Strona:Maria Rodziewiczówna - Byli i będą.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wozu z kapustą.
— Niema to paraliżu na takiego! — warknął Marcin.
— A tobie poco było leźć na robotę do tamtego, Rebeszko u djabłaby robił za rubla! — rozdrażniony zawołał Kafar.
— Kazał, musiałem.
— I z dziewką paradujesz po rynku. Byłeś w Grelach? Widziałeś Wikcię?
— Byłem cały wieczór.
— No to idź do matki, opowiedz się i przychodź pomagać do młota. Wolałbym psy kuć, niż dla Saturnina robić.
— Żebym do Żyda zawiózł, nie byłoby jak do matki pójść. Z dziewką tośmy całą drogę gadali o naszym kościele.
— A jej co do tego! Niech swej cerkwi pilnuje. I tobie do niej też nic! Żadna kompanja.
Chłopak milcząc wyszedł.
Gdy Natasza sprzedała kapustę i załatwiła sprawunki, zajechała wozem pod kuźnię, uwiązała konie i weszła.
Mężczyźni kończyli robotę. Usiadła tedy na boku i przyglądała się im, milcząc.
— Jeszcze godzinę czekać. Zmarznie panna. Proszę pójść do Michała — rzekł stary.
— Mnie nie zimno. Ale to pan Marcin cały dzień nie jadłszy pracuje.
— Cóż to panna taka o niego troskliwa! — rzucając jej ukośne wejrzenie, burknął Kafar.
— Tatko przykazał, żeby dbać o stół, i dał dwa złote na dzisiejszy wikt, to może co przynieść. Dopiero na noc dowleczemy się do domu.
— Dziękuję, nie głodnym — rzekł Marcin.
— Tatko kazał i majstrowi zapłacić, ile pan Marcin starguje.
— To panna cała gospodyni w Krośnie.
— A cóż! Ja jedna.
— To jak panna pójdzie za Iwana Bohuszewicza, to