Strona:Maria Rodziewiczówna - Byli i będą.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stwo syna z Krośniańską uważał za pewien rodzaj zadośćuczynienia.
Iwan czatował na Wikcię na rynku. Chciał ją przeprosić, przez nią trafić do rodziców. Był przybity i pokorny. Ale czatował napróżno, dziewczyny nie było. Na drugi dzień wkręcił się do kuchni doktora i znalazł inną służącą.
— A gdzie to Kafarówna? — spytał.
Dziewczyna z miasteczka, która znała całą historję, roześmiała się.
— Ho, ho, daleko. Odesłali starzy zagranicę.
— Co pleciesz!
— A ot, przekonacie się. Niema już i śladu po niej, spytajcie sami kowala, jak nie wierzycie.
Ale Iwan nie śmiał w kuźni się pokazywać i posłał na zwiady znajomego. Ten mu wieść potwierdził, dziewczyny nie było ni w domu, ni w miasteczku. Chłopaka ogarnęła rozpacz. Przestał chodzić na pocztę, siedział jak osowiały w domu.
Ojciec wedle programu w sobotę pojechał do Krośny, wrócił pijany, a w niedzielę oznajmił synowi, że Nataszę dla niego zaswatał.
— Ja jej nie wezmę. Jak chcecie, bierzcie ją dla Pawluka.
Był to jego przyrodni brat, kaleka i idjota.
— Milczeć! — wrzasnął Bohuszewicz. — Pojedziesz ze mną na zaręczyny, dziś wieczór.
— Nie pojadę!
— To idź won z domu, na swój chleb. Dzisiaj przepiszę wszystko na żonę, a tobie figa!
— Jak sobie chcecie. Ja z Nataszą się nie ożenię.
— To kogóż chcesz?
— Gadałem wam. Kafarównę mi swatajcie!
— Choroba na ciebie. Ja tobie mówię: Krośniańska albo Ułasowówna, a nie chcesz tych, to won!
— Co mnie straszycie! Pójdę i sam!
I wyszedł. Zabrał swe rzeczy i wyniósł się do zna-