Strona:Maria Rodziewiczówna - Byli i będą.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Weszła Kafarowa i zaprosiła gościa do obiadu. Bohuszewicz poprosił o pozwolenie zafundowania wódki i piwa, ale gospodyni odmówiła i podała swoją flaszkę. Mężczyźni wypili i zagryźli kiełbasą. Młody widocznie trunki lubił i stał się jeszcze rozmowniejszy.
— Pannie to niechybnie Malwina na imię? — zagaił zaloty.
Dziewczyna parsknęła śmiechem.
— A panu to pewnie Kacper?
— Nie. Ja Iwan.
— To pan ruski?
— My tu wszyscy ruskie ludzie. I panna też ruska będzie, bo to rosiejska imperja.
— Podaj kluski, Wikciu — przerwała matka.
Dziewczyna skoczyła do kuchni, a Kafarowa rzekła:
— To pan macochę ma? A dawno też matka umarła?
— O, i nie pamiętam. Przy urodzeniu mojem umarła, czy jakoś prędko.
— Tutejsza była?
— Tutejsza, organiścianka.
— Katoliczka? To i pan katolik?
— At, zapisany. Ale mnie to wszystko jedno.
— To może pan i Żyd? — zagadnęła dziewczyna.
— Polaki i Żydy to jedno, ale ja z nimi nawet kompanji nie trzymam.
Kafarowie milczeli, dziewczyna pokraśniała.
— Dobrze, że pan rzekł — mruknęła.
Bohuszewicz już bez proszenia wódki wypił.
— A panna pewnie tańczyć lubi — zagadnął.
— Czemu nie, ale w swojej kompanji.
— A jakaż panny kompanja?
— Wiadomo — Polaki.
— Tutaj niema Polaków. Chyba panowie po dworach. Ale przecie dobra kompanja jest do tańca. Zbieramy się u starszyny, u djaka, u naczelnika mojego z poczty, i zabawa idzie, że — nu! Beze mnie nigdzie się nie obejdzie, bo ja muzykant. Umiem i na harmonji, i