Byli i będą/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Byli i będą
Podtytuł Powieść
Data wydania 1944
Wydawnictwo Rada Polonii Amerykańskiej
Drukarz Pittsburczanin
Miejsce wyd. Pittsburgh
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VII.

Pan Jagodziński, jurysta, pedagog, korepetytor i mentor młodego Stefana Hrehorowicza, został wybrany na tę zaszczytną posadę po gruntownem badaniu jego usposobień, charakteru, obyczajów, zdolności, sympatyj i zapatrywań politycznych i społecznych.
Pani Oktawja Hrehorowiczowa, matka, badała jego moralność, maniery i religijność, wuj-radca jego poglądy o przywilejach pewnych warstw, a o obowiązkach innych, dziad-prezes rubrykę “błagonadiożnosti.”
Zbierano wiadomości w Radomiu, skąd był rodem i gdzie ojciec jego miał aptekę, w gimnazjum w Siedlcach, gdzie jakoś zdobył wakans chociaż Polak, w uniwersytecie, w kamienicy, gdzie mieszkał, nawet w cyrkule. Ponieważ informacje zewsząd były pochlebne lub żadne, został przyjęty i zajmował się swym pupilem już od lat trzech ku ogólnemu zadowoleniu. Ani między nim a uczniem, ani między nim a domowymi nie było nigdy najmniejszego zatargu i nieporozumienia. Stefan zdawał świetnie egzaminy, w ciągu roku był pierwszym uczniem, wieczory spędzał przykładnie w domu, w święta chadzał na spacer z panem Jagodzińskim, żadnych znajomości z kolegami nie miał, ochroniony był od złych wpływów i stosunków. Rozstawali się tylko na wakacje, które pan Jagodziński spędzał u rodziny, Stefan z matką zagranicą, w górach lub nad morzem.
Troska o zdrowie jedynaka była manją pani Oktawji, obwoziła go po wszelkich stacjach klimatycznych i kąpielach, wiecznie desperując, że jest wyczerpany i zmęczony naukami.
Gdy pan Jagodziński starał się o posadę u hrabiego Ossorji, wiedział, u kogo ma być, i wiedział, jakim ma być. Jakim zaś był w duszy pan Jagodziński, o tem wiedział on tylko sam. Gdy wszedł w dom, nie doznał zrazu niespodzianek. Pani Oktawja była przeczuloną, nerwową, małostkową i niezaradną kobietą, prezes był karierowiczem, tchórzem i pyszałkiem, radca materialistą, czcicielem potęgi i rodu, a chciwym sławy i rozgłosu, ludzie, którzy bywali, krewni i znajomi, byli naturalnie do nich podobni lub pochlebcy.
Ucznia swego ocenił pan Jagodziński, jako nicość, słabość, bezwolność. Stworzenie, wychowane w tej atmosferze i do niej przystosowane, zapewne tępe i nieprzywykłe ani myśleć, ani pracować samodzielnie, a zarazem próżne i pyszne ze swego położenia i zepsute pieszczotami matki.
Otóż tu się zaczęły niespodzianki pana Jagodzińskiego. Po pierwsze chłopak aż go żenował swą grzecznością i delikatnemi formami. Otrzymał rozkaz matki uczenia się lekcji w pokoju pedagoga i udawania się doń o pomoc i wskazówki. Zaraz pierwszego dnia zapukał do drzwi i wszedł na wezwanie, niosąc swe książki i zeszyty. Spytał, gdzie mu wolno usiąść, i natychmiast wziął się do nauki.
— Może pan czego nie rozumie, może pomóc? Służę!
— Dziękuję panu, spytam w razie trudności!
Obiecał, podziękował i na tem się skończyło. Robił wszystko sam, poważnie, z zajęciem i uwagą.
— Może mi pan wyda? — proponował Jagodziński.
— Jeśli pan tak łaskaw, proszę.
I wydawał bez zająknienia.
Było tak dzień, dwa, tydzień. To samo pukanie do drzwi, cicha nauka, grzeczny ukłon na dobranoc i cisza.
Po tygodniu Jagodziński się zniecierpliwił.
— Właściwie nie widzę potrzeby, żeby pan miał korepetytora! — ofuknął ucznia.
Stefek spojrzał na niego i rzekł:
— Zawsze miałem.
— I tyle mieli roboty, co ja?
— Tak, panie. Staram się.
— A dlaczegóż tamtych zmieniano?
— Pan Jóźwicki umarł, a pan Dmochowski wyjechał do Petersburga.
— No, ale przecie czemże mogę panu pomóc?
Zdawało się, że chłopak coś powie, ale po namyśle uśmiechnął się tylko i podał książkę.
— Może pan wysłucha historji Rosji!
Pan Jagodziński miał tedy niespodziankę. Posada była synekurą. Dobrze płatny, wykwintnie żywiony, grzecznie traktowany, obsłużony, oprany — i bez roboty. Zrazu żenowało go to, ale wreszcie z losem się zgodził i zaczął badać swego ucznia, wprost dla przepędzenia czasu. Była to trudna robota. Chłopak zdawał się nie mieć nic skrytego, ani myśleć coś więcej nad szkolne przedmioty. Nie interesowało go nic, nie zdradzał młodzieńczych porywów, żądz, ciekawości, buntów. Był taki wzorowy, z książki, chłopczyk: grzeczny, posłuszny, dobrze wychowany. Nigdy żywszego ruchu, głośniejszego słowa, zapomnienia form i przepisów swego świata, nigdy krytyki, zdania, sądu o obowiązkach i rozkazach. Była w nim nad wiek sztywność, powaga i zamyślenie, nie czuć było życia.
W domu mówił tylko po francusku i po angielsku, w szkole uczył się po rosyjsku: zpoczątku uważał pan Jagodziński, że po polsku mówił z trudem, i dowiedział się, że dzieciństwo spędził z matką w Dreźnie i Szwajcarji i od trzech lat dopiero był w Warszawie, odrazu w gimnazjum, a poprzedni korepetytorowie obowiązkowo mówili z nim tylko po rosyjsku. Że zaś z kolegami nie miał żadnych stosunków, po polsku mówił tylko słów parę ze służbą. Bo i goście, bywający w domu, przeważnie mówili po francusku, i książki, które mu matka dawała do czytania, były cudzoziemskie.
— A na wsi, w majątkach hrabiego, albo swoich nie był pan nigdy? — spytał pan Jagodziński.
— U dziadka nigdy nie bywamy. Po egzaminach wyjeżdżamy zaraz z mamą zagranicę. Mama majątków nie ma, ojciec stracił. Mama kapitały ma.
— A ojca pan nie pamięta?
— Nie. Miałem kilka miesięcy, jak umarł.
— A po skończeniu gimnazjum co pan zamierza robić?
— Mama i dziadek chcą, żebym wstąpił do liceum w Petersburgu.
— A panu się ta karjera podoba?
— Zapewne. Mama tak chce — odparł poważnie.
W pierwszym roku znajomość i zaufanie nie postąpiło o wiele. Jagodziński się nudził, często ziewał, chodził z kąta w kąt po pokoju, drażnił go ten malec, wiecznie ślęczący nad nauką, wymustrowany, sztywny, jak automat, a elegancki, jak saska figurynka.
Zdawało się, że Stefek czuł, że zawadza. Czasami podnosił na nauczyciela oczy pytające, jakby przepraszając, że mu zawadza.
Wreszcie raz się ośmielił:
— Pan nigdy nie wychodzi wieczorem! — rzekł. — Panu się przykrzy samemu. Dlaczego pan nie wyjdzie? Pan Dmochowski rzadko kiedy bywał.
— Umówiłem się, że będę siedział, to muszę. Zato niby biorę pieniądze, bo zresztą nie wiem zaco!
Chłopak, jakby zawstydzony, głowę spuścił:
— Ja mówiłem mamie, że dam sobie sam radę, ale mama mówi, że będzie się niepokoić. A mama, jak się zmartwi lub niepokoi, dostaje sercowego ataku.
— No, a pan nigdy się nie zleni, nie zabawi?
— Cobym robił? Jakże zlenić się — wstyd! A bawić się nie umiem. Zresztą, taki już duży jestem.
— Jakto, nic pana nie bawi?
— Czytałbym i czytał. Ale mama nie pozwala dużo, mówi, że to niezdrowo. Daje jedną książkę na tydzień.
— A biegać na łyżwach, gimnastykować się, jeździć na rowerze?
— Zagranicą mama mi pozwala. O, lubię! I wiosłuję na morzu, i po górach chodzę, i na rowerze jeżdżę! Tutaj mama nie chce, boi się.
— Czego się boi?
— Nie wiem! — szepnął chłopak i sczerwieniał.
Pan Jagodziński poczuł, że wie, ale że to jakaś przykra tajemnica.
Co niedzielę Stefek jechał z matką do kościoła, potem oddawał z nią wizyty, wieczorem brała go z sobą do teatru. Oprócz Jagodzińskiego codzień przychodził nauczyciel muzyki, ksiądz i nauczyciel gimnastyki.
W ten sposób, istotnie, kiedy miał Stefek bawić się i czytać? Zimą przybywały jeszcze lekcje tańca w doborowym szczupłym komplecie arystokratycznych kuzynków i kuzynek.
Rzecz dziwna, i od tych kuzynków trzymał się Stefek na uboczu, nie miał wśród nich towarzyszy i przyjaciół, nie odwiedzali się, nie bawili z własnej ochoty.
— Że też do pana nie przychodzą czasem na wieczór synowie hrabiego Leona, albo baronowej Natalji? — dziwił się pan Jagodziński, który stosunki poznał przy obiadach.
Stefek znowu sczerwieniał i coś tylko zamruczał.
Zaczęła go ta jakaś tajemniczość zaciekawiać, ale nie wiedział, gdzieby, u kogo rozpytać.
Tak przeszedł pierwszy rok. Oswoili się z sobą, ale nie poznali, ani zżyli. Pan Jagodziński zaczął czytać i pisać swoje prawnicze przedmioty, nie zważając na siedzącego naprzeciw chłopca, zaczął też czasem wychodzić do znajomych, a wreszcie ośmielił się przynieść z sobą okarynę, na której namiętnie lubił grywać.
Okazało się jednak, że Stefek po paru próbach umiał już więcej, niż on po paru latach nauki.
Egzamin zdał Stefek, jak zwykle, świetnie, zaco pani Oktawja podziękowała Jagodzińskiemu i ofiarowała mu złoty zegarek, prosząc o dalszą nad jedynakiem opiekę.
— Tak się o niego lękam. Coraz starszy, coraz będę niespokojniejsza, mam tak złe przeczucie, tyle rzeczy mu grozi. Mam do pana całe zaufanie, że go pan ustrzeże od wszelkich pokus i niebezpieczeństw.
— Ależ, proszę pani! Nie mam żadnej zasługi. Pan Stefek ma tak dobrą naturę, taki zdolny! Ja naprawdę nic mu nie pomagam! — jąkał zawstydzony Jagodziński.
— Ach, panie, ja wiem, niestety, jaki on niepewny! Może moje modlitwy go ustrzegą, życie temu poświęciłam. Tak się lękam!
— Warjatka baba! — pomyślał w duchu Jagodziński.
Otrzymał też łaskawych słów kilka od hrabiego i został uwolniony na wakacje.
Na jesieni powitali się znowu uczeń z korepetytorem. Stefek urósł, zmężniał, opalił się, żwawiej się ruszał. Ale trwało to krótko. Zda się, z szynelem i tornistrem naciągał inną skórę, zda się, że nadęta wielkość dziada kładła mu pęta na duszę, a atmosfera uroczysto-sztywna całego domu gasiła w nim życie. Po paru tygodniach stał się zwykłym automatem. W tym drugim roku zdarzyła się pierwsza awantura, a było to tak.
Co rano, gdy Stefek wyszedł do szkoły, pani Oktawja sama pilnowała sprzątania pokoju jedynaka. Rano też Jagodziński, odprowadziwszy pupila do gimnazjum, szedł za swojemi sprawami i wracał z nim równocześnie.
Otóż pewnego dnia zastał w domu popłoch, pani Oktawja miała atak, siedziało nad nią trzech doktorów, hrabia kazał prosić pana Jagodzińskiego zaraz do swego gabinetu. Był cały wzburzony.
— Proszę pana, stała się niesłychana rzecz. Moja córka znalazła dziś u Stefana w stoliku, schowane na samym spodzie to.
I pokazał zeszyt wierszy.
Jagodziński przejrzał; były tam przepisane wszystkie utwory zakazane Mickiewicza, “Boże coś Polskę”, “Z dymem pożarów”, “Gdy naród do boju wychodził z orężem” itp.
Hrabia aż się trząsł z alteracji:
— Skąd on to ma? Skąd dostał? Z kim on się w klasie zadaje? Nie wie pan?
— Nie, nie wiem! Nie pokazywał mi tego, ni wspomniał.
— Trzeba się dowiedzieć. Trzeba pilnować. Niech pan zwróci baczną uwagę, aby to się nie powtórzyło. Na to pozwolić nie można, to doprowadzić może do najgorszych następstw. Ja nie zniosę, żeby takie rzeczy u mnie w domu były. Mnie to już dość kosztowało!
W tej chwili wszedł Stefan. Dowiedział się, że matka chora, wystraszony biegł do niej. Dziad go zatrzymał.
— Nie wolno ci iść do matki. Z twojej winy chora. Chodź tu, odpowiadaj! Skąd to jest u ciebie?
Stefan zbladł, skamieniał, tak się przeraził, że ani słowa nie mógł wymówić. Patrzał na zeszyt.
— Mów, kto ci to dał! Wiesz, że za to w więzieniu się siedzi i z gimnazjum można być wydalonym. Dowiemy się, jakie ty tam masz znajomości, co urządzacie, zamiast się uczyć.
Stefan oprzytomniał, zaciął usta, milczał.
— Kto ci to dał? Mów!
— Znalazłem na ulicy!
— Kłamiesz. Mów prawdę, bo będzie źle.
— Znalazłem na ulicy.
— Idź do swego pokoju. Jutro będzie o tem wiedział inspektor, po piśmie odkryją, kto!
Stefan wyszedł.
— Rozumie się nie myślę zwracać się do inspektora. Ładna byłaby kompromitacja. Zresztą on matce wyzna. Ale proszę pana o zwrócenie bacznej uwagi, widocznie ma niebezpieczne stosunki. Trzeba temu zapobiec, bo inaczej przeniosę go do Petersburga, do internatu u “prawowiedów”. To był mój projekt pierwszy, córka nie miała serca z synem się rozstać, ot, i mamy pasztet. Proszę, zniszcz pan to!
I z widoczną odrazą i wstrętem, końcem palców podał hrabia nieszczęsny zeszyt.
Jagodziński zastał Stefana, leżącego na łóżku, nie płakał, ale trząsł się, jak w febrze. Odmówił posiłku, nie odpowiadał, powtarzał jedno, że chce do matki. Wieczorem puszczono go do niej, wrócił zgnębiony, posępny, z jakimś tępym wyrazem wziął się do odrabiania lekcyj.
— Hrabia mi oddał ten zeszyt. Niech go pan odniesie jutro koledze — rzekł Jagodziński. — Ja to wszystko drukowane mam. To trzeba dobrze chować. Niech pan przestrzeże kolegę, żeby w gimnazjum nie trzymał. To istotnie niebezpieczne rzeczy!
Przez oczy chłopaka mignęło życie, radość.
— Odniosę! — szepnął. — Byle on nie miał z mojej racji przykrości.
— Jak pan jakiej książki rzadkiej chce, proszę do mnie się zwrócić. Z kolegami ostrożnie, można ich skompromitować. W gimnazjum ostro śledzą.
— Dziękuję panu! — szepnął Stefek. — Będę uważał.
Kilka dni trwało przy obiadach przygnębiające usposobienie, ale pani Oktawja zauważyła, że syn nie ma apetytu i zaniepokoiła się tem okropnie; o poprzednim wypadku matka już zapomniała, a hrabia zajął się też czemś innem, i spokój wrócił.
Odtąd między uczniem a mentorem zapanował inny stosunek. Wprawdzie do zwierzeń ze strony Stefana nie doszło, ani się na nic nie skarżył, ale ośmielił się prosić korepetytora. Prośby były dziwne; raz naprzykład zachciało mu się jeść obiad w taniej kuchni, innym razem prosił o wskazanie, gdzieby mógł sprzedać zegarek, to znowu prosił o zaadresowanie listu do jakiegoś Sikorskiego na Oboźnej. Zrazu Jagodziński miał na chłopca podejrzenie, że się łajdaczy, że wpadł w złe towarzystwo, i zaczął go śledzić. Ale wnet się uspokoił. Sikorski był wdowi syn, bardzo ubogi, pieniądze za zegarek zostały włożone w kopertę i odesłane przez posłańca na Oboźną. Stefan z gimnazjum wracał wprost do domu, z nikim się nie zaprzyjaźniał i wogóle był niepopularny w klasie. “Hrabicz”, “purchawka”, “atlasik” — przezywano go. Potem zaczął prosić Jagodzińskiego o książki: o wielkich ludziach, uczonych, bohaterach. Nie brał ich nigdy do swego pokoju, ale odrobiwszy lekcje, czytywał, siedząc naprzeciw mentora. Było już między nimi milczące porozumienie.
Pewnego razu zdarzył się znowu niefortunny wypadek. Po obiedzie Stefan wyszedł z Jagodzińskim na miasto, po jakieś podręczniki. Za powrotem pani Oktawja spotkała ich w przedpokoju cała wzburzona. Opowiedziała, że w czasie ich nieobecności był jakiś obdartus uczeń, chciał się widzieć ze Stefanem, dziękując za jakieś pieniądze na wpis i opowiadał zawiłą historję o liście, o posłańcu, o tajemnicy.
— Co to jest? Co to wszystko znaczy? Przecie ty nigdy nie masz pieniędzy? Skądże mu dałeś? Zaco? Poco? To jakiś łobuz, ordynarny, prosty! Skąd go znasz?
— To, proszę pani, pomyłka! — rzekł spokojnie Jagodziński. — To ja mu pieniądze posłałem, a pan Stefan, idąc do gimnazjum, list posłańcowi wręczył.
— Ach tak! A ja się tak zlękłam! Coś taki blady, mon chéri? Boże, jak cię te nauki wyczerpują! Chodź, weźmiesz miksturę przed herbatą. A może cię co boli? Jest doktór!
I pociągnęła go z sobą. Tego wieczora Stefan nie przychodził do odrabiania lekcyj, aż Jagodziński zajrzał do jego pokoju.
Chłopak leżał na otomanie i płakał, aż cały się trząsł.
— Co się stało? Co panu takiego?
Zerwał się Stefan, rękami oczy zakrył.
— Podły jestem, podły, nędznik. I będę potępiony, i to mi wstyd, hańba! Kłamię matce i pana doprowadziłem do grzechu.
— Co za brednie? Jaki grzech? Dajże pan pokój. Zegarek był pana, stopiłeś, dałeś pieniądze ubogiemu koledze, wszystko w porządku. A może matka pana byłaby temu nierada, poco jej było tę przykrość robić. Mam nie grzech, ale zrobiłem dobry uczynek, ją uspokoiwszy! Dajże pan spokój, każdy musi sobą być i wedle swych zasad postępować, a jeśli nie jest jeszcze niezależny, to musi milczeć, a często kłamać. Inaczej nie człowiekiem będzie, ale ciastem! Wstydź się pan, to jakieś babskie skrupuły, a wszystko co babskie, to dopiero grzech! Ot! chodź pan. Przyniosłem “Nędzników” Wiktora Hugo. Będzie co czytać!
I tak ani się spostrzegł Stefan, jak się pozbył skrupułów. Z zahukanego, pieszczotami przeczulonego dziecka począł się wyrabiać skryty, przemyślny w wykrętach charakter. Na jawny bunt nie miał jeszcze mocy, ale wśród domowych był cichym, stanowczym protestem i kontrastem.
Pewnego wieczoru przyszedł do Jagodzińskiego kolega Litwin po jakieś notatki.
Litwinisko było typowe, wielki, niezgrabny, towarzysko nieokrzesany. Zastał Stefana, odrabiającego lekcje, stanął pod piecem i przyglądał się pracującym, mówiąc:
— Kończajcie sobie, ja zmarzł, to się odgrzeję.
Gdy Stefek skończył i wychodził, spytał:
— A z jakich to Hrehorowiczów kolega?
— Nie wiem! — bąknął.
— Bo jeden Hrehorowicz naczelnikiem partji był. Ojciec mój pod nim służył. My to niewielkie panowie, ojciec gorzelanym był u hrabiów. W lesie i został, gdzieś pod sosną. Hrehorowicza rannego wzięli, wyleczyli, a jakże, a potem rozstrzelali. Ale, że to nie w naszych stronach było, to i nie wiem, czy kto po nim został.
— A na imię jak mu było? — spytał chłopak.
— To nie wiem. Jeden był naczelnik Hrehorowicz, albo mu imię trzeba? Każdy wie, który! Zawsze kolega ma porządne nazwisko, pamiątkowe.
— Stefku. Ubieraj się. Dziś lekcja tańca, mon chéri — rozległ się w dalszym apartamentach głos pani Oktawji.
Gdy chłopak znalazł się z nią w karecie, jadąc do hrabiostwa Kociów, gdzie się komplet taneczny zbierał, paliła go chęć spytać, czy ojciec był naczelnikiem partji, ale nie śmiał. Na każdą wzmiankę o tym ojcu matka dostawała ataku, a teraz była tak wesoła i ożywiona, tak szczebiotała swobodnie. Nie śmiał pytać matki, a więcej nie miał nikogo.
O ojcu wiedział tylko, że stracił fundusz, opuścił matkę i jego malutkiego lekkomyślnie i całą rodzinę skompromitował. Był ten nieżyjący i jemu nieznaną istotą, o której w domu nikt nie mówił, o którym niemiłe było wspomnienie. Ile razy matka czyniła mu wymówki, zawsze tylko była wzmianka: ton malheureux père qui a gaspillé son bien et brisé ma vie!
Stefan wreszcie był przekonany, że za winy ojca on winien biednej matce zadosyćuczynienie i pociechę. Wiedział też, że ojciec fundusz stracił, że matkę dziad ocalił, że są na jego łasce i utrzymaniu, a z rozmów i zachowania kuzynków-magnatów zrozumiał, że on, jako Hrehorowicz, do “towarzystwa” nie może być nigdy zaliczony, że go tylko tolerują, jako intruza, dla matki.
“Un Hrehorowicz quelconque” był w salonach — “hrabicz”, “atlasik” nazywali go koledzy. Tamci go lekceważyli, ci pogardzali — wszędzie był samotny.
Po tej rozmowie Litwina-studenta zaczęła go palić straszna ciekawość o ojca. Wiedział, ktoby go objaśnił — rządca Jurjewicz. Matka mu kiedyś powiedziała: ces gens là sont des parents de ton malheureux père, des gueux que ton grand-père a tirés de la misère par pitié. Nie powinieneś mieć z nimi żadnych stosunków — żadnych. Obiecaj mi to. Jeśli mnie kochasz, obiecaj.
I Stefan solennie obiecał i dotrzymywał. Znał Kostusia, szli razem, klasa po klasie, zawsze najpierwsi, ale nie mówili z sobą nigdy, nie widywali się poza szkołą nie mogli się nigdy spotkać. Znał też z widzenia Marynię i raz u stołu posłyszał, jak dziad mówił do matki:
— Jednakże Jurjewicz ma takt. Podobno wydaje córkę zamąż. Myślałem, że mi o tem coś napomknie, ale się nie odzywa. Trzeba będzie może co dać!
Stefanowi niewiadomo dlaczego zrobiło się gorąco.
— Krewni ojca nędzarze, także na łasce dziada, jak on. — Czuł w gardle gorycz upokorzenia.
Po paru dniach dziad rzekł po obiedzie:
— Okazuje się, że tych ludzi trzeba trzymać na dystansie. Zagadałem dziś do Jurjewicza, ofiarowując gratyfikację z powodu ślubu córki. Odmówił tak stanowczo, jakbym go obraził. Décidement ta familja jest tak niewychowana, że najlepiej być z nimi zdaleka.
— Qui épouse-t-elle donc? — spytała pani Oktawja.
— Nie pytałem.
Stefan wiedział. Stróż mu oznajmił, że “rządcego” córka idzie za obywatela, bogaty, ale stary, Hlebowicz się nazywa. A ślub to będzie u św. Aleksandra we wtorek, na piątą wieczór zamówiona kareta. W ów wtorek Kostuś nie przyszedł do gimnazjum, a Stefek zaczął przemyśliwać, jakby do kościoła się wymknąć. Po powrocie ze szkoły nie odchodził od okna i patrzał na oficynę.
— Co pan tak obserwuje naprzeciwko? Kanarki? — spytał go Jagodziński.
— Nie. Ślub będzie u Jurjewiczów. Takbym chciał do kościoła pójść — popatrzeć.
Mentor zdumiał.
— No, proszę! Na ślub patrzeć! O tobym kolegi nie podejrzewał. Czy może być idjotyczniejsza ceremonja! Ślub, którego nikt nie dotrzymuje, a potem drugi akt: wesele, na którem wszyscy się nudzą, a aktorowie je potem opłakują i przeklinają! Widać, że pan jedynak, ja, który jestem najmłodszy z siedmiorga rodzeństwa, już na te szopki nie chadzam.
— Ja też nie ciekawym ślubu. Na tylu byłem. I mamaby mi nie pozwoliła pójść. Zresztą i poco. Nie znam nikogo, nic się nie dowiem.
— A czegóż się pan chce dowiedzieć?
Stefan nic nie odpowiedział — nie śmiał.
Przytulony do szyby, przestał nieruchomy aż do obiadu. Widział, jak zajechała kareta i parę dorożek. Mignęła mu biel sukni i druga jasna szata drużki, widział Jurjewicza i Kostusia, parę starszych pań — wyjechali.
Lokaj oznajmił obiad, Stefan odszedł od okna.
Późno wieczorem zajrzał znowu przez roletę. Okna oficyny słabo były oświetlone i niezasłonięte. Państwo młodzi musieli już odjechać, u stołu przy lampie siedzieli ojciec z synem. Kostuś na splecionych ramionach ukrył twarz, stary na głowie trzymał jego rękę i coś mu przekładał. Stefan patrzał, patrzał, zaczęło mu bardzo bić serce, w głowie huczeć, od napływu myśli, i nagle zawrócił, jakby ciągnięty niezwalczonym musem, wszedł do pokoju Jagodzińskiego. Ten już leżał i czytał.
— Proszę pana, ja wyjdę na chwilę.
— Dokąd? Na ulicę?
— Nie, tam, do Jurjewiczów. Chwilę zabawię. Drzwi nie zamknę za sobą, zaraz wrócę. Ja ich spytam, oni pewnie wiedzą, o tego naczelnika Hrehorowicza. Ja muszę wiedzieć, panie!
— Idźże pan, tylko ostrożnie, cicho! Lepiej weź pan mój szynel i czapkę. Ot tak! I klucz od zatrzasku przecie mam. Nie siedź pan długo.
Stefek wyślizgnął się cichutko, na schodach było już ciemno, stróż w mieszkaniu. Bez tchu chłopak przebiegł podwórze, schody, zapukał, nikt nie odpowiadał, pocisnął klamkę i wszedł. Wtedy Jurjewicz spojrzał i zerwał się.
— A co tam? Pożar na froncie! — zawołał.
Podniósł też głowę Kostuś, twarz miał czerwoną i lśniącą od łez.
— Hrehorowicz! — wyrwało mu się ze zdumieniem.
— Przepraszam, przepraszam — bąkał Stefan. — Matka mi mówiła, że państwo krewni mego ojca, a ja tak, w dzień nie mogłem przyjść. Zapytać chcę, w tych dniach jeden student mówił, że na Litwie był Hrehorowicz, naczelnik partji, w powstaniu, i rozstrzelany. Może państwo wiedzą, czy to jaki mój krewny?
— Chłopcze, czyś się chował u podrzutków, czy w antypodach! — wykrzyknął Jurjewicz. — Jakto, ty nie wiesz, że to był twój ojciec, bohater!
Stefan jakby załkał, jakby zajęczał i rzucił się do piersi Jurjewicza, ramionami za szyję go objął i zrazu trząsł się cały, niezdolny słowa rzec. Jurjewicz objął go za głowę.
— Ojciec twój, mój szwagier. Naczelnikiem partji był, bił się jak bohater. Kiedy zobaczył, że sprawa przegrana, resztki partji rozpuścił, z kilku sobie podobnymi do ostatka walczył i dopiero go wzięto, gdy krwią pięciu ran tak spłynął, że jak trupa wieziono. Odratowano go, męczono śledztwem, sieczono — nikogo nie wydał, nic nie zdradził, i rozstrzelano go. Takiegoś miał ojca, chłopcze.
— A matka wtedy co?
— Jak powstanie wybuchło i twój ojciec poszedł, tyś nie miał roku życia. Matka twoja wyjechała z majątku, ciebie wywiozła. Majątek rząd skonfiskował.
— Więc to nie ojciec go stracił!
— Kto ci takie brednie mówił! Stracił, jak stracił życie, jak ja straciłem, jak wszyscy prawie. Sześćset majątków tak stracono.
Za nimi skrzypnęły drzwi i wynurzył się Jagodziński.
— Panie Stefanie, wracajcie. Jutro przecie można się gdzie spotkać, a tak ryzyko.
— Już idę, panie, już idę. Wiem wszystko, żyć będę! Dziękuję — rzekł, podnosząc oczy na Jurjewicza. — To pan ojca szwagier, to mnie wuj!
Pochylił się do jego ręki i pocałował, potem nieśmiało, wahająco do Kostusia podszedł:
— To my bracia, prawda?
— Jak chcesz, z całej duszy. Straciłem dziś siostrę, dostałem brata — i zaśmiał się przez łzy.
— Idźcież, idźcie. Będzie bieda, broń Boże, panu Jagodzińskiemu. Już jakeśmy się zeszli, to się odnajdziemy! Dziękuję panu za dobroć dla chłopca.
— Proszę pana, — odparł Jagodziński — jestem pedel, muszę wszystko wiedzieć, ale mówię, co wiem, tylko wtedy, jak trzeba. Dobranoc panom.
I zabrał swego pupila troskliwy mentor.
Gdy wyszli, spojrzeli na siebie ojciec z synem, i stary rzekł:
— Krwi nie zmienić, ducha nie zabić, prawdy nie zakopać. Ot, i wychowali po swojemu!
— Ja nie rozumiem, skąd to przyszło. Głowębym dał, że on ich kopja. To babka wymodliła chyba. Boże, jaka ona będzie szczęśliwa, jak się dowie.
— Myślisz? Ona ani na chwilę nie wątpiła, że tak będzie. Ona wszystko wie. Dlategom o Marynię spokojny, bo ona mówiła, że będzie szczęśliwa.
Ten wielki dzień, ta epoka w życiu Stefana przeszła niepostrzeżenie dla matki i dziada.
Nie zmieniło się nic pozornie. Nie wiedział nikt, że Stefan i Kostuś siadywali teraz w klasie obok siebie, na pauzach rozmawiali i wychodzili razem do rogu placu, i wtedy ostrożnie się rozchodzili. U Jurjewiczów Stefan nie bywał, ale spotykali się na mieście, spacerowali po bocznych ulicach. Ossorja syn, pan radca i szambelan, pierwszy zwrócił uwagę na siostrzeńca, gdy po dłuższym pobycie na wsi, odwiedzał ojca i żonę, która dla córek karnawał spędzała w Warszawie.
— Ależ urósł twój syn, Oktusiu! — rzekł do siostry. — Wygląda na siedemnaście lat. I jakoś mu inaczej z oczu patrzy. Uważajno na obyczaje panicza.
— Co ty mówisz, Eustachy, Stefek takie dziecko!
— Co to dziecko. Dla ciebie, ale nie dla panienek. Nie uważasz, jak mu się oczy świecą, jak się wyprostował, wyraźniał! Toć on jeszcze na jesieni niezgrabny był, nieśmiały, wylękły, smarkacz! Mówię ci, on raptem dojrzał.
— Nie, nie! Ja znam każdy jego krok i myśl. Zresztą mamy ideał korepetytora.
Podczas obiadu znagła wuj zagadał Stefana:
— Cóżeś taki zamyślony. Może już zakochany?
Chłopak istotnie daleki był myślą, więc się narazie stropił i zawahał.
— Zakochany? W kim wuju? — odparł.
— Tego nie wiem. Może w której z koleżanek z lekcji tańca?
— Tam niema mnie równych, same hrabianki.
— A dlaczegóż ci hrabianki nie równe?
— Bom tylko prosty szlachcic bez tytułu i majątku.
— Stefek, co ty wygadujesz? — zawołała pani Oktawja. — Przeze mnie jesteś wszystkim moim równy. Skądże ci takie fałszywe upokorzenia do głowy przychodzą!
— Kiedy ja się tem nie martwię, mamo, ani wstydzę. Ale wuj tak dziwnie spytał, ja tych lekcyj tańców nie lubię. Dobrze, że się skończą i cieszę się na naukę fechtunku.
— Do baletu jeszcze nie masz zamiłowania?
— Mon cher, ne l’agace pas te pauvre petit! — szepnęła matka błagalnie.
— Nie radzę mu takich gustów, póki jest u mnie i na moim koszcie! — rzekł surowo prezes.
Stefan spuścił głowę, zaczerwieniony. Jagodziński ośmielił się ująć za pupilem.
— Chyba nigdy tego kłopotu nie będzie z panem Stefanem, choćby się stał miljonerem.
Jednakże pani Oktawja wieczorem wzięła syna na spytki, nagadała mu mnóstwo morałów, przestrzegała i straszyła potępieniem.
Rezultatem tego było, że Stefan rzekł do Jagodzińskiego:
— Mama myśli, żem taki, jak Leoś i Alfred. Mama to mnie nic nie zna, nic, nic. Mama mnie nigdy nie rozumie, a tak niby kocha! Mama tak i ojca kochała i tak go zrozumiała.
— Romanse, kobiety, rozkosz! Co za głupota. Niech mnie spytają, co jest prawdy w tych czarach! Miałem w domu pięć sióstr i dwie kuzynki. Wiem coś o tych urokach i miłościach! Kobieta robi się znośną od sześćdziesiątego roku swego życia. Do tej pory niech losy strzegą od każdej każdego.
Tak mówił Jagodziński, a że to zdanie powtarzał często i stale, a Stefek był naturą nawskroś subtelną i marzycielską, nauki mentora trafiały na grunt podatny. Stefan w lat szesnaście kobiet nie znał, nie pożądał i lękał się. Posądzenie wuja było najzupełniej fałszywe. Pomimo najczujniejszej baczności pani Oktawji nigdy nie okazało się żadne przestępstwo, tylko w kwestj i wakacyj zaszła znowu scena familijna. Stefek zaprotestował przeciw wyjazdowi zagranicę.
— Jeśli mama potrzebuje kuracji i wyjeżdża z wujenką i dziećmi do Ems, jabym prosił, żeby mi mama pozwoliła na lato przyjąć kondycję.
— Co? Co to takiego?
— Chciałbym dostać korepetycję na wsi, pracować dla siebie.
— Ty! Poco? Naco?
— Żeby zarobić.
— Grand Dieu! Ty masz zarabiać! Ty — mój syn! W jakiem świetle ty mnie przedstawiasz? Więc niedostatek znosisz, źle ci, brak ci czego!
— Syty jestem i odziany, mamo, ale jabym chciał już zacząć pracować na siebie. Funduszu nie mam, jesteśmy na łasce dziada. Póki byłem dzieckiem, uchodziło — teraz wstyd mi.
— Kto ci poddał takie myśli?
— Dziad tyle razy mówił, dawał wyraźnie do zrozumienia. Nie godzi mi się pasorzytem być!
— Mais il est fou! C’est de la démence! — zaczęła rozpacznie pani Oktawja i dostała ataku nerwowego, najstraszniejszej swej broni.
Naturalnie hrabia Ossorja dowiedział się wszystkiego i wezwał wnuka przed swój majestat. Nastąpiła gwałtowna scena. Pierwszy raz wszechwładny despota rodzinny spotkał się z oporem i czyim? Dziecka.
Chłopak powtórzył swe życzenie i śmiało wyraził powód. Prezes tak się tem zalterował, że miał ochotę wygnać zuchwalca z domu, ale pohamował się przez wzgląd na córkę.
— Jeśli chcesz zabić matkę, zabij! Owszem, owszem, dogodź swym fanaberjom fałszywej próżności, przyjmij kondycję, owszem, skompromituj mnie, podaj na łup plotkom i obmowie, owszem, wywdzięcz się prawdziwie po demokratycznemu za opiekę i wychowanie. Że matkę do grobu wpędzisz, co to ciebie obchodzi, honor uchowasz! Winszuję ci, wzniosła, szczytna ambicja.
Smagany słowy, przerażony stanem zdrowia matki, Stefan się poddał, zmilkł, ustąpił. Jak zwykle wyjechali zagranicę. Dziad odtąd ani spojrzał, ani przemówił do wnuka. Jeszcze raz, korzystając z dobrego humoru matki, chłopak zaproponował jej, przed samym powrotem do Warszawy, żeby zamieszkali osobno! Natrafił na protest i łzy i rozżalenie, znowu zamilkł. Czułość matki, jej troskliwość, pieszczoty były dlań strasznemi kajdanami, z takich pęt nie miał serca się wyzwolić. I dalej popłynęło życie jednakowym trybem. Przechodził ostatnią klasę gimnazjum. Zjawił się nieunikniony Jagodziński, przyszły lekcje na fortepianie, wieczorki w karnawale w gronie utytułowanych krewnych, przyjęcia w domu, dodatkowe lekcje z księdzem kapelanem, potajemne czytanie, schadzki z Kostusiem.
Kostuś już był sam i mieszkał na stancji u Horbaczewskiej, stary Jurjewicz został na wsi, osiągnął cel swych marzeń — posadę nadleśnego w ordynacji na swej ukochanej Litwie.
U Horbaczewskiej spotkał i poznał Stefek Misię Siewrukównę.
— To nasza krewna! — zaprezentował mu ją Kostuś.
Dziewczyna była prawie w ich wieku, sierota. Chodziła na pensję, kształciła się na nauczycielkę. Nosiła bronzowy mundurek i czarny fartuch. Miała bystre, siwe oczy i popielaty olbrzymi warkocz i, jeśli się nie uczyła, to spierała lub śmiała się. Była w niej pełnia życia, zdrowia i jakby tchnienie pól i słoneczny humor skowrończy.
Pełno jej było wszędzie. Pomagała Duszce w gospodarstwie, młodszym chłopcom w naukach, biegała po sprawunki dla przybyłych z Litwy gości Horbaczewskiej, droczyła się z Korewą i, jak dziecko, bawiła się z Kostusiem, który, pomimo dużego wzrostu i wielkiej nauki, był pierwszy do figlów. W towarzystwie tem Stefan zrazu czuł się zażenowany i onieśmielony, ale prędko odczuł, że był tu na wyjątkowych prawach i stanowisku.
— To sierota po naczelniku Hrehorowiczu! — prezentowała go Horbaczewska, a na to imię każdy patrzał na chłopaka jakoś życzliwie i ciepło, traktowano go, jak jakąś wspólną własność, przedmiot pamiątkowy.
Mógł bywać tylko rzadko, ukradkiem, ukradkiem też za rekomendacją Kostusia dawał lekcje bezpłatne bardzo ubogim dzieciom, ukradkiem też, może nawet przed samym sobą, zakochał się w Misi. Coprawda, nie on jeden. Misię kochali wszyscy chłopcy, nie wyłączając Kostusia, który ze zwykłą swą szczerością oświadczał to jej co dni parę.
— Misiu, słuchaj, ja się ożenię z tobą. Zobaczysz.
— I i i, co mi za łaska. Kiedy ja to zobaczę!
— Jak skończę uniwersytet. Przysięgam! Będziesz na mnie czekać?
— Ani myślę. Ja się brzydzę doktorów. Trupy krają.
— Ale zbierają pieniądze. Ze mną o nic się nie będziesz troszczyć.
— Ja się i bez ciebie o nic nie troszczę.
— Misiu, czy ty mnie nie kochasz? Bo ja ciebie to okropnie!
— Pewnie, że i ja ciebie, ale żeby okropnie, to chyba nie. Pójdziemy na ślizgawkę? Dobrze?
Stefan nie pojmował, jak można tak bredzić. On też oświadczał się Misi, mówił jej rzeczy wzniosłe, ale w myśli, w marzeniu. Cały cykl marzeń snuł w głowie, gdy był sam, gdy był z nią, nawet nie śmiał na nią patrzeć.
Ona też miała dla niego pewien respekt i jakby obojętność czy sztywność.
Nawet Duszka zwróciła na to uwagę.
— Czemu ty, duszko, nie przyhołubisz Hrehorowicza? To niegrzecznie, nawet nie zagadasz, a z drugimi się bawisz, dokazujesz!
— I i i, on jakiś taki, jakby łaskę robił, że przyjdzie. Zgóry patrzy, słowa cedzi.
— No, nie pleć! Grzeczny, dobrze wychowany, delikatny. Może i nieśmiały. Trzeba go ogłaskać.
— Nie chce mi się. Nie podoba mi się!
W owych czasach Stefan zaczął pilnie uczęszczać na ślizgawkę. Matka tolerowała tę rozrywkę, polecając Jagodzińskiemu towarzyszyć chłopcu.
Naturalnie, Jagodzińskiemu ani się śniło tkwić na lodzie. Wychodzili razem. Mentor pozostawał w kawiarni, gdzie z kolegami grał w szachy. Stefan szedł na ślizgawkę, umawiali się o godzinę powrotu i spotykali się w bramie domu.
Tam, na lód przychodziła i Misia z koleżankami lub Kostusiem, a czasami i sama.
Łyżwowała jeszcze nie dość wprawnie, a Stefan był mistrzem w tym sporcie.
Jakoś się zdarzyło, że się przywitali, zagadali, on jej dał parę rad, pokazał sposób, ośmielił się podać rękę.
Ale to się działo tylko wtedy, gdy nie było Kostusia lub koleżanek; gdy miała towarzystwo i opiekę, Stefan łyżwował osobno, wzbudzając zachwyt panien i zawiść chłopców.
— Holender! — nazywano go.
Pewnego dnia Misia przyszła sama, spotkali się u wejścia i razem zaczęli zataczać koła. Dziewczynce szło niezdarnie, podał jej rękę, podtrzymywał i kierował.
— Gdzie się pan tak doskonale wyuczył? — spytała.
— W Szwecji, dzieckiem.
— To pan był w Szwecji?
— Ja tu przyjechałem, mając lat dwanaście. Przedtem chowałem się zagranicą. Całą Europę znam i wszystkie sporty umiem.
— Zazdroszczę panu.
— A ja pani.
— Czego?
— Zna pani coś więcej, coś piękniejszego.
— Co takiego?
— Litwę naszą.
— Ot, osobliwość! Może pan w każdej chwili poznać. To niedaleko.
— Mnie daleko.
— I i i, niebardzo się panu chce.
— Albo to się ma, czego się chce!
— A zawsze, byle mocno chcieć!
Poczerwieniał i ukradkiem na nią spojrzał.
— Czy pani krewna mojej babki? — spytał po chwili.
— A jakże. Przecie to ona za mnie płaci na pensji.
— Pani u niej bywa?
— Bywam i tak strasznie ją kocham.
— Strasznie! Tak jak Kostuś panią?
— Albo on rozumie, co plecie?
— Mnie się zdaje, że kto kocha, to milczy.
— Albo chodzi smutny i poważny. U nas w klasie jest jedna, co ma narzeczonego. Wcale mi się nie podoba. Patrzy na nas zgóry, a najgorsze ma stopnie. Jabym się wstydziła.
— Czego?
— Najprzód przyznać się, że mam narzeczonego, a potem być ostatnią w dzienniku. Pewnie, że ten narzeczony o tem nie wie, boby z nią zerwał.
— Pani pewnie jest pierwszą?
— Nie, zwykle trzecią. Zawsze się obetnę na rosyjskim.
— Kostuś powinien pani pomóc. On pierwszy.
— Nieprawda. Pan pierwszy.
— To tylko dlatego, że on często nie uważa.
— Eee, dlatego, że pan mądrzejszy. Przecie pan wygląda jak profesor.
— Taki stary pedant.
Zaczęli się oboje śmiać. Na ślizgawce czyniło się gwarniej, zjawił się Kostuś i dogonił ich.
— Ty, Misiu, dlaczego z nim łyżwujesz? — wołał zdaleka. — Obiecałaś czekać na mnie.
— Nieprawda. Nic ci nie obiecywałam.
— Mówiłaś wczoraj, że sama łyżwować nie będziesz. Powiedziałem, że przyjdę.
— No, toś ty obiecał, nie ja. Nie było się spóźniać.
— O, pewnieście się za memi plecami zmówili. Słuchaj, Stefan, to moja narzeczona. Wara ci od niej.
Stefan poczerwieniał.
— Jeśli mi panna Michalina potwierdzi, wtedy uwierzę.
— Oho, panna Michalina! Dlaczego jej nie mówisz po imieniu, a ty, Misiu, także!
— Bo nam się tak podoba — i tyle.
— To i mnie mów: pan!
— Jeszcze czego? Może: szanowny panie?
— Tak! No, to żegnam państwa. Pamiętaj Misiu, że między nami skończone!
Nadąsany zawrócił, odpiął łyżwy i znikł.
Misia straciła humor. Oglądała się, wyczekiwała, i odechciało się jej zabawy.
Stefan wracał do domu z rozpaczą w sercu.
Nie kocha go, więc poco żyć? Miał najdramatyczniejsze postanowienia i zamiary, wir szalonych myśli i straszne, nerwowe podniecenie.
Gdy tak szedł z głową zwieszoną, posłyszał, że go ktoś dopędza, wołając dyskretnie:
— Proszę jaśnie pana!
Obejrzał się. Sążnisty, liberyjny drab stanął przed nim i, uśmiechając się wygoloną gębą, rzekł:
— Jaśnie pani hrabina prosi do karety.
Spojrzał na ulicę i ujrzał, że z karety, stojącej opodal, kiwała ku niemu rączka kobieca.
Zawrócił i podszedł. Lokaj otworzył drzwiczki.
Kobieta bardzo piękna, otulona w sobolową rotundę, zaśmiała się do niego karminem zmysłowych warg, pokazując ząbki małe i ostre.
— Dokąd? — spytała po francusku.
— Do domu — odparł, całując ją w rękę.
Była jego kuzynką po mężu, krewnym Ossorjów, ten mąż miał lat sześćdziesiąt, ona dwadzieścia kilka, uboga arystokratka, Francuzka.
Spędzała w Warszawie już drugą zimę i spotykali się na wieczorach u rodziny. Bywała też u nich, bo należała z panią Oktawją do różnych dobroczynnych instytucyj.
Od jesieni zaczepiała go czasem żartobliwie, wybrała parę razy do tańca, dawała na balach drobne polecenia, a czego nie mówiła słowem, dopowiadała uśmiechem, spojrzeniem, pod którem robiło mu się gorąco i trwożnie.
— I ja do was jadę, tylko wstąpię do jubilera i ogrodnika. Montez et amusez moi.
Był zanadto dobrze wychowany, żeby odmówić, a zarazem odczuł jakąś złośliwą radość, chęć odwetu nad Misią. Ona go nie kocha, pogardza nim, a oto ta piękna kuzynka patrzy nań tak wabnie. Już się nie lękał, przeciwnie czuł, że jest pożądanym, i było mu to przyjemne.
Gdy usiadł obok niej, nie usunęła się i nie przestała się do niego dziwnie uśmiechać.
— Pan wraca ze ślizgawki. Dużo tam panienek kuzynek bałamuci?
— Wcale — żadnej. — Tam tak zimno! — uśmiechnął się.
— No, no. Na zziębniętego wcale nie wyglądamy.
Wychyliła się z rotundy, dotknęła policzkiem jego twarzy.
— Prawda, zimna. Faut vous rechauffer.
I ogarnęła go rotundą. Poczuł ciepło ciała, woń perfum i pulsowanie gwałtowne krwi.
Zakręciło mu się w głowie, jakby tuman przesłonił oczy, zrozumiał i odczuł szał.
Miał przy ustach jej szyję, pocałował.
Milcząc i dysząc, poddawała się pieszczocie.
Wtem kareta stanęła.
Usunęła się z niecierpliwem syknięciem i ukazującemu się u drzwiczek lokajowi rzuciła zmienionym głosem:
— W Aleje, do Belwederu, a potem na Nowy świat.
Powóz ruszył, był zmrok i dość pusto w Alejach.
Gdy kareta z powrotem stanęła przed kamienicą Ossorjów, Stefan wysiadł sam.
— A demain, chez les Jules! — pożegnała go szeptem.
Stefan zastał w domu wszystkich już przy herbacie. Matka była zaniepokojona, Jagodziński bacznie nań spojrzał, dziad niechętnie zamruczał.
Chłopak miał oczy pałające i jakiś zupełnie nowy uśmiech na ustach.
— Co się stało, gdzie byłeś? — spytała matka.
— Przepraszam za opóźnienie. Nosiłem łyżwy do naprawy i tam mnie zatrzymano.
— Moje dziecko, czy nie za forsownie łyżwujesz? Taki wyglądasz zmęczony! — biadała pani Oktawja.
— Śpieszyłem, zgrzałem się.
— Jutro nie chodź na ślizgawkę. Jesteśmy zaproszeni na wieczór do Julków, pamiętasz?
— Pamiętam.
Pani Oktawja spodziewała się, że będzie się wymawiał i wypraszał, bo niechętnie bywał na tańcach, więc się bardzo ucieszyła, nie słysząc protestu.
Jagodziński, gdy się znaleźli u siebie, przedewszystkiem obejrzał łyżwy, a potem rzekł:
— Niechno kolega będzie ostrożny. Bardzo to zabawne i ciekawe narazie, ale zdrowiem przypłacić można.
Stefan, który zamiast się uczyć leżał na otomanie, założywszy ręce pod głowę i patrząc w sufit, uśmiechnął się.
— Nic mi podobnego nie grozi!
— To bardzo szczęśliwie! A ona? Ma pewnie ze czterdzieści wiosen. Ja w kolegi wieku taką miałem. Tak wszyscy zaczynają.
— Ja zatem stanowię wyjątek.
I tak, leżąc bezczynnie wykolejony zupełnie, począł gwizdać piosnkę Fortunia.
Nazajutrz aż się zdziwiła i ucieszyła pani Oktawja, gdy po raz pierwszy okazał jakieś zajęcie balem i poprosił o wystąpienie nie w mundurze.
Naturalnie spełniła jego życzenie, i Stefan pierwszy raz przywdział strój balowy.
— Jakiś ty piękny! Jaki elegancki! Jak ci w tem do twarzy! Doprawdy, prawdziwy już mężczyzna. Mon Dieu, jaka ja już stara! — rozgadała się. — Tiens, już masz puszek na wardze, a co za wzrost. Zgóry patrzysz na mnie. Czekaj, uperfumuję cię. Zawrócisz głowę niejednej. A pamiętaj tańczyć z księżniczką Renią, tą z Galicji.
Stefan miał inne zamiary i z zapałem młodzieńczym wprost zaprosił do tańca hrabinę Lili.
Spojrzała nań, sekundę zawahała się, wstała jakby niechętnie. Gdy się znaleźli w wirze, rzekła:
— Więcej nie będziemy z sobą tańczyć. Rozumiesz.
— Nie. Z nikim innym nie będę.
— Grand nigaud. Tu es fou. Ja — nie tańców chcę z tobą. Quel magnifique gars que tu es!! Słuchaj. Przyniesiesz mi jutro, do mnie, paczkę od twojej matki.
— Jaką?
— Już ja to urządzę. Dostaniesz od niej paczkę i przyniesiesz. Tańczyć nie można, to kompromitujące. Tańcz z panienkami, albo idź gdzie w kąt.
Chłopak usłuchał. Tańczył z panienkami, ale zdaleka ją śledził. Wśród najżywszej zabawy dostrzegł, że mu daje znak, wychodząc do mniejszych, ubocznych salonów. Poszedł. W jakimś półciemnym buduarze, w cieniu ciężkich fałd makat, maskujących okna, zamienili słów kilka szeptem, potem w milczeniu całowała go, uczyła pieszczot, roznamiętniała swą żądzą.
Wrócił do domu nieprzytomny, pijany, odurzony.
Jakim sprytem trafiła do pani Oktawji, nie rozumiał, ale gdy po obiedzie gorączkowo szukał pretekstu by wyjść, matka zawołała go i rzekła:
— Moje dziecko, idąc na ślizgawkę, wstąp do kuzynki Lili i wręcz jej tę paczkę. To są moje kolczyki, ona je chce mieć na model. Nie zgub, oddaj do rąk.
Kuzynka Lili była sama w domu, nikogo nie przyjmowała, bo mąż wyjechał do Petersburga. Że przyjęła Stefana Hrehorowicza, to się nie liczyło, dzieciuch, gimnazista, przyszedł z polecenia matki, to przecie nie wizyta.
Od tego czasu Stefan przestał rozmawiać i spotykać się z Kostusiem, bywać u Horbaczewskiej i na ślizgawce, przestał też uczyć się wzorowo, jak dotąd.
Pan Jagodziński, zajęty swemi ostatniemi egzaminami, zresztą nawykły, że pupilowi pomoc była zawsze niepotrzebna, nie wglądał w te sprawy.
Stefan często wieczory spędzał poza domem, tłumacząc matce, że mu najdogodniej przygotowywać się do ostatecznych egzaminów z kilku kolegami. Ze studjów tych wracał wyczerpany i mało przytomny, zaczął mizernieć i chudnąć i stale zdawał się żyć, jak lunatyk, nie słyszał, co do niego mówiono, odpowiadał często opacznie.
Nareszcie zauważył to i zaniepokoił się sam Jagodziński.
— Kolego, jak się nie opamiętacie, nie zdacie matury, tej w gimnazjum.
— Zdam, od Wielkiejnocy zacznę kuć. Mam już dosyć tej sztuby.
— No, no, żebyście nie odsiedzieli drugiego roku. Wybaczcie, ale, jeśli nie weźmiecie się do roboty, będę musiał panią matkę ostrzec. Wiecie, ja muszę, za to mi płacą i ufają.
— Co pan mamie powie? — przeraził się Stefan.
— O, żadne denuncjacje! Powiem, że kolega przemęczony, i że wobec tego ja radzę z maturą się wstrzymać, aż stężeje i wzmocni się... organizm.
Stefan zaciął usta, zamyślił się.
— Zdam, muszę! — rzekł stanowczo.
Ale trud ten był nad jego siły. Przez dni kilka wziął się do nauki, ale po tygodniu znowu przestał. Był na pochyłości złej i zawrotnej i dawał się porywać zawrotowi głowy.
Trwało tak do Wielkiej nocy. Wtedy dotknął go cios. Kuzynka Lili zaczęła niedomagać, grymasić, nudzić się i wyjechała zagranicę.
Chłopak wpadł w nieznośną apatję i rozpacz, pisał wiersze, snuł się godzinami po ulicach, żył poza rzeczywistością i światem.
W takim stanie spotkał kiedyś Kostusia, który też wyglądał zbiedzony, obdarty, chudy i posępny. Spotkali się w antykwami, gdzie Stefan szukał dla matki jakiegoś psałterza, a Jurjewicz sprzedawał pakę książek.
— Nie chodzisz do gimnazjum? — spytał Stefan.
— Właśnie mi to w głowie, gdy taka bieda!
— A co?
— U Horbaczewskiej tyfus. Onegdaj ona sama umarła, dziś był pogrzeb. Strach, co się tam dzieje. Panna Duszka leży, mały Sarosiek i Misia!
— I Misia! — powtórzył Stefan, czując przykry ból w duszy.
Kostuś głową kiwnął, twarz miał śmiesznie wykrzywioną i usta mu drżały. Płakał.
— Ja już tydzień tak dniuję i nocuję! — mówił, siląc się opanować. — Telegrafowałem po siostrę, ale ona sama chora, a ojciec przyjechać też nie może, a tam w domu taka bieda, że na doktora niema. Na pogrzeb złożyli się znajomi Litwini! Niema Horbaczewskiej! Duszka nie wie, leży nieprzytomna. Ja już wszystko sprzedałem, ot, i książki przyniosłem. Daje Żyd rubla. Cały ratunek w babce.
— W jakiej babce?
— W jakiejże? W naszej! Telegrafowała, że przyjedzie.
— Kiedy?
— Może dziś, może jutro.
Wieść ta uczyniła na Stefanie głębokie wrażenie, wyrwała go z manjackiego zacietrzewienia, obudził się jak ze snu, przypomniał wszystko, o czem od paru miesięcy nigdy nie myślał.
— Zobaczę babkę! — szepnął.
— Nie wiem — rzekł z namysłem Kostuś. — Ona pewnie nie pozwoli, żebyś tam przyszedł.
— Jakto? Nie zechce mnie widzieć? Dlaczego?
— No, bo tam tyfus. Troje leży. Niebezpiecznie.
— A ty?
— Ja blaszany. Mnie się nic nie ima. Zresztą ja nie Hrehorowicz. Nade mną nikt się nie rozpada.
— Głupstwo prawisz. Misia....
— Już ty milcz i nie drwij! — zaperzył się Kostuś. — Misia tyle o mnie dba, co i o resztę ludzi! Biedactwo, co o niej mówić! Pewnie umrze!
Chłopak prędko wyszedł, kryjąc swą rozpacz. Dogonił go Stefan.
— Nie bądź-że mazgajem, żyć będzie Misia, pobierzecie się, będziecie szczęśliwi.
— Odczep się ty ode mnie! Nie udawaj przynajmniej w żywe oczy. Zmarnował taką dziewczynę i jeszcze się natrząsa! Tfu, wstyd!
Splunął i poszedł. Stefan pozostał odurzony! Nazajutrz rano pobiegł na Marjensztad i rozpytał stróża.
Jakaś stara pani przyjechała późnym wieczorem, chorzy mieli się jednakowo.
Stefan zobowiązał cerbera, żeby się dowiedział, gdzie i kiedy stara pani będzie wychodzić na miasto, i poszedł do gimnazjum.
Od dawnego czasu pierwszy raz uważał na lekcjach i rozpytywał kolegów o “kucie” do egzaminów.
Naprawdę poczuł lęk, że nie da już rady, że zmarnował rok nauk.
Wieczorem był znowu na Marjensztadzie. Stróż mu oznajmił, że stara pani była na Mszy św. u Bernardynów, i że z chorych mały pewnie nie wytrzyma.
Jakoż nazajutrz przeczytał Stefan w kurjerku, że Sarosiek zmarł. Pogrzeb był naznaczony na dzień następny na ranną godzinę. Tej nocy nie mógł zasnąć i jednym z pierwszych był w kościele.
Mała, czarna trumienka stała w środku, bez kwiatów i światła. W ławkach siedział wąsaty, ogorzały, niemodnie ubrany człowiek, patrzał na tę trumnę, oczami mrugał i ocierał pot z łysiny. Twarz jego była zresztą spokojna i jakby zgasła, osnuta jakąś pleśnią i martwotą.
Był to stary Sarosiek. Przybył z głębi swej dziczy na wieść o chorobie syna, zapożyczył się na koszty, rzucił siewy i robotę, i trafił na pogrzeb. Pięć lat, odmawiając sobie wszystkiego, kształcił chłopaka, no, i nie było syna.
Mgławe, jakby bezmyślne były oczy, wpatrzone w trumnę.
Stefan u drzwi stanął i śledził wchodzących. Nagle drgnął i o krok postąpił. To ona była! Czarno ubrana kobieta, prosta, wysoka, a tak inna od wszystkich. Za nią szedł Kostuś.
— To ona! Babka. Matka ojca, bohatera!
Ale i ona go spostrzegła. Przez jej twarz pełną skupienia i łagodnej powagi, poszło drżenie, blask, poruszyły się usta.
— Stefan — zrozumiał, że to rzekła, i już był przy niej, pochylony, rękę do ust tuląc.
Objęła go za głowę, pocałowała we włosy. A wtem dzwonek się rozległ u zakrystji, ksiądz wyszedł ze mszą żałobną.
Pani marszałkowa poszła ku trumience, usiadła obok Sarosieka, pogrążyła się w modlitwie, Stefan oczu od niej nie mógł oderwać.
Taka była, jaką sobie wyobrażał. Wysoka, ledwie trochę pochylona, szczupła. Białe włosy pozostały bujne i faliste, twarz zachowała ślady posągowej piękności, oczy były tak głębokie, tak jasne, tak mądre, takie, zda się, wszystko wiedzące, wszystko rozumiejące.
Ksiądz prędko Mszę odprawił, jacyś ludzie urzędowi śpiesznie porwali trumnę na jednokonny karawan. Za nim ruszyło kilkanaście osób z litewskiej kolonji, domownicy Horbaczewskiej. Stefan szedł obok babki, i po chwili ośmielił się szepnąć:
— Babuniu, proszę się na mnie oprzeć.
Wsunęła mu rękę pod ramię, uśmiechnęła się łzawo. On lewą ręką przyciskał do boku swą uczniowską czapkę, serce mu biło, był bardzo dumny, skupiony, uroczysty.
Co musiała doświadczać ona, która ośmnaście lat o wnuku tym, dziedzicu, myślała bezustannie i czekała milcząc na tę chwilę.
Szli, nic do siebie nie mówiąc. Obok nich zgarbiony, utykając na kamieniach, wlókł się Sarosiek, tępo zapatrzony w karawan.
Kondukt kierował się ku Powązkom.
— Babunia się zmęczy. To bardzo daleko. Może wsiądzie w dorożkę? — szepnął Stefan.
— Nie. Siły mam. Ale ty? Masz czas? Może wróć? Lekcje! — odparła.
— Za nic. Pójdę. Ja taki szczęśliwy.
Dotknęła ręką jego ramienia, wskazując oczami Sarosieka. Umilkł, zawstydzony.
Na Powązkach prędko spuszczono trumnę w grób i zasypano ziemią. Mały orszak rozproszył się był już w drodze, paru pozostałych panów zabrało Sarosieka do dorożki.
— Niema Kostusia? — zauważył dopiero Stefan.
— On musiał zostać przy tamtych.
— I babunia tam wraca?
— Tak. Zawołaj dorożkę. Odprowadzisz mnie do bramy.
Gdy wsiedli w jednokonkę, pochylił się do rąk jej z wybuchem szczęścia.
— Babunia mnie odrazu poznała! Jak?
— Fotografję miałam od Jurjewiczów, zresztą za bardzo jesteś do ojca podobny. Znałam cię, rok po roku, jakeś rósł. Zmieniłeś się w ostatnich czasach. Musiałeś mieć jakieś gwałtowne wrażenia. Zmieniłeś się. Możeś chorował?
— Nie, babuniu! — zająknął się, zawahał i dodał, jakby zmuszony jej wszystko opowiedzieć:
— Kocham. Strasznie kocham.
— Misię! — spytała ze współczuciem.
— Nie — odparł i nie śmiał dalej mówić. Raptem odczuł wstyd, zrozumiał, że stosunek z mężatką nie był honorem, że jej tem się nie może pochwalić.
Popatrzyła badawczo, długo, i zrozumiała. Nie pytała dalej.
— Nie skończysz w tym roku gimnazjum?
— Boję się. Może.
— Szkoda. Jeszcze rok. Ale trudno. Różne ognie musi młodość przebywać. Ja wiem, że nie upadniesz bez powstania. Co robić! Jeszcze rok!
— Babunia-by wolała, żebym skończył teraz.
— Wiem, jakeś się uczył. Byłam z ciebie dumna. Te szkoły tu, najcięższe. Myślałam, że już będziesz maturzystą, człowiekiem. Obmyślisz sobie karjerę.
— Czemby babunia chciała, żebym był?
— Żebyś szedł za swem powołaniem, obrał fach, do którego czujesz pociąg, mógł zarobić, na nikogo i na nic nie rachował. Po ojcu nic nie masz, wiesz, gdzie poszło. Ja ci uchowałam ziemi kawał, ale to nie dostatek i panowanie, długi są, ciężary, stosunki okropne, pustka, mozolna niewdzięczna służba i dola. Ale to twoje jest i będzie. Może ci się zdarzy praca szersza, łatwiejsza, wyższa służba i lepsza pozycja. Niech cię to nie krępuje. Idź za skłonnością. Gdziekolwiek i czemkolwiek będziesz, jestem pewna, że nie ustąpisz ojcu. Za bardzoś do niego podobny!
Spojrzała nań i oczy jej zmętniały od łez.
— Maturę zdam, przysięgam babuni. I nie pojadę do Petersburga, jak chce prezes. Nie, za nic — wybuchnął Stefan. — Mnie dławią ich pieniądze, ich dostatki, ja im nie daruję tego, co mi wymawiali tyle lat! żeby nie matka, dziśbym się od nich wyniósł. Matkę przekonam, pójdę do Galicji, na agronomję. Do babuni potem przyjdę, do ziemi, do naszej. Ja Hrehorowicz, ja wiem, czyj jestem syn!
Położyła mu rękę na ramieniu.
— Dziecko, nie gorączkuj, nie przysięgaj, nie wygrażaj. Masz święte obowiązki dla matki i te spełnić powinieneś. Tylko w burzach, które cię spotkają, w pokusach, w osłabieniu i w szale pamiętaj, że na mogile twego ojca rośnie dąb i leży głaz polny bez napisu i czeka na ciebie. Na głazie tym pod spodem jest napis. Mnie za dni kilka tam do Grel wracać trzeba i może cię więcej w tym życiu nie zobaczę. Proszę cię, dziecko, tak żyj, tak czyń, żebyś mógł kiedyś ten głaz odwalić, na napis spojrzeć i te słowa, co tam są, czynem stwierdzić. A jeślibym jeszcze żyła, gdy będziesz mógł tam przybyć, to ci te bory pokażę, i te mogiły, i wszystko opowiem. A tymczasem ucz się, pracuj, hartuj i tak żyj, byś się nikogo nie wstydził. Bo są rzeczy, co zdają się chlubą, a są wstydem! I wiele jest korzyści, które są stratą, i zwycięstw, które są klęską. Ale ty się im nie dasz otumanić. Grele czekają na ciebie.
Dorożka stanęła pod kamienicą na Marjensztadzie. Pani marszałkowa wysiadła, weszli w bramę.
— Misia będzie żyć i biedna Duszka także. Zabiorę je z sobą. Kiedyś opowiem ci także, kim była Horbaczewska. Tutaj nie możesz teraz przychodzić, ale codzień będę na mszy u Bernardynów, to się możemy spotkać.
Ucałowała go w czoło i poszła na górę. Stefan ruszył do gimnazjum i, jakby odrodzony, porozumiał się z kolegami o “kucie.”
Od tego czasu rzucił się zajadle do nauki. Przestał zupełnie z domu wychodzić, przestał sypiać po nocach, nad ranem zadrzemał parę godzin, orzeźwiał się kąpielą, i wychodził do gimnazjum. Z panem Jagodzińskim zapanowała znowu harmonja, nawet Kostuś, uszczęśliwiony wyzdrowieniem Misi, uspokojony, że Stefan nie jest rywalem ani winnym bałamuctwa, przejednał się dla kuzyna i mówił z podziwem:
— Byłem pewien, że się obetniesz, ale jakeś się zabrał, dalibóg, gotóweś napędzić.
— Zdam, skończę! — mówił Stefan, z jakiemś zapamiętaniem, przez ściśnięte zęby.
I zdał. Dla matki nie była to niespodzianka, ale niespodzianką była, nowym ciosem dla całego domu awantura, jaka stała się po zdobyciu matury.
Cała paczka maturzystów urządziła pożegnalną składkową kolację, było ich dziewięciu Polaków, dwóch Rosjan, jeden żyd. Gdy nie wrócili rano do domów, rodziny rozpoczęły poszukiwania. Byli wszyscy w cyrkule, oskarżeni o polityczną awanturę w restauracji.
Nadomiar nieszczęścia hrabia Ossorja bawił w Petersburgu i pani Oktawja musiała osobiście zająć się losem syna.
Nie mogła dostać ataku i spędzić czasu pod opieką paru doktorów, ale zmuszona była udawać się do wysokich urzędników o protekcję. Opatrznością dla niej była hrabina Lili, która w sferach tych była mile widzianą i na szczęście przed paru dniami wróciła do Warszawy.
Obie panie ruszyły tedy w akcji ratunkowej i naturalnie otrzymały bardzo łatwo rozkaz do cyrkułu i pozwolenie zabrania stamtąd natychmiast syna marnotrawnego.
Hrabina Lili traktowała to, jako zabawną “eskapadę”, i była rzetelnie ubawiona. Udzieliło się to i pani Oktawji; nie brała wypadku arcytragicznie.
W cyrkule ich kareta, stroje, liberja służby zrobiły efekt. Natychmiast przyprowadzono Stefana. Wyglądał niezbyt elegancko po nocy spędzonej w areszcie, ale wcale nie zawstydzony, ani zażenowany.
— Etienne, tu n’a pas de coeur! — wybuchnęła matka, porywając go w objęcia. — Od rana umieram ze strachu o ciebie. Jak mogłeś wpaść tutaj! Co za nieoględność. Remercie donc cette chère cousine Lili, qui a voulu m’aider à te ravoir, et partons! Quel air tu as!
— Mamo, czy tamci też wolni? — spytał.
— A cóż mnie tamci obchodzą.
— Bo ja sam, bez nich, nie pójdę. Kolegów tu nie zostawię. Razem nas wzięto, razem niech wypuszczą.
— Tu es fou! Nie myślisz przecie, że będę prosić i używać moich stosunków dla gromady awanturników, qui te débauchent!
— Jak mama chce. Zostanę tedy z nimi. Dla mnie to nie awanturnicy i żadnego przestępstwa nie mamy na sumieniu. Nie jesteśmy też już sztubakami i dziećmi. To trudno, mamo, nie mogę inaczej postąpić. Nie wyjdę stąd sam!
Pani Oktawja chciała już dostać ataku, ale powstrzymał ją wybuch śmiechu hrabiny Lili.
— Il est superbe! Ma chère, jedźmy znowu do generała, jeśli chcemy go odzyskać. Co do mnie, j’y tiens! Au revoir, cousin!
Minęło znowu parę godzin, zanim odnalazły ekscelencję. Hrabina Lili mogła wszystko, co chciała, wróciły z rozkazem uwolnienia wszystkich dziewięciu.
Tym razem pani Oktawja była zupełnie oburzona na syna i zostawiwszy kuzynkę w cyrkule, odjechała do domu.
Nadszedł wieczór i minął. — Stefana nie było. Czekała go do północy, wreszcie zmęczona tylu wrażeniami, spłakana, rozspazmowana, zasnęła.
Nazajutrz nie czas było na wymówki i ataki. Stefan, który wrócił nad ranem, nie przyszedł na śniadanie, leżał w gorączce.
Po paru dniach doktorowie zdecydowali tyfus. Nastały ciężkie czasy w pałacu Ossorjów.
Prezes, na wieść o “takiej” chorobie wnuka, zemknął zagranicę, wuj radca wcale ze swych dóbr nie przyjechał, krewni i znajomi poginęli jak czarem, pani Oktawja po paru nocach, spędzonych nad chorym, straciła siły. Płakała i modliła się naprzemian, sama potrzebowała obsługi i starania, była kompletnie bezradna. Nad Stefanem, zawiadomiony przez Jagodzińskiego, zasiadł Kostuś.
Czuwał dzień i noc, chwilowo wyręczał go kolega Sikorski z Tamki, pomagał Jagodziński: we trzech, z największą troskliwością doglądali chorego całe długie dwa tygodnie.
Pani Oktawja zjawiała się na chwilę i już nawet nie pytała, kto są te dwa chłopaki. Dla niej byli opatrznością.
Dopiero po dwóch tygodniach, gdy kryzys minął i Stefan pierwszy raz zdrowo zasnął, ze łzami wdzięczności wyciągnęła obie ręce do Kostusia, który tę noc czuwał.
— On panom może życie zawdzięcza. Nie dałabym rady bez waszej takiej ofiarnej pomocy. Proszę, jak pańskie nazwisko. Może kiedy będę mogła czem się odwzajemnić, okazać mą wdzięczność.
— Niema o czem mówić, proszę pani! Każdyby to zrobił dla kolegi. Moje nazwisko może pani zrobić przykrość. Nie warto mówić. Ot, kolega, i tyle — odparł Kostuś i od tej nocy wcale się nie pokazał.
Zapytany o niego Jagodziński, udał, że zapomniał nazwiska, a wreszcie pani Oktawja, zajęta rekonwalescencją syna, nie nalegała. Stefan dźwignął się prędko i wyjechali zagranicę.
Lato spędzali w Bretanji i jakoś się tak złożyło, że tę ustronną “plażę” upodobała sobie i hrabina Lili. Pani Oktawja namówiła ją, by zajęli jedną willę i urządzili się en famille. Zresztą nie było tam nikogo z kraju i żadnych rozrywek.
— Ona tu, ta kochana Lili, i tygodnia nie wytrzyma — myślała litościwie pani Oktawja i bezustannie namawiała Stefana, by kuzynce towarzyszył, sama niewielka amatorka spacerów i wycieczek.
— Amusez-vous, mes enfants! — powtarzała.
“Dzieci” bawiły się też, po całych dniach i wieczorach. Stefan stał się rozmowny i uprzejmy, dowcipny i elegancki. Cieszyło to matkę.
Po paru tygodniach pobytu, przybyło im sąsiedztwo. Sąsiednią willę zajęli jacyś państwo. On był człek już niemłody, siwy, krzepki, ona wątła i młodziutka — małżeństwo. Spotykali się na wybrzeżu na spacerach, nie zapoznając się bliżej. Wiedziano, że są “z kraju” i właśnie dlatego pani Oktawja unikała stosunków.
Nagle tę rozkoszną idyllę rozbił grom. Hrabina Lili otrzymała depeszę od męża, wzywającą ją do Karlsbadu, i musiała wyjechać, że zaś utyskiwała na niewygody imaginacyjne drogi do Paryża, pani Oktawja poleciła synowi odwieźć tam kuzynkę.
Na trzeci dzień Stefan wrócił, osowiały i zgnębiony. Przez kilka dni nie można go było namówić do żadnej rozrywki i ruchu. Leżał na werandzie i czytał. Wreszcie ulegając matce, zaczął chodzić z książką na wybrzeże. Wynajdywał cichy zakątek, kładł się, i, niby czytając, marzył i cierpiał.
Nieopodal z masą gazet siadywał stary sąsiad, patrząc niekiedy na kąpiącą się żonę.
Jakoś raz zamienili słów parę zdawkowej uprzejmości, zaczęli się sobie kłaniać, i ani spostrzegł Stefan, jak się zawiązała znajomość.
— Hrabina Podhorska już wyjechała! — rzekł raz stary pan.
— Tak. Pan zna hrabiostwa?
— Sąsiadujemy na Litwie, ale oni w majątkach teraz nie mieszkają. Póki hrabia był kawalerem, polowaliśmy często ze sobą. Są tam jeszcze w Podhorcach przepyszne lasy. Mój teść, Jurjewicz, jest tam łowczym teraz.
— Jurjewicz? Mam kolegę tego nazwiska.
— Właśnie, ojciec Kostusia.
— Pan pozwoli się przedstawić. Jestem Hrehorowicz.
— Wiem przecie i dlatego mówię z panem. Nie lubię przygodnych znajomości, ale gdy traf nas zbliżył, należy zeń korzystać. Ja jestem Hlebowicz Stanisław, ze Skarbowca. Pisała moja żona do ciotki marszałkowej z Grel, że pan tu jest i zdrów. Była w Warszawie, gdy pan leżał na tyfus.
— Była!
— Co się dziwić! Jej wszystkie myśli i nadzieje, wiara i miłość w panu.
Stefan głowę spuścił, rozmyślał nad czemś.
— Czy do Grel daleko z Podhorzec? — spytał.
Hlebowicz uśmiechnął się dziwnie.
— O, bardzo daleko! Wcale nie po drodze.
Ale Stefan myśli jego nie zrozumiał i rzekł:
— Na przyszłą wiosnę, będę na polowaniu na głuszce w Podhorcach, chciałem być i w Grelach. Dotychczas jeszcze nie mogłem.
— A pan na jaki fakultet myśli wstąpić?
— Nie wiem jeszcze. Może rok spauzuję.
— Szkoda. Pamiętam z moich czasów szkolnych, że taki rok strasznie trudno potem dopędzić. Kostuś idzie na medycynę w Warszawie.
— Ja zapewne prawo wybiorę.
— Może w Petersburgu?
— Nie. Jeśli nie w Warszawie, to w Galicji.
Od “plaży” zbliżyła się do nich Hlebowiczowa. Stefan powstał na jej spotkanie.
— Kuzynka tak do Kostusia niepodobna, żem nie przeczuł, z kim sąsiaduję i codzień się spotykam, — rzekł, całując ją w rękę.
— O, ja kuzyna znam od tylu lat! — odparła serdecznie. — Tylko się zmienił chłopak na mężczyznę. Prawda, że i Kostusiowi wąsy rosną i też się kocha nazabój.
Stefan poczerwieniał na to “też.”
Poszli ku domowi, rozmawiając coraz serdeczniej. Niedaleko willi Hlebowicz się zatrzymał.
— Żeby nie zaniepokoić matki pana — wracajmy osobno.
— Cóż znowu! — oburzył się.
— Lepiej tak, wierz mi pan. Ciotka marszałkowa ma większe prawa, a trzyma się na uboczu. Idź pan osobno, matka — świętość!
— Odnajdziemy się! — uśmiechnęła się doń Hlebowiczowa serdecznie.
Od tego dnia Stefan począł znowu używać wycieczek i otrząsnął się z apatji.
Pewnego dnia po śniadaniu, siedząc z matką na werandzie, rzekł:
— Mamo, czas nam wracać do Warszawy.
— Poco? Przecie nareszcie skończone te wstrętne szkoły. Musisz odpocząć. Jesteś wyczerpany, wybujały, wątły.
— Nic z tego! Tak się mamie zdaje. Mnie już pilno do dalszych nauk i jestem zdecydowany na fakultet. Pójdę na prawo w Warszawie.
— Moje dziecko, trzeba spytać, czego dziad sobie życzy. Nie możesz bez niego decydować. Cela ne convient pas!
— Mamo, ja wiem, że dziad chce mię wysłać do Petersburga, i ja go nie usłucham. Te karjery, te stanowiska, może stosowne dla hrabiów i książąt, a ja Hrehorowicz, mamo! Mnie się nie godzi tą drogą iść.
— Jakto! Dlaczego? — przeraziła się pani Oktawja.
— Bo ja, mamo, nie pójdę w służbę do tych, co mego ojca rozstrzelali.
— Qu’est-ce que tu racontes, malheureux! Tu veux te perdre! Ach, żeby dziad to słyszał.
— Cóżby było, mamo! Nie jestem jego dziedzicem. Z łaski przyjętym i znoszonym sierotą. Mamo, mnie ten chleb i łaska oddawna dławi, ja zań zapłacę, ale pieniędzmi, gdy będę mógł zarobić, ale nie życiem i zaprzedaniem duszy. Milczałem dotąd, mamo, ale ja znam swe pochodzenie i obowiązki, ja wszystko wiem. Mamo, ja odtąd nie chcę na łasce dziada być. Potrafię już zarobić na swe nauki i utrzymanie. Dostanę korepetycje, będę żyć jak inni ubodzy studenci. Niech mama mnie podtrzyma, zrozumie moje położenie i dziada przekona. Dotąd ustępowałem, dzieckiem byłem, teraz ustąpić nie mogę.
— Ależ to niemożliwe, to szaleństwo! Trzeba dziada słuchać, my mu wszystko zawdzięczamy. Żeby nie on, coby z nas było. Nędzarze! Twój nieszczęsny ojciec wszystko stracił.
— Mamo, nie! Ojciec zostawił mi klejnot bezcenny — swój bój i śmierć bohaterską. Ja go za to błogosławię, jak za magnacką spuściznę. Mnie nic więcej nie trzeba. I innej karjery, jak jego, nie pożądam.
— Więc chcesz, nieszczęsny, czego? Być szaleńcem i utopistą?
— Tymczasem, mamo, chcę studjować prawo w Warszawie, i żyć ze swoimi, z równymi!
— Ja tego dziadkowi nie powiem! Nie pojmuję, jak ty się ośmielisz wymówić takie zuchwalstwo, po tylu jego dobrodziejstwach! Oh, Etienne, obrażasz Boga i mnie serce zakrwawiasz.
Pani Oktawja zaczęła płakać. Stefan przykląkł u jej kolan i począł jak dziecko tulić i pieścić. Po chwili uspokoiła się, objęła go za głowę, obsypała pocałunkami.
— Mon chéri, mon petit, mon amour. Tiens, tu as déjà un soupcon de moustache. Que tu es grand, et joli! Tu aimes un peu ta vieille maman. Dis? Attends donc! Nous tacherons d’arranger l’affaire! Może się dziad ubłaga! Myślisz, jabym wolała, żebyś był w Warszawie. Jabym się rozchorowała z niepokoju, jakbyś był sam daleko. Tylko mnie nie strasz! Nie będziesz się zadawał z byle kim! Dobrze? Ty nie występuj sam, ani tak zuchwale! Embrasse moi, et n’en parlons plus! Nudzisz się tutaj, możebyś chciał pojechać gdzieindziej? Zabawić się?
— Nie, mamo, zostańmy jeszcze dni kilka i wracajmy do Warszawy.
— Poczekaj, dziad bawi w Karlsbadzie, nie przeżyje. Ach, żeby dziad słyszał, coś ty mówił przedtem.
— Dziadowi nigdy nie powiem. Poco? Onby mnie nie zrozumiał. A mamie powiedzieć muszę. Prawda, mama wiedzieć musi — dodał pieszczotliwie, serdecznie.
— Mon pauvre petiot, dobrze, dobrze, jakoś to się urządzi. Allons faire un tour. Za parę lat wszystkie dueryery będą mi pochlebiać. Grand béta, będziesz w księżniczkach przebierał, choć niby tylko Hrehorowicz. Attends venir!
I już rozweselona, ubawiona, roiła o świetnych planach matrymonjalnych dla pięknego jedynaka i była z niego dumna, i o przyszłość jego świetną spokojna i pewna!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.