Strona:Henryk Ibsen - Wybór dramatów.djvu/331

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

EKDAL. Tego, kochanku, powiedzieć nie mogę. Poluję nie tak jak dawniéj, bo widzisz lasy... lasy (pije). A zachowały się tam lasy na górach?
GRZEGORZ. Nie są już tak piękne, jak za pańskich czasów. Przetrzebiono je znacznie.
EKDAL. Przetrzebiono (ciszéj i niespokojnie). To rzecz niebezpieczna. Las się mści.
HIALMAR (napełniając mu szklankę). Wypij jeszcze trochę, ojcze.
GRZEGORZ. Jakim sposobem taki człowiek, jak pan, człowiek przywykły do świeżego powietrza, może żyć w duszném mieście, między czterema ścianami?
EKDAL (uśmiechając się spogląda ukradkiem na Hialmara). O, tu nie jest tak źle, wcale nie źle.
GRZEGORZ. Ale to wszystko, z czém się pan zżyłeś, świeże powiewy wiatru, swobodne życie w górach i lasach, wśród dziczyzny, wśród ptactwa.
EKDAL (z uśmiechem). Hialmarze, możeby mu pokazać?
HIALMAR (szybko, nieco zmieszany). O, nie, nie, ojcze, nie dzisiaj.
GRZEGORZ. Co on mi chce pokazać?
HIALMAR. E nic — zobaczysz to innym razem.
GRZEGORZ (zwracając się znowu do starego Ekdala). Panie poruczniku, myślę, że pan powinien teraz ze mną pojechać do fabryk, bo ja tam wkrótce powracam. Papiery do przepisywania i tam pan dostanie, a tu niéma nic, coby cię rozradować i odświeżyć mogło.
EKDAL (spogląda na niego zdumiony). Tu niéma nic... Jakto?
GRZEGORZ. Tak, ma pan Hialmara, ale on ma znów swoję rodzinę. A człowiek jak pan, który się przyzwyczaił do swobody, do dzikiéj natury...
EKDAL (uderzając w stół). Hialmarze, on to musi zobaczyć.
HIALMAR. Ależ, ojcze, teraz nie warto. Jest przecież ciemno.
EKDAL. Głupstwo. Księżyc świeci (wstaje). Powiadam ci, że on to musi zobaczyć. Puść mnie i pomóż mi.
JADWIGA. O tak, ojcze.
HIALMAR (podnosząc się). Co do mnie...
GRZEGORZ (do Giny). Cóż on tam ma?
GINA. Nie wyobrażaj pan sobie, że to coś osobliwego. (Ekdal i Hialmar w głębi pokoju odsuwają każdy jedno skrzydło drzwi. Jadwiga pomaga dziadkowi, Grzegorz stoi przy kanapie, Gina szyje spokojnie. Przez drzwi otwarte widać obszerną, nieregularną przestrzeń pod strychem, z zakątami i kominami. Przez okienka w dachu wpada światło księżyca, na niektóre części strychu, inne pogrążone są w ciemności).
EKDAL (do Grzegorza). Trzeba podejść bliżéj.
GRZEGORZ (idzie do niego). Cóż tu jest?