Strona:Henryk Ibsen - Wybór dramatów.djvu/312

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

domu. Było tu takie zamieszanie... przytém choroba twojéj matki, Gina wszystkiemu wydołać nie mogła i odeszła. Było to na rok przed śmiercią twéj matki, a może téż w tym samym roku.
GRZEGORZ. W tym samym roku. Ja byłem wówczas w fabrykach. Więc cóż dalej?
HIALMAR. Gina zamieszkała u swojéj matki, bardzo pracowitéj kobiety, która miała małą restauracyjkę i odnajmowała pokoik; bardzo miły, wygodny pokoik.
GRZEGORZ. A ty byłeś prawdopodobnie tym szczęśliwym, który w nim zamieszkał.
HIALMAR. Tak. Twój ojciec mi to zaproponował. Wtedy to właściwie poznałem Ginę.
GRZEGORZ. I przyszło do zaręczyn?
HIALMAR. Tak, u młodych o miłość nie trudno... hm.
GRZEGORZ (przechadza się znów po pokoju czas jakiś). Powiedz mi, czy to wówczas, kiedyś się zaręczył, mój ojciec — to jest ty powziąłeś zamiar oddania się fotografii?
HIALMAR. Właśnie wówczas. Chciałem czémprędzej stworzyć sobie domowe ognisko. I wtedy, twój ojciec i ja przyszliśmy do przekonania, że najłatwiéj je osiągnę, zakładając fotografię. Gina była tego samego zdania. A jeszcze utwierdziło nas w tém zamiarze to, że Gina umiała retuszować.
GRZEGORZ. To się bardzo dobrze złożyło.
HIALMAR (powstaje zadowolony). Nieprawdaż? Uznajesz także, iż się to doskonale złożyło?
GRZEGORZ. Muszę to przyznać. A mój ojciec, był dla ciebie rodzajem Opatrzności?
HIALMAR (wzruszony). W dniach ucisku nie opuścił syna przyjaciela, bo widzisz, on ma serce.
PANI SÖRBY (wchodzi pod rękę z Werlem). Bez wymówek. Nie powinien pan dłużej zostawać w tak jasno oświetlonym pokoju. To panu zaszkodzić może.
WERLE (puszcza jéj rękę i przesuwa dłoń po oczach). Zdaje mi się, że masz pani słuszność.
PETTERSEN I JENSEN (obnoszą na tacach napoje).
PANI SÖRBY (do gości będących w drugim pokoju). Niech panowie będą łaskawi. Może kto pozwoli szklaneczkę ponczu?
KAM. FLOR. Wielki Boże, czy to prawda, żeś pani w tym domu zniosła nieocenioną swobodę palenia?
PANI SÖRBY. Tak, panie kamerjunkrze, u pana Werle palić nie wolno.
KAM. BALLE. Odkądże to pani wydała tak surowe prawo?