Strona:Maria Rodziewiczówna - Byli i będą.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Iii, mnie już gorzej nie będzie. Moje za mną. Pochować mnie ojciec musi, a więcej to mi nic nie trzeba.
— Tobie nie, ale dzieciom. Jeśli świadczyć będziesz, to z dzierżawy fora.
— Mój chłopiec i tak dłużej trzymać nie chce tej ziemi. Tylko do wiosny inwentarze dotrzyma wedle kontraktu i ustąpi.
— Natychmiast ustąpi.
— To i lepiej, bo bydło w cenie, sprzedamy zaraz.
— I będziesz świadczyć przeciwko swej wierze, przeciwko mnie. Do święconej ziemi ciebie po śmierci nie przyjmę, zdrajcy!
— Zdrajca ja wtedy był, jak swą pierwszą wiarę zmienił. Dla mnie niema świętej ziemi. Mnie niczem nie nastraszycie, prawdę powiem.
W tej chwili wszedł do stancji Iwan, niosąc wieczerzę choremu.
— Z folwarku każe błahoczynny zaraz ustąpić — rzekł doń ojciec.
— Komu zdać? — spytał chłopak skwapliwie.
— Mnie, jutro, kiedy ci tak pilno!
— Wiadomo, że mnie trzymać cerkiewnej ziemi nie wolno, to się i wolę prędzej pozbyć.
— Czemu tobie nie wolno?
— Bo ja nie prawosławny.
— Aha, nie masz się czem chwalić. Dotychczas szanowałeś wiarę całej rodziny.
— Żadnej nie zachowywałem, jak pies żyłem.
— A teraz ci się ta Polaczka spodobała?
Iwan nic nie odrzekł, zapałały mu tylko oczy.
— To ty ojca buntujesz! Ostrożnie. Władza będzie wiedziała, jakiś ptaszek.
— Wasza wola i siła. Róbcie co chcecie! Wszędzie ludzie żyją: i tu, i na Sybirze. Zdrowe mam ręce, chleba zarobię.
— Może i bez pracy ciebie będą karmić.
Iwan ramionami ruszył.