czy on.
HIALMAR (powoli rozdziera papier ukośnie na dwie polowy i kładzie je na stole). Oto moja odpowiedź.
GRZEGORZ. Oczekiwałem jej.
HIALMAR (idzie do Giny, która stoi przy piecu i mówi znużonym głosem). A teraz żądnych tajemnic. Gdy zakończył się stosunek pomiędzy tobą a nim, a tyś — jak mówisz, tak bardzo pragnęła zostać moją — dlaczegóż to on dostarczył nam możności pobrania się.
GINA. Zapewne zamierzał bywać w naszym domu z całą łatwością.
HIALMAR. Tylko tyle. Czy nie szło mu o pewną możliwość?
GINA. Nie rozumiem, co chcesz przez to powiedziéć.
HIALMAR. Chcę wiedzieć, czy — twoje dziecko ma prawo żyć pod moim dachem?
GINA (patrzy na niego wzrokiem pełnem oburzenia). O to się pytasz?
HIALMAR. Na to jedno musisz mi odpowiedzieć. Czy Jadwiga do mnie należy, czy téż... No?
GINA (patrzy na niego z zimnym uporem). Nie wiem.
HIALMAR (z lekkiém drżeniem). Ty, nie wiesz?
GINA. Jakże mogę wiedziéć? Taka jak ja...
HIALMAR (spokojnie, odwracając się od niéj). W takim razie nie mam tu już nic do czynienia.
GRZEGORZ. Zastanów się, Hialmarze.
HIALMAR (kładąc paltot). Człowiek, jak ja, nie potrzebuje się tu zastanawiać.
GRZEGORZ. Przeciwnie, tu nad tylu rzeczami zastanowić się trzeba. Wy troje musicie pozostać razem, jeśli tylko zechcesz zrozumieć wielkie zadanie przebaczenia i ofiary.
HIALMAR. Tego uczynić nie myślę, nigdy! nigdy! (bierze kapelusz) moje ognisko zdruzgotane, ja przywalony gruzami (wybucha łzami). Grzegorzu, ja nie mam już dziecka.
JADWIGA (która otworzyła drzwi od kuchni). Co mówisz! (biegnie do niego). Ojcze! ojcze!
GINA. Patrz!
HIALMAR (do Jadwigi). Nie zbliżaj się. Zdaleka odemnie. Nie mogę znieść twego widoku. Ach! te oczy. Bywaj zdrowa. (Chce iść ku drzwiom).
JADWIGA (czepia go się gwałtownie wołając). Nie tak, nie! Nie odchodź!
GINA (wołając). Patrz na dziecko, Hialmarze, uważaj na dziecko!
HIALMAR. Nie chcę, nie mogę, muszę odejść — od tego wszystkiego (wyrywa się z rąk Jadwigi i wychodzi). JADWIGA (z przerażeniem). On odchodzi, mamo, on odchodzi i nigdy nie powróci.
GINA. Nie płacz, Jadwiniu, ojciec wróci.
JADWIGA (rzuca się na kanapę, łkając). Nie, nie, on już nigdy do domu nie wróci.
GRZEGORZ (do Giny). Wierzaj mi pani, miałem najlepsze chęci.
GINA. Wierzę, ale niech panu Bóg przebaczy.
JADWIGA (leżąc na kanapie). Ach! ja umrę, ja tego nie przeżyję. Co ja mu zrobiłam! Mamo, mamo, niech ojciec wróci.
GINA. Wróci, wróci, tylko się uspokój; pójdę zaraz i poszukam go, może poszedł do Rellinga. Tylko ty tak nie leż i nie jęcz. Czy raz to przyrzekniesz?
JADWIGA (płacze spazmatycznie). Tak, przestanę, byle tylko ojciec powrócił.
GRZEGORZ (do Giny). Może byłoby lepiéj dać mu czas na zwalczenie tego cierpienia.
GINA. Może to później zrobić, przedewszystkiém trzeba uspokoić dziecko (wychodzi głównemi drzwiami).
JADWIGA (siada i obciera sobie oczy). Teraz niech mi pan powie, co to wszystko znaczy. Dlaczego ojciec już nie chce o mnie słyszéć?
GRZEGORZ. Dowiesz się pani o tém, jak dorośniesz.
JADWIGA (szlochając). Ale ja przecież nie mogę tak okropnie cierpieć, dopóki nie wyrosnę. Ach! już wiem, co to jest. Może ja nie jestem prawdziwą córką ojca?
GRZEGORZ (niespokojnie). Jakimże sposobem?
JADWIGA. Może mnie mama znalazła, a teraz ojciec się o tém dowiedział. Ja coś podobnego czytałam.
GRZEGORZ. A gdyby i tak było?
JADWIGA. I tak mógłby mnie kochać, a nawet kochać jeszcze więcéj. Wszakże dostaliśmy dziką kaczkę w podarunku, a ja ją tak bardzo kocham.
GRZEGORZ (chcąc odwrócić jéj uwagę). Tak, dziką kaczkę, to prawda. Pomówmy o dzikiéj kaczce, panno Jadwigo.
JADWIGA. Biedna dzika kaczka. Ojciec także nie chce na nią patrzéć. Wyobraź pan sobie, miał ochotę łeb jéj ukręcić.
GRZEGORZ. No, tego nie uczyni.
JADWIGA. Ale tak powiedział, a to brzydko ze strony ojca, bo ja przecież modlę się co wieczór za dziką kaczkę, prosząc, by ją nie spotkała ani śmierć, ani nic złego.
GRZEGORZ (patrząc na nią). Pani się modli wieczorem?
JADWIGA. Tak.
GRZEGORZ. Kto panią do tego przyuczył?
JADWIGA. Ja sama. Kiedyś ojciec był chory, stawiano mu pijawki na szyi, mówił, że walczy ze śmiercią.
GRZEGORZ. I cóż?
JADWIGA. Więc ja idąc spać, modliłam się za niego. A potém czyniłam to zawsze.
GRZEGORZ. A teraz, modlisz się pani za dziką kaczkę?
JADWIGA. Myślałam, że trzeba modlić się za nią, bo widzi pan, z początku była bardzo chorą.
GRZEGORZ. A rano modli się pani?
JADWIGA. Nie.
GRZEGORZ. Dlaczegóż nie tak samo rano jak wieczór?
JADWIGA. Rano jest tak jasno, więc się jakoś niczego nie boję.
GRZEGORZ. A przecież ojciec chciał głowę ukręcić dzikiéj kaczce, którą pani tak kocha.
JADWIGA. Nie, tylko powiedział, że byłoby najlepiéj, gdyby tak zrobił, ale on tego nie uczyni, przez wzgląd na mnie. To było ładnie ze strony ojca.
GRZEGORZ (zbliżając się do niej). A gdybyś pani z własnéj woli zrobiła ofiarę z dzikiéj kaczki?
JADWIGA (powstając). Z dzikiéj kaczki?
GRZEGORZ. Gdybyś z tego, co masz najdroższego na świecie, dobrowolnie dla niego zrobiła ofiarę?
JADWIGA. Sądzi pan, żeby to co pomogło?
GRZEGORZ. Sprobuj, panno Jadwigo.
JADWIGA (cicho z błyszczącemi oczyma). Sprobuję.
GRZEGORZ. A czy masz potrzebną siłę woli?
JADWIGA. Poproszę dziadka, ażeby dla mnie zastrzelił dziką kaczkę.
GRZEGORZ. Uczyń to, ale matce o tém ani słowa.
JADWIGA. Dlaczego?
GRZEGORZ. Ona-by nas nie zrozumiała.

JADWIGA. Dziką kaczkę — jutro rano — sprobuję...
(Gina powraca głównemi drzwiami).

JADWIGA (biegnąc ku niéj). Znalazłaś go, mamo?
GINA. Nie, ale dowiedziałam się, że był u Rellinga i zabrał go z sobą.
GRZEGORZ. Pani jest tego pewną?
GINA. Tak, mówiła mi to żona odźwiernego, Molvig także z niemi poszedł.
GRZEGORZ. Teraz właśnie, kiedy jego umysł potrzebował samotności.
GINA (sprzątając). Mężczyźni są tacy dziwni. Bóg wie, gdzie go Relling zaciągnie. Zajrzałam na przeciwko, do Eriksenowéj, ale tam ich nie było.
JADWIGA (walcząc ze łzami). Ach! jeżeli on już nigdy nie wróci.
GRZEGORZ. Ale wróci, wróci, jutro pójdę po niego i zobaczy pani, że przyjdzie. Śpij tymczasem spokojnie, panno Jadwigo. Dobranoc (wychodzi głównemi drzwiami).
JADWIGA (rzuca się ze łkaniem na szyją matce). Ach! mamo! mamo!
GINA (uspakaja ją wzdychając). Ach! tak, Relling miał słuszność. Otóż to kiedy waryaci chcą jakieś swoje zadania przeprowadzać.




AKT V.
Pracownia fotograficzna Hialmara.

Szary zimny poranek, światło nieco przyćmione, na szybach szklanego dachu leży mokry śnieg. Gina w wielkim fartuchu wychodzi z kuchni ze szczotką i ścierką, idąc ku pokojom mieszkalnym. Jednocześnie drzwiami głównemi od korytarza wchodzi szybko Jadwiga.

GINA (zatrzymując się). No cóż?
JADWIGA. Tak, mamo, zdaje mi się, że jest na dole u Rellinga.
GINA. A widzisz.
JADWIGA. Żona odźwiernego mówiła, iż słyszała, że Relling w nocy przyprowadził z sobą dwóch panów.
GINA. Zaraz to sobie myślałam.
JADWIGA. Ale to wszystko jedno, skoro on tu przyjść nie chce.
GINA. Przynajmniej zejdę na dół i rozmówię się z nim. (Stary Ekdal w szlafroku i pantoflach z zapaloną fajką wchodzi ze swego pokoju).
EKDAL. Słuchaj, Hialmarze... Czy Hialmara niéma?
GINA. Niéma go? już wyszedł.
EKDAL. Tak rano? i w taką śnieżną zawieję? No no. Sam muszę odbyć mój ranny spacer. (Odsuwa drzwi od strychu, Jadwiga mu pomaga i drzwi za nim zasuwa).
JADWIGA. Pomyśl, mamo. co to będzie, gdy się dziadek dowie, że ojciec nas chce porzucić.
GINA. Nie gadaj o tém. Dziadek nie potrzebuje tego wiedzieć. Szczęście, że go w domu nie było w czasie téj całej szopki.
JADWIGA. No tak... ale... (Grzegorz wchodzi głównemi drzwiami).
GRZEGORZ. Cóż, trafiła pani na ślad jego?
GINA. Mówią, że jest u Rellinga.
GRZEGORZ. U Rellinga? Czyż doprawdy przebywał z tym człowiekiem?
GINA. Prawdopodobnie.
GRZEGORZ. Ależ on tak potrzebował samotności, aby się poważnie skupić, rozejrzeć.
GINA. Ach! nazwij pan to, jak chcesz! (Relling wchodzi głównemi drzwiami).
JADWIGA (biegnąc ku niemu). Ojciec jest u pana?
GINA (jednocześnie). Czy on tam jest?
RELLING. Jest.
JADWIGA. I pan nam nic nie mówi?
RELLING. Bydlę ze mnie. Ale naprzód musiałem poskromić tamto opętane bydlę, a potem spałem tak doskonale, że...
GINA. Cóż Hialmar dziś mówi?
RELLING. Nie mówi ani słowa.
JADWIGA. Jakto nie mówi wcale?
RELLING. Ani sylaby.
GRZEGORZ. Rozumiem to doskonale.
GINA. Więc cóż on robi?
RELLING. Leży na sofie i chrapie.
GINA. Tak, Hialmar strasznie chrapie.
JADWIGA. Więc śpi? Spać może?
RELLING. Tak się zdaje.
GRZEGORZ. Po téj wielkiéj duchowej walce, którą przejść musiał, to rzecz zrozumiała.
GINA. On nieprzyzwyczajony włóczyć się po nocy.
JADWIGA. Mamo, to może dobrze, iż on spać może.
GINA. I ja tak sądzę. Niéma też powodu budzić go tak rano. (Do Rellinga) Dziękuję panu. Teraz trzeba sprzątnąć i uporządkować dom — a potém. Chodź, pomóż mi, Jadwiniu. (Gina z Jadwigą wchodzą do pokojów mieszkalnych).
GRZEGORZ (zwracając się do Rellinga). Czy może mi pan wyjaśnić proces moralny, jaki się teraz odbywa w Hialmarze?
RELLING. Nie zauważyłem doprawdy, żeby w jego duszy odbywał się jaki proces.
GRZEGORZ. Jakto, w takiéj stanowczéj chwili, gdy całe jego życie zmienić ma podstawy? Jakże pan może sądzić, by osobistość taka jak Hialmar...
RELLING. On ma być osobistością! on! W razie nawet, gdyby miał niegdyś skłonność do podobnéj anormalności, wypleniono ją zupełnie jeszcze w jego młodych latach. Mogę pana o tém upewnić.
GRZEGORZ. Byłoby to rzeczą dziwną, przy wychowaniu, jakie odebrał.
RELLING. Pan myśli o tych wyrafinowanych histerycznych starych pannach, jego ciotkach?
GRZEGORZ. Panie, to były kobiety, które nigdy nie zapomniały o wzniosłych zadaniach życia. Ale dla pana jest to tylko tematem do żartów.
RELLING. Teraz nie jestem wcale do nich usposobiony. Wypalił mi on już nie jednę retoryczną tyradę o tych dwóch „”macierzyńskich duszach”, nie sądzę jednak, by miał dla nich prawdziwe powody wdzięczności. Nieszczęściem Hialmara jest, że był zawsze uważany w swojém kółku za coś nadzwyczajnego.
GRZEGORZ. Alboż tak nie jest?
RELLING. Nigdym nic nadzwyczajnego w nim nie dostrzegł. Że w to wierzył jego ojciec, to nic dziwnego, bo stary porucznik był głupcem przez całe życie.
GRZEGORZ. Był przez całe życie człowiekiem gołębiéj prostoty. Ale pan tego nie rozumiesz.
RELLING. Niech i tak będzie. Kiedy ukochany, słodki Hialmar, z wielkim trudem i pracą został studentem, uważanym był także przez kolegów za przyszły luminarz. Był ładny a to przyciąga — biały, rumiany miał właśnie rodzaj urody, jaki się najwięcéj podoba podlotkom, a że przytém miał usposobienie wrażliwe, głos wnikający do duszy i tak świetnie umiał deklamować cudze wiersze, przemawiać cudzemi myślami...
GRZEGORZ (z goryczą). Czy mówisz pan rzeczywiście o Hialmarze Ekdalu?
RELLING. Z przeproszeniem tak wygląda bożyszcze, przed którem pan się w proch korzyłeś.
GRZEGORZ Zdaje mi się jednak, że nie jestem zupełnie ślepym.
RELLING. Ale nie daleko panu do tego, bo pan także jesteś chory.
GRZEGORZ. Co do tego, masz pan słuszność.
RELLING. Tak jest, cierpisz pan na skomplikowaną chorobę. Naprzód ta niepomiarkowana gorączka sprawiedliwości, potém, co gorsza, potrzebuje pan zawsze przedmiotu fanatycznych uwielbień, fantazyujesz więc na ten temat i nie poprzestając na doskonałościach własnych, wyszukujesz ich jeszcze u innych.
GRZEGORZ. Nie znajdując ich w sobie, muszę szukać ich około siebie.
RELLING. Ależ pan się haniebnie oszukujesz. Ciągle widzisz i słyszysz jakieś nadzwyczajności, które istnieją tylko w twojej wyobraźni. Ze swemi idealnemi zadaniami trafiłeś do moralnych żebraków. Ci ludzie są niewypłacalni.
GRZEGORZ. Skoro ma pan tak liche wyobrażenie o Hialmarze, nie pojmuję, dlaczego szukasz ciągle jego towarzystwa, jaką w niém możesz znajdować przyjemność? RELLING. Miły Boże! z przeproszeniem, jestem czémś nakształt doktora, muszę więc starać się o pozyskanie biednych chorych, mieszkających w jednym ze mną domu.
GRZEGORZ. Co pan mówi? Czyż Hialmar jest chory?
RELLING. Ludzie, ogólnie mówiąc, są chorzy.
GRZEGORZ. I jakże pan leczy Hialmara?
RELLING. Moją zwykłą metodą. Staram się w nim utrzymywać złudzenia życiowe.
GRZEGORZ. Złudzenia życiowe? Zapewne źle usłyszałem?
RELLING. Mówię: złudzenia życiowe, bo widzi pan, są one najlepszym pobudzającym środkiem.
GRZEGORZ. Czy mogę zapytać, jakie to złudzenie opanowało Hialmara?
RELLING. Nie. Takich tajemnic nie zdradzam przed szarlatanami. Pan mógłbyś popsuć mi kuracyę. Metoda jednak jest wypróbowaną Zastosowałem ją także do Molviga, wmówiłem w niego demoniczność, tak panie, musiałem użyć aż tak heroicznego środka.
GRZEGORZ. Więc on nie jest demonicznym?
RELLING. Do dyabła, chciałbym wiedzieć, co demoniczność może znaczyć? Jest to naturalnie dzieciństwo które wymyśliłem, ażeby go przy życiu utrzymać. Gdyby nie to, ten biedny człowiek najlepszego serca byłby już dawno popadł w zwątpienie i pogardę samego siebie... A potem porucznik Ekdal... ale ten sam podobno wynalazł sobie lekarstwo.
GRZEGORZ. Porucznik Ekdal. A on cóż?
RELLING. Co pan myśli? Dlaczego ten pogromca niedźwiedzi siedzi z królikami na strychu? Niema na świecie szczęśliwszego myśliwca nad tego starego, kiedy może się uganiać pomiędzy temi wszystkiemi gratami. Kilka zeschłych choinek, zachowanych z wigilijnych wieczorów, przedstawia dla niego górskie knieje, kogut i kury mają znaczenie głuszców i cietrzewi, a króliki biegające po strychu — to niedźwiedzie, z któremi on niegdyś spotykał się odważnie wśród świeżych górskich powiewów.
GRZEGORZ. Nieszczęśliwy porucznik! widział zniweczone ideały swojéj młodości.
RELLING. Ale, ale... dlaczego pan ciągle używa cudzoziemskiego wyrazu „ideał?” mamy przecież swojskie słowo — „kłamstwo”.
GRZEGORZ. Pan uważa, że te wyrazy są pokrewne?
RELLING. Tak jak tyfus i zgniła gorączka.
GRZEGORZ. Panie doktorze, nie będę spokojny, dopóki Hialmara z rąk pańskich nie uratuję.
RELLING. Byłoby to dla niego rzeczą najgorszą. Odejmij pan przeciętnemu człowiekowi złudzenia, a jednocześnie odbierzesz mu szczęście (Do Jadwigi, która wchodzi drzwiami od pokoi mieszkalnych). No, mateczko dzikich kaczek, idę teraz na dół, zobaczyć, czy ojciec do téj pory leży i rozmyśla nad swoim wielkim wynalazkiem. (Wychodzi).
GRZEGORZ (Zbliżając się do Jadwigi). Widzę po pani, że się to jeszcze nie stało?
JADWIGA. Co? Ach! z dziką kaczką? Nie.
GRZEGORZ. Zbrakło pani siły woli w ostatniéj chwili. Nieprawdaż?
JADWIGA. Nie, tej nie zbrakło. Ale gdym się obudziła i zastanowiła, wydało mi się to tak dziwaczném...
GRZEGORZ. Dziwaczném?
JADWIGA. Sama nie wiem. Wczoraj wieczorem uznałam to zrazu za rzecz piękną; jednak gdym się przespała i znowu zaczęłam rozmyślać, to już téj piękności nie widzę.
GRZEGORZ. Wychowując się tutaj, musiałaś pani wiele ze swojéj indywidualności utracić.
JADWIGA. O to mi wcale nie chodzi. Gdyby tylko ojciec tu chciał wrócić.
GRZEGORZ. Gdyby pani tylko dobrze otworzyła oczy na to, co stanowi wartość życia, gdybyś posiadała prawdziwego ducha ofiary, obaczyłabyś, że wróciłby do ciebie. Ale ja nie wątpię o tobie, panno Jadwigo. (Wychodzi głównemi drzwiami. Jadwiga chodzi po scenie czas jakiś, potém zwraca się do kuchni. Jednocześnie odzywa się stukanie na strychu. Jadwiga odsuwa trochę drzwi, wchodzi niemi stary Ekdal i zasuwa je za sobą).
EKDAL. Marna przyjemność, samemu odbywać ranną przechadzkę.
JADWIGA. Nie masz ochoty dzisiaj polować, dziadziu?
EKDAL. Dziś czas nie jest sposobny, tak tam ciemno, że zaledwie można przedmioty rozeznać.
JADWIGA. Czy nie przychodzi ci chęć polować na co innego niż na króliki?
EKDAL. A cóż to złego króliki?
JADWIGA. Ale tak, naprzykład, na dziką kaczkę.
EKDAL. Ha! ha! boisz się, żebym ci dzikiéj kaczki nie zabił? Nigdy w życiu, nie, nigdy!
JADWIGA. Możebyś, dziadziu, tego nie potrafił, to musi być trudno trafić dziką kaczkę?
EKDAL. Nie trafiłbym? zobaczyłabyś!
JADWIGA. Jakżebyś się zabrał do tego, dziadziu? To jest, jakbyś strzelał do dzikich kaczek, wszak nie do mojéj!
EKDAL. Potrzeba strzelać w piersi, widzisz to najpewniejsze, tylko trzeba strzelać pod pióra, rozumiesz?
JADWIGA. W ten sposób trafiane umierają?
EKDAL. Naturalnie umierają, tylko trzeba celnie strzelać. Ale muszę się iść stroić. Hm! rozumiesz. (Idzie do swego pokoju. Jadwiga czeka chwilkę, ukradkiem spoglądając na drzwi, idzie potém do półek, wspina się zdejmuje z górnéj pistolet, przygląda mu się. Gina wchodzi z mieszkania ze szczotką i ścierką. Jadwiga niepostrzeżona przez nią kładzie pistolet napowrót).
GINA. Nie stój tam i nie przewracaj rzeczy ojca, Jadwiniu.
JADWIGA (odchodzi od półki). Chciałam tylko kurz zetrzéć.
GINA. Idź lepiéj do kuchni i przypilnuj, by kawa była gorąca. Wezmę ją z sobą na dół, gdy pójdę do ojca. (Jadwiga wychodzi; Gina porządkuje i zamiata pracownię. Za chwilę drzwiami głównemi zagląda Hialmar i wchodzi z wahaniem. Ubrany jest w palto, bez kapelusza, ma włosy zwichrzone, oczy czerwone i przymglone, jest nie umyty).
GINA (staje ze szczotką w ręku i patrzy na niego). Och, to ty; przyszedłeś przecie.
HIALMAR (wchodzi i odpowiada ponurym głosem). Przyszedłem, ażeby odejść zaraz.
GINA. Tak, tak, słyszałam już... Ale o Jezu! jak ty wyglądasz?
HIALMAR. Jak ja wyglądam?
GINA. A twoje piękne zimowe palto!.. Temu się téż dostało.
JADWIGA (we drzwiach kuchennych). Mamo, czy trzeba? (spostrzega Hialmara, krzyczy z radości i biegnie ku niemu). Ojciec! Ojciec!
HIALMAR (odwraca się i wyciąga ręce, ażeby ją odepchnąć). Precz! precz! (do Giny). Weźże ją odemnie.
GINA (półgłosem). Odejdź do pokoju, Jadwiniu. (Jadwiga wychodzi w milczeniu).
HIALMAR (zajęty wyciąga szufladę ze stołu). Muszę wziąć z sobą moje książki.
GINA. Jakie książki?
HIALMAR. Naturalnie, dzieła naukowe, czasopisma techniczne, które mi są potrzebne do mego odkrycia.
GINA (szuka na półkach). Czy to te, nieoprawne?
HIALMAR. Te właśnie.
GINA (kładzie pakę poszytów na stole). Może Jadwinia ma je poprzecinać?
HIALMAR. Nie potrzeba. (Krótka pauza).
GINA. A zatém zostajesz przy swojém, porzucasz nas, Hialmarze?
HIALMAR (przewracając kartki). Ma się rozumieć.
GINA. Tak, tak.
HIALMAR (gwałtownie). Nie mogę tu pozostać, każda chwila rozdziera mi serce.
GINA. Niech ci Bóg przebaczy, że mogłeś przypuścić o mnie rzecz podobną.
HIALMAR. A więc, dowiedź.
GINA. Zdaje mi się, żeś to ty powinien mi dowieść.
HIALMAR. Po takiej przeszłości jak twoja... Są pewne wymagania, chciałbym powiedziéć, pewne idealne zadania...
GINA. A dziadek? Cóż z nim będzie?
HIALMAR. Znam moje obowiązki, zabiorę z sobą niedołężnego ojca. Idę do miasta, muszę coś wynaléźć (z wahaniem). Może kto na wschodach znalazł mój kapelusz?
GINA. Zgubiłeś kapelusz?
HIALMAR. Miałem go naturalnie, wracając dziś w nocy, to nie ulega żadnéj wątpliwości, jednakże rano znaléźć go nie mogę.
GINA. O Jezu! gdzieżeś ty chodził z temi nocnemi Markami?
HIALMAR. Nie pytaj mnie o takie drobiazgi. Nie jestem w usposobieniu wspominania podobnych szczegółów.
GINA. Czyś się tylko nie zaziębił, Hialmarze? (Idzie do kuchni).
HIALMAR (mówi sam do siebie z goryczą, wybierając wszystko z szuflady). Jesteś łotrem, Rellingu, prawdziwy z ciebie hultaj. Nikczemny uwodziciel. Och! gdyby mnie kto raz zgładził z tego świata! (kładzie na stronę listy, znajduje przedarty akt darowizny i zbliża przedarte części. Słysząc nadchodzącą Ginę, kładzie je szybko na stronę).
GINA (stawia na stole tacę z przygotowaną kawą). Oto jest coś gorącego, gdybyś chciał się rozgrzać, a tu chleb z masłem i trochę pekeflejszu.
HIALMAR (spogląda nieznacznie na śniadanie). Pekeflejsz! Niczego nie wezmę w usta pod tym dachem, chociaż blizko od dwudziestu czterech godzin nie jadłem. Ale mniejsza o to. Moje notatki — moje zaczęte pamiętniki. — Gdzież jest mój notatnik, ważne papiery? (otwiera drzwi od mieszkania i cofa się). Ona tam jest także!
GINA. Boże mój, przecież dziecko gdzieś być musi.
HIALMAR. Idź stąd (usuwa się ode drzwi, robiąc jéj miejsce. Jadwiga przestraszona wchodzi do pracowni. Hialmar trzyma rękę na klamce i mówi do Giny). Nie chcę, ażeby ostatnie chwile, jakie spędzam w mieszkaniu, które mojém być przestało, zatruwali mi obcy (odchodzi do mieszkania).
JADWIGA (rzucając się w objęcia matki, pyta cicho drżącym głosem). Czy to mam być ja?
GINA. Idź do kuchni, Jadwiniu, albo nie, idź lepiej do twego pokoju (zwraca się do drzwi, za któremi jest Hialmar). Poczekaj trochę, nie przewracaj w komodzie, wiem, gdzie są twoje papiery.
JADWIGA (stoi przez chwilę nieruchoma w trwodze i niepewności, przygryza wargi, ażeby nie wybuchnąć płaczem, potem zaciska ręce kurczowo i szepce). Dzika kaczka (przysuwa się do półek i bierze pistolet, odsuwa trochę drzwi od strychu, wchodzi i zasuwa je za sobą. Hialmar i Gina sprzeczają się w przyległym pokoju).
HIALMAR (wchodzi, niosąc różne papiery, które kładzie na stole). Ach! Na cóż się zda podróżny worek, mam tysiące drobiazgów do zabrania.
GINA (śledząc go wzrokiem). Możesz rzeczy zostawić, na teraz tylko weź koszulę świeżą i trochę bielizny.
HIALMAR. Ach! te nieznośne przygotowania! (zdejmuje palto i rzuca go na kanapę).
GINA. A tu kawa stoi i stygnie.
HIALMAR. Hm! (pije bezwiednie jeden łyk, potem drugi).
GINA (wycierając krzesła). Najtrudniéj będzie ci znaléźć taki strych dla królików.
HIALMAR. Co! miałbym wlec jeszcze za sobą króliki i cały ten kram?
GINA. Sądzę, że ojciec się bez niego nie obejdzie.
HIALMAR. Musi się jednak obyć. Ja muszę się wyrzec większych rozkoszy życia.
GINA (ściera półki). Czy mam twój flet włożyć do worka.
HIALMAR. Nie chcę fletu, ale włóż mi pistolet.
GINA. Chcesz wziąć pistolet?
HIALMAR. Tak, nabity pistolet.
GINA (szukając go). Niéma go, musiał ojciec wziąć go tam z sobą.
HIALMAR. Więc jest na strychu?
GINA. Musi tam być.
HIALMAR. Hm! Samotny starzec. (Bierze kawałek chleba z masłem, je i wypija kawę).
GINA. Gdybyśmy tylko nie byli wynajęli tego pokoju, mógłbyś się tam wprowadzić.
HIALMAR. Ja? Miałbym mieszkać pod tym samym dachem! Nigdy, przenigdy!
GINA Mógłbyś przynajmniéj parę dni pozostać w naszym pokoju. Byłbyś tam sam zupełnie.
HIALMAR. Nigdy nie pozostanę w tych murach.
GINA. No, to na dole u Rellinga i Molviga.
HIALMAR. Nie wymawiaj nazwiska tych ludzi. Obrzydliwość mnie bierze, gdy o nich myślę. O nie, ja pójdę przez burze i śnieżyce, od domu do domu, szukać schronienia dla ojca i siebie.
GINA. Ale nie masz kapelusza, Hialmarze, zgubiłeś przecież kapelusz.
HIALMAR. O te dwa wyrzutki, ci bluźniercy! Kapelusz musi się znaleźć (bierze drugi kawałek chleba z masłem). Trzeba się o kapelusz postarać, bo nie mam ochoty narażać swego życia (szuka czegoś na tacy).
GINA. Czego szukasz?
HIALMAR. Masła.
GINA. Zaraz przyniosę (idzie do kuchni).
HIALMAR (wola za nią). Nie potrzeba, mogę przecież jeść chleb suchy.
GINA (przynosi masielniczkę). Oto masz świeżuteńkie (nalewa mu drugą filiżankę kawy; on siada na kanapie, smaruje chleb, je i pije. Chwila milczenia).
HIALMAR. Czy nikt zgoła nie przeszkadzałby mi, gdybym tu parę dni przemieszkał?
GINA. Dobrze, kiedy chcesz.
HIALMAR. Nie widzę możności załatwić się tak odrazu z rzeczami ojca.
GINA. Musisz mu przecie naprzód powiedziéć, że nie chcesz dłużej mieszkać z nami.
HIALMAR (odsuwając filiżankę). I to jeszcze! Poruszać znowu te zawiłe stosunki! Muszę się wprzód namyśléć, miéć trochę spokoju. Nie mogę w jednym dniu zbyć się tych wszystkich ciężarów.
GINA. A jeszcze do tego czas taki okropny.
HIALMAR (odsuwając list Werlego). Ten papier jeszcze się tu wala?
GINA. Nie ruszałam go wcale.
HIALMAR. Mnie przecież o te strzępy nie chodzi.
GINA. Ja także nie myślę z nich robić użytku.
HIALMAR.Nie powinny jednak dostać się do śmietnika, przy przeprowadzaniu się taka rzecz mogłaby...
GINA. Już ja będę uważać.
HIALMAR. Właściwie, ta darowizna tyczy się przedewszystkiem ojca. Jego rzeczą jest zrobić z niéj, lub nie zrobić użytku.
GINA (z westchnieniem). Biedny ojciec.
HIALMAR. Dla pewności więc... gdzie jest klajster?
GINA (idzie do pólek). Oto jest.
HIALMAR. Jeszcze pędzel.
GINA. Masz go (przynosi wzmiankowane przedmioty)
HIALMAR (biorąc nożyczki). Jeszcze trzeba papieru po drugiéj stronie (tnie i klei). Daleką jest odemnie myśl targnięcia się na cudzą własność, tém bardziéj na własność ubogiego starca — i kogoś jeszcze. Tak, niech tu chwilę poleży, schowaj ten akt gdy wyschnie, nie chcę go więcéj widzieć. (Grzegorz wchodzi głównemi drzwiami).
GRZEGORZ (trochę zdziwiony). Jesteś tu jeszcze, Hialmarze?
HIALMAR (wstaje szybko). Zwyciężyło mnie znużenie.
GRZEGORZ. Jak widzę, jadłeś także śniadanie.
HIALMAR. Ciało niekiedy dopomina się o swe prawa.
GRZEGORZ. Cóżeś postanowił?
HIALMAR. Dla człowieka jak ja istnieje tylko jedna droga. Zbieram właśnie moje najważniejsze rzeczy, ale jak pojmujesz, to wymaga czasu.
GINA (trochę niecierpliwie). Czy mam ci pokój uprzątnąć, czy téż rzeczy pakować?
HIALMAR (rzucając groźne spojrzenie na Grzegorza). Pakuj i uprzątaj.
GINA (bierze worek). Dobrze, więc włożę tutaj koszulę i inne rzeczy (idzie w głąb mieszkania i drzwi za sobą zamyka).
GRZEGORZ (po krótkiem milczeniu). Nigdy mi na myśl nie przyszło, by rzeczy tak się obróciły. Gdzież tu konieczność porzucenia domu i ogniska?
HIALMAR (chodzi niespokojnie po pokoju). Więc jak ci się zdaje? co mam uczynić? Nie jestem stworzony do cierpienia, potrzebuję miéć wkoło siebie spokój, wesołość, wygodę.
GRZEGORZ. Alboż ci tego braknie? Teraz, zdaje mi się, masz właściwy grunt pod nogami, na którym spokój domowy zbudować możesz. A pomyśl także o twoim wynalazku, powinieneś żyć dla niego.
HIALMAR. Ach! nie mów mi o tym wynalazku, ten wynalazek jest jeszcze w lesie.
GRZEGORZ. Jakto?
HIALMAR. Mój Boże, cóż ja właściwie mam wynaléźć? Inni już wszystko powynajdywali, co dzień trudniéj o coś nowego.
GRZEGORZ. A tyś włożył w to tyle pracy — zmarnowanéj.
HIALMAR. To ten pustak Relling głowę mi zawracał.
GRZEGORZ. Relling!
HIALMAR. Tak, on pierwszy zwrócił moję uwagę, że mógłbym coś wynaleźć w dziedzinie fotografii.
GRZEGORZ. Aha! — więc Relling.
HIALMAR. Dało mi to wiele szczęścia. Nie tyle szło o sam wynalazek, ale Jadwinia w niego wierzyła — wierzyła z całą potęgą swej dziecinnéj wyobraźni. To jest, ja — szalony, byłem przekonany, że wierzyła.
GRZEGORZ. Czy możesz sądzić, że Jadwinia udawała...
HIALMAR. Alboż ja wiem? Jadwinia stoi mi na drodze, przysłoniła mi słońce życia.
GRZEGORZ. Jadwinia? Doprawdy? Jakim sposobem przysłania ci słońce?
HIALMAR (nie odpowiadając). Jakżem ją niewypowiedzianie kochał. Jakże czułem się niewypowiedzianie szczęśliwy, wracając do mego ubogiego mieszkania, gdy ona wybiegała naprzeciw mnie z błyszczącemi oczyma. O! ufający szaleniec! Jakżem ją kochał. Opowiadałem jej o moim wynalazku, marząc, wyobrażając sobie, że ona kocha mnie także bezgraniczną miłością.
GRZEGORZ. I to miałoby być złudzeniem?
HIALMAR. Jakże ja to mogę wiedziéć? Od Giny nic się nie dowiem, ona nie jest w stanie pojąć idealnéj strony téj całéj kwestyi. Ale tobie, Grzegorzu, mogę serce otworzyć do głębi. Zawsze ta straszna wątpliwość — może Jadwinia nie kochała mnie nigdy?
GRZEGORZ. Możesz się o tém przekonać (słucha). Ale co to jest? Jakby krzyk dzikiéj kaczki.
HIALMAR. Kwacze? Ojciec jest na strychu.
GRZEGORZ. Jest tam (oczy błyszczą mu radością) Powiadam ci, że biedna, nieoceniona Jadwinia, da ci dowód prawdy swojéj miłości.
HIALMAR. Jakiż dowód dać mi może? Nie uwierzę żadnym zapewnieniom z jéj strony.
GRZEGORZ. Jadwinia nie pojmuje fałszu.
HIALMAR. O tém właśnie przekonany nie jestem, Grzegorzu. Ileż razy Gina z panią Sörby siedziały tu, gawędziły, szeptały Bóg wié co? A Jadwinia miała zawsze uszy otwarte. Może ten list z darowizną nie był wcale niespodzianką. Zdaje mi się nawet, że coś podobnego zauważyłem.
GRZEGORZ. Jakiż cię zły duch opętał!
HIALMAR. Nie, tylko mi się oczy otworzyły. A przytém obaczysz, ta darowizna to tylko początek. Pani Sörby zawsze obdarza Jadwinię, a teraz będzie mogła dla niej uczynić, co tylko zechce, może ją od nas zabrać, gdy jéj się tak podoba.
GRZEGORZ. Jadwinia nigdy cię nie porzuci.
HIALMAR. Nie można się na to spuszczać. Gdy tamci będą tego chcieli i skiną na nią pełnemi rękoma... Ach! a ja, com ją tak niewypowiedzianie kochał, byłbym najszczęśliwszym, gdybym ją był mógł ostrożnie za rękę prowadzić jak dziecię lękające się ciemności, czuję teraz tylko dręczące przekonanie, że biedny fotograf, mieszkający na poddaszu, nigdy nie był dla niej całym światem. Ona tylko zręcznie starała się być z nim dobrze do czasu.
GRZEGORZ. Chyba sam w to nie wierzysz, Hialmarze.
HIALMAR. To właśnie jest najokropniejsze, iż nie wiem, w co mam wierzyć, i nigdy tego wiedziéć nie będę. Ty oczywiście wątpisz, iż tak jest, jak ja mówię. Ha! ha! zanadto polegasz na idealnych zadaniach, mój dobry Grzegorzu. Gdy przyjdą tamci, mówię o tych, co mają pełne ręce, i powiedzą dziecku: „U nas będziesz używała życia”...
GRZEGORZ (szybko). I cóż sądzisz, żeby się wówczas stało?
HIALMAR. A gdybym ja ją potem zapytał: „Jadwiniu, czyś gotowa poświęcić mi swoje życie? (śmieje się ironicznie). Ślicznie dziękuję. Usłyszałbyś, jaką dałaby odpowiedź. (Słychać na strychu strzał pistoletowy).
GRZEGORZ (głośno z radością). Hialmarze!
HIALMAR. Ach! tam znowu polowanie.
GINA (wchodzi). Zdaje mi się, Hialmarze, że tam dziadek sam gospodaruje na górze.
HIALMAR. Idę tam.
GRZEGORZ (z żywością). Czekaj chwilę. Czy wiész, co to było?
HIALMAR. Naturalnie, że wiem.
GRZEGORZ. Nie wiesz, ale ja wiem. To był dowód.
HIALMAR. Jaki dowód?
GRZEGORZ. Ofiara dziecka. Ona zleciła dziadkowi, by zabił dziką kaczkę.
HIALMAR. Zabił dziką kaczkę?
GINA. Co znowu?
HIALMAR. Ależ w jakim celu?
GRZEGORZ Chciała ci ofiarować, co miała najdroższego na świecie, w nadziei, że odzyska twoję miłość.
HIALMAR (wzruszony). Drogie dziecko!
GINA. Skądże jéj to przyszło?
GRZEGORZ. Ona pragnęła tylko twojéj miłości, Hialmarze, czuła, że bez niéj żyć nie może.
GINA (tłumiąc łzy). Widzisz, Hialmarze.
HIALMAR. Gino, gdzie ona jest?
GINA (szlochając). Biedaczka, siedzi tam w kuchni.
HIALMAR (idzie, otwiera drzwi od kuchni i woła). Jadwiniu, chodź tutaj, chodź do mnie (rozgląda się po kuchni). Tam jéj niéma.
GINA. Więc jest w swoim pokoju.
HIALMAR (z głębi). Nie, tu jéj także niéma (powraca). Musiała wyjść.
GINA. Nie chciałeś cierpiéć jéj w domu.
HIALMAR. O, niechby wróciła jaknajprędzéj — żebym jéj mógł powiedziéć... Teraz wszystko znów będzie dobrze. Grzegorzu, zaczynam wierzyć, że możemy jeszcze rozpocząć nowe życie.
GRZEGORZ (spokojnie). Wiedziałem o tém, przez dziecko powróci spokój i zgoda. (Stary Ekdal ukazuje się we drzwiach swego pokoju, ubrany w mundur porucznikowski i przypasuje sobie szablę).
HIALMAR (zdumiony). Ty tutaj jesteś, ojcze?
GINA. Czyś strzelał w swoim pokoju?
EKDAL (zbliżając się z gniewem). To ty teraz, Hialmarze, sam chodzisz na polowanie?
HIALMAR (niespokojny ). Toś nie ty strzelał na strychu?
EKDAL. Co? Ja miałem strzelać!
GRZEGORZ (do Hialmara ). Sama zabiła dziką kaczkę.
HIALMAR. Co to znaczy? (śpieszy na strych, zagląda i krzyczy). Jadwinia!
GINA (biegnąc do drzwi). Jezu!
HIALMAR (wchodząc na strych). Leży na ziemi!
GRZEGORZ. Leży! (śpieszy za Hialmarem).
GINA (jednocześnie). Jadwinia (biegnie na strych i tam woła). Nie! nie! nie!
EKDAL. Ha! ha! czy i ona zaczęła strzelać. (Hialmar, Gina i Grzegorz, wnoszą Jadwigą do pracowni, w zwieszonéj, kurczowo zaciśniętej prawej ręce Jadwiga trzyma pistolet).
HIALMAR (przerażony). Pistolet musiał wystrzelić, ona ugodzoną została. Wołać ratunku! Ratunku!
GINA (wybiega wołając). Panie Relling, doktorze! Chodź jak najprędzéj. (Hialmar i Grzegorz kładą Jadwigą na kanapie).
EKDAL (cicho). Las się mści.
HIALMAR (klęcząc przy Jadwidze). Zaraz odzyska przytomność. Zaraz odzyska przytomność. Tak, tak! odzyska!
GINA (która wróciła). Gdzie jest raniona? Nie widzę! (Relling wchodzi szybko a za nim Molvig bez kamizelki i krawata w rozpiętym surducie).
RELLING. Co się tu stało?
GINA. Oni mówią, że Jadwiga się zastrzeliła.
HIALMAR. Ratuj.
RELLING. Zastrzeliła się? (odsuwa na bok stół i bada Jadwigę).
HIALMAR (spogląda na niego z trwogą). To przecież nie może być niebezpieczne? Co? Krwi prawie nie widać. Niéma niebezpieczeństwa? Prawda?
RELLING. Jak się to stało?
HIALMAR. Czy ja wiem?
GINA. Chciała zastrzelić dziką kaczkę.
RELLING. Dziką kaczkę!
HIALMAR. Zapewne pistolet sam wystrzelił.
RELLING. Hm! tak.
EKDAL. Las się mści, a przecież ja się nie boję. (Wchadzi na strych i drzwi za sobą zasuwa).
HIALMAR (do Rellinga). Dlaczego nic nie mówisz?
RELLING. Kula trafiła w piersi.
HIALMAR. Ale przyjdzie do siebie?
RELLING. Widzisz przecież, że ona nie żyje.
GINA (wybuchając płaczem). Dziecko! Dziecko!
GRZEGORZ (ochrypłym głosem). W głębinach morskich.
HIALMAR (zrywając się). Nie, nie, ona żyć musi. Niech cię Bóg błogosławi, doktorze — ale niech ona żyje, chociażby chwilę, abym jéj mógł powiedziéć, jak ja ją zawsze kochałem.
RELLING. Kula przeszyła serce. Nastąpił krwotok wewnętrzny. Śmierć natychmiastowa.
HIALMAR. A ja, com ją od siebie odpędzał jak zwierzę, ona przerażona uciekła na strych i umarła z miłości dla mnie (szlocha). O nie módz tego nigdy naprawić. Nigdy jéj tego nie módz powiedziéć (zaciska pięści). O ty! tam w górze! jeżeli jesteś! Dlaczegoż mi to uczynił?
GINA. Cicho! cicho! Nie mów takich okropnych rzeczy. Widać nie mieliśmy prawa jéj tu zatrzymać!
MOLVIG. Dzieweczka nie umarła, ale śpi.
RELLING. Dzieciństwo.
HIALMAR (uspokojony idzie do kanapy i skrzyżowawszy ramiona patrzy na Jadwigę). Oto leży martwa i niema.
RELLING. (probuję wyjąć z ręki Jadwigi pistolet). Jakże go trzyma mocno.
GINA. Daj pan pokój — złamiesz jéj palce. Niech zatrzyma pistolet w ręku.
HIALMAR. Niech go z sobą zabierze.
GINA. Niech tak zostanie. Ale dziecko nie powinno leżéć tutaj, jakby na pokaz. Trzeba ją zanieść do jéj pokoju. Pomóż mi, Hialmarze. (Hialmar i Gina biorą pomiędzy siebie Jadwigę).
HIALMAR (niosąc córkę). O Gino! Gino! Czy ty to zniesiesz?
GINA. Musimy jedno drogiemu dopomódz. Każde z nas ma ją teraz napoły.
MOLVIG (wyciąga ręce i mruczy). Niech pan będzie pochwalony. Z prochu powstałaś, w proch się obrócisz.
RELLING. (szepcze). Milczże, człowieku, jesteś pijany. (Hialmar i Gina wynoszą ciało przez drzwi kuchenne, Relling zamyka je za niemi, Molvig wysuwa się przez drzwi od korytarza).
RELLING. (zbliża się do Grzegorza i mówi). Nikt we mnie nie wmówi, że to był strzał przypadkowy.
GRZEGORZ (zdrętwiały z przerażenia stoi w osłupieniu). Nikt nie może powiedzieć, jakim sposobem stała się ta rzecz okropna.
RELLING. Nabój spalił gorset. Musiała pistolet przyłożyć do piersi i wystrzelić.
GRZEGORZ. Jadwiga nie umarła napróżno. Widział pan, jak boleść ukazała wszystkie wzniosłe strony Hialmara.
RELLING. Każdy niemal ma taką podniosłą chwilę, gdy Jest pogrążony w boleści nad trupem osoby ukochanéj. Ach! jak sądzisz, czy długo potrwa u niego ten nastrój?
GRZEGORZ. Powinien trwać i wzrastać przez całe życie.
RELLING. Nie upłynie rok, a Jadwinia będzie tylko dla niego pięknym tematem do deklamacyi.
GRZEGORZ. Jak pan możesz mówić tak o Hialmarze?
RELLING. Pomówimy o tém, gdy pierwsza trawa porośnie na jéj grobie. Ujrzysz pan wówczas, jak będzie łkając opowiadał o „Dziecku, zbyt wcześnie wyrwaném ojcowskiéj miłości”. Obaczysz pan, jak sam siebie nabalsamuje podziwem nad swemi wzruszeniami, cierpieniem, zatém nad własną osobą. O, wierz mi pan, tak będzie.
GRZEGORZ. Gdybyś pan miał słuszność a nie ja, niewarto byłoby żyć.
RELLING. Życie mogłoby być wcale znośne, gdybyśmy się tylko ustrzegli od tych kochanych marzycieli, którzy nachodzą nasze domy ze swemi idealnemi zadaniami.
GRZEGORZ (do siebie). W takim razie, rad jestem z mego przeznaczenia.
RELLING. Z przeproszeniem, a jakież to przeznaczenie?
GRZEGORZ (odchodząc). Być trzynastym przy stole.
RELLING. Do licha, temu wierzę.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Henryk Ibsen i tłumacza: Waleria Marrené.