Byli i będą/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Byli i będą
Podtytuł Powieść
Data wydania 1944
Wydawnictwo Rada Polonii Amerykańskiej
Drukarz Pittsburczanin
Miejsce wyd. Pittsburgh
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VIII.

Pewnej wiosny w dworku Hrehorowiczów na rogu rynku powstała kuźnia.
Kowal, Franciszek Kafar, austrjacki poddany, papiery swe w policji złożył, łapówki różne popłacił i warsztat założył.
Był zrazu sam i mieszkał u Bohuszewicza, potem wynajął oficynkę od dworku, kęs ogrodu i w sierpniu sprowadził z Galicji rodzinę. Zobaczono ich zaraz wszystkich w niedzielę pod kościołem.
Kościół bywał zwykle pusty, bo mało zostało katolików w okolicy, ale przed kościołem, w cieniu starych lip, zbierali się mieszczanie na gawędę, a pod murem, co niedziela, bywał najżywszy targ.
Wśród tej próżniaczej gawiedzi i bandy młodych chłopców ukazanie się Kafarów sprawiło wielkie wrażenie. Majster szedł widocznie z żoną. Kobieta była wysoka, dostatnio ubrana, z twarzą poważną i pomimo lat dojrzałych jeszcze urodziwą.
Ale za nimi szła córka, dziewczyna tak hoża, smukła i piękna, że stojący wśród grona kolegów kawalerów Iwan Bohuszewicz, w mundurze pocztowego urzędnika, zaklął siarczyście po rusku.
— Wot krasawica. Prosta prelest’ nie dziewka!
Dziewczyna, idąca ze spuszczonemi oczami i nasuniętą na czoło jasną chusteczką, podniosła wzrok na ten wykrzyknik i obrzuciła bandę młodzieży śmiałem a obojętnem spojrzeniem.
Obejrzał się też Kafar i córkę przed siebie puścił, jakby bojąc się napaści.
Młodzież przeczekała całe nabożeństwo i, gdy ludzie wychodzić poczęli z kościoła, Bohuszewicz junior przyłączył się do Kafarów i przeprowadził aż do progu domostwa.
Odrazu zagaił rozmowę po rusku, ale Kafarowa odparła, że tego języka nie rozumie, silił się tedy na łamaną polszczyznę.
Na progu, gdy się z pożegnaniem ociągał, Kafarowa poprosiła go do izby, na co się skwapliwie zgodził. Mieszkanie składało się z jednej stancji, alkierza i kuchni. Czysto było i porządnie, choć ledwie osiedli.
— Może zjecie z nami obiad! — zaproponował Kafar. — Tyle czasu stołował mnie wasz ojciec, rad ugoszczę syna.
— Nie głodnym, ale chętnie posiedzę. Tu w tem podłem miasteczku rad człowiek zagranicznych ludzi poznać i pogadać.
Kobiety przeszły do kuchni, on gadał z kowalem, raz wraz na drzwi zerkając.
Po chwili dziewczyna weszła już bez chustki na głowie, a w koronie ze złotych warkoczy, i poczęła stół do posiłku nakrywać.
Bohuszewicz ścigał oczami każdy jej ruch, a wreszcie nie wytrzymał i rzekł:
— Nu, prawdę gadają, że zagranicą wszystko inne. Waszej córki to z żadną tutejszą nie porównać.
— Dobre dziecko, dzięki Bogu — odparł Kafar — ale dobrze, że was nie rozumie, boby się zasromała.
— Już ja jej to “po polsku” powiem — zaśmiał się.
— Jak chcecie, ale by wam się nie odgryzła, bo na zaczepkę nie zmilczy — rzekł z uśmiechem.
— Jaż nie cham, żebym nie wiedział, jak z delikatną panną pogadać. Mnie nie osobliwość i u błahoczynnego bywać.
— Wiem, ale moja dziewczyna dzika, żadna panna, ot, prosta kowalówna. Od matczynej spódnicy nierada odejść, wiana mieć nie będzie.
— Co mnie wiano. Stary nie za swoje pije, a spryt do interesu żydowski ma.
Weszła Kafarowa i zaprosiła gościa do obiadu. Bohuszewicz poprosił o pozwolenie zafundowania wódki i piwa, ale gospodyni odmówiła i podała swoją flaszkę. Mężczyźni wypili i zagryźli kiełbasą. Młody widocznie trunki lubił i stał się jeszcze rozmowniejszy.
— Pannie to niechybnie Malwina na imię? — zagaił zaloty.
Dziewczyna parsknęła śmiechem.
— A panu to pewnie Kacper?
— Nie. Ja Iwan.
— To pan ruski?
— My tu wszyscy ruskie ludzie. I panna też ruska będzie, bo to rosiejska imperja.
— Podaj kluski, Wikciu — przerwała matka.
Dziewczyna skoczyła do kuchni, a Kafarowa rzekła:
— To pan macochę ma? A dawno też matka umarła?
— O, i nie pamiętam. Przy urodzeniu mojem umarła, czy jakoś prędko.
— Tutejsza była?
— Tutejsza, organiścianka.
— Katoliczka? To i pan katolik?
— At, zapisany. Ale mnie to wszystko jedno.
— To może pan i Żyd? — zagadnęła dziewczyna.
— Polaki i Żydy to jedno, ale ja z nimi nawet kompanji nie trzymam.
Kafarowie milczeli, dziewczyna pokraśniała.
— Dobrze, że pan rzekł — mruknęła.
Bohuszewicz już bez proszenia wódki wypił.
— A panna pewnie tańczyć lubi — zagadnął.
— Czemu nie, ale w swojej kompanji.
— A jakaż panny kompanja?
— Wiadomo — Polaki.
— Tutaj niema Polaków. Chyba panowie po dworach. Ale przecie dobra kompanja jest do tańca. Zbieramy się u starszyny, u djaka, u naczelnika mojego z poczty, i zabawa idzie, że — nu! Beze mnie nigdzie się nie obejdzie, bo ja muzykant. Umiem i na harmonji, i na skrzypcach, i na gitarze, jak się trafi. Kto bawić się chce, to do mnie w prośby. Ja tylko na panieńskie prośby gram, bo za pieniądze nie potrzebuję. Stary mój majątek ma. Ale jak panny proszą, to nie odmówię.
— Ho, ho, jaka łaska. U nas zagranicą kawalerowie panny proszą, a tu naopak.
— Możeby i tu dla panny kto wyjątek zrobił.
— At, obejdzie się. Można się i przy robocie natańczyć i naśpiewać.
Wstała i poczęła ze stołu sprzątać. Bohuszewicz urażony był, po chwili rozmowy pożegnał się i poszedł. Tego wieczora na wieczorynce u djaka był burkliwy i dla panienek lekceważący.
Od wczesnego ranka w kuźni u Kafara rozpoczynała się robota. Majster był zdolny, pracowity, trzeźwy, a nadewszystko umiał z ludźmi gawędzić. Zato kobiety prawie wcale się na miasteczku nie pokazywały. Matka pracowała w domu i w ogrodzie, a że okazała się wyśmienitą praczką, dostała klientelę urzędniczą, córkę oddała na służbę do doktorowej, lokatorki z dworku. Wszystko to wyszpiegował Iwan Bohuszewicz, który miał wiele wolnego czasu, bo zajęcia na poczcie kończyły się po południu, a resztę dnia spędzał na wałęsaniu się po miasteczku, zalotach i pijatyce.
Iwan uchodził za pierwszą partję do zamążpójścia. Przystojny był, uczony, bo skończył powiatową szkołę, nosił surdut i czapkę z gwiazdą, umiał napisać prośbę do sądu, grał na różnych instrumentach i był domniemanym spadkobiercą starego, gdyż rodzeństwo jego przyrodnie, kaleki i chorowite, skazane było na wymarcie.
Stary zaś, chociaż prawie bezustannie pijany, interesy dobrze prowadził. Dzierżawił cerkiewną ziemię w Krośnie, handlował bydłem i końmi, trzymał gminną “stójkę” i z Żydami był w ciągłych konszachtach. Rachowano jego majątek na kilka tysięcy gotówki.
Iwan tedy był ulubieńcem panien miasteczkowych, mile widzianym w każdym familijnym domu. Swatano go zawzięcie. Chciał go za zięcia rządca z Kozar, Siergiej Ułasow, faworyt generała, chciał mu dać córkę pan Saturnin Krośniański, mile gościła akcyznikowa i djakowa.
I oto przybycie Wikci Kafarówny popsuło szyki pannom, rodzicom i swatom.
Iwan przestał bywać na wieczorynkach i stał się względem dziewcząt opryskliwym. Zato Wikcia, ilekroć ją doktorowa posłała na rynek, do rzeźnika, do magla, do sklepiku, spotykała nieodmiennie na drodze Bohuszewicza. Traktował ją cukierkami, orzechami, i gadał o swej miłości. Dziewczyna śmiała się i drożyła, ale żadnych prezentów przyjąć nie chciała, ani pozwalała na poufałość.
Do kuchni doktora wciskał się też często Iwan, niby po poradę, niby z jakiem poleceniem ojca, przynosił gazety i zawsze bawił dłużej, niż należało.
W miasteczku ta nowina o najpierwszym kawalerze prędko się rozniosła. Zawrzało od plotek, oszczerstw i zawiści. Kumoszki wzięły na języki Kafarów, i o nikim innym mowy nie było.
Naturalnie Kafarowie sami nic o tem nie wiedzieli. Majster był na robocie w Kozarach przy gorzelni, majstrowa miała wyżej głowy roboty z ogrodem, z domem, z praniem, nie należała do ciekawych i gadatliwych, gdy miała chwilę czasu, szła do kościoła, lub szyła w izbie.
Jesień już była późna, gdy usłyszała plotkę. Przyszła do niej po bieliznę służąca błahoczynnego, Olga, dziewczyna zahukana i wiecznie wylękła. Mówiła źle po polsku, i zaczęła jąkać:
— Matuszka prikazała zabrać syna bieliznę, choć i nie prana. Już, każe, nie da nic do prania.
— Czemu tak? Czy student wyjeżdża?
— Nie, on będzie do Rożdestwa, ale tak za waszą docz gniewa.
— Co jej moja córka zrobiła? Nic nie wiem.
— Jej to nie. Ale za Iwana musić zła.
— Za jakiego Iwana?
— A za Bohuszewiczaka, co się z nim wasza docz kocha.
— Moja Wikcia? Co za łgarstwo!
— O, jej Bohu! Toż kochają się, wiadomo!
Kafarowa zacięła usta, oddała bieliznę i zaraz poszła do dworku wziąć córkę na spytki.
Nazajutrz, gdy Bohuszewicz jak zwykle spotkał dziewczynę i zagadał, skoczyła mu ze złością do oczu.
— A bodajby was na suche bory zły wicher poniósł! Czego wy się do mnie uczepili? Czego łazicie, jak ta słota? Żebym ja przez takiego śmierdzącego kacapa na ludzkie języki się dostała i od mamy niesłusznie łajania miała słuchać! Idźcie mi z oczu i z drogi.
— Panno Wiktorjo, ja przecie gotów się żenić z panną.
— Patrzajcie! Łaska mi czy honor. Ja nie chcę ni waszych miłości, ni oświadczyn. Jeszcze ja ani krzywa, ani dziobata, żebym swojego chłopca sobie nie dostała. Macie też dosyć w miasteczku swoich panien.
— A cóż to ja pannie taki przeciwny!
— A cóż to mi z panem za kompanja? Wasze bogactwo mnie nie kusi, waszej familji nie chcę. Kto wy? Jaki? Czyj? Sami nie wiecie.
— A to ten pomocnik Rebeszki, ten cygański podrzutek, co u was wieczorami bywa, to lepszego rodu? Aha, to prawda, co ludzie mi gadali, że za nim przepadacie.
— A tak przepadam, to co? Nie wolno mi? Jak chcecie, to wam powiem, że go miłuję, bo on mi swój, a wy cudzy i wraży. Nie umiecie po mojemu gadać, do Pana Boga mojego się nie modlicie, a wasza robota to tylko picie, rozpusta i próżnowanie. Wolałabym się utopić, jak z wami żyć i wstydzić się całe życie! A i znajomości z wami nie chcę, i gadać z wami nigdy nie będę, tak mi Boże dopomóż!
— Co się panna zaklina. Kiedy pannie miły jakiś podrzutek, czyjś tam bękart, to ja pluję w stronę panny. Między nami skończone, ale panna pożałuje po czasie.
Dziewczyna zatrzęsła się z oburzenia.
— A wy podły przechrzta i zdrajca. Duszy w was niema, wstydu i sumienia. Boga i wiary się wyparli, krzywdą zabogacieli, podłością żyjecie i na poczciwego chłopca plwać się ośmielacie!
Rzuciły jej się łzy i łkając odeszła. Bohuszewicz wściekły, wszedł do traktjerni naprzeciw kuźni i kazał sobie podać araku. Pił i przemyśliwał zemstę. O zmroku wyszedł zupełnie pijany.
Ujrzał, że kuźnia była otwarta. Kafar wrócił z Kozar tegoż dnia i zaraz się wziął do zaległej tymczasem roboty.
Bohuszewicz stanął w progu z papierosem w zębach i czapką na bakier.
— Ej, Galicua, świniarz. Słuchaj, dam ci dziesięć rubli za twoją dziewkę. Przyprowadź mi ją.
Kafar musiał od żony i córki wiedzieć o awanturze, bo zachował całą zimną krew.
— Prześpijcie chmiel. Ze mną burdy nie uczynicie — odparł spokojnie, nie przestając raszplować u warsztatu.
— Co ty ze mnie pijaka robisz, włóczęgo. Ja tutejszy grażdanin i urzędnik, na majątku siedzę, a wy co? Cygańskie wołokity!
Kafar milczał. Poczerniała mu twarz i zaciął zęby. Bohuszewicz o krok się zbliżył.
— Nu, słyszysz, co ci mówię. Na, masz dziesięć rubli.
Nagle Kafar się wyprostował, pięści zacisnął.
— Won, durniu! — krzyknął. — Matkę twą zakatowali, a ty im duszę i ciało zaprzedał. Won, tu nie twoje miejsce! Ty rakarski pachołku!
Bohuszewicz przeraził się wyrazu twarzy, głosu, ruchu. Cofnął się za próg. Za nim Kafar drzwi kuźni zatrzasnął.
Po chwili pijak począł się znowu dobijać i krzyczeć. Nic nie wskórawszy, poszedł do furtki w ogrodzeniu posesji i pięściami w nią walił. Wreszcie zmęczony, coraz mniej przytomny, ruszył ku domowi. Tam go przyjęła macocha wymysłami.
— Rakarskie plemię, hycle, pijanice. Jednego ledwie z wozu zdjęli, a drugi, jak świnia, wraca. A pobrałby was czort obydwóch!
— Małczat’, ty mużycka ścierka.
— Ty sam milcz, bo, jak ja się odezwę jaki twój tatko, to gorzej muzyka się pokaże i skończy się wasze panowanie.
Pasierb zamierzył się na nią pięścią, ale stracił równowagę i upadł na ławkę. Zaraz też zachrapał, a kobieta, plunąwszy nań z dziką nienawiścią, zamknęła dom i poszła do kuchni. Siedziała tam stara mieszczanka znachorka, z którą oddawna Bohuszewiczowa miała konszachty.
Nazajutrz Iwana zbudziło szarpnięcie za ramię, stał nad nim ojciec. Stary roztył się, ociężał, twarz miał apoplektycznie czerwoną i wiecznie ponurą.
— Co ty! Pijany wrócił, na rynku się rozbijał, macochę wyłajał! Jak śmiesz! Uradnik do mnie z uwagą przychodził. Aż u prystawa słychać było. Z poczty cię wyrzucą, gałganie!
Iwan siadł i chwilę zbierał zmysły.
— Kto to moją matkę zakatował? — spytał nagle.
Stary aż o krok się cofnął.
— Kto tobie to gadał? — krzyknął.
— A macocha — odparł przekonany, bo mu się wszystko w głowie pomieszało.
Stary zawrócił i wpadł do kuchni.
— Ty co Iwanowi nagadała o matce, o katowaniu! — wrzasnął, pięścią w stół bijąc.
— Ja jeszcze więcej jemu powiem, jak się ośmieli na mnie szczekać! — odparła zuchwale kobieta. — Wy sobie zbytnio nie pozwalajcie. Ja wszystko wiem!
— Milcz, suko!
— Nu, nu, sam milcz! Ja się na stryczek wziąć nie dam, choć i nie sołdat. A swego syna pilnujcie, oczko w głowie, krasawiec, hultaja i darmozjada kawałek, a pije, jak ostatni. Jeszcze on ławy ostrogów nieraz powyciera. A spytajcie po Żydach, ile długów ma!
Bohuszewicz milcząc wyszedł, wrócił do syna.
— Słuchaj, Iwan. Dosyć w domu tej swarki i nahulał się ty dowoli. Tobie pora żenić się i na swój chleb iść. Tej jesieni przed postem wesele zrobim.
— Nu i co mnie ojciec da?
— Dam ci cerkiewną fermę. Budynki są, dom nowy, kontrakt jeszcze na dziesięć lat.
— Ja by wolał gotówkę. Ja nie przywykł gnój trząść i za pługiem chodzić.
— Gotówki nie dam, a gospodarować to cię teść nauczy.
— Jaki teść?
— Ano którego wolisz. Albo Ułasow, albo Krośniański.
Iwan się zamyślił. Trzeźwiał zupełnie i ogarnęła go nagle okropna żałość.
— Co ja zrobił! Co ja zrobił! — zastękał i począł płakać jak dziecko.
— Co ty? Zdurzał? Co tobie?
— Tatu, ratujcie mnie! Idźcie do kowala Kafara. Ja sobie śmierć zrobię, jak się z jego dziewczyną nie ożenię. A z żadną inną, żebyście mnie rżnęli.
I płakał, i czołem bił o stół.
— Czyś oszalał? To on ma dziewczynę? A niedoczekanie, żebym jakąś wołokitę do rodu przyjmował!
— To mnie do innej i nie ciągajcie. Żebyście i wyklęli, i wypędzili, nie ożenię się, ino z tą.
— Dureń jesteś! Wytrzeźwisz się, to opamiętasz. A na przyszłą sobotę z Nataszą Saturnina cię zaswatam, a za miesiąc wesele zrobimy.
I z tem postanowieniem odszedł do swych interesów. Gdzieś w głębi spaczonego sumienia to małżeństwo syna z Krośniańską uważał za pewien rodzaj zadośćuczynienia.
Iwan czatował na Wikcię na rynku. Chciał ją przeprosić, przez nią trafić do rodziców. Był przybity i pokorny. Ale czatował napróżno, dziewczyny nie było. Na drugi dzień wkręcił się do kuchni doktora i znalazł inną służącą.
— A gdzie to Kafarówna? — spytał.
Dziewczyna z miasteczka, która znała całą historję, roześmiała się.
— Ho, ho, daleko. Odesłali starzy zagranicę.
— Co pleciesz!
— A ot, przekonacie się. Niema już i śladu po niej, spytajcie sami kowala, jak nie wierzycie.
Ale Iwan nie śmiał w kuźni się pokazywać i posłał na zwiady znajomego. Ten mu wieść potwierdził, dziewczyny nie było ni w domu, ni w miasteczku. Chłopaka ogarnęła rozpacz. Przestał chodzić na pocztę, siedział jak osowiały w domu.
Ojciec wedle programu w sobotę pojechał do Krośny, wrócił pijany, a w niedzielę oznajmił synowi, że Nataszę dla niego zaswatał.
— Ja jej nie wezmę. Jak chcecie, bierzcie ją dla Pawluka.
Był to jego przyrodni brat, kaleka i idjota.
— Milczeć! — wrzasnął Bohuszewicz. — Pojedziesz ze mną na zaręczyny, dziś wieczór.
— Nie pojadę!
— To idź won z domu, na swój chleb. Dzisiaj przepiszę wszystko na żonę, a tobie figa!
— Jak sobie chcecie. Ja z Nataszą się nie ożenię.
— To kogóż chcesz?
— Gadałem wam. Kafarównę mi swatajcie!
— Choroba na ciebie. Ja tobie mówię: Krośniańska albo Ułasowówna, a nie chcesz tych, to won!
— Co mnie straszycie! Pójdę i sam!
I wyszedł. Zabrał swe rzeczy i wyniósł się do znajomego mieszczanina.
Obadwa się zacięli w uporze i minęło tak parę tygodni.
Pewnego dnia zjawił się w kuźni Kafara stary Bohuszewicz.
— Nu, nu — rzekł gorzko — zapłacili wy mnie za gościnę, za znajomość. Nu, nu!
— A cóżem wam zawinił? Zda się, każdą waszą robotę i pierwszą robię, i taniej liczę — odparł Kafar.
— Nie o robotę chodzi. Możecie taniej robić, myślicie potem się odbić. Na chłopca pułapkę zastawili.
— Wasz chłopiec mnie szpetnie złajał po pijanemu i dziewczynie mojej dokuczał. Tylko dlatego, że wasz, to mu wybaczyłem i nie zwaliłem rzemieniem. A pułapek stawiać nie myślałem, bo dziewczyna moja nie dla waszego syna, i umyślnie ją do swojaków odesłałem, żeby i pozoru nie było.
— To jej tu niema? A ja chciałem na to dziwo popatrzeć, co chłopca zdurzyła! — roześmiał się grubo Bohuszewicz, rad, że sprawa tak się układa.
Kafar milczał, poruszając miechem.
— Nu, coście się tak nadęli? — zagadnął bogacz.
— Jak baby na rynku plotą, wybaczyć można, ale wam nie pasuje plotki powtarzać. Mojej dziewczynie bałamuctwo nie w głowie, a byście w swaty przyszli, nie dałbym jej w wasz dom. Ona u mnie jedna i ledwie podlot, nie śpieszymy komu oddać, nam potrzebna. Wasz syn napastował ją i na obmowę podał, chamska to rzecz i hańba! Macie majątki i dostatki, ale wasz syn chwały wam nie czyni, jak i to całe bogactwo.
— Wy to pewnie z grafów jesteście!
— Nie, ja tylko Polak i katolik i mieszać się z nijakimi nie będę innymi. U was inne rachunki z Panem Bogiem i hambicją, a u mnie inne. Dlatego nie turbuję się o to, co baby plotą. Moja dziewczyna, by ją i smagali, nie pójdzie za waszego syna, bo my ją po swojemu chowali.
— Ja się o to nie turbuję, bo mi prędzej włosy na dłoni porosną, niż na takie małżeństwo pozwolę, ale chłopaka zdurzyliście i zbuntowali. Dom porzucił, służbę porzucił. Wasza to sztuka.
— A może i nie moja, a całkiem inna.
— Czyja?
— Wasza. Niejedno wyście też porzucili, i zapomnieli, i jego nie uczyli. Nie macie teraz na niego sposobu.
— Nu, nu, mam! I dobry. Wróci jak głód zdusi.
Kafar ramionami ruszył obojętnie.
Ku kuźni jechał wóz, pełen kapusty. Na wierzchu leżał jakiś duży żelazny przedmiot i siedziała dostatnio ubrana kobieta. Obok, trzymając lejce i bat, szedł Marcin Krośniański.
Zajechał przed kuźnię, zdjął żelazo i pożegnał ukłonem kobietę, oddając jej lejce.
Kafar i Bohuszewicz wyszli do progu.
— A cóż to panna Natasza bez parobka na targ? — zagadnął stary.
— Przy okazji kapustę przywiozłam. A na co mnie parobek, kiedy pan Marcin był.
Kafar z pod brwi patrzał na syna.
— Co to za robota? — burknął.
— Pan Rebeszko mnie tamtej niedzieli do Krośny posłał, młocarnię naładzić. To cepy przywiozłem starte — odparł chłopak jakby się tłumaczył i z ukosa patrzał na Bohuszewicza.
— Wygodę ma z pomocnika stary szelma Rebeszko — zaśmiał się mieszczanin. — Wszędzie się tobą wyręcza, a pewnie złotówkę dziennie płaci. Plunąłbyś na niego i na swoją rękę robił.
— Taka była umowa. Za naukę odsługuję. Zresztą już niedługo. Za miesiąc do wojska staję.
— I wezmą cię, samosiejku. Siemaszkowa cię dobrze ekonomskim chlebem wyhodowała.
I, roześmiawszy się grubo, stary poszedł w stronę wozu z kapustą.
— Niema to paraliżu na takiego! — warknął Marcin.
— A tobie poco było leźć na robotę do tamtego, Rebeszko u djabłaby robił za rubla! — rozdrażniony zawołał Kafar.
— Kazał, musiałem.
— I z dziewką paradujesz po rynku. Byłeś w Grelach? Widziałeś Wikcię?
— Byłem cały wieczór.
— No to idź do matki, opowiedz się i przychodź pomagać do młota. Wolałbym psy kuć, niż dla Saturnina robić.
— Żebym do Żyda zawiózł, nie byłoby jak do matki pójść. Z dziewką tośmy całą drogę gadali o naszym kościele.
— A jej co do tego! Niech swej cerkwi pilnuje. I tobie do niej też nic! Żadna kompanja.
Chłopak milcząc wyszedł.
Gdy Natasza sprzedała kapustę i załatwiła sprawunki, zajechała wozem pod kuźnię, uwiązała konie i weszła.
Mężczyźni kończyli robotę. Usiadła tedy na boku i przyglądała się im, milcząc.
— Jeszcze godzinę czekać. Zmarznie panna. Proszę pójść do Michała — rzekł stary.
— Mnie nie zimno. Ale to pan Marcin cały dzień nie jadłszy pracuje.
— Cóż to panna taka o niego troskliwa! — rzucając jej ukośne wejrzenie, burknął Kafar.
— Tatko przykazał, żeby dbać o stół, i dał dwa złote na dzisiejszy wikt, to może co przynieść. Dopiero na noc dowleczemy się do domu.
— Dziękuję, nie głodnym — rzekł Marcin.
— Tatko kazał i majstrowi zapłacić, ile pan Marcin starguje.
— To panna cała gospodyni w Krośnie.
— A cóż! Ja jedna.
— To jak panna pójdzie za Iwana Bohuszewicza, to całą szlachecką ziemię trzymać będziecie.
— Mnie ten pijanica nie potrzebny. Tatko jutro staremu pieniądze za wódkę odwiezie. Tatko może i sam cerkiewny folwark w arendę wziąć.
— Czemu nie, zabogaciał! — zamruczał Kafar. — Może i kupić ziemię. Ma prawo.
— Nawet targuje kawałek od Kozar.
— Nowe panowie będą z was. Nu, gotowe!
Wyprostował się i począł narzędzia zbierać.
— Ile za robotę? — spytał Marcin.
— Pięć rubli.
Chłopak spojrzał nań zdziwiony.
— Co? Drogo wam się zdaje? Może Krośniański pan płacić biednemu Kafarowi!
— Dajcie trzy ruble! — rzekł Marcin do dziewczyny, wydobył kieskę i dołożył dwa.
Potem dźwignął cepy i ułożył na wozie. Kowal przyglądał mu się w milczeniu, z twarzą bardzo posępną.
— Dobranoc. Niech będzie pochwalony! — rzekł Marcin, zbierając lejce.
— Czekamy ciebie za tydzień.
— Będę niezawodnie. Niech panna siada.
Wóz ruszył i zniknął w ciemności.
— Niech go biorą do wojska, choćby jutro! — zamruczał Kafar, zamykając kuźnię.
Marcin siedział bokiem na drabinie i milczał. Dziewczyna skuliła się na słomie i grzebała w tobołkach, napełniających spód wozu.
— Jest kiełbasa, bułka i wódka. Może pan zje — ozwała się wreszcie.
— Dziękuję. Jadłem u kowalów.
— To pan u nich bywa i w domu?
— Bywam. Oni mi swoi.
— I za tydzień pan u nich będzie?
— A tak. Umówiłem się o kwaterę na parę tygodni. Przed wojskową służbą trzeba obszyć się i oprać i oporządzić. To mi kowalowa obiecała wszystko sprawić.
— U nich bardzo ładna córka?
— Ładna i na osobliwość miła dziewczyna.
— A jakże oni panu swojacy, kiedy pan tak, jak i my, Krośniański?
— Ja mówiłem, że oni mnie swoi, bo Polacy i katolicy.
Dziewczyna umilkła. Konie wlokły się powoli, po błocie, w ciemności. Pan Marcin począł pogwizdywać.
— To ona będzie czekać, aż pan z wojska wróci? — zagadnęła dziewczyna.
— Kto taki?
— Ano kowalówna.
Roześmiał się.
— Panna myśli, że para z nas będzie? Choćby nas tylko dwoje było na świecie, to nie.
— Pan ich tak chwali. Myślałam, że pan jej kawalerem, żeście się zmówili.
— Głupibym był z dziewczyną się zmawiać i na cztery lata na kraj świata iść i wierzyć, że na mnie czekać będzie.
— Ot dziwo. Na miłego czekać i dziesięć lat warto.
Znowu umilkli. Marcin konie zaciął, bo się wydostali na lepszą drogę.
— To pan swoje dwa ruble kowalowi dołożył? — zagadnęła znowu dziewczyna.
— Niech mam karę, żem zgóry nie stargował.
— Pan to hambit ma, że aż dziwo. A ja tatkowi powiem, jak było.
— Hambit to cały mój majątek.
— Juści nie cały! — zaśmiała się. — Rzemiosło pan ma w rękach, a śpiewanie to już chyba najzazdrośniejsze bogactwo. Jak pan przy robocie śpiewa, to człowiek musi płakać, słuchając. Nudno stanie, jak pan nas odejdzie. U nas to nigdy wesela niema. Ojciec nigdy się nie odezwie, matka chorowała bez przestanku. Ciągle robota i robota, a troska, a turbacja.
— Pójdzie panna Natalja zamąż, to się i dola odmieni.
— Niewiadomo, co sądzone. Kto miły, ten daleki i swatów nie przysyła. A kto się trafi, to wszystko nie luby. Już i wolę, że ojciec rad mnie trzyma dla wygody. Będę na miłego czekać.
— A może jemu przyjść nie wolno?
— Czemuż?
— Tak mówię sobie! Jaż nie wiem, kogo panna chce. Różne przeszkody są.
— A jakież pan myśli? Chyba nie ma skłonności.
— Czasem za skłonnością nie wolno iść. Ot, na ten przykład, żeby ja nie wiedzieć jak wielką miał skłonność do ekonomówny z Kozar, to mnie nie wolno się o nią starać.
— Ot, znalazł pan przykład. Toć ona ospowata i już stara.
— Nie dlatego, ino ona Ruska. Nie zadaję ja hańby wierze, każdemu swoja dobra, ale dlategoż każdy w swojej powinien żyć, w swoim kościele ślubować. A że tak nie wolno, to i mnie nie wolno. I w tem mój hambit trzyma.
— Pobierają się przecie ludzie różnej wiary. Ot, Harbaruk wziął Polkę Oleszkiewiczównę, Ohicki także Anusię Deremerównę. Bohuszewicz po polsku ochrzczony, i Kulikowski z Suhaków ekonom ożenił się z Lubą nastawnika. Wszyscy u nas pomieszani, a dobrze żyją. To pan jeden tak myśli, bo nie ma prawdziwej skłonności do Ruskiej.
— Żebym się i do warjacji zakochał, tobym sobie raczej śmierć uczynił, niż od wiary odstąpił.
Dziewczyna otuliła się chustką, naciągnęła ją na oczy i przestała mówić.
Po chwili posłyszał Marcin, że płacze.
— Co pannie? Jaż, broń Boże, nie posponuję waszej wiary, ani co rzekł naprzeciw. Może wasz miły nie takie ma dumki, tak się zgadało tylko!
— Jużby pan nie kpinkował i nie udawał — wyjąkała dziewczyna.
— A dalibóg nie chciałem ubliżyć. Toć znam pannę Natalję od dwóch lat i wielkie mam uznanie i przyjacielstwo, i nie znaleźć na świecie pannie równej i z urody i z charakteru. Zębybym wybił, ktoby na pannę nieżyczliwe słowo rzekł i radbym pannie nieba przychylił.
— Co mi z tego! Przecie pan za równą sobie mnie nie ma! Ot, gadał pan ze mną, jak z jaką Paraszą czy Hrypą, a w pogardzie ma, że ja Ruska. Będzie panu milsza Julka Miłoszówna albo Kostusia Semicka, bo do kościoła chodzą, a koszuli na grzbiecie nie mają z hultajstwa.
— Do nijakich panien ja nie chodzę, ani z żadną gadam. Nawet ich i nie znam i w tę stronę nie patrzę. Karabin żonką mi będzie przez cztery lata, a potem i do śmierci w kawalerskim stanie będę.
— I, albo to prawda?
— Ot, przekona się panna.
— A z Ruską za nic pan się nie ożeni?
— Nie. By z najmilejszą — nie!
— Takie to i miłowanie pana!
Nie odezwała się więcej ani słowem, aż do domu, i zaraz na wstępie opowiedziała ojcu o zdzierstwie kowala. Pan Saturnin, człek żółty, zgryźliwy, nie patrzący nigdy ludziom w oczy, zamruczał niechętnie, że trzeba było robotę do Żyda zawieźć.
— Ten przybłęda niechby wracał, skąd przyszedł. Nam tu zagranicznych nie trzeba.
— Oj, trzeba! — zaprzeczył Marcin. — Może nauczą lepszych porządków. Tam u nich lepiej się dzieje. Czytałem książki. To i pijaństwo mniejsze, i złodziejstwo rzadsze, i owoce przy trakcie dojrzewają, i ludzie się uczą i czytają.
— Za morzem wół po groszu. To, komu tam się podoba, czemu tutaj siedzi i ludziom w głowach przewraca?
— Kowal złych rzeczy nie uczy, ani opowiada.
— Ale biedy ludziom nawlecze do głowy. Z Oziernej do niego chodzą, jak do adwokata, a chłopów z Pachołków i Siennej też buntuje. A to sprawa przepadła, stare bajki. Tutaj ruski kraj.
— Ruskiemu ruski, Polakowi polski. Ozierna zawsze się opierała, a ludzie z Pachołków i Siennej do chłopów ino przypisani, a szlachtą są.
— Jak kto zapisany u władzy, takim ma być.
Marcin ramionami ruszył.
— Komu z tem wygoda, to dobrze! — mruknął niechętnie i wstał, by iść spać na siano.
Nazajutrz o świcie był już przy robocie w stodole, opodal Natasza mędliła len, stary poszedł do cegielni. Marcin nie śpiewał tego dnia i pracował jeszcze pilniej, niż zwykle. Zawołała go dziewczyna na śniadanie, podziękował, przyniosła mu tedy po chwili misę apetycznej zacierki z mlekiem.
— Pan już i jeść u nas nie chce! — rzekła żałośnie. — A robi pan za trzech, żeby prędzej skończyć i odejść.
— Ojciec panny wilkiem na mnie patrzy, a panna i dzień dobry dziś nie rzekła. Naraziłem się wczoraj, to i śmiałości nie mam.
— Ja też i pozdrowić nie śmiem, kiedy my panu takie wrogi, takie cudze.
Usiadł na belce i począł jeść.
— Może niesmaczne?
— Z panny rąk tobym piołun za cukier jadł.
— Porzuć pan kpiny. Już ja nabrałam rozumu od wczoraj. Nie godzi się śmieszki stroić.
— To widać panna Natalja mojej mowy nie zrozumiała wczoraj. Ot, pojutrze robotę skończę i pożegnam, ale panny to nie zapomnę całe życie.
— Albo to prawda! Jakby tak było, toby pan, do wojska idąc, wstąpił pożegnać i z wojskaby pan napisał list, jak żyje, i, wróciwszy, zaszedłby przywitać. A to pan ucieknie, jak od wrogów. Bożeż mój, Boże, za co ja taka biedna!!
Zerwała się i uciekła, płacząc, a chłopak, jakby zarażony, wrócił do topora i raz wraz rękawem ocierał oczy.
— Ucieknę chyba dzisiaj w nocy, bo nie wytrzymam — myślał z desperacją.
Wieczorem wrócił stary z cegielni, zasiadł do liczenia dziennego zarobku, potem do wieczerzy.
— A gdzież mechanik? — spytał.
— Mleka się napił i spać poszedł. Skończył młocarnię.
— Nie może być? Sam? Toć na trzech było.
— Takci i robił. Albo to jaki cham!
— Rubla dziennie bierze, to niech się stara.
— Toć Rebeszko zabiera i jemu daje tylko czterdzieści groszy.
— To dureń, kiedy tak. Pewnie myśli, że córkę Rebeszki dostanie, a stary, byle chłopca do wojska wzięli, wesele wyprawi ze Smólskim.
Dziewczyna sprzątała statki, posłała łóżko ojca i poszła do swego alkierzyka.
Po chwili psy poczęły ujadać, targnął nią niepokój, wyszła na podwórze i podeszła do gumna, psy ujadały u bramy.
— Kto tam? — spytała.
Cień człowieka zamajaczył, poznała.
— Co to? Pan idzie? — wyszeptała.
Noc była chłodna, szron się szklił na ziemi. Marcin był w kożuszku z torbą narzędzi na ramieniu.
— Pomyślałem, że lepiej na noc iść. Do Rebeszki świat drogi, dzień roboczy tracę. On sam po rachunek się zgłosi do waszego ojca. Ja robotę skończyłem. Można jutro młócić.
— Ot, i pożegnanie pańskie. Jak z turmy ucieka.
Stała ledwie odziana, bosa, z odkrytą głową, trzęsąc się cała.
— Przeziębi się panna. Toć mróz.
— Mnie lepiej śmierć, niż takie życie. Poco mnie żyć, jak pan odejdzie. Boże mój, Boże! I nawet dobrego słowa na rozstanie ja nie warta.
— Natalka! Ja za sobą i słońca nie widzę! — wyjąkał chłopak. — Od przeszłego roku, od jarmarku na Pokrowę to ino o tobie myślę. Ale mnie nie wolno, nie godzi się.
— Toć ja za tobą pójdę, wszystko rzucę. Już rok przepłakałam, przetęskniłam. O, Jezu, ja twojej wiary będę, ja zginę za nią, z tobą. Ja na ciebie czekać będę, ino rzeknij, że mnie chcesz, ino pożałuj!
Chłopak rozpiął kożuch, ogarnął ją, na ręce wziął i poniósł do szopy z sianem, gdzie nocował....
Przed świtem dziewczyna wróciła do swego alkierza, on szedł do Rebeszki.
Zaślubieni byli młodem, szalonem kochaniem, związani na życie, na dolę i niedolę.
W trzy tygodnie potem stanął do poboru: został przeznaczony do saperów w Moskwie.
Katarowie zaopatrzyli go w odzież i grosz, ale odprowadzić nie mogli, by nie wzbudzić podejrzeń. Pożegnał chłopak Wikcię w Grelach, popłakali się Siemaszkowie, starzy i niedołężni, że już nie mieli nadziei dożyć jego powrotu, pobłogosławiła go pani marszałkowa. Rebeszko dał świadectwo fachowe, żeby mu do wojskowych warsztatów służyło, a wreszcie podkradł się wieczorem do Krośny i wywabił za ogród Natalkę.
Poszli oboje do zamkniętego starego kościółka, poklękli u progu i przysięgli sobie wiarę. Chłopak mówił, powtarzała za nim, wicher jesienny zawodził im smutnie, ale oni się nie lękali, czuli, że przetrwają i ostaną.
Potem przesiedzieli chwilę, trzymając się za ręce, wśród chwastami porosłych grobów krośniańskiej szlachty i Marcin jej swe dzieje opowiedział, jako żonie i dozgonnej towarzyszce.
— Żebyś wiedziała, kogo czcić i szanować, do kogo po pomoc i naukę iść, i jak wiele człowiek przenieść może, kiedy duszę uchować postanowi! — zakończył z wielką powagą.
— Nie powstydzicie się mnie. Zobaczysz.
A miała w sobie zapamiętanie i upór i czuł, że mu dotrzyma przysięgi.
Nazajutrz poszli rekruci do powiatu i zima martwotą pokryła okolicę.
Około Bożego Narodzenia zachorował ciężko Bohuszewicz i posłał po syna, który zgodził się na pisarza u pana Białozora i z ojcem godzić się nie chciał.
Macocha niechętnie, ale musiała spełnić rozkaz chorego i Iwan przybył.
Stary miał atak paraliżu, bezwładną rękę i nogę, ale żył i był zupełnie przytomny.
— Nu, ze mną już koniec! — rzekł do syna. — Trzeba tobie panem tutaj być, rządzić i pilnować. Ja już trup.
— Jeszcze się poprawicie.
Stary się pogardliwie zaśmiał.
— Nie, już po wszystkiem. Będę ot, leżał, jak drewno, i pokutował. Od pokuty nie skryjesz się, nie uciekniesz. Ty zostań. Bez ciebie ot, i wody nikt nie poda. Baba wygląda i modli się, żebym prędzej skończył. Tobie mus żenić się, bo ta nas potruje.
— Podzielcie wszystko, niech bierze swoje. Ja z wami zostanę, weźmiemy sługę, żenić się nie chcę.
— Toć ci żadnej nie narzucam. Chcesz, bierz tę Kafarównę. Niech ją starzy sprowadzą.
— Niedaleko ona. W Grelach służy. Ale nie chce mnie.
— Ot, gadanie. Sprowadź mi starego. Zgodzi się. A teraz posłuchaj o robocie i interesach. Trzeba ci wszystkiem się zająć.
Iwan był jakiś inny. Stracił swą bezczelność i swawolę. Powierzchownie się nawet zmienił. Włosy przystrzygł, brodę ogolił, nie nosił wyszywanych koszul i czarnej bluzy. Dawno też odjął znaczek urzędowy od czapki i nie grywał po wieczorynkach.
Na żądanie ojca ze służby się uwolnił i osiadł w domu i wziął się do roboty.
Stary z łóżka dawał mu rozporządzenia i chłopak cały dzień był na folwarku, lub jeździł po jarmarkach.
Tak nadeszły święta. W dzień Wigilji ponuro było u Bohuszewiczów. Gospodyni na drugiej stronie domu, u siebie, warzyła i piekła, stroiła swoje dzieci. Mężczyźni byli u siebie.
Iwan wrócił o południu od gospodarstwa i siedział pod piecem, stary, jak zwykle, leżał nieruchomy i stękał.
— Ogarnij się na wieczór. Pójdź gdzie — rzekł do syna.
— Nie chce mi się. Gdzie się mam włóczyć. Posiedzę z wami — odparł apatycznie.
— Na Kutję twoje rodziny były. Dwadzieścia cztery lata temu. Pamiętam, wróciłem z furmanką wieczorem, a tu bab pełen dom, i świekra mi mówi na progu: syna masz, ale wieczerza to jeszcze nie warzona. Tak i byli bez Kutji.
Stęknął i umilkł.
— Mówiłeś Kafarowi, żeby do mnie zajrzał? — spytał po chwili.
— Nie miałem śmiałości.
— Ot, to pójdź dziś przy święcie. Idź, powiedz, że mam interes, on dziś nie robi pewnie.
— A jak wyłaje i wypędzi? Wtedy głupio ja zrobił, teraz mi wstyd.
— To przeproś i powiedz, że ja bez mocy.
Iwan zaczął się zbierać. Przebrał się, naciągnął nowy kożuch i poszedł.
Pod furtką długo się wahał, i bardzo serce mu biło, gdy próg przestąpił. U studni skrzypiał żóraw, spojrzał i do reszty odwagę stracił. Wodę wyciągała Wikcia.
Poznała go i zlękła się. Porwała wiadro i skoczyła do domu.
Iwan po chwili wahania wszedł za nią i spotkał w sieni Kafara.
— Ojciec mnie przysłał z prośbą — zaczął chłopak nieśmiało.
— A co trzeba? — szorstko spytał kowal.
— Bardzo prosi, żebyście wstąpili do niego. Wiecie, że bezwładny leży już miesiąc.
— Powiedzcie, że którego dnia przyjdę.
— On na dziś prosi.
Kafar wszedł do kuchni, zapewne by żony się poradzić, i ukazał się w kożuchu i czapce.
— To chodźmy! — rzekł.
Gdy szli przez rynek, Iwan się odezwał:
— Wybaczcie mi tamtą głupotę. Coś mnie wtedy opętało i kaję się bez przestanku. Odrzekłem się od wódki, do ust nie biorę. Wybaczcie.
— A słyszę, lepiej o was mówią! Ja urazy nie chowam, kiedy sami czujecie, że głupio zrobili. I ojca poczciwie doglądacie, to dobrze o was mówi.
— Przemieniło się we mnie wszystko. Inaczej teraz rozumiem, jak trzeba żyć. Głupim był.
— Z takiego defektu, jak kto chce, wyzdrowieć można! — odparł życzliwie Kafar.
Weszli do izby chorego, Iwan potarł zapałkę.
— Przyszliście! Dziękuję wam. Godziło się pierwej starego znajomego odwiedzić! — rzekł Bohuszewicz. — Ot, co mnie zostało. Siądźcie! Cóż u was słychać?
— Dzięki Bogu, robota jest i chleb jemy.
— Nie suto chleba, kiedy dziewczynę w służbę oddali.
— W Grelach jej, jak w domu. Niech się wytrze między ludźmi. Moja kobieta jeszcze zdrowa, da rady robocie gospodarskiej.
— Słuchajcie no, majster. Chciałbym tę waszą dziewczynę zobaczyć. Przyprowadźcie ją do mnie w święto.
— Co osobliwego! Dziewczyna, jak wszystkie.
— Przyprowadzicie?
— Nie. Niepotrzebne.
— To jakże będzie? Jabym ją chciał poznać i dostać dla mego chłopca!
— Nie będzie z tego nic.
— Czemuż hańbujecie? Zapiszę na nich zaraz posesję cerkiewnego folwarku, dobry interes, będą panować! Żonce zostawię ten dom, tym kalekom pieniądze. Rozdzielę za życia wszystko. Iwan mnie do śmierci u siebie dotrzyma.
— Mnie nic do waszych rachunków i dostatków, już wam mówiłem: my z innego kraju ludzie, my w takiem pomieszaniu nie potrafimy żyć. Wy Ruskie — my Polaki, wy bogacze — my biedne.
— Jaż po polsku chrzczony! — odezwał się Iwan.
— I ja nie przeszedł, jak się drugi raz żenił.
— Jako zapisane, nie wiem, ino wiem, jak jest. Wasza posesja, wiecie czyja była?
— Nu, stare historje. Nie wezmę ja, weźmie i zarobi inny, a co było, nie wróci. Trzeba żyć!
— Pewnie, ale trzeba i umierać. Pieniądze tu trza zostawić, a z duszą tam iść. A waszego chłopca Iwanem nie ochrzcili, ino tak się nazwał dla wygody i korzyści. A u was w domu nie nasza mowa, nie nasz obyczaj. Zagryzłaby się i zapłakała moja dziewczyna, dławiłyby ją te dostatki. Dajcie tej dziewce pokój, nie będzie z tych dwojga pary.
W tej chwili psy poczęły zajadle kogoś obszczekiwać, otworzyły się drzwi i dwóch ludzi weszło do izby. Był to stary Adam, stróż cmentarny, i jakiś obcy.
— A co tam? Czego? — spytał Bohuszewicz.
— Gość dziś do mnie się przybił — rzekł Adam. — Przyprowadziłem go do was na poradę.
— No, to siadajcie. Co za gość? Wasz syn może?
— Nie poznajecie mnie? Prawda, dziad ze mnie.
Bohuszewicz przyjrzał się uważnie obcemu.
— Nie przypominam sobie was. Co? Może który z Krośniańskich?
Kafar się też bystro weń wpatrzył i milczał.
— Feliks Krośniański jestem — rzekł obcy.
— Toście jeszcze żywy. Iwan, przynieś-no co wypić i zakąsić.
— Nie trzeba. My tylko na moment. Wróciłem, bo do swoich kątów tęskno było. Dwoje dzieci tam pochowałem, jeden wtedy przepadł. Przyszedłem po to jedno, co mi wtedy skradli, jak matkę zabili. Pamiętacie?
Bohuszewicz głową skinął.
— Oboje my katolicy byli. Dziecko błahoczynny po swojemu ochrzcił i dotąd za sługę trzyma. Byłem dziś u niego, wyłajał i wypędził. Powiada, że dziewczynę wychował i że nie odda. Ja go za opiekuna nie prosił, ani prawo miał wiarę jej gwałtem narzucić. Ja do sądu pójdę. Będziecie wy świadczyć?
— Przeciw błahoczynnemu? Nie macie to innego świadka? Ot, Adam zaświadczy. Wiecie, że ja cerkiewną ziemię dzierżawię. Nie mogę przeciw błahoczynnemu stawać. A zresztą prawda jego. Dziecko wychował, koszt miał.
Kafar bez słowa wstał, wziął czapkę i ku drzwiom się skierował. Poskoczył za nim Iwan, przytrzymał za rękaw, już w sieni.
— Powiedzcie mi, jak ojca, proszę, coście kiedyś rzekli o matce mojej, o jakichś jenisiejcach. Co to było? Jak?
— Poco to wiedzieć! Z nimi wzrosłeś, z nimi zostań. Z nimi korzystniej, bezpiecznie, wygodnie.
— Toć muszę wiedzieć. Zlitujcie się!
Stali na rynku wprost ciemnego kościoła.
— Krótka historja. Matka twoja córką organisty była. Wtedy pułk jenisiejski w miasteczku stał. Popili się jenisiejcy, napadli na wasz dom, ojciec w izbie nie był. Porwali kobietę, urodziwa była na pokaz, wywlekli w haszcze i ojciec zaduszoną znalazł rano! Dziękujże im, łapy liż, służ, masz za co!
— Jezu! — jęknął chłopak. — A ojciec co?
— Toć słyszałeś. Ojciec krośniańską, zagrabioną szlachcie ziemię trzyma i na niej zabogaciał i ot, świadczyć nie chce za tym starym, któremu i to ostatnie dziecko wzięli! Rozumiesz, że mojej dziewczynie nie dam żyć w takiej kompanji. Co wspólnego między wami? Może być szczęście z takich dostatków?
— Jezu! — powtórzył Iwan i raptem zawrócił i poszedł szybko ku domowi. Na progu spotkał wychodzących dwóch starych.
— Podawajcie ojca za świadka — zawołał. — Ja ręczę, że powie prawdę!
I wpadł, jak burza, do izby.
W kilka godzin potem, gdy dzwony zaczęły wołać na pasterkę, od Bohuszewicza wyszło czworo ludzi. Kobieta z dwojgiem ułomnych dzieci poszła ku cerkwi, parobczak do kościoła. I było to pierwszy raz, że Iwan nie był na nabożeństwie z resztą rodziny.
Zaraz po nowym roku Feliks Krośniański podał do sądu skargę na błahoczynnego o oddanie mu córki; jako świadka, przedstawił starego Bohuszewicza. W miasteczku o niczem innem nie mówiono. Feliks miał pieniądze, kupił dom i ogród na mieszczańskiej ulicy, zagospodarował się. Dziad był jeszcze krzepki i zawzięty, ale ludzie twierdzili, że za takie zuchwalstwo osadę mu odbiorą, a jego odeślą, skąd przyszedł. Odgrażał się też bardzo błahoczynny i pewnego wieczora zjawił się u Bohuszewicza. Zaczął dobrotliwie, pytał, jak się czuje, raił leki, potem żartobliwie spytał, co mu też ten oszust miatieżnik obiecał za fałszywe świadectwo.
Stary zpodełba ponuro spojrzał.
— A wy, otiec błahoczynny, ile za to weźmiecie? — odparł. — Chyba coś macie z dziewczyną, że ją gwałtem i fałszem trzymacie.
— Nu, chory jesteś, to ci wybaczę ten raz głupie słowo. Ale tylko ten raz! Nie dbam o twoje świadectwo. Dziewczyna znajda, wychowałem ją i będę trzymał, ile mi się podoba. Sprawę wygram, choćby i w senacie. Ale, że z tobą dobrze żyłem, ślub dawałem, dzieci ochrzciłem, to cię ostrzec przyszedłem. Ty gęby w tej sprawie nie otwieraj, bo źle będzie.
— Iii, mnie już gorzej nie będzie. Moje za mną. Pochować mnie ojciec musi, a więcej to mi nic nie trzeba.
— Tobie nie, ale dzieciom. Jeśli świadczyć będziesz, to z dzierżawy fora.
— Mój chłopiec i tak dłużej trzymać nie chce tej ziemi. Tylko do wiosny inwentarze dotrzyma wedle kontraktu i ustąpi.
— Natychmiast ustąpi.
— To i lepiej, bo bydło w cenie, sprzedamy zaraz.
— I będziesz świadczyć przeciwko swej wierze, przeciwko mnie. Do święconej ziemi ciebie po śmierci nie przyjmę, zdrajcy!
— Zdrajca ja wtedy był, jak swą pierwszą wiarę zmienił. Dla mnie niema świętej ziemi. Mnie niczem nie nastraszycie, prawdę powiem.
W tej chwili wszedł do stancji Iwan, niosąc wieczerzę choremu.
— Z folwarku każe błahoczynny zaraz ustąpić — rzekł doń ojciec.
— Komu zdać? — spytał chłopak skwapliwie.
— Mnie, jutro, kiedy ci tak pilno!
— Wiadomo, że mnie trzymać cerkiewnej ziemi nie wolno, to się i wolę prędzej pozbyć.
— Czemu tobie nie wolno?
— Bo ja nie prawosławny.
— Aha, nie masz się czem chwalić. Dotychczas szanowałeś wiarę całej rodziny.
— Żadnej nie zachowywałem, jak pies żyłem.
— A teraz ci się ta Polaczka spodobała?
Iwan nic nie odrzekł, zapałały mu tylko oczy.
— To ty ojca buntujesz! Ostrożnie. Władza będzie wiedziała, jakiś ptaszek.
— Wasza wola i siła. Róbcie co chcecie! Wszędzie ludzie żyją: i tu, i na Sybirze. Zdrowe mam ręce, chleba zarobię.
— Może i bez pracy ciebie będą karmić.
Iwan ramionami ruszył.
— I tak wytrzymam.
Wyszedł błahoczynny nasrożony i zły. Po miasteczku poszedł jakiś prąd niechęci dla Bohuszewiczów, dużo strachu, by się nie narazić władzy, trochę też zawistnej radości, że bogacz skapcanieje. Dowiedziano się, że go wyrzucono z dzierżawy.
W kilka dni potem, w nocy, ktoś zaczął dobijać się do plebana, w murach klasztornych. Kościelny otworzył. Wpadł Iwan Bohuszewicz, żądając, by go natychmiast prowadził do proboszcza. Ksiądz, zbudzony nagle, przyjął go z największą pasją.
— Czegóż? Co się stało?
— Ojciec mój umiera. Prosi, by ksiądz przyszedł. Ale i chwili nie można stracić, bo kona.
Chłopak był blady, jak trup, i zęby mu szczękały.
— Kto ty? Czyj — krzyknął ksiądz.
— Bohuszewicz.
— Toć twój ojciec prawosławny. Jak śmiesz mnie trwożyć na darmo! Umiera, to ma swego spowiednika.
— Ojciec błaga, jęczy, żeby ksiądz przyszedł.
— Wynoś się! Co to! Chcecie mnie zgubić! Myślicie, żem taki głupi? Mnie nie wolno iść do takich. Wyprowadź go, Rochu!
— Konający ma prawo... — jęknął Iwan, ale go Roch pociągnął i wyprowadził, drzwi za nim mrucząc zamknął.
Iwan po pustym placu zatoczył się jak pijany, nie wiedząc, co czynić. Wreszcie skoczył do Kafara, jął stukać w szybę.
Kafar po chwili wyszedł napół odziany, naciągając kożuch.
— Ojciec kona! Ratujcie....
— Po doktora leć!
— Już sprowadziłem. Powiada, że niema ratunku. Otruła go, otruła!
— Kto?
— Macocha. Dziś wieczerzę przynosiła, od kilku dni się łasi, dogląda! Otruła. On wie, że umrze, ryczy, jęczy księdza naszego! Byłem, ksiądz nie chce. Co robić?
— Leć do Feliksa! Niech ze dwóch mieszczan sprowadzi, może chce zeznać przed śmiercią. Ja tam pójdę. Leć!
Gdy Kafar do izby umierającego wszedł, aż się przeraził ryku, który napełniał pokój.
Bohuszewicz siny był, straszny, oczami pełnemi grozy patrzał w jeden kąt i to ryczał, to dzikim głosem z kimś niewidzialnym gadał.
— Przyszłaś, twoja prawda. Djabli mnie wezmą. Aaa! Powiem, powiem, nie patrz tak straszno, wszystko powiem. Aaa, kiszki mam żaru pełne. Ratujcie, pali!
Żony nie było. Doktór i parę kumoszek krzątało się po izbie. Na widok Kafara doktór go na stronę odwołał.
— Warto sprowadzić prystawa. To nieczysty wypadek. Gdzie syn?
— Zaraz tu z ludźmi przyjdzie. Czy on przytomny?
— Nie na długo już. Może godzinę.
Przerwał im znowu straszny głos:
— Stało się, coś gadała! Kto ty? Skąd wiesz? Nie widziałaś, a wiesz! Nikt nie wiedział. Ja miał prawo zabić, mnie zabili! Wódki dajcie. Iwan, księdza, ja chcę wrócić! Ja przeklęty. Zabili mnie, piekłu zaprzedali, a teraz struli! Księdza, ja wszystko powiem.
W tej chwili drzwi się szeroko rozwarły, poprzedzony przez żonę, wszedł błahoczynny z djakiem i zaczął przyodziewać szaty ceremonjalne. Djak zapalał świece woskowe, kobieta padła na kolana. Doktór i Kafar usunęli się na bok. Duchowny zaintonował modlitwę.
Bohuszewicz zaryczał, zawył, wyprężył się tragicznie w swej martwocie paraliżu, jedyną wolną lewą rękę wysunął, w pięść zwiniętą.
— Iwan! — zawołał rozpacznie. — Nie daj mnie!
Zziajany, bez tchu, chłopak wpadł do izby, do ojca przyskoczył.
— Tatku, ludzie przyszli, Feliks, Marcin, Stefan, i u prystawa byłem. Uspokójcie się. Powiedzcie, co macie rzec, niech ludzie słyszą, zaświadczą.
— Gdzie ksiądz? — wybełkotał umierający.
— Nie przyjdzie. Nie może. Mówcie ludziom!
— Nie przyjdzie — powtórzył Bohuszewicz i naraz ucichł, przemógł ból, zebrał zmysły i począł mówić powoli, jakby dyktował.
— W strawie, co wczoraj zwarzyła Tekla, ta żona, trutka była. Dwa razy już mnie truła, kwaśnem mlekiem się odratowałem, teraz już dojechała. Umieram. Wart ja takiej śmierci, bom zabijał. Za polskiego powstania przed laty, to ja wieszał tych sołdatów na dębie krośniańskim, ja sam wszystkich pięciu udusił i powiesił. A dusił za żonę, którą mi porwali i zamordowali. Szlachta za mnie zginęła. Ja winien, szlachtę wysiedlili, zniszczyli zaścianek. Tej nocy, co ich w plen gnali do miasteczka, Feliksa Krośniańskiego żona porodziła córkę i zmarła. To dziecko błahoczynny zabrał ojcu gwałtem, ochrzcił i zapisał, jako znajdę. To ja zaświadczam pod przysięgą i niech ci, co mnie słyszą, po mojej śmierci na sądzie powtórzą. A potem ja pił, i spokoju w sumieniu nie miał, i szatan mnie opętał. Zmieniłem wiarę, zatraciłem duszę. Do czarta pójdę, nie chcę waszych modlitw, waszego rozgrzeszenia, waszego cmentarza. Idźcie stąd precz, precz, nie tykajcie mnie! Iwan, stań tu blisko, zasłoń mnie, mów pacierz twojej matki umęczonej. Weź moją rękę, przeżegnaj, mnie tak straszno.
I wtem znowu porwały go boleści, wyprężył się, oczy wytrzeszczył, że aż z orbit wychodziły, zajęczał przeraźliwie.
— Babo, babo żebraczko, kto ty, kto? Gdzie na mnie kiwasz? Poco przyszłaś? Kto ty? Kto? Aaa!
Zachrapał, stęknął i ucichł.
— Wieczny pokój, wieczne odpocznienie racz duszy jego dać, Panie — rozległ się głos Kafara.
— A światłość wiekuista niech mu świeci — odpowiedzieli Feliks i Adam Krośniański.
Błahoczynny zdjął swe szaty oficjalne, wychodził z djakiem, spotkali we drzwiach stanowego.
— Protokół piszcie. Ja go chować nie będę i za sto rubli. W pogaństwie skończył.
Trup leżał już na wszystko obojętny. Urzędnik począł rozpytywać obecnych, kazał przywołać żonę, nigdzie jej nie znaleziono, zaczął tedy coś szeptać z doktorem, i wyszli do sąsiedniej izby. Mieszczanie i gapie wysunęli się cichaczem, bojąc się zamieszania w sprawę. Krośniańcy, Kafar i Iwan poczęli nieboszczyka do trumny ubierać. Po chwili stanowy zawołał Iwana.
— Słuchajno, chcesz sprawy z macochą? Chcesz, żeby trupa przed śledztwem rżnęli, ją zesłali w katorgi? Albo chcesz, żeby wszystko było cicho?
Chłopak się zawahał, zląkł się, spojrzał na doktora.
— Ojciec twój w ostatnich momentach był już nieprzytomny — rzekł doktór.
— Mnie o moje nie chodzi. O macosze milczeć będę, co słuszne jej oddam, ale córkę Feliksa niech błahoczynny odda.
— A tamci będą milczeć?
— Ja radzę, żeby nie było sprawy, radzę, żeby milczeli. Dla ich i twojego dobra radzę — z naciskiem rzekł prystaw.
Iwan wyszedł i po długiej chwili wrócił.
— Jeśli córka wróci do Feliksa, będziemy wszyscy milczeć.
— Jutro będzie u ojca, a wy tu wejdźcie podpisać protokół.
Zaczęli pisać z doktorem, skończywszy, obejrzał się. Stali dwaj starzy Krośniańscy i Iwan, czekali w ponurem milczeniu.
— Kto więcej był? Mieszczanie? Kowal?
— Nie widzieli my — odparli starzy.
— Błahoczynny był — rzekł Iwan — macocha.
— Nu, mniejsza. Wystarczy tych dwóch! — przerwał prystaw i począł czytać krótki urzędowy raport. — Śmierć była naturalna, konający był nieprzytomny, mówił bez związku, podejrzeń o nagły zgon nie było na nikogo.
— Nu, podpisujcie! — krzyknął skończywszy.
Ruszył się stary Adam, szukając okularów w kapocie, gdy wtem w głębi domu powstał hałas, pisk, jęk, skamlanie i wpadła garbata dziewczyna, przyrodnia siostra Iwana.
— Mamasza, mamasza! — piszczała przeraźliwie.
— Co tam? Co się stało? — krzyknął urzędnik.
— Mamasza na świronku! Wisi, nieżywa!
Porwali się wszyscy, na podwórzu już migały światła, gromadzili się ludzie i rozległ się stłumiony gwar.
Gdy prystaw, rozpychając gapiów, wpadł do świronka, ujrzał kobietę, wiszącą na sznurze o cal od ziemi.
— Noża! Doktorze! — krzyknął.
Ktoś przyskoczył, przeciął sznur, ciało osunęło się na ziemię, doktór się pochylił, przyklęknął, badał chwilę i powstał, ocierając ręce.
— Już zimna. Pewnie przed godziną się to stało.
— Skatina! — mruknął prystaw. — Narobiła nam śledztwa i pisaniny. Na nic protokół.
Odwrócił się i rozpędził gapiów.
Kowal Kafar podpisać protokółu nie zechciał.
— Gdy o mnie prystaw spyta, powiedz, że podpiszę, jeśli i błahoczynny podpisze. Feliksowi o córkę chodzi, wam z władzą zadzierać nie wypada. Ja człowiek bez tutejszych praw, nikogo się nie boję. A milczeć będę, bo i poco mówić. Nie wróci szlachta do ziemi, z Sybiru i z grobu, nie zwrócą kościoła, a temu, co w ostatniej chwili grzechy wyznał, niech Bóg będzie miłosierny.
Dopomógł złożyć ciało na tapczanie, pacierz zmówił i poszedł do domu.
Poszeptali z żoną długo i nie zasnęli już tej nocy, wzburzeni i stare dzieje wspominający.
Raniutko Wikcia pobiegła na miasto i przyniosła wieść o samobójstwie Tekli. Zapłakana była i przejęta.
— Tak ci szkoda trucicielki! — mruknęła matka.
— Nie daj Boże, takie nieszczęście i taka hańba razem, w jedną noc. Toć trudno strzymać.
— To się tak nad tym pijakiem i gburem litujesz? Wstydu nie masz. Może się w nim kochasz?
— Czy to zaraz kochanie, jak kogo pożałować w biedzie. On ci zresztą już i was przeprosił i przemienił się. A wiecie, matusiu, kogom spotkała na rynku? Natalję Krośniańską, taka blada i mizerna! Pytała mnie, gdzie Marcin służy.
— Coś rzekła?
— Ano, że w saperach, w Moskwie.
— A jej co do tego?
— Mówiła, że ojciec mu coś nie dopłacił i chce odesłać.
Kafarowa ruszyła ramionami i wzięła się do roboty. Wikcia pobiegła do kuźni ze śniadaniem dla ojca i zastała już tam pełno ludzi, gadających o Bohuszewiczach. Krążyły już potworne bajki, każdy leciał do Kafara, zasłyszawszy, że świadkiem był; opowiadano, że błahoczynny pogrzebu odmówił, że szlachta wróci do Krośny, że za winy ojca ześlą Iwana, że skonfiskują na kaznę ich ziemię, że on także był otruty i leży chory. Coraz przybywał ktoś z nową wieścią. Słuchał Kafar, słuchał, wreszcie zniecierpliwiony rzekł:
— Ale ja wam powiem, że za takie różne gadki i baje całe miasteczko pod śledztwo wezmą i zamkną wszystkich na parę miesięcy w powiecie. Wtedy się nauczycie milczeć!
Po tłumie dreszcz przeszedł, poczęli się oglądać i rozchodzić i szeptem tylko opowiadać.
Tymczasem władza rozpoczęła śledztwo. Wzywano świadków, zjechał śledczy i powiatowy doktór, zaroiło się od policji.
Mieszczanie wylękli się i zaparli nawet swej bytności przy zgonie, Feliks i Adam, że słyszeli cośkolwiek, sprawę prowadzono tendencyjnie niedbale, puszczono panikę na całe miasteczko, starano się zajście zasmarować.
Ostatecznie w trzy dni po śmierci pochowano Bohuszewicza i Teklę, wieczorem o zmroku parobek błahoczynnego odwiózł do Feliksa dziewczynę z kuferkiem i pościelą i w miasteczku zapanowała cisza.
Szeptano, że, gdyby Iwan chciał, toby mu i dzierżawę cerkiewnego folwarku zwrócono, ale on po przejściu ostatnich dni do roboty się wziął i ludziom się nie pokazywał.
Dopiero w kilka tygodni zjawił się u Kafarów. Był to wieczór, kobiety snuły przędzę, Kafar narządzał tkacki warsztat. Przyjęto go bez zapału, ale i bez niechęci, nie przerywano roboty, a on przywitawszy się, na kuferku pod ścianą siadł i, czapkę swą baranią, mieszczańską miętosząc w rękach, milczał.
— Cóż tam u was słychać! Omłóciłeś już wszystko? — spytał Kafar.
— Już.
— A cóż rodzeństwo robi?
— Paweł na telegrafistę chce się uczyć. Wyjechał do Wilna, a dziewczyna siedzi, szyje. My się już z Pawłem podzielili i rozpisali przy świadkach. On wziął spłatę, tysiąc rubli, a dziewczyna dostanie trzysta, jak dorośnie. Grunt, budynki i inwentarz moje.
— Można żyć, pracując.
— Żebyż to moje! — mruknął. — Właśnie chciałem od was rady, bo gryzę się, jak dzień, tak noc!
— A o cóż ci chodzi?
— Po tem, co ojciec wyznał, czy mnie godzi się te dostatki sobie zatrzymać?
— No, albo co?
— Wiecie, przez kogo zginęła szlachta z Krośny. Ojciec umarł bez spowiedzi, bez rozgrzeszenia. Za jego duszę ksiądz mszy nie chce odprawić, błahoczynnego w ostatniej chwili ojciec odepchnął. Toć on na tamtym świecie miejsca ni pokoju nie ma, a ja tutaj mieć nie mogę. Trzeba ratunku szukać.
— Byłeś u spowiedzi? — zagadnęła Kafarowa.
— Chciałem, ksiądz nie przyjął. Powiada, że może mieć nieprzyjemność o mnie. Ja, prawda, tyle, że w kościele ochrzczony, ale potem ani religji się nie uczył, ani do spowiedzi chodził. W szkółce błahoczynny zakon wykładał, a potem z tamtymi na mszy w cerkwi bywałem, a do sakramentu nikt nie napędzał, to i tak żyłem. Nie umiem nawet pacierza, liter nie znam w książce, co po matce ostała i com znalazł w skrzyni teraz.
Wikcia przestała zwijać motek krasnej wełny i zadumała się, zapatrzyła w niego i posmutniała jej hoża twarzyczka. Kafarowa pokiwała głową, a Kafar wyprostował się i rzekł:
— Ot, co się w tym kraju porobiło. Jeszcze żyją ci, co po lasach ginęli za tę wiarę i za tę mowę, a ot, młodzi już i nie wiedzą, co to jest.
— Skąd wiedzieć mamy? Ja i nie słyszał.
— Ale bluźnić i poniewierać toś umiał. Tego cię nauczyli. Dzieci na matkę plwają, tacy jesteście! — wybuchnęła Kafarowa.
— Jak rady prosi, nie czas przypominać minione — rzekł Kafar. — Słusznie mówi, kto go oświecić miał? Z grobów chyba nieboszczki wołać, bo żyjący, choć i pamięta, to się lęka przyznać albo wstydzi, albo nie chce pamiętać, boć z tej mowy i wiary ani chleba jeść, ani kieszeni napchać, ani sławy i nagrody posiąść. A ludzie tutaj to nie z ciała i duszy złożeni, ale tylko z brzucha i kieszeni i stemplowej bumagi!
— To co mi robić radzicie? — szepnął Iwan.
— Ucz się, kiedy chęć masz. Wikcia, daj mu elementarz, na półce leży!
Dziewczyna sięgnęła za obraz święty i podała mu wytartą książeczkę. Zaczął z zajęciem przeglądać.
— To łatwo pojąć. Teraz długie wieczory, za tydzień już zrozumiem, żeby zaś nie dokuczać często, to może mi jaką z pacierzem dacie. Prosiłem księdza, powiada, że książek polskich nie wolno rozdawać, że, jakby znaleźli, toby miał nieprzyjemność. Ale ja dobrze schowam i nie powiem, skąd mam. Nie bójcie się!
— Ja! My! Bać się! — zaśmiał się zuchwale Kafar. — U nas tylko dusza droga, a tej największe królowanie w dokuczliwościach i prześladowaniu. Możesz zostać, za godzinę robotę skończymy, pacierze będziemy odmawiać, odmówisz i ty z nami, a książki jakie mam, dam ci bez żadnej obawy.
Gdy po pacierzach Iwan wyszedł z elementarzem i katechizmem w zanadrzu, Kafarowa, wyprawiwszy córkę spać, napadła na męża.
— Poco go hołubisz? Ojciec Krośnę zgnębił, syn ci córkę zdurzy. Chcesz zięcia Bohuszewicza?
— Pocośmy tu wracali? Nie dla brzucha i kieszeni, bośmy i tam byli syci i dostatni, i nie dla Krośny, bo nie nasza ona i nie odzyszczem. Wrócili z tęsknicy i z przywiązania do tego, za co się tyle męczyli. I mamy odepchnąć takiego, co naszym chce być? Dziewczyny nie zdurzy, twoja córka jest, a jeśli Bohuszewicza syn naszym zięciem ma być, Boskie zrządzenie i wyrok!
— To ty się zgodzisz może, żeby Saturnina córka była ci synową!
Kafar skoczył.
— Skąd ci to przyszło! To za nic.
— Pytała kiedyś Wikci o adres Marcina!
— Głupstwo — mruknął tknięty strachem i aby przerwać rozmowę, począł półgłosem odmawiać pacierze.
Sprawa Bohuszewiczów w miasteczku ucichła. Zato zaczęto sobie opowiadać, że Natasza Saturnina wygląda podejrzanie i że ojciec codzień ją bije i z domu wypędza. Ale w końcu lutego pewnej niedzieli ujrzeli ją ludzie na rynku, przywiozła prosięta na sprzedaż, i kumoszki zdecydowały, że to plotki, co złe języki na dziewczynę prawią. Podczas nabożeństwa Natasza była w kościele, więc po sumie zaczepił ją Iwan Bohuszewicz.
— Cóż to, panna Natasza do nas teraz chodzi?
— Niedawno i pan Iwan tu bywać zaczął! — odparła.
— Tatko, jak się dowie, to będzie złował!
Ruszyła ramionami.
— A pan Iwan to za kawalera Kafarowi znowu służy?
Chłopak hardo się wyprostował.
— Po Wielkanocy już nasze wesele! — rzekł poważnie.
— Doprawdy? Ot, szczęśliwi wy! — zawołała.
Kafarowie wychodzili we troje. Przywitała się z nimi i zaczęła prosić kowalowej o nauczenie deseniu tkackiego na ręczniki.
Zpoczątku wymawiała się Kafarowa, ale dziewczyna tak pokornie, a smutnie się usunęła, że zrobiło się jej przykro i zawołała na nią.
— Przy święcie warsztatu ruszać się nie godzi, jakbyś powszedniego dnia przyjechała, to pokażę.
Natasza rozpromieniona pocałowała ją w rękę i odeszła.
— A ty poco hołubisz Saturnina córkę! — mruknął do żony Kafar.
— Niech przyjdzie. Wyrozumiem czy to być może, co ludzie plotą! — odparła.
Nazajutrz już Natasza się zjawiła. Przyszła piechotą pomimo silnej śnieżycy i kopnej drogi.
Kafar był przy robocie, Wikcia u doktorowej. Kafarowa tkała wzorzysty kilim.
— Rozbierz się i ogrzej. Zaraz skończę i będę ręczniki na warsztat zakładać, to deseń zrozumiesz.
Dziewczyna zdjęła futro i przyglądała się robocie.
— Coś zmarniałaś od jesieni! — rzekła Kafarowa. — Prawda to, że u was swary w domu?
— Skąd u nas co dobrego ma być? Teraz jeszcze gorzej stało?
— Czemuż to?
— Bo ja od ojca chcę odejść.
— Powiadają, że to on cię wygania.
— On mnie tylko bije, a ja sama odejdę.
— Dokąd?
— Nie wiem. Kędyś w bór.
Odwróciła się i cicho poczęła płakać.
— To prawda tedy, co na ciebie gadają, bezwstydna ty?
— Ja nie ze wstydu płaczę i gryzę się. Nie łajdaczka ja, ani się z łajdakiem zadała. My sobie ślubni i poprzysięgali na życie wiarę na progu kościoła w Krośnie. Nie my pierwsi, nie my jedni, ani z rozpusty tak przyszło, ino z biedy, że nam nie wolno inaczej żyć. Byli tacy, co w takiej biedzie we dwoje byli, a mnie samej za dwoje chytrość mieć, bo on nieborak nie poratuje mnie, ani pomoże.
— On wart, by mu w oczy napluć, a ciebie słusznie ojciec bije! — wybuchnęła Kafarowa.
— Ojciec mnie bije, bo za leśnego z Kozar iść nie chcę, a nie chcę, bo męża mam.
— Tak ojcu powiadasz?
— A tak, bo się jego złości nie boję. Niech on się boi Boga, co wszystko wie. Żeby nie ojcowska chciwość, Wiktor Krośniański przyszedłby do sąsiada Saturnina o dziewczynę dla swego chłopaka prosić, a żonka Wiktora bękartem-by wnuka nie zwała i pożaliłaby się synowej sieroty, jak matka. A tak, Wiktorów chłopak znajdą jest, Wiktorów wnuk znajdą będzie. Niema mi nijakiego wstydu, bylebym na zgubę duszy naszego dziecka nie dała. Wróci on kiedyś, da Bóg, to razem kędyś pójdziemy szukać ślubu na papierze, a tymczasem ślubnam mu przed Bogiem i On mnie nie opuści!
Kafarowa już dawno nie tkała, jak skamieniała słuchała. Dziewczyna mówiła spokojnie, twardo, nie skarżyła się, ani prosiła o co.
— Czegoś ty przyszła? — wymówiła wreszcie kowalowa.
— Na was popatrzeć! — szepnęła dziewczyna i nagle złamał się jej głos, zaszły łzami oczy.
— Jak na was spojrzę, to mi tak słodko, tak strasznie dobrze. Niczego więcej nie chcę.
Znowu milczenie zaległo izbę.
— Latem to będzie! — rzekła wreszcie Natalka.
— A on wie?
— Nie! Gryzłby się i troskał.
— Żałować go, szelmę! — mruknęła.
— Chłopak mój serdeczny, dość tam ma męki!
— Pisze do ciebie?
— Pisał dwa razy. Mam listy.
Sięgnęła w zanadrze i z chusteczki jedwabnej dobyła zmięte częstem odczytywaniem dwa listy. Kafarowa wzięła i czytała.
“Droga Natalko, żono moja najmilsza! Donoszę ja tobie, żem już na miejsce dojechał i stanąłem na służbie w rocie mechaników. Bardzo mi smutno, że to tak daleko, i za tobą się turbuję, czy tobie nie dokuczają swatami. Inszy zostawi żonę u matki, to i spokojniej mu, a ty bez nijakiej opieki. Tutaj, ile mi chleba zbywa, to sprzedam i zbieram pieniądze, i kupię dwie obrączki, i do kościoła zaniosę, i jedną tobie przyślę potem. Jak tobie będzie smutno a ciężko, to do naszego zamkniętego kościoła pójdź się pomodlić, albo do matki pójdź. Choć ona i nic nie wie o nas, to ci dobre słowo powie, bo ona biedę zna, gorszą od naszej. A zawsze pamiętaj, że męża masz, co ciebie z duszy miłuje i do śmierci nie opuści: tak mi, Panie Boże, dopomóż.

Kochający Ciebie mąż
Marcin Krośniański.”

Złożyła Kafarowa list, rozłożyła drugi.
“Najdroższa żono moja! Natalko! Donoszę tobie że, choć ta służba ciężka i mrozy straszne, ale zdrów jestem, porządki wszystkie znam i karany nigdy nie byłem. Z koszar na miasto raz tylko urlop brałem, żeby te obrączki kupić, a że się trafił Moszko Szabun z naszego miasteczka, co do domu wraca, to przez niego tobie list i obrączkę odsyłam. W kościele, na ołtarzu była i Panu Bogu nas poleciłem w modlitwie. Miałem już twój list i dziw mi, że już piszesz po naszemu. Daj tobie, Boże, zdrowie, a nie dopuszczaj do siebie żadnej o mnie turbacji. Nijakiej dumki innej nie mam, ino o tobie i o swoich, a i przez sen was widzę. Tutaj narodu nie cisną, wolność każdy ma, ale żyć nudno, bez swoich stron. Panu Bogu i Matce Boskiej ciebie polecam.

Z duszy ciebie miłujący mąż
Marcin.”

Kafarowa skończyła czytać, gdy skrzypnęły drzwi i wszedł Iwan Bohuszewicz.
Natalka zgarnęła listy w chustkę i schowała w zanadrze, a chłopak pocałował kowalową w rękę i rzekł:
— Wiozę pszenicę do pytla w Kozarach, to wstąpiłem i po wasz przywarek.
Ruszyła się Kafarowa do kuchni po zboże, a gdy Bohuszewicz dźwignął wór na plecy, rzekła:
— A wróć no, Jasiek, jeszcze do izby.
A tymczasem zawołała Natalkę do kuchni, nalała jej w kubek mleka, ukroiła kawał chleba.
— Posil się, nieboże, i ogrzej przed drogą.
A zwracając się do przyszłego zięcia dodała:
— Zabierz na sanie Natalkę i podwieź naprzeciw Krośny. Na piechotę w te zaspy to i ducha wyzionie.
Późnym wieczorem wrócił Bohuszewicz i poszedł do narzeczonej. W izbie Kafar, zmęczony, drzemał, grzejąc plecy u pieca, Kafarowa z Wikcią zesnuwały przędzę w warsztat.
— Dowiozłem Saturniankę aż do ich folwarku! — rzekł Bohuszewicz po powitaniu.
— Coś taki elegancki! — mruknął Kafar.
— Matka przykazała.
— Ty? — zagadnął kowal zdziwiony.
Kafarowa bez słowa skinęła tylko głową i spojrzała na męża.
Po chwili on głową pokręcił i głęboko westchnął.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.