Strona:Maria Rodziewiczówna - Byli i będą.djvu/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tatko, jak się dowie, to będzie złował!
Ruszyła ramionami.
— A pan Iwan to za kawalera Kafarowi znowu służy?
Chłopak hardo się wyprostował.
— Po Wielkanocy już nasze wesele! — rzekł poważnie.
— Doprawdy? Ot, szczęśliwi wy! — zawołała.
Kafarowie wychodzili we troje. Przywitała się z nimi i zaczęła prosić kowalowej o nauczenie deseniu tkackiego na ręczniki.
Zpoczątku wymawiała się Kafarowa, ale dziewczyna tak pokornie, a smutnie się usunęła, że zrobiło się jej przykro i zawołała na nią.
— Przy święcie warsztatu ruszać się nie godzi, jakbyś powszedniego dnia przyjechała, to pokażę.
Natasza rozpromieniona pocałowała ją w rękę i odeszła.
— A ty poco hołubisz Saturnina córkę! — mruknął do żony Kafar.
— Niech przyjdzie. Wyrozumiem czy to być może, co ludzie plotą! — odparła.
Nazajutrz już Natasza się zjawiła. Przyszła piechotą pomimo silnej śnieżycy i kopnej drogi.
Kafar był przy robocie, Wikcia u doktorowej. Kafarowa tkała wzorzysty kilim.
— Rozbierz się i ogrzej. Zaraz skończę i będę ręczniki na warsztat zakładać, to deseń zrozumiesz.
Dziewczyna zdjęła futro i przyglądała się robocie.
— Coś zmarniałaś od jesieni! — rzekła Kafarowa. — Prawda to, że u was swary w domu?
— Skąd u nas co dobrego ma być? Teraz jeszcze gorzej stało?
— Czemuż to?
— Bo ja od ojca chcę odejść.
— Powiadają, że to on cię wygania.
— On mnie tylko bije, a ja sama odejdę.