Strona:Maria Rodziewiczówna - Byli i będą.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mieni.
— Niewiadomo, co sądzone. Kto miły, ten daleki i swatów nie przysyła. A kto się trafi, to wszystko nie luby. Już i wolę, że ojciec rad mnie trzyma dla wygody. Będę na miłego czekać.
— A może jemu przyjść nie wolno?
— Czemuż?
— Tak mówię sobie! Jaż nie wiem, kogo panna chce. Różne przeszkody są.
— A jakież pan myśli? Chyba nie ma skłonności.
— Czasem za skłonnością nie wolno iść. Ot, na ten przykład, żeby ja nie wiedzieć jak wielką miał skłonność do ekonomówny z Kozar, to mnie nie wolno się o nią starać.
— Ot, znalazł pan przykład. Toć ona ospowata i już stara.
— Nie dlatego, ino ona Ruska. Nie zadaję ja hańby wierze, każdemu swoja dobra, ale dlategoż każdy w swojej powinien żyć, w swoim kościele ślubować. A że tak nie wolno, to i mnie nie wolno. I w tem mój hambit trzyma.
— Pobierają się przecie ludzie różnej wiary. Ot, Harbaruk wziął Polkę Oleszkiewiczównę, Ohicki także Anusię Deremerównę. Bohuszewicz po polsku ochrzczony, i Kulikowski z Suhaków ekonom ożenił się z Lubą nastawnika. Wszyscy u nas pomieszani, a dobrze żyją. To pan jeden tak myśli, bo nie ma prawdziwej skłonności do Ruskiej.
— Żebym się i do warjacji zakochał, tobym sobie raczej śmierć uczynił, niż od wiary odstąpił.
Dziewczyna otuliła się chustką, naciągnęła ją na oczy i przestała mówić.
Po chwili posłyszał Marcin, że płacze.
— Co pannie? Jaż, broń Boże, nie posponuję waszej wiary, ani co rzekł naprzeciw. Może wasz miły nie takie ma dumki, tak się zgadało tylko!
— Jużby pan nie kpinkował i nie udawał — wyją-