Strona:Maria Rodziewiczówna - Byli i będą.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nu, nu, sam milcz! Ja się na stryczek wziąć nie dam, choć i nie sołdat. A swego syna pilnujcie, oczko w głowie, krasawiec, hultaja i darmozjada kawałek, a pije, jak ostatni. Jeszcze on ławy ostrogów nieraz powyciera. A spytajcie po Żydach, ile długów ma!
Bohuszewicz milcząc wyszedł, wrócił do syna.
— Słuchaj, Iwan. Dosyć w domu tej swarki i nahulał się ty dowoli. Tobie pora żenić się i na swój chleb iść. Tej jesieni przed postem wesele zrobim.
— Nu i co mnie ojciec da?
— Dam ci cerkiewną fermę. Budynki są, dom nowy, kontrakt jeszcze na dziesięć lat.
— Ja by wolał gotówkę. Ja nie przywykł gnój trząść i za pługiem chodzić.
— Gotówki nie dam, a gospodarować to cię teść nauczy.
— Jaki teść?
— Ano którego wolisz. Albo Ułasow, albo Krośniański.
Iwan się zamyślił. Trzeźwiał zupełnie i ogarnęła go nagle okropna żałość.
— Co ja zrobił! Co ja zrobił! — zastękał i począł płakać jak dziecko.
— Co ty? Zdurzał? Co tobie?
— Tatu, ratujcie mnie! Idźcie do kowala Kafara. Ja sobie śmierć zrobię, jak się z jego dziewczyną nie ożenię. A z żadną inną, żebyście mnie rżnęli.
I płakał, i czołem bił o stół.
— Czyś oszalał? To on ma dziewczynę? A niedoczekanie, żebym jakąś wołokitę do rodu przyjmował!
— To mnie do innej i nie ciągajcie. Żebyście i wyklęli, i wypędzili, nie ożenię się, ino z tą.
— Dureń jesteś! Wytrzeźwisz się, to opamiętasz. A na przyszłą sobotę z Nataszą Saturnina cię zaswatam, a za miesiąc wesele zrobimy.
I z tem postanowieniem odszedł do swych interesów. Gdzieś w głębi spaczonego sumienia to małżeń-