Byli i będą/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Byli i będą
Podtytuł Powieść
Data wydania 1944
Wydawnictwo Rada Polonii Amerykańskiej
Drukarz Pittsburczanin
Miejsce wyd. Pittsburgh
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IX.

Do Podhorzec na wiosenne toki głuszców zjechało kilku myśliwych z Warszawy. Sam hrabia udziału w tem brać nie mógł, przykuty do fotelu podagrą, hrabina zabawiała gości co wieczór w salonach przy pomocy dwóch kuzynek. Trochę grano w karty, dużo flirtowano, śpiewano i tańczono.
Przez parę pierwszych nocy wyjeżdżali w bór, skradali się godzinami przez mokre bagna na dalekie halizny, gdzie się rozgrywały toki, ale pora była spóźniona, stanowiska już nieliczne, trudy ogromne, a dotąd upolowano tylko dwa głuszce, i te zabili nie panowie z Warszawy, ale chłop strzelec i Stanisław Hlebowicz, szlachcic, sąsiad Podhorzec.
Więc zapał myśliwych ostygł, woleli czas spędzać w salonach.
Jednego wieczora, gdy nadleśny Jurjewicz przyszedł do hrabiego po dyspozycje myśliwskie, odpowiedziano mu, że nikt z gości na toki nie ruszy, żeby zapolował sam ze służbą leśną.
Pałac był oświetlony, towarzystwo wstawało od późnego, o szóstej, obiadu, przechodziło na zabawę do salonów.
Wychodząc z kancelarji, spotkał Jurjewicz w sieni Hlebowicza i rzekł:
— Może i ty z nami pójdziesz? Zamówiłem ludzi.
— Możeby i Stefan miał ochotę?
— Et, zostaw go przy spódnicach. Tam jego miejsce.
— W każdym razie powiem i przychodzę.
Wrócił po chwili.
— Powiedział, że o północy będzie u ciebie. Żeby na niego czekać. Ja pójdę z tobą zaraz, tylko się przebiorę.
Weszli obadwa do gościnnego pokoju i Jurjewicz wybuchnął:
— Wstrętny dla mnie ten chłopak! Zmarnują go baby ze szczętem.
— I ja się zawiodłem na nim. Co już mówić o babce! Nawet mnie o nią nie spytał. Zupełnie opętany przez kobiety, zdemoralizowany, zepsuty!
— Szkoda! — westchnął Jurjewicz.
Mieszkanie nadleśnego leżało dość daleko od dworu, poza parkiem i zwierzyńcem, prawie na skraju lasów. Poszli pieszo, w pałacu rozpoczynały się tańce. Słychać było kołyszącą, kuszącą melodję walca. Wieczór był ciepły i cichy.
— Za późne polowanie, czy za wczesna wiosna! — zauważył Hlebowicz.
— Za długi był karnawał. Nie mogli przecie i dnia darować. Wczoraj słyszałeś, jak wyliczali, ile który balów odtańczył. Czy takim głuszce w głowie?
W pałacu tymczasem tańczono. Stefan grał na fortepianie i patrzał na wirujące pary. Miał przesyt tej rozrywki przez karnawał i miał dziś wieczór przesyt wszystkiego, był pełen refleksji, buntu.
Stefan czasem, coraz częściej, miewał takie momenty, jakby otrzeźwienia. Patrzał na hrabinę, flirtującą z Wernerem, miljonowym przemysłowcem, patrzał na panów innych, uśmiechających się do niej poufale, patrzał na inne kobiety, podniecone, rozbawione, i ściskało mu się serce bezgranicznym smętkiem i nudą.
No, i to życie? I co dalej? Skończył już uniwersytet, był człowiekiem dorosłym i dojrzałym i co? Dotąd nic o sobie nie postanowił. Tkwił u dziadka, przy matce, bezczynny, a wciąż niby zajęty czem? Tem, co ci wszyscy — zabawą, która tak pochłaniała czas i myśli, że zdawała się pracą. Matka cieszyła się, chełpiła nim, starsze panny zapraszały na wieczory i rauty, młode go psuły względami, swatano go, mógł zrobić bardzo świetną partję, wszędzie był mile widziany. Żeby nie ta kusicielka, czarodziejka Lili!
Poszukał jej oczami po sali, nikt nie tańczył, w mniejszym saloniku panowie skupili się około baka, panie spacerowały, wachlując się. Hrabina z Wernerem znikli.
Stefan grać przestał i wyszedł do sieni. Nie szukał gospodyni domu, minęły czasy wiary, ufności, nawet podejrzeń i zazdrości. Już ją poznał i żadnych złudzeń nie zostało. Spojrzał na zegarek, wszedł do swego pokoju, przebrał się w strój myśliwski, wziął sztucer na plecy i wyszedł na podwórze. Ogarnęła go ciemność, pełna woni pąków, i cisza, pełna pulsowania nowego życia. Głęboko odetchnął, odkrył rozpaloną głowę i wnurzył się w tę noc wiosenną, jak zgrzany wędrowiec w toń wodną. Ogarniała go jakaś moc rzeźwa, chęć przestrzeni i ruchu, po chwili oczy nawykły do ciemności, ujrzał błękit ciemny nieba, drogę ku borom, nagie jeszcze gałęzie drzew, zorjentował się i ruszył ku leśniczówce Jurjewicza.
Teraz poczuł ciekawość wieści o tamtych, o babce, a zarazem jakiś lęk i zażenowanie. Im bliżej leśniczówki, tem to uczucie było silniejsze, parę razy chciał zawrócić, napróżno wmawiał w siebie, że czyni wolę matki, że jej nie może opuścić, że przecie nauki skończył, nic karygodnego nie popełnił, odstępcą nie był — wracało uparcie. Wreszcie zaczernił dom, ogrodzenie, zawahał się na chwilę w bramce, spojrzał na oświetlone okna, ujrzał, że były otwarte, posłyszał rozmowę: wuja i Hlebowicza, siedzących u komina, i mimowoli o parę kroków pod jabłonią stanął i słuchał.
— Wreszcie — z czterystu zostało nas siedmiu — mówił Jurjewicz — szliśmy już bez butów i trzy dni bez jedzenia lasami, aż widzimy: pod lasem dwór. Zakopaliśmy broń w mrowisko i posyłamy jednego na zwiady. Chciałem ja iść, Święcicki mówi: masz żonę, dzieci, zostań, pójdę ja. — Poszedł, długo nie wracał, nas głód dręczył, poszło znowu dwóch i też przepadli. Tak Janicki i Budziski z głodu pokładli się i posnęli, a my z Kuleszą czuwamy i gryziemy szyszki. Raptem we dworze salwa, zerwaliśmy się. Niema naszych, mówimy, chodźmy stąd. Budzimy tamtych, tarmosim, nie chcą wstać, już podrętwieli. Ja nie ułamek, Kulesza olbrzym, bierzemy ich na plecy i ciągniemy w gąszcze. Aż tu wrzask, tupot, świst, obskoczyli nas w mig, zwalił się Kulesza od kuli, mnie cięli szaszką po łbie, tamtych stratowali i do mnie: prowadź, gdzie broń. A ja tylko zęby zaciął, skurczył wszystką moc, myślę: teraz sieczcie! I siekli, ale potem miesiąc nie wstałem z pryczy. Teraz się nie dziw, jak mówię, że to droga broń, znalazłem ją tej jesieni w tem samem mrowisku, umyślnie pojechałem i trafiłem i znalazłem.
— Hrehorowicz też moc miał — rzekł Hlebowicz. — Opowiadał Olesza, co z nim siedział, że wziął tysiąc pletni przez tydzień, byle wydał swą partję, potem ułaskawienie miał, byle nazwiska rzekł.
— No, Hrehorowicz, to jak stal, był człowiek. Jak go wzięto, teść przecie byłby go wykręcił, wszystko było kupione, ucieczka przygotowana, paszport zagraniczny. Nie zechciał. Potem się nad nim pastwili zato!
— A syn tańczy z Podhorską! — ponuro mruknął Hlebowicz.
Stefan poruszył się i stanął w oknie.
— Nie tańczę! Jestem tutaj! — rzekł poważnie.
— To wejdź! Jeszcze nie północ! — odparł Jurjewicz.
Młody człowiek wszedł i odezwał się:
— Wuj mnie potępia, że tańczę.
— Nie potępiam, tylko mi żal. Jak się w ogniu było, na popioły ciężko patrzeć. Ale ciebie nie winię. Jesteś dzieckiem czasu. Teraz tak. Całe pokolenie się marnuje. Gniazda zburzone, pisklęta rozproszone, strach, walka o chleb, żadnej idei! My dali wiele, myśleli dla dobrego, dla wielkiego, świętego, a ot — najszczęśliwsi pono ci, co dali wszystko: duszę i życie. Twemu ojcu pod tym głazem leżeć lżej, niż nam patrzeć na to, cośmy zdziałali. Waszego upodlenia duchowego my poczęści sprawcy. Nie mnie was winić i nie ty wyjątek. Mój Kostuś nie lepszy.
— Gdzie Kostuś?
— Do Rostowa chce jechać, bo tam — mówi — karjera. Chce pieniędzy, stanowiska, urzędu! Prosi, stara się, szuka protekcji. Był tu u mnie na Wielkanoc, prawił to wszystko. Ha, no, ma rację. Uczyniłem go nędzarzem, zamknąłem mu wszelkie tu drogi, milczę. Ojciec twój tego już nie cierpi.
— Może Marynia go nawróci! — rzekł Hlebowicz. — Zostawiłem go w Skarbowcu.
— Do Grel jednakże nie ośmielił się pojechać — mruknął Jurjewicz.
— Babka zawsze sama? — spytał nieśmiało Stefan.
— Siewrukówna Misia jest przy niej i Duszka.
— Nie wyszła Misia zamąż?
— Nie. Do zeszłej jesieni była nauczycielką, jakoś uprosiliśmy babkę, by ją wzięła. Toć siódmy krzyżyk dźwiga, a Duszka też niedołężna.
— Myślałem, że Kostuś z Misią się ożeni.
— Nie widzieli się od czasów Horbaczewskiej. At, dziecinada to była.
Na drodze jeszcze daleko turkot się rozlegał i dzwonek. Wstał Jurjewicz i do okna podszedł.
— Gdzież to prystaw jedzie po nocy? — rzekł. — Jużci nie do mnie?
Dzwonek kołatał coraz wyraźniej, bliżej, turkot stawał się wyraźniejszy i wreszcie pod leśniczówką stanęła bryczka pocztowa.
— Kto tam? — krzyknął Jurjewicz.
— To ja, ojcze!
— Kostuś! — porwał się Hlebowicz. — Co się stało? Marynia? Dzieci?
Jurjewicz śpiesznie zapalał lampę. Kostuś wszedł i, nie witając się, rzekł:
— W Skarbowcu wszystko dobrze, ale przyszła depesza że babka śmiertelnie chora. Tyfus podobno. Marynia mię tu wysłała, sama za parę dni pojedzie, na powrót twój czeka. Wstąpiłem. Może ojciec pojedzie!
— A ty?
— Ja jadę! Jakże, natychmiast, tą samą pocztą.
— Ja z tobą!
Obejrzał się Kostuś, dopiero spostrzegł Stefana.
— Ty tutaj! Ach, prawda! W pałacu. Śpiesz się, za godzinę trzeba ruszać.
Uścisnęli sobie dłonie. Ruszył się i Hlebowicz.
— To ja się z wami zabiorę do stacji. Chodźmy do pałacu po rzeczy. Wstąpię do domu i za parę dni przyjedziemy z Marynią. Ty ją uratujesz, Kostuś.
— Co w ludzkiej mocy — zrobię.
Stefan już był na drodze. Ledwie go Hlebowicz dogonił. W pałacu tańczono jeszcze w najlepsze. Przebrali się, upakowali rzeczy, Stefan napisał słów parę do hrabiny, i nikt w pałacu nie spostrzegł, jak wyszli do bramy, gdzie na nich już czekali Jurjewicze.
Stary w milczeniu ucałował Stefana i ruszyli traktem piaszczystym wśród lasów ku stacji kolei. Milczeli długi czas, wreszcie Kostuś rzekł:
— Co twoja matka na to powie, Stefan?
Ten się ocknął, jak ze snu.
— Matka? Nie myślałem o tem. Matka zdrowa, a tam muszę być! Jeśli przyjedziemy za późno, do śmierci sobie tego nie daruję. Czy to daleko? Kiedy będziemy?
— Jutro wieczorem. Koleją trzy stacje, ale tam końmi trzy mile.
— Miałeś jaką wiadomość z Rostowa?
— Miałem pomyślną. Chciałem już jechać, bo termin dwutygodniowy do stawienia się.
— A jakże ci się zdaje? Źle tam w Grelach?
— Najgorsze, że tam w miasteczku doktora w tej chwili niema. Uciekł podobno z głodu i nudy, a drugi o ośm mil. Już to kąt zakazany te Grele.
— Babka ma żelazny organizm. Nigdy nie choruje. Ja ci tak bardzo jeszcze nie ufam. Zatelegrafuję po doktora do Warszawy.
— I ja chciałem to zrobić! — rzekł Kostuś. — Owszem, sprowadzajcie, ale ja jej dopilnuję!
Ze stacji wysłał Hlebowicz depeszę i odjechał do domu; młodzi ruszyli dalej.
Gdy stanęli u kresu kolei, przypomnieli sobie, że był to szabas, bo nie znaleźli żadnej furmanki. Dopiero po chwili nadjechał wóz parokonny, naładowany makuchem. Zaczepili powożącego, żeby ich zabrał z powrotem do miasteczka, ale młody mieszczanin począł się wymawiać, że konie zdrożone popasać będzie.
Mówił czysto po polsku i twarz miał zuchowatą.
— Dam ci dziesięć rubli, wieź zaraz — rzekł Stefan.
— To paniczom pilno! Jak na wesele.
— Nie wiesz co w Grelach słychać! — spytał go Kostuś.
— Pani marszałkowa mocno chora, a Siemaszkę pochowaliśmy zeszłej niedzieli. Panicze znajome?
— Jużci, tam jedziemy, wnuki pani marszałkowej.
— To ja zaraz makuch zrzucę i zajeżdżam.
— A widzisz! My swoi! A ty z miasteczka?
— Ja Bohuszewicz Jan. Nie wie panicz?
— Toć wiem. Ojca znałem.
Po niedługiem czekaniu siedzieli na słomie w wozie na swych tobołkach i jechali po rozgrzęzłej wiosennej drodze. Mieszczanin koni nie żałował.
— Nie wiesz? Sprowadzili do Grel doktora? — spytał Kostuś.
— Onegdaj posyłali aż do Lubienia. Ale niech się panicze nie gryzą. Gdzieby pani z Grel umrzeć miała? Tyle ludzi za nią Boga prosi i tyle ma opieki. Moi teściowie też wszystko na mnie zdali i tam siedzą. Panicz wie — Kafarowie, co z Galicji przyszli.
— Nie może być! Bohuszewicz dostał Kafarównę, to już nie do wiary. Winszuję ci!
— Możebym i nie dostał, żeby nie pomoc z Grel. Ojcowskie dziedzictwo drogę mi zagradzało. Szczególnie świekra się upierała. Aż Siemaszko za swata mi się ofiarował, daj mu, Boże niebo. On jeden dobre świadectwo za ojcem dał. To w owe czasy, jak panowie po lasach się bili, młodego pana z Kozar wzięto i rozstrzelano. To Siemaszko zaświadczył, jak mu ojciec mój dopomógł trupa wykraść i pochować w świętej ziemi i grosza za to nie wziął i sygnet, co mu wraz z palcem oderżnęli, od jenisiejców odebrał i oddał. Tak wtedy Kafary ustąpili!
— Szkoda starego Siemaszki! — westchnął Kostuś.
— Pochowaliśmy go, jak jakiego obywatela.
— A nie wiesz, gdzie Marcin, jego wychowanek?
— Jeszcze w wojsku, tej jesieni wraca.
Stefan nie słuchał, co mówili. Rozglądał się po okolicy, wciągał w płuca powietrze i słuchał gwaru natury. Nad szarą jeszcze ziemią i pleśnią zimową, nad ukazującymi się ruinami ozimin drżał błękit skowrończą pieśnią, po moczarach stroiły się żaby do wieczornego koncertu, woniało od pąków brzozowych, tętniało od nowego życia. Czasami niewidzialne odzywały się dzikie gęsi w przestworzu. Droga mijała łany, zagonami znaczone, smugi łąk, groblami ujęte, fantastyczne wiatraki, szare wsie, rozstaje, znaczone wielkiemi, bardzo staremi, walącemi się krzyżami, aż wbiegła w lasy. Były snać gęste i olbrzymie, teraz poczęści wyrąbane i zniszczone.
— Czy to w tych lasach było? — spytał Kostusia.
— Było i w tych. To rządowe, patrz, widzisz trybę, to wtedy takich dużo wycięli, polując na ludzi.
— Panicz tu pierwszy raz? — spytał Bohuszewicz.
— Pierwszy. To syn tego, którego twój ojciec z Siemaszką wykopali, by pochować. Syn Kozarskiego pana.
— To paniczowi pewnie nie wolno było dotąd tu przyjechać. Pani marszałkowa z samej radości wyzdrowieje.... Że też Siemaszko nie doczekał!
— Czy to już Grele? — rzekł Stefan, na dwór, widoczny dalej, wskazując.
— Nie, to Ozierna, szlachecka okolica. Takich pełno było, ale schłopieli i przeszli. Ci zostali, upierają się. A widzi panicz, hen na prawo to Kozary, a przed nami Krośna, ta, co ją całą wywieźli i spalili. Kościółek jeszcze stoi!
— A do Grel jeszcze daleko!
— Półtorej mili lasami.
Stefan znowu w myślach utonął. Kostuś gwarzył z woźnicą, który biczyskiem wskazał na folwark nieopodal drogi i rzekł:
— O Saturninie to panicz wie? Co jedną córkę miał? Bogacz. Jeden Krośniański, co ostał.
— No wiem. Zdrajca. Co z nim.
— Córka go rzuciła. Jak wilk, sam siedzi, nigdzie się nie pokazuje. Córka w Grelach służy. Nasza.
— To u was ludzie się budzą?
— Niewiele, a i to milczy, chowa się. A dużo niepewnych jest, tchórzów. Kto zresztą podtrzyma! Ksiądz o nic nie dba, jedna pani z Grel wszystko wie, wszystko trzyma. Mnie dopiero niedawno oczy się otwarły, przedtem nic nie rozumiałem.
— Ostrożni bądźcie!
Skręcili na boczną drogę, ciągle wśród lasów. W jednem miejscu Kostuś się rozejrzał i trącił Stefana.
— Widzisz tę sosnę z barcią? Siemaszko mnie do niej zawsze na polowanie prowadził. Pod nią wtedy wzięto wuja, twego ojca. Las rządowy, ale zaraz granica Grel.
Bór szumiał górą, dołem była wielka cisza. U wylotu barci uwijały się pszczoły, kędyś w Kozarach kuł dzięcioł. Stara sosna szemrała coś, zadumana, może pacierze, może hymn stary, niegdyś pod nią ludzkiemi piersi łkany.
Stefan chciał kazać stanąć, chciał do niej podejść i nie śmiał, zdławiony tysiącem wrażeń, — minęli. Milczeli wszyscy, nawet wesoły Bohuszewicz. Dopiero po długiej chwili odezwał się:
— To już grelskie lasy. Zaraz młyn i dwór!
W Stefanie tłuc się poczęło niesfornie serce. Co zastanie? Babka! Może przyjdzie za późno. U młyna, klekocącego głośno, stało kilka fur chłopskich i mężczyzna w krótkim kożuszku rachował się z chłopami.
— Tatu! — krzyknął Bohuszewicz.
Oficjalista podniósł głowę i zdumiał.
— A ty tu co robisz? — zawołał.
— Panicze do Grel jadą.
— Co tam słychać, Kafar? — krzyknął Kostuś.
— Dzięki Bogu, dzisiaj lepiej. Zasnęła pani zdrowo z wieczora. Rano nie było gorączki.
Zbliżył się i witał, patrząc bystro na Stefana.
— To kozarskiego pana syn! — rzekł Kostuś.
Zeszpecona prochem, surowa twarz Kafara rozjaśniła się, jakby słońcem.
— To już dla pani najlepsze zdrowie! Czekali pana, czekali, Siemaszko nie doczekał. Poganiaj, Jasiek, ile mocy w szkapach. Będzie-że radości.
Ruszyli tęgim truchtem. Kostuś się roześmiał.
— Ot, i jest wieczna historja marnotrawnego syna. Na mnie nikt nie spojrzy i nie ja babkę wyleczę. Och, odetchnąłem. Takem się lękał, a ty czegoś taki blady? Kryzys minął, teraz tylko karmić i pilnować, będzie zdrowa!
Stefan zdawał się nie słyszeć! Z tchem zapartym patrzał przed siebie. Ale jechali wąską groblą wśród olszyn, a wokoło las wszystko zakrywał. Niespodziewanie Bohuszewicz rzekł:
— Ot, i dojeżdżamy!
Wtedy Stefan ujrzał tuż z lasem łączący się stary, odwieczny sad, a po bokach kilka budowli szarych, niskich, z omszałemi dachami, podpartych ze wszech stron i struktury staroświeckiej.
Las je ze wszech stron otaczał i ukrywał w swem wnętrzu, a leżały przy ziemi niskie, niepozorne, ubogie, jak skowrończe gniazdo.
W samej głębi leżał dziedziniec osobny, gęsto klombami bzu porosły, przez które ledwie było widać dom mieszkalny, taki sam niski drewniany, oczeretem omszonym pokryty. Dwie oficynki miał po bokach i za sobą znowu stare grusze, jabłonie i lip kilka stuletnich co najmniej.
Gdy wózek zaturkotał, z oficyn wyjrzały kobiety, a na ganek wyszła Misia Siewrukówna, którą zdaleka poznał Kostuś.
Ale gdy wysiedli, ona, oczom nie wierząc, patrzała.
— I pan Stefan tutaj? Skąd? Jak się to stało? Otrzymał pan list, pisany onegdaj?
— Nie. Byłem u Podhorskich, gdy Kostuś wieść przywiózł. Jakże babka?
— Ogromnie osłabiona, ale gorączki nie ma. Onegdaj zwątpiłam o życiu, dlatego napisałam do pana.
— Dwóch doktorów będzie jutro z Warszawy, a ja zaraz babkę wyegzaminuję! Nie śpi?
— Zobaczę, przygotuję. O panu odrazu nie powiem, żeby się zanadto nie wzruszyła.
Weszli w sień. Stefan prawie się przeraził, tak dom był niski i stary, ubogi w sprzęty, mroczny. Ściany w ziemię wrosły, okna były prawie przy podłodze, sufit nie podbity, z widocznemi belkami, żadnych obić, bielone ściany, zawieszone staremi obrazami i portretami, meble staroświeckie, włosieniem kryte, sztywno ustawione, posadzki niegdyś piękne, dziś w wielu miejscach wytarte i popaczone. Czysto tylko było bardzo i ciepło od wielkich pieców z zielonych kafli. Misia poszła w głąb domu, oni zostali w salonie sami, ale krótko, bo wnet weszła zmalała, siwiutka, jak ten dom w ziemię wrastająca, Duszka. Nie witała ich słowami, tylko cała się trzęsła i łzy jej leciały po twarzy pomarszczonej, jak zmarznięte jabłko.
A za nią ukazała się o kiju, przygarbiona Siemaszkowa i głuchy, na pergamin zeschły Kacper, lokaj.
I czuł na sobie Stefan te wszystkie spojrzenia łzawe, wyblakłe starością, a jakby wniebowzięte, i sam nie wiedział, kiedy zaczął płakać ze wzruszenia, jakby nie pierwszy raz tu był, ale skądciś wracał, nie poznawał ich, ale odnajdywał.
— Proszę, panie Konstanty, babka już wie, że pan jest, i woła! — ozwała się Misia, wracając.
— A on! — zawołała Duszka. — Mówiłaś, że jest?
— Jeszcze nie! Trzeba przygotować!
— Co ty gadasz! Ona go się spodziewa. Dziś rano, jak się obudziła, mówiła mi: “Stefan przyjedzie.” Powiedz, Kostusiu, powiedz zaraz! Chodźmy! Nie godzi się i minuty jej kazać czekać. Nie bójcie się. Bogaby nie było, żeby jej taka chwila zaszkodziła. Za całe życie!
I pociągnęła za sobą Stefana. Minęli parę pokojów. Kostuś na palcach wszedł do ostatniego. Po chwili ukazał się we drzwiach.
— Stefanie, babka cię woła.
Młody człowiek wszedł. Ujrzał na poduszkach, wśród bladej twarzy, dwoje oczu, witających go takim wzrokiem jasnym i radosnym, że chciało mu się i płakać, i śmiać się, i coś mówić, i odrazu się spowiadać, ale tylko przypadł do łóżka, do rąk i bełkotał:
— Babuniu, babuniu. Jestem! Oj, jestem!
Co ze sobą mówili, niewiadomo. Długą chwilę byli tylko sami. Dopiero Misia weszła, niosąc dla chorej buljon, i zobaczyła, że chłopak klęczał, zapatrzony w babkę, a ona trzymała rękę na jego głowie i coś zcicha mówiła. Wszedł też Kostuś, wziął chorą za puls.
— Teraz babuni spać trzeba, odpocząć.
— Skoro pan konsyljarz każe! — uśmiechnęła się. — Wam niech dadzą wieczerzę, pościelą w zielonym pokoju. Rozmów się z Kafarem, Misiu! Czy już orzą pod owies? Biedny mój stary Siemaszko! Zawsze się dziedzica spodziewał i nie doczekał się.
Przy wieczerzy Kostuś bardzo pilnie bawił Misię, Duszka starała się rozruszać Stefana, ale on, jakby ogłuszony był, jakby we śnie, odpowiadał monosylabami i, zaledwie wstano od stołu, wyszedł na powietrze, w cichy sad.
Noc była księżycowa i ciepła, a wokoło cisza. Bez szelestu i ruchu stały nagie jeszcze drzewa, tylko coś w powietrzu dyszało, drżało, a od miesiąca szła jakby migotliwa ścieżka srebrna i ciągnęła w dal.
Stefan miał ochotę paść na ziemię i szeptać miłosne zaklęcia. Ziemia, ziemia, jego ziemia, rodzona, własna, Grele te, o których śnił od dzieciństwa.
Szedł przed siebie, w głębie sadu, tak pewnie, jakby te dróżki, te szpalery, te altany znał oddawna, nie czuł czasu i przestrzeni i drgnął, jak zbudzony ze snu, na dalekie wołanie. Poznał głos Kostusia i zawrócił, niespokojny.
— Jak babka? — zawołał zdaleka.
— Śpi spokojnie. I wszyscy śpią, bo to już północ. Nam też pora spocząć. Posłałem konie po doktorów. Niepotrzebny ambaras i koszt. Niebezpieczeństwo minęło.
Weszli do domu na palcach, do przeznaczonego im pokoju. Kostuś zaczął się rozbierać.
— Czy ty długo zabawisz? — spytał.
— Nie wiem.
— Ja razem z doktorami odjadę. Nie mam tu poco siedzieć. Babka mi już zrobiła uwagę za Rostow. Ledwie żywa, a swoje prawi. Z Misią też skończone, rozmówiliśmy się po raz ostatni.
Cisnął z pasją but na podłogę.
— Naturalnie, zobaczyła ciebie — i już! Głupia, wyobraża sobie, że ją weźmiesz!
— To ty sobie ten ćwiek wbiłeś w głowę oddawna. To ja się w niej kiedyś kochałem, jeszcze w gimnazjum, ona się z nas obu śmiała.
— Bałamuciłeś ją i będziesz miał na sumieniu złamane życie dziewczyny.
Stefan głęboko odetchnął i po chwili milczenia spytał bardzo poważnie:
— Kostuś, powiedz mi szczerze dzisiaj to, nad czem często rozmyślam: za co ty mię nienawidzisz?
— Ja? Ciebie? — żachnął się.
— Nie zaprzeczaj. Możeś sobie sam z tego nie zdawał sprawy, ale tak jest oddawna. Czuję w tobie niechęć, jakby zawiść, wrogie usposobienie. Czyżbyś naprawdę zazdrościł mi! Ależ czego? Przysięgam ci, nie mam na sumieniu Misi. Kochałem się w niej po dziecinnemu, idealnie i nie miałem cienia wzajemności. Nie złamałem jej życia, a może przeciwnie, jej obojętność była powodem, żem dał się porwać innej, która mi w duszy zabiła wszelkie piękno i ideał uczucia. Odtąd nie pomyślałem o Misi i nawet już nie potrafię kochać. Więc jeśli o to masz niechęć do mnie, przysięgam ci, nie jestem winien. A zresztą, jeśli masz mi co do zarzucenia, jeślim cię uraził, powiedz, przez pamięć tych czasów, gdyśmy na jednej ławce się uczyli i byli braćmi.
— To było dawno i krótko! — mruknął Kostuś. — Bardzo różne i dalekie są nasze drogi. Ty — wielki pan, dziedzic, ukochanie wszystkich, a ja — takie nic, nikomu niepotrzebny, przez wszystkich krytykowany, nielubiony. Nawet i Marynię straciłem. Wrosła w ten swój Skarbowiec, ma co i kogo kochać, nie rozumiemy się. Babka, ojciec, szwagier, siostra, wszyscy do mnie mają pretensję, że odjeżdżam do Rosji, że szukam karjery. A cóż mi pozostało, co mię tu trzyma, co ja tu mam? Przecie oni wszyscy do tego doprowadzili. Babka pierwsza! A teraz sama potępia. Ale zato przed tobą wszyscy się rozpadają i...
Tu urwał, zamyślił się, jakby mu coś nagle się rozjaśniło w mózgu, i po chwili spojrzał na Stefana i rzekł:
— Masz rację, nie o Misię mam gorycz, nie. Właściwie, może jej i nie kocham.
— Ale com ja względem ciebie zawinił? Wiesz, kiedy to poczułem twoją niechęć? Wtedy, gdy mały Sarosiek umarł i pani Horbaczewska!
— Tak, wtedy poznałeś babkę, a dzisiaj poznałeś i Grele. Właściwie czem ty sobie na to zasłużyłeś?
— Na co?
— Jesteś szczęśliwy.
— Ja? żartujesz!
— Dziśbym z tobą na życie i los się pomieniał.
— Bo nie znasz mego życia.
— Ale znam swoje i to, co posiadasz, było mojem marzeniem i kochaniem. Wiesz, jak z nami było. Dziad Ksawery przywiózł nas dwoje, takie małe i głupie pisklęta, tu do Grel. Z jednego gniazda zburzonego do drugiego, które zostało. Tu się wychowałem, to się nazywało nasze, nasz dom. Wiesz, jak to się kocha.
— Nie, nie wiem. Ja nie miałem i nie mam domu. Jestem na łasce u dziada, który mnie nie cierpi.
— I ja byłem na łasce u babki, alem tego wtedy nie rozumiał, i szkoda, bobym nie wrósł w to, co nie moje. Babka uczyła sama nas wszystko to kochać! Na Sybirze tymczasem matka umarła, a potem przyszła amnestja jakaś, ojciec wrócił. Wtedy posłyszałem, żeśmy bez funduszu i ziemi, i wywieziono nas na bruk do miasta. Zaczęło się ciężkie borykanie i cięższa jeszcze za tą ziemią tęsknota, powoli kładł się osad na duszę, niedostatek, obowiązki, inne warunki, przymus szkolny, wpływy różne, idee nowych czasów, wszystko psuło i rozkładało. Marynia odeszła, dobry mój duch, poznałem kolegów różnych, socjalistów i bezmyślników, utopistów i materjalistów, Rosjan, Koroniarzy, trochę naszych Litwinów, wszyscy prawie mieli na myśli karjerę, nie zaprzyjaźniłem się z żadnym!
I wciąż zawsze tęskniłem strasznie za ziemią. To trudno, to już we krwi leży. Uczyłem się medycyny dla chleba, a nie cierpię tego fachu. Chciałem ziemi, zagona, czegoś swojego własnego, u siebie. A toć przecie dla mnie niedostępne. Nie mam nic i nic mieć nie mogę. Doszło między mną a ojcem do gwałtownych scen, czyniłem mu gorzkie wyrzuty za to szalone, samobójcze powstanie, za dolę nędzarza, którą nam stworzyli, i nie rozumieliśmy się, on myślał, że mi o panowanie, o wygodny byt obywatela chodzi, ja chciałem nędzy, ale na swojej ziemi. A ty to wszystko masz i zaco, poco? Ty o to nie dbasz, ty tego nie kochasz, nie rozumiesz. Co ci te Grele? Ty nawet nie pojmujesz, jakim kosztem, jaką biedą, wszystkiego sobie odmawiając, babka je dla ciebie uchowała. Masz — to twoje, i tyle. Nie potrafisz i nie zechcesz tu żyć, nie możesz tego kochać, staną ci się ciężarem, może sprzedasz, gdy babki nie stanie. A ja, to może i niesprawiedliwie, nie mogę ci nie zazdrościć. Masz! Rozumiesz mnie?
— Rozumiem, może lepiej, niż ty mnie. Teraz ci też wybaczam niechęć, ale czemu kiedyś, odrazu, mi nie powiedziałeś, tak jak dziś. Żeby Grele były moje, powiedziałbym: dzielmy się, starczy na nas dwóch, ale Grele babki. Tylko się mylisz, sądząc, że mi obojętne i cudze. W tem jednaka nas dwóch dola. Cudze i obojętne i nawet wstrętne jest mi, jak tobie, to, co posiadamy, w czem musimy żyć. Tylko mój los cięższy, bo pełen upokorzenia i wstydu. Mnie wolno tylko wegetować, pasożytem się czuję. Wierz mi: z twoją naturą szczerszą i gwałtowniejszą tybyś mego życia nie zniósł. I ja go zmienić nie mogę, i to jest najstraszniejsze. Ty się skarżysz, że jesteś nie kochany, wierz mi, to lżej, to lżej, niż być bardzo kochanym, jak pinczer faworyt; a ja tak jestem! A Grele są dla mnie równie niedostępne, jak dla ciebie, więcej nawet, bo ty tu być możesz, ilekroć zechcesz, a dla mnie i to niemożliwe. Więc czego mi zazdrościsz? Jesteś wolny, możesz zapracować i jeść chleb, który cię nie dławi, bo własny; możesz wydać grosz, który zarobisz, na przyjemność lub ideę, bo twój, możesz żyć, z kim chcesz, kochać lub nienawidzić jawnie. Przebyłeś biedę, zwyciężyłeś, możesz być dumny z biedy, dała ci hart i wartość! A ja, wiesz? żebyś mną pogardzał, miałbyś rację, ale zazdrościć mi, o, jakiś szalony! Przecie nie może być nędza nad moją! Ja często myślę, żem nawet za nikczemny, za słaby, żeby sobie w łeb palnąć!
Kostuś słuchał, i poważniał, i łagodniał. Stefan, skończywszy mówić, siedział z głową w dłoniach, zapatrzony ponuro w ziemię.
— Tak źle z tobą! — mruknął Kostuś po długiem milczeniu.
— Myślałeś, żem już taki podły, że zgodziłem się z położeniem! Nie, i mam nadzieję, że do tego nie dojdę. Ale jestem człowiek skończony, bo niezdolny do walki. Wegetuję, marnieję, zamiera wola, już się nie buntuję. Dziś, chwilę, z babką, zapomniałem o rzeczywistości, w tym sadzie roiłem baśni, ale już to minęło. Jutro będzie depesza po mnie, taka, której muszę być posłuszny i wracać. Ty nie znasz tamtych ludzi, życia, szczęśliwym jesteś.
— Nie bądźże wiechciem! Rzuć!
— Mówisz, jak człowiek silny i wolny. Ja nie mogę rzucić, nie potrafię. To matka!
Kostuś zaklął przez zęby.
— I tak będzie i będzie? Biedna babka! — szepnął po chwili. — Wrócisz i będziesz sobie próchnieć. To ty jesteś w położeniu panny na wydaniu. Ożeń się, może się wyzwolisz!
Stefan spojrzał na niego z żalem i przykrością.
— Mnie wyzwoli tylko śmierć! — rzekł ponuro.
Położył się i umilkł. Kostuś rozebrał się także i zgasił świecę. Na dworze już szarzało i zawzięcie piały koguty.
— Stefan! — odezwał się Kostuś.
— Co?
— To między nami będzie już po dawnemu. Tobie jest naprawdę podle. Trzeba coś zrobić.
— Nie łam głowy napróżno. Już zrobiłeś najlepsze, gdy mi wracasz serce.
— Coś trzeba zrobić! Coś trzeba! — mruczał uparcie Kostuś.
To “coś” podyktowała im babka, a było to bardzo proste i naturalne. Gdy przyszli rano do niej, rzekła:
— Napisz list do matki, Stefanie: żeś tu przybył na wieść o mojej chorobie i zostaniesz, aż pozdrowieję. Wszak nie masz tam obowiązkowej i terminowej roboty?
— Nie. Tylko matka się przerazi, będzie desperować, codzień wzywać do powrotu. Wedle jej pojęć to skandal.
Pani marszałkowa uśmiechnęła się dziwnie i rzekła po chwili:
— Napisz długi list. Opisz Grele — nadmień, że mają trzy tysiące mórg obszaru, przeważnie lasu towarowego, że ja właśnie zamierzam towar sprzedać, że są kupcy, dający sto tysięcy. Napisz, że tu dostatek i dawne zasoby i — że ja już bardzo stara i niedołężna!
— Babciu! — z żałosnym wyrzutem szepnął Stefan.
— Moje dziecko, trzeba do każdego pisać jego językiem, aby zrozumiał. Ja ci dyktuję, wiem, że takbyś nie napisał, ale napisz, wierz mi. Nie będą naglić o powrót, ani bytności twojej tutaj nazywać skandalem!
— Babunia rozwiązała twoją łamigłówkę! Pisz. Ach, żebym ja miał dostęp do tych twoich hrabiów, tobym dopiero im naopowiadał o wartości Grel. Samiby cię tutaj wyprawiali.
— A ty zatem stanowczo osiadasz w Rostowie? — zwróciła się nagle do niego pani marszałkowa.
— Tak! — rzekł krótko.
— Misiu — zwróciła się do wchodzącej wychowanki, — powiedz Kafarowi, żeby przez zięcia dał znać nowemu sędziemu, że dworek nasz mu wynajmę. Doktór tam nie osiądzie, a dłużej stać pustką nie może.
— Już trzeci doktór ucieka z tego miłego miasteczka z głodu! — mruknął Kostuś.
— Nie z głodu, bo zarabiają do tysiąca rubli rocznie, ale z nudy, bo żaden tu nie szukał roboty ideowej. Jeden był mieszczuch warszawski, drugi Rosjanin, trzeci Żyd.
— Babcia nazywa tysiąc rubli utrzymaniem!
— Nazywam, bo ja wydaję trzysta.
— Babunia co innego.
Stefan spojrzał na Misię pierwszy raz uważnie po tylu latach. Zmieniła się, wyrosła i spoważniała, zachowała tylko swą niesforną grzywę złotych włosów nad czołem i żywość piwnych oczu. Zresztą była to ciągle zajęta i zapracowana gospodyni domu, nie mająca czasu na bawienie gości. Słuchała rozkazu babki, spojrzała przelotnie na Kostusia i karmiła troskliwie chorą. Potem, klęcząc u łóżka, zaczęła zdawać raport.
— Na Wielkiej Niwie dziś trzydzieści soch chłopskich orze za odrobek na paszę, za Brodkiem sieją owies, wydałam piętnaście korcy. Jałownik już poszedł w las, kazałam odkryć i przebierać kartofle nasienne; na śpichrzu czyszczą zboże, sprzedałam pięćdziesiąt pudów mąki z młyna.
— A w sadzie jest robota?
— Maksym bieli drzewa i przekopują zagony. Tutaj w domu wszystko przygotowane dla doktorów, więc objadę i obejrzę robotę.
— Jedź, dziecko, a nie zapomnij obrachować traczów wieczorem i dopilnuj siewu marchwi. Kafar niewielki agronom i jeszcze się nie obeznał z polem.
— Może ja mogę cię w czem wyręczyć — ofiarował się Kostuś.
Uśmiechnęła się tylko lekceważąco.
— Dziękuję, zaraz nadjadą doktorowie. Trzeba ich bawić. Ale, zapomniałam babci powiedzieć. Przyjechał dzisiaj Saturnin Krośniański i chce zabrać Natalkę. Ona się pyta, co ma robić?
— Niech jedzie z nim, a w każdej chwili może tu wrócić. Czy Białozór nie był w tych dniach?
— Był onegdaj, a codzień przysyłał po wieści.
— Trzeba mu dać znać, że nasienne kartofle dostanie. Powiedz mu, pewnie spotkasz.
Misia wyszła, a Kostuś spytał:
— Białozór często bywa? Nie ożenił się?
— Nie — dotąd. Zdaje mi się, że o nią się stara.
— O Misię! — zawołał Kostuś. — Przecie babcia na to nie pozwoli. On ma pięćdziesiątkę.
— Jeśli ona tylko zechce, zrobi dobry wybór! To bardzo zacny i poważny człowiek. We wszystkich robotach ideowych on jeden mi pomagał. Od pięciu lat, jak wrócił z Rosji i objął po bracie Ostrowy, czuję inny duch wokoło. Stefanie — zwróciła się do wnuka — napisz list i wyślij na pocztę, będę spokojniejsza.
Stefan poszedł do siebie i z nieznośnym niesmakiem i przymusem wymęczył list.
Gdy skończył, wyszedł na dziedziniec, szukając komuby go poruczyć; spotkał Misię, idącą od śpichlerza do stajni, przed którą stał osiodłany koń i wóz Bohuszewicza.
— Pan chce list wysłać do miasteczka? Jest okazja. Proszę. Otrzymałam depeszę od Maryni Hlebowiczowej, że jutro przyjeżdża, i posłaniec jeszcze nie odszedł. Tu mamy do poczty jeszcze dwie mile, cała podróż.
Podeszli do stajen, gdzie Bohuszewicz konia jej podał, wyręczając głupkowatego stajennego chłopaka. Ruchem wprawnym, lekkim, wskoczyła na siodło i stała, polecając list opiece Żydka-posłańca. Zdawała się nie uważać na Stefana i odjechała ku bramie, śpiesząc, by robocie wydołać.
Stefan wpadł na Duszkę, drepczącą od oficyny.
— A co? Podobają ci się Grele? Ładnie tu, porządnie. Nigdzie tu takiego ładu niema, i to same baby rządzą, aha, i trzymają mocno! Ma pani marszałkowa szczęście do ludzi i umie wyrobić. Co z Misi za gospodyni, ho, ho! A w Suhakach Ostaszewskie ledwie się trzymają i, żeby nie pomoc z Grel, toby dawno zginęły. A niby też pracują, oszczędzają, mozolą!
— Co się dzieje z Korewą, tym, co mieszkał u pani Horbaczewskiej, wtedy? — spytał Stefan.
— Dobrze się dzieje. Głupstwa rzucił, z Wołodźkówną się ożenił, wziął z nią majątek na Białorusi. Na ziemi siedzi, mocno. A wiesz, kto Kozary nasze targuje? To komedja, duszko! Przyjechał taki brodacz, Sybirak, z tych stron szlachcic, co się tam z kupczychą ożenił i podobno miljony ma! I targuje Kozary, na imię żony chce kupić! Czy się to śniło coś podobnego! Był u nas, gadali z panią marszałkową, popłakali się. Tylko z tym Kostusiem ona zgryzotę ma. Coś przystąpiło do chłopca. A ja już byłam taki piękny marjaż dla niego ułożyła.
— Z Misią?
— Porzuć. Misia nie ma ziemi.
— A ciotka tylko z ziemią swata?
— Takiego, który bez niej został, trzeba znowu w grunt wkopać, żeby rósł. Kostuś! — zawołała, widząc młodego człowieka wychodzącego z domu. — Marynia jutro przyjeżdża.
— To dobrze. Zastąpi choć w nocy przy babce Misię, która już nad siły bierze. Babka zasnęła, zresztą ze mną gadać nie chce! Jestem w niełasce, że nie chcę osiąść w tem podłem miasteczku.
— Bo i ma rację. Pojedziesz na koniec świata, wiary i mowy zapomnisz, jeszcze się rozpijesz, nauczysz się kraść w ich kompanji, a żeś kochliwy, to jeszcze licho wie z kim się ożenisz! Komu to miło ciebie na zgubę dawać! Ach, co to za młodzież teraz! Tobie, duszko, tylko pieniądze, karjera w głowie, mniejsza gdzie, w Samarkandzie, w Tule, w jakiemś Baku, w jakimś Turkiestanie. Dawniej na zsyłkę tam pędzili naszych, a teraz z ochoty jadą. A tu panienki starzeją się, majątki przepadają. Ot, żebyś rozum i serce miał w porządku, tobyś powinien z Ostaszewską się ożenić, tyle ziemi od ruiny uratować.
— Z Ostaszewską? Toć tam jest brat?
— Umarł zeszłego roku. Ona jedna tylko!
— Nie znam jej. Ładna?
— Bardzo miła, skromna panienka. Skończyła pensję w Warszawie.
— Matka podobno straszna sekutnica.
— Aha, sekutnica, bo syn długów narobił, mąż był do niczego, i została z długami i biedą.
— A one tu bywają?
— Bywają, teraz ten tyfus to wszystkich wystraszył, oprócz Białozora, co od Misi i miotłą nie odpędzić. Ot, zostań trochę, w niedzielę do kościoła pojedziemy, to was zapoznam. Ostrowy to mało co od Grel mniejsze, tylko, że lasy nieboszczyk wyrąbał, ale gorzelnia jest i dużo siana. A panienka Zosia, brunetka, cichutkie, dobre stworzenie. Jakby dla ciebie stworzona. Z Misią naszą to ci nie para.
— Dlaczego?
— Jak dwa koty, na siebie byście fukali. Misia nikomu nie ustąpi, a ty złośnik. Misi trzeba innego!
— Pewnie Stefana, bo ma ziemię, a ona gospodyni. Ciotka to w żadnych kombinacjach swych materjalnych nie uwzględnia miłości!
— Bom stara i tyle widziałam nieszczęść z miłości.
— Niemało nieszczęść u nas uczyniła i ślepa miłość do ziemi! — szepnął Stefan.
Ale staruszki umysł zanadto słaby już był, by dyskutować. Skamieniał w jedną formę zaludnienia na nowo tej ziemi, zniszczonej szałem rozpaczliwego wybuchu żądzy wolności.
Popatrzała na Stefana swemi wyblakłemi oczami i pokiwała głową.
— Niech już Białozór bierze Misię. Wart jej...

W cichych, utajonych w borach swych, Grelach, zapanował ruch niebywały. Gniade klacze i stary powóz pani marszałkowej zaznały trudu, a głuchy lokaj zupełnie stracił głowę. Przywieziono i odwieziono doktorów, przywieziono Hlebowiczową, posyłano i odsyłano codzień na pocztę listy i depesze. A wszyscy mieli rozradowane twarze, bo chora była codzień lepiej i codzień cudniej rozwijała się wiosna.
Na list swój Stefan nie otrzymał piorunującej depeszy o powrót i zaczynał mniej myśleć o tem, co “tam” się dzieje, jakby zzuł z siebie jakieś pęta, wyzwolił się od zmory, żył innem życiem. Ucieszył się na widok Hlebowiczowej, która, wspominając poznanie nad morzem, napomknęła żartobliwie, że podziwia jego stałość, a gdy nie rozumiał, rzekła:
— Przecie znowu odnajdujemy kuzyna dzięki hrabinie Podhorskiej.
— O nie, kuzynko. Tym razem tylko dzięki głuszcom i cietrzewiom hrabiego. Stąd do Bretanji już bardzo daleko. Nie jest się tak długo młodym i głupim. Siedm lat temu, to wiek. I zdaje mi się, że i Kostuś już się nie kocha nazabój.
— O, ten jest zawsze niebezpieczny. Dlatego tak się opieramy jego wyjazdowi daleko.
— Mnie możnaby z zupełnym spokojem pod tym względem wysłać do najcudowniejszych pokus.
— Kuzynie, w waszym wieku to dowód jednego wielkiego, a nieszczęśliwego uczucia.
— Kuzynko, jak się nazywa ten kraj, w którym wierzą jeszcze w baśni! — rzekł z szyderczym grymasem.
Hlebowiczową spoważniała, spojrzała nań smutno.
— Biedni wy tam w tym waszym świecie!
Byli sami we dwoje w pokoju babki, która spała, mówili zcicha, zmierzchało, z dalszych pokojów słychać było gniewny głos Kostusia i uspokajający go dyszkancik Duszki.
Zbudziła się marszałkowa.
— Czy jest Stefan? — zagadnęła.
— Jest! — uśmiechnęła się Hlebowiczowa. — Babunia nas tak nie pieściła nigdy. Będziemy zazdrośni!
Stefan już klęczał przy łóżku.
— Wyście mieli więcej, niż on i ja! — rzekła staruszka. — Kto tam tak hałasuje po domu? Czy są goście?
— Nie, to Kostuś pewnie się z Misią posprzeczał.
— Chłopak jest kłótliwy i nerwowy, bo czuje, że nie postępuje wedle swej duszy i jest z sobą w rozterce! Kto ci tam znowu zawinił? — spytała wchodzącego.
— Ach, nic! Misia nie chce jutro dać koni do kościoła, więc wynająłem chłopa.
— A gdzie Misia?
— W kancelarji, wypłaca robotnika. Koni dać nie chce, a obraziła się, gdym kazał Kafarowi wystarać się o furę. Pojedziemy z ciotką razem.
Milczała pani marszałkowa, gładząc kędzierzawą głowę Stefana, Hlebowiczowa napadła na brata.
— W Skarbowcu nie można ciebie było wygnać o sto kroków do kościoła na sumę. Przy dzieciach prawiłeś o głupocie formułek religijnych. Raptem stałeś się nabożny.
— Muszę być jutro w miasteczku. Mam ważne papiery na poczcie.
— Stefanie, pójdź do Misi i powiedz, żeby przy rachunku z ludźmi z Oziernej nie potrącała im za wzięte siano, bo teraz przednówek, i oni znowu popłacili kary policyjne.
Stefan zastał w kancelarji tłum chłopów. Kafar wywoływał ich po imieniu i czytał dni zarobione, Misia wypisywała sumę i wypłacała. Nie szło to jednak prędko, bo każdy chłop miał do “panienki” jeszcze jakiś interes, prośbę, pytał o radę. Tłum ten nie śpieszył się, ani wyglądał chciwie pieniędzy, gwarzyli, śmiali się, wszystko mówiło miejscowem narzeczem, którego Stefan wcale nie rozumiał. W kącie, na stronie, stało kilku ludzi, odzianych inaczej i różniących się od szarej masy chłopstwa typem i postawą.
Na widok wchodzącego, chłopi pokłonili się nisko i poczęli się cisnąć, by rękę ucałować, uciszyło się też na chwilę, i tylko dalsi szeptali; bacz, mołodyj pan, mołodyj pan! — Ludzie, stojący na uboczu, ukłonili się także, ale nie cisnęli się i nie szeptali. Oczy ich twarde, a śmiałe wbiły się tylko w tego nowego dziedzica, jakby pytające, badawcze.
Stefan ledwie się obronił od całowania rąk i schronił się za biurko do Misi i po francusku powtórzył jej polecenia babki.
— Dobrze, to ci! — odparła na tych innych wskazując.
— Pomogę pani — ofiarował się. — Pani tu pracuje nad siły. Tylu jeszcze tych ludzi.
Spojrzeli na siebie, Misia spuściła głowę nad księgą i odparła łaskawie:
— Proszę. Niech pan odlicza pieniądze.
Niebardzo mu to szło narazie, ale po chwili już się połapał, chłopi też przez respekt dla młodego, nieznanego pana mniej gadali z panienką. Kafar głodny i senny śpieszył i namawiał załatwionych do opróżnienia miejsca. Przerzedzało się w wielkiej tej izbie, okna stały otworem i kłębami od sadu szedł wiosenny świeży aromat pąków, rosy, boru niedalekiego i rechotanie żab i blask miesiąca. Chłopi, odchodząc do wsi, zaintonowali swój śpiew, zawodzenie, który się w dali rozpływał i łączył z echem. Nareszcie zostało tylko tych kilku pod ścianą, i Kafar czytał ze swej książki:
— Wincenty Sieklucki, cztery furmanki z drwami: dwa ruble.
Zbliżył się jeden do biura i, widząc, że Misia zapisuje, a Stefan wyjmuje pieniądze, rzekł:
— Za siano winienem ośm złotych, niech panowie potrącą.
— Pani marszałkowa kazała wszystko wypłacić teraz. Zwrócicie odrobkiem w żniwa!
Po twarzy tych ludzi i Kafara przeszedł błysk. Teraz wszyscy się zbliżyli, skupili się u biura, zniżyli głosy:
— Panienka podziękuje pani marszałkowej i powie, że odrobimy. Teraz nas obdarli, sto rubli kazali złożyć za wielkanocną spowiedź. Zapłaciliśmy wszyscy, nikt nie był w Kozarach u spowiedzi. Z Pachołków też uparło się trzy chaty, a w Siennej pięć. Tamci jeszcze strasznie się boją, my już nic!
Straszna przez swe zeszpecenie twarz Kafara promieniała. Błyskały mu wilcze zęby w uśmiechu.
— Nabiorą i oni mocy, niechno raz do Wilna, do Kalwarji pójdą. Toć pięć lat temu żyli, jak bydło, nic nie rozumieli.
— Cicho! — upomniał któryś. — Jakiś chłop jeszcze się wlecze. Ale gorzej, sam donoszczyk!
Kafar począł znowu ze swej książki czytać, ludzie pieniądze brać i wychodzić; każdy w progu się ukłonił i “pochwalony” rzekł.
Odpowiadali oboje młodzi i Kafar, nowoprzybyły milczał. Wreszcie sam został i do biura przystąpił. Człek chudy, łysy, o twarzy ponurej, chorej, żółtej. Ubrany był w burkę, po szlachecku. Kafar książkę swą w zanadrze kożucha wsunął, twarz mu się skurczyła, ręce wsunął w rękawy i jakby czekał zaczepki. Ale stary wydobył woreczek z kieszeni i rzekł:
— Córka mi mówiła, że można dostać tych nowych kartofli na nasienie. Chcę kupić furę.
— Po rublu worek — rzekła Misia.
Bez targu szlachic położył na biurze pięć rubli. Misia napisała kwit.
— W poniedziałek wam Kafar wyda.
— Może dziś. W poniedziałekbym sadził. Córka ze mną jest, nasypiemy przy miesiącu.
Spojrzał nieśmiało, nieufnie na Kafara i dodał:
— Natalka do was zaszła.
Kafar jakby zmiękł. Ukłonił się państwu, zdjął z jeleniego rogu pęk kluczy i rzekł:
— To chodźmy. Nie warto dziewczyny męczyć! Nasypiemy we dwóch.
Gdy wyszli, Misia bez odetchnięcia poczęła sumować prędko kolumny cyfr, wciągać je w różne księgi. Stefan nie miał co robić, ale nie odchodził i patrzał na nią, z okna biła woń wiosny, blask nowin i pulsowało życie. Utkwiony w nią wzrok widocznie niecierpliwił Misię, zmarszczyła brwi, podniosła oczy, jakby się opierała od natręctwa.
— Panu się to wydaje bardzo nudne. Zaraz skończę i pójdziemy na kolację. Tylko jeszcze na Siemaszkową czekam, z raportem udoju.
— Co za noc! — rzekł bezwiednie. — Chodźmy w sad! — Zaśmiała się.
— Niech pan idzie. Zawołają pana na kolację. Ja nie mam czasu.
— Pani ma dosyć spacerów przy pracy. I to zawsze, tak wszystko, całe Grele pani prowadzi.
— O nie. Babka i dysponuje, i dogląda, i prowadzi rachunki. O połowę mam mniej zajęcia. Teraz tak mam wiele, zwykle jest mi lekko.
— I pani już tak dawno tutaj?
— Pięć lat. Ja to zajęcie wprost kocham, mnie tu tak dobrze, jak w raju. I Grele są w porządku dla pana! — dodała z uśmiechem.
Kaszel i szurganie nogami zwiastował Siemaszkową. Stefan odszedł do okna, na futrynie usiadł i podawał twarz tchnieniu powietrza, żar jakiś był w tym leciutkim powiewie, coś rozmarzającego, kuszącego, by kędyś iść, czegoś szukać, szeptać coś tajemnie.
A Siemaszkowa tymczasem rozwodziła się nad chytrością pachciarki, która omal nie oszukała jej na dwie kwarty mleka, i nad próżniactwem dójek, a Misia zdawała się tem tak przejęta, że ani słowem nie skracała gawędy. Nareszcie stara poszła, zostawiwszy na biurze malutki bochenek świeżego chleba.
— Tak się udał, jak marcepan! Niech panienka skosztuje i Kostusiowi da. Jak mały był, to zawsze u mnie takiej bułeczki dochodził. Prawda?
Aż poznała, że to nie Kostuś siedział w oknie i, submitując się, poszła. Jak wszyscy, miała dla Stefana wielki respekt.
Teraz Misia uporządkowała księgi, zamknęła biuro i wstała, prostując z ulgą swą gibką postać.
— Już wszystko na dziś skończone! — rzekła.
— Chodźmy w sad! — poprosił znowu, obejmując ją spojrzeniem i wyciągając rękę.
— Czy pan się lęka iść sam? Taki duży, a jeszcze w strachy wierzy! — roześmiała się.
— Sam, w taką noc, pewnie, że to straszne.
— A ja wolę sama. Może panu przysłać chłopca z kredensu, żeby pan nie zbłądził.
Stanęła w oknie obok niego i patrzała na miesiąc. Nozdrza jej rozdymały się, wciągając chciwie powietrze, śmiała się, ale tylko ustami; w oczach miała mrok i smutek.
— Nie mam łaski u pani, nawet na chwilę spaceru.
Zwróciła na niego oczy i dotknęli się wzrokiem.
— Trochę, chwilę, prosto w miesiąc, w ciszę! — szepnął błagalnie, biorąc jej rękę i podnosząc do ust.
— O, jaki pan rozpieszczony. Ale tu nie Warszawa, a ja żadna kompanja do spaceru o księżycu. Nie umiem marzyć o niebieskich migdałach i nie zabawię pana poetyczną rozmową. Ale jeśli pan tak chce koniecznie, idźmy.
Ale Stefan jakby oprzytomniał, zawstydził się natręctwa, zażenował.
— Nie, dziękuję pani i przepraszam. Nie chcę ofiary pani uprzejmości. Nie, dziękuję.
Znowu jej rękę podniósł do ust i chwilę milczeli. Raptem Stefanowi zrobiło się bardzo smutno, pusto, samotnie. Poczuł się obcym i cudzym.
— Parno, będzie burza dziś w nocy! — rzekła Misia, a gdy dalej milczał, spojrzała nań z uśmiechem. — Pieszczoch grymasi, chciał zabawki, napierał się, a gdy obiecano, już nie chce. Zapewne panu nikt, nigdy niczego nie odmówił?
— Nie wiem, nigdy nie proszę, i wstyd mi, żem od zasady odstąpił dzisiaj. Czy pani pamięta, żeśmy się znali, dawno, prawie dziećmi? Już wtedy nie lubiła mnie pani i nie bawiliśmy się z sobą nigdy. Tak i zostało.
— Nie pamiętam! — odparła z dziwnym uśmiechem.
Podeszła do stołu, wzięła chleb, ułamała kawałek i poczęła gryźć.
— Chce pan? — spytała.
— Przeznaczony dla Kostusia.
— Pan nie bierze nigdy nic cudzego?
— Owszem, brałem, przekonałem się, że nie warto. Nie syci, zostawia niesmak, a może i truje!
— Ten chleb pana własny, i oto moja połowa. Proszę, nie otruje! Kostuś wcale nie dostanie! Boże, jaki on się zrobił nieznośny!
— A może pani na wszystkich nas niełaskawa teraz! — rzekł, rozchmurzając się. — Jakże można odmówić mu koni na Mszę!
— I pan w to wierzy, że on się modlić będzie! Przecie Duszka chce go zapoznać z Ostaszewską. Co to pilnego! Te panie, jak się dowiedzą, że są kawalerowie w Grelach, same przyjadą. Przecie tu, oprócz pana Białozora, niema na pokaz mężczyzny.
— A pan Białozór zajęty! — rzucił, dziwiąc się sam, że czuje niechęć do tego nieznanego.
— Tak ciocia Duszka dowodzi.
— A pani?
— Ja? Mnie swaty wcale nie interesują — odparła, ruszając ramionami.
Wtem drzwi się otworzyły, na progu stał Kostuś.
— Stefan! Ach, przepraszam, przeszkadzam państwu. Ale Kacper zrzędzi o kolację, a babcia ma jakieś polecenia do pani, więc muszę państwu przerwać gawędkę.
— Nic nie szkodzi, wasza ekscelencjo. Mamy czas — odparła Misia drwiąco, przechodząc obok niego w głąb domu.
Stefan przełożył nogi przez futrynę i zeskoczył do ogrodu. Nie chciał słuchać uwag i zapewne wymyślań.
Jednakże dyplomacja Duszki przemogła wolę Misi. Pani marszałkowa kazała konie dać i nazajutrz Kostuś z dwiema opiekunkami, bo i siostrę namówił, ruszył “na nabożeństwo.”
Przyglądała się Misia z ganku drwiąco temu wyjazdowi, a potem we dwoje ze Stefanem zasiedli u babki, która dnia tego raz pierwszy przeszła na fotel i już rozpytywała o roboty, już robiła plany gospodarskie.
Po południu poczuła się zmęczona i senna, więc położyła się znowu i rzekła.
— Zostaw, tu, Misiu, Siemaszkową przy mnie, a wy pojedźcie w pole konno. Pokaż mu ziemię, granice, bydło, stado! Niech się oswaja, poznaje!
Więc pojechali, ona na swej kasztance, on na młodym koniu, którego pasiono na sprzedaż.
— Da mu pan radę? — spytała, trochę nieufna zrazu, ale zobaczyła, że, pomimo pozoru salonowca, sportu i gimnastyki nie zaniedbał.
Wyjechali za wrota w pole, miedzami, ziemia była przemiękła, błoto bryzgało z pod kopyt, na smugach łąk wierzchowce grzęzły i parskały.
— To oziminy, jeszcze nie ruszyły, czekają deszczu — mówiła Misia, patrząc po niebie. — Ten łan trzy lata temu wydarty z pod wrzosowisk. Grele dawniej miały mało ziemi, dużo pustek i nieużytków, babka stworzyła te łany. Większość majątku stanowią lasy nieruszone. Wkoło wszyscy sprzedają, rąbią, niszczą i narzekają na biedę. W Grelach nikt nie narzeka, choć opowiadał mi Siemaszko, że po powstaniu bywał głód, nędza. Teraz to minęło, ale żeby kto z tych biadających sąsiadów wiedział, ilu babka ludzi utrzymuje, ratuje, kształci, toby zdumiał i wierzyć nie chciał, co można pracą i rachunkiem zdobyć i uczynić. Czy pan się zna na gospodarstwie rolnem?
— Nie mam pojęcia.
— Przecie pan tu rządzić będzie! To pana ziemia.
— Mój Boże, lękam się, że to pozostanie marzeniem. Zanadto pęt wiąże mię tam, za wielkie obowiązki. Jestem tu, jakby cudem, może dzień jeszcze, może parę i odjadę!
— Biedna babka! Wierzyła w to, że, byle pan raz tu przyjechał, już ta ziemia pana nie puści, weźmie w niewolę uczucia. Niech jej pan obieca wrócić, będzie czekać, spodziewać się, wierzyć.
— Czy panią tu zastanę, jak wrócę?
— Prawdopodobnie.
— Pani nie jest pewna?
— Nie. Człowiek może umrzeć, mogą go zesłać, może oszaleć, może się zmęczyć i zmarnieć. A pan może tu zjechać za dziesięć lat.
— Pani wyjdzie zamąż.
— I to być może! — odparła obojętnie. — Jak się ma ciotkę Duszkę w długie listopadowe wieczory, to potrafi wmówić. Ale pan wcale o pola nie pyta, ani ta jazda pana nie zajmuje. To jest złotodajny młyn grelski. A teraz gdzie pan chce być, co zobaczyć: sianożęcie, las, stado?
— Nie wiem. Ja czuję wiosnę, gorąco tego wiatru, co pani pozłocił twarz, dyszenie ziemi i własnej krwi i kompletną obojętność do wszelkich lustracyj gospodarskich. Czy pani nie odczuwa w taki czas potrzeby życia razem z tą trawą, pąkiem, ptakiem, owadem? Nie myśleć, nie rozważać, żyć tylko, radować się, dać się słońcu odnowić, rozwinąć, zakwitnąć. Ja w życiu pierwszą taką wiosnę przeżywam i odczuwam moc odrodzenia.
— Niebezpiecznie dać się temu porwać. W mocy tej są zdradliwe osłabienia, z gorąca straszne burze. Wracajmy zatem, mnie dziś jeszcze czeka żmudna robota wieczorem, ma przyjść gromada ze wsi umawiać się o paszę.
— Czy pani nigdy nie ma chwilki wytchnienia? Czy pani nie ma osobistych pragnień, marzeń, tęsknoty?
— Jeśli coś mam osobistego, wiem i załatwiam to sama. Nie traktuję tem nikogo.
— Ostrą oberwałem naukę i morał. A jeśli kto chciałby zdobyć zaufanie pani, co ma uczynić?
— Nic. Niema człowieka, któremubym swą duszę zawierzyła. Ona tylko moja i tem jestem silna.
Trąciła prętem klacz i ściągnęła cugle. Kasztanka wyciągnęła się w kłus przepyszny, dziewczyna siedziała jak przykuta do siodła. Stefan zrównał się z nią i jechali pod wiatr, smagani jego pędem, upojeni szybkością lotu. Kędyś z za borów wypełzały chmury, zbierało się na pierwszą wiosenną nawałnicę.
U bramy Misia zwolniła biegu klaczy i, oddychając głęboko, spojrzała na towarzysza.
— Ależ pan wytrzymały! Ten koń haniebnie trzęsie. O, widzę, że nabożne towarzystwo już wróciło. Dobrze, że przed deszczem. Nie lęka się pan piorunów? Tu wśród tych lasów bywają straszne.
— Tak, jeden już mnie tknął.
— Ale żyje pan, więc nie straszny.
— Żyję i błogosławię go. Żyję, nie lękam się, i da mi pani swe zaufanie! — rzekł z jakimś wybuchem wiosennej, słonecznej wiary.
I uśmiechnięty, ruszył galopem pod stajnię.
Chmury szły jak stada czarnych orłów, poczynało w nich złowieszczo huczeć i migotać.
Gdy Stefan, zmieniwszy ubranie, wszedł do salonu, zastał tam gościa. Mężczyzna lat przeszło czterdziestu, szpakowaty, o twarzy poważnej i myślących oczach, opalony wichrem, ale nie przeciętny hreczkosiej parafialny.
— Mój kuzyn, Hrehorowicz, pan Białozór — zapoznała ich Hlebowiczową.
Zamienili uścisk dłoni, ukłon i badawcze spojrzenie.
— Poznałem po oczach pani marszałkowej, że pana się doczekała, i cieszę się serdecznie z poznania towarzysza na zagonie i syna takiego ojca — rzekł Białozór serdecznie i gorąco.
— Panby zaraz każdego do roboty tu zaprzągł! — zaśmiał się Kostuś. — Ale on lada dzień wyjeżdża i bodaj czy wróci, bo właściwie, co tu robić!
— I ja tak kiedyś mówiłem! — rzekł Białozór. — Szkoda, młodzi, waszych sił, jak ja ich teraz żałuję, gdym musiał wrócić, zmarnowawszy najlepsze lata. Nie czekajcie takiego musu!
Na dworze tymczasem rozszalała burza i deszcz ulewny. Duszka wpadła do salonu na łoskot pierwszego piorunu z dzwonkiem loretańskim i książką do nabożeństwa, wszyscy podeszli do okien i Kostuś zawołał:
— A Misia swoim zwyczajem spaceruje wśród gromów i ulewy. Jeśli jej piorun nie zabije, to będę wierzył w dowodzenie dziada Ksawerego, że szlachcica piorun nie zabija — zawołał Kostuś.
— Pan Siewruk miał rację potrosze. Na tyle gromów, co tu biły, cud, że jesteśmy! — rzekł Białozór.
— Misia, warjatka! — krzyczała Duszka, stukając w szybę.
Dziewczyna zaśmiała się do nich i wbiegła na boczny ganek. Ukazała się po chwili przebrana i zaczęła się krzątać w jadalni. Potem, przywitawszy Białozora, przeszła do babki i nie pokazała się wcale przy herbacie.
Potem poszli wszyscy do pani marszałkowej. Siedziała w fotelu, na dworze deszcz lał, więc Misia rozpaliła ogień na staroświeckim kominie i wszyscy się skupili u tego blasku.
— Cóż widzieliście i słyszeliście w miasteczku? — spytała staruszka. — Dużo było ludzi w kościele?
— Sporo, więcej, niż tamtych lat — odparł Kostuś. — I ksiądz inny.
— Wywojowaliśmy przecie, że tamtego usunięto. Ale trwało to trzy lata i ten zastał zupełne zdziczenie. Nie może dać rady, ma kursy w parafji o mil siedm, sam jeden, o wikarego napróżno kołaczemy.
— Ile tu właściwie liczy się parafjan? — spytał Stefan.
— To zależy, kto liczy. Oficjalnie dziewięć tysięcy. Ale jest drugie tyle: opornych, kwestjonowanych, tchórzów, obojętnych. Tych rachunek zna tylko pani marszałkowa.
— I pan, i Misia, i Kafar, i mój wnuk znać będzie. Jest nas cała gromadka, jest trochę żaru w popiele. W miasteczku teraz, jakem Kafarów zabrała, niema nikogo.
— Rachowaliśmy na doktora! — rzekł Białozór, zwracając się do Kostusia.
— Ja nie wiem, dlaczego babunia nie każe Stefanowi osiąść w dworku i założyć prawną kancelarję. On jest skończony jurysta, jak ja medyk.
— Ja nikomu z was nie każę. Takich posterunków nikomu się nie nakazuje. Na świecie teraz inne wasze hasła, potępiacie nasze.
— Broń Boże, tylko co ja tu mogę zdziałać? Zastąpić Kafara w miasteczku? To niech on tam siedzi, a ja będę ekonomem u babci. Chętnie się z nim zamienię!
— Czy pani Ostaszewska była dziś w kościele? — zagadnęła nagle Misia.
— Były obie z córką! — odpowiedziała Duszka. — Zapowiedziały swe odwiedziny w środę. Były też panny Butwiłłówny z ojcem. Starsza śpiewała na chórze. Młodsza świeżo wróciła z Warszawy. Bardzo miłe wszystkie panienki, prawda, panie Białozór?
— Dziękuję pannie Duszce, nie używam tego! — odparł Białozór, śmiejąc się.
— Pan myśli, że swatać będę. Wcale nie, ja pana wcale w rezon nie biorę, ale pan tak gorliwie rozmawiał ze starszą Butwiłłówną, że aż się na cmentarzu ludzie oglądali.
— Ona jest w najbliższem sąsiedztwie Oziernej, pytałem, czy zna jej potrzeby, odpowiedziała, że nie i że “papo” bardzo nie rad nawet ich spotykać, ażeby nie być zamieszany w jakieś bunty. Opowiedziałem jej parę życiorysów tych ludzi. Co za straszne tchórzostwo wśród tych panów!
— Nie można ich zbytnio potępiać! — rzekła pani marszałkowa. — Pan tych czasów tu nie przeżył, zna Rosjan w Rosji, zupełnie innych. Butwiłł w sześćdziesiątym trzecim roku widział wokoło siebie śmierć, kaźń, zsyłkę i ruinę. Ludzie ginęli, magnaci z dnia na dzień stawali się nędzarzami, namnożyło się zdrajców, szpiegów, donosicieli. Nie było sądu i prawa, było się skazanym na zgubę za jedno słowo donosu kłamliwego. Teraz widzi pan zgliszcza i pustynię, wtedy szalał pożar. Nie każdy ma w sobie materjał na bohatera. Butwiłł uciekł aż do gubernjalnego miasta, tem się ocalił, ale właśnie, że nic nie stracił, potępia cały ten prąd. Tchórzostwo zapewniło mu spokój i dobrobyt, ceni je więc, jak swoją mądrość, i będzie się lękał do końca życia. Takich u nas najwięcej.
— A pan gdzie był wtedy? — spytał Stefan.
— Zagranicą, na chemji w Belgji. Brat tu gospodarzył i też zagranicę uciekł i mnie przytrzymał. Gdy wrócił, zastał majątek spustoszony i spalony, ale konfiskaty uniknął. Ja, skończywszy nauki, dostałem posadę chemika w fabryce pod Moskwą, potem w Jarosławiu, przebyłem w Rosji ośmnaście lat. Od siedmiu lat objąłem zarząd Ostrów. Brat mnie uczynił opiekunem córeczki i długów! Uczę się tedy agronomji od panny Michaliny i pedagogiki od pani marszałkowej. Mała jest w klasztorze w Galicji. Nadmienię jeszcze panu, że tam w Rosji miałem rocznie ośmnaście tysięcy rubli dochodu, a tu dokładam rocznie kilka tysięcy do ziemi i dopiero teraz czuję, że żyję!
— Rozumiem pana! — rzekł Kostuś. — Tam zebrać i tu przynieść — to mój cel.
— A ja, gdybym mógł te lata odkupić, oddałbym wszystko, co posiadam! — rzekł Białozór gorzko. — Nie bierz pan tam nic, nie idź pan tam, za drogo zapłacisz, miljony nie opłacą ci dusznej męki i zatracenia.
— A już przynajmniej, jeśli cię szatan chciwości kusi tam jechać, to się tu ożeń — rzekła Duszka.
Uśmiechnęła się Misia, a Białozór rzekł poważnie:
— To jest święta rada. Znam tam różnych, zdrowo i cało uchowali się tylko żonaci z Polkami. Ci wrócili lub wrócą, ale kawalerowie lub tam ożenieni, jeśli ocalili choć resztki duszy, to chyba cudem.
Powstał i wyjrzał przez okno.
— Ale ja tu się zagadałem, a pora wracać, deszcz ustaje. Przywiozłem pani marszałkowej pieniądze za kartofle i proszę o rachunek kwitów.
— Misia to z panem załatwi, ale bez kolacji to pana nie puszczę z Grel. W przyszłym tygodniu przyjedzie do Oziernej komisja śledcza w sprawie samowolnego grzebania zmarłych na cmentarzu krośniańskim. Trzeba tym ludziom poradzić, jak się mają tłumaczyć. Świadkiem podobno jest Saturnin Krośniański. Tego się nie przejedna.
— Kafar mi mówił, że nic nie powie Saturnin! — rzekła Misia. — Chodźmy do jadalni. Babci spocząć pora.
Ruszyli się wszyscy, tylko Stefan pozostał, jakby nie słyszał. Staruszka dotknęła jego ramienia.
— Co ci dziecko? Czyś niezdrów? Takie masz gorejące oczy i takiś milczący?
— Babciu, czy Białozór ożeni się z Misią? — spytał.
— Nie, dziecko. On jest żonaty. Tam się ożenił.
— A żona.
— Porzuciła go. Było dziecko. Umarło, i on mi to opowiadając, mówił: “Szczęściem!” Rozumiesz, ile musiał przeżyć, żeby śmierć dziecka, zdradę żony nazwać szczęściem. Biedny człowiek!
— Ale Misia go kocha, babciu?
— Nie wiem. Daj Boże, nie! Dlaczego pytasz?
— Ona musi być moja.
— Misia? Skądże?
— Nie wiem. Tak przyszło. Mam tego pełną duszę, serce, głowę, oczy! Chodzę jak we śnie. Babciu, czy ona mnie zechce?
— Nie wiem, dziecko! Może tobie minie fantazja, raptem, jak przyszła. A tamto, Stefanie? Misia wie o tamtem; Kostuś, Hlebowiczowie opowiadali. Stosunek utrzymujesz. Dziwiłabym się Misi, żeby ciebie chciała. Tu, u nas, inny świat, a Misia nie naiwny podlotek.
Stefan głowę spuścił i umilkł, zgnębiony. Staruszka położyła rękę na jego gorejącym czole.
— Szalejesz. Jesteś nieprzytomny. Pohamuj się i nie mów jej nic, zanim się nie wypróbujesz.
— Nie. Muszę powiedzieć, muszę wiedzieć, muszę stąd wyjechać z jej słowem.
— A jeśli ci odmówi, i słusznie?
— Babcia jej słowo powie za mną.
— Nie! — odparła bardzo poważnie i stanowczo.
Misia weszła w tej chwili z kolacją dla chorej, z drugich drzwi Siemaszkowa. Chłopak stęknął i wyszedł do towarzystwa.
Po kolacji przeprowadzili z Kostusiem Białozora do młyna i wracali pieszo. Po deszczu rozpuściły czeremchy i aż duszno było od woni brzozowych pąków.
— Ach Boże, — westchnął Kostuś — i w taki wieczór iść prozaicznie spać! Tu w tych Grelach, to nawet pokojówki ludzkiej niema, żeby choć dla wprawy pogruchać pod rozkwitłą czeremszyną. Coś ty taki osowiały? I ciebie roznosi wiosna!
— O, ze mną gorzej. Trzeba wyjechać.
— No? Do Podhorzec pilno?
— Co znowu! Dajże pokój! Plotek tu naniosłeś.
— Aha, oberwałeś od babki! Uspokój się. Ja czasem miałem takie mycie głowy, że choć pod ziemię się schować. Tutaj, bracie, królestwo cnoty! Ale babka nie piłuje. Dostałeś dzisiaj, więcej nie wspomni.
— Ale o Podhorskiej wszystkim rozplotłeś. I Misi.
— Aha, więc Misia! I poco to zapieranie? Ja przecie oddawna wiem, że ona się w tobie kocha. Ja jej umyślnie opowiedziałem o Podhorskiej, ze złości. Pasjami lubiłem tę dziewczynę i długo, pewnie z pół roku. Nie dostałem nawet kuzynowskiego buziaka, przez ciebie, ale do łez ją doprowadziłem parę razy Podhorską i miałem satysfakcję. A co? Teraz fiasko! Nie daruje ci, uparło się. I dobrze, masz za swoją skrytość. Zapierałeś się niedawno, jeszcze kilka dni temu! Nie cierpię takiego łgarstwa i wykrętów.
— Kiedy ci przysięgnę, żem nigdy nie kłamał. Ta dziewczyna nie istniała dla mnie onegdaj, patrzałem na nią, nie widząc.
— No i co?
— A dziś nie istnieje nic, tylko ona.
— Wiosna! I nie wierzyć to w traf i przeznaczenie. I to ja ciebie tu na to przywiozłem! Podziękuj.
— Zaco? Za twe plotki?
— Głupstwo! Czy myślisz, że wiosna tylko dla ciebie. Szelmowski szczęśliwiec! W tem oknie w kancelarji pewnie nie prosząc dostał buziaka, a ja pół roku napróżno się starałem. A teraz pójdę spać, a ty pewnie znowu pod okno kancelarji, bo się świeci jeszcze.
— Anim jej mówił jeszcze, ani mnie przyjmie. Mówiłem babce tylko i spodziewam się odmowy. I tobie to zawdzięczam.
— Mnie! To ja mam romans z Podhorską? Mój Boże! Gdzie mnie, urwipołcia, stać na takie zbytki. Hrabina! Nie dojechałem nigdy wyżej magazynierki, i co najwięcej, wiedział o tem stróż. Da ci Misia, da roboty! Odechce ci się świetności salonowych i tryumfów Don Juana! Więc nic? No, to dobranoc ci, i nie zazdroszczę już rozmówki pod tem okienkiem. O Misia umie drapać i parskać jak kotka, a cierń jej wbiłem mocno w serce! I jedź ty sobie ze swym harbuzem choć jutro, bo mi jeszcze i Ostaszewską zbałamucisz.
Podeszli pod okno kancelarji, było otwarte. Misia przy biurze pisała kwity.
Kostuś cisnął na biurko kilka kwiatów czeremchy.
— Pozdrawiam cię wiosną, o dziewico! — rzekł patetycznie.
Odrzuciła niecierpliwym ruchem kwiaty i zmarszczyła brwi, bez słowa.
— Listopadowy masz humorek, bo gwałcisz naturę. Teraz nie kwity pisać, ale spacerować o księżycu z lubym!
— Może chcesz konia do miasteczka czy do Tuhak?
— Innym razem poproszę; teraz tylko tobie przyprowadziłem towarzysza i życzę przyjemności.
Misia wstała, podeszła do okna, by je zamknąć. Kostuś odskoczył, zaśmiał się i ruszył na ganek, Stefan pozostał i patrzał na nią, potem wyciągnął rękę i bez słowa podał jej gałąź czeremchy.
— Pozwolisz mi tu być chwilę? — rzekł głucho.
Misia spojrzała na niego i jakby zrozumiała, jakby się zlękła tych oczu, co ją paliły, obejmowały, przez sekundę zawahała, potem skupiła się i wyzywająco wyprostowała.
— Owszem, nie bronię! — rzekła odchodząc do biura.
Usiadła i starała się dalej pisać, ale nie mogła, więc zebrała po chwili kwity, zamknęła szufladę.
— Czy pan ma co do mnie? — spytała.
— Tak, pani.
— Słucham — rzekła spokojnie, stając w oknie i zakładając ręce na piersi. Patrzała gdzieś ponad nim.
Proszę panią o szczęście! — szepnął gorąco.
— Bzy nie kwitną jeszcze i wątpię, czy ich pan tu doczeka! — odparła z lekkim uśmiechem.
— Nie, bzów teraz nie doczekam, bo, otrzymawszy odpowiedź pani, wyjadę, by stosownie do tej odpowiedzi życiem pokierować.
— Nie rozumiem pytania. O jakie szczęście pan prosi mnie?
— Kocham panią. Chcę pani ręki, serca, życia.
— Za taką ofiarę należy podziękować. Dziękuję panu, ale przyjąć nie mogę ani ofiarować wzamian tego, czego pan żąda. Gdy pan się zastanowi, będzie mi pan wdzięczny za odmowę.
— I to już jest pani ostatnie słowo? Wyrok dla mnie stanowczy? Nie zostawia mi pani nadziei, nie pozwala starać się o swe serce?
— Nie, żadnych zobowiązań. Znajduję, że tak dalecy jesteśmy od siebie, tak odmiennych pojęć o tem szczęściu i życiu, że ani go sobie damy, ani iść przez życie razem nie potrafimy.
— Pani kocha innego?
— O, zupełnie innego.
— To rozstrzyga kwestję. Niechże z nim pani będzie szczęśliwa!
— Dawno już mi go życie zabrało. Ledwie majaczeje w pamięci i nie spotkamy się zapewne nigdy. Szczęście — praca, służba dla idei — im cięższe, tem milsze.
— Czy człowiek poza tem nie ma prawa mieć własnych radości i bólów, pragnień i kogoś własnego?
— Owszem, każdy to ma, aby cierpieć.
— Chociażby, ale kochać, pragnąć, marzyć, zdobywać, posiadać, bogom być równy w szczęśliwości. To każdy mieć musi, inaczej nie będzie człowiekiem, ale cieniem.
— Pan to wszystko już przeszedł, wiele razy zapewne.
— Nie, anim marzył, anim zdobywał, anim kochał. Bywałem upojony, szalony, przesycany, alem też nigdy nie cierpiał, więc nie miłość to była. W środowisku, w którem wzrosłem, jest to jedną z zabaw i rozrywek. Zapewne tem wyznaniem nie zjednam sobie pani, zresztą nie mam zasługi wyznania, gdyż pani wie o mnie, może nawet więcej i gorzej, niż było. Mniejsza, nie będę się uniewinniał i tłumaczył — i poco? Odmawia mi pani, wyjeżdżam jutro, nie będę więcej nudził i dokuczał. Proszę mi wybaczyć śmiałość! Jestem tak opętany tą mocą nieznaną, która mi zasłania wszystko, co nie jest panią, jestem rozkochany do bezpamięci, do bezczucia. Odmówiła mi pani, i nawet nie jestem w stanie cierpieć wobec szczęśliwości, że pani jest, że żyje, że mogę marzyć i śnić o pani i mówić w mej myśli wszystko, co mi piersi rozsadza, i kochać, i pieścić, i swoją nazywać, i zabrać panią z sobą wszędzie, ze swą duszą, na własność.
Szeptał głucho i gorąco, z jakiemś młodzieńczem, potężnem rozradowaniem, z siłą żywiołową uczucia, które rośnie, wszystko zalewa falą, jak morze. Sam nie wiedział, czy mówi, czy tylko myśli. Patrzał na nią rozmarzonemi oczami, a widział ją w sobie.
Dziewczyna zbladła i usunęła się, oparła o ramę okna; czuła, że musi przerwać mu, odejść, nie słuchać, że ten szept jest trucizną woli, że ta fala ją może ogarnąć, że jej straszno się robi i słabo. Zacięła zęby, bo czuła, że szczękają, jak w febrze, i przymknęła oczy, które ją paliły.
Daleko, gdzieś na drodze rozległ się dzwonek, ale oni go nie słyszeli, w czeremchowym krzaku pierwszy słowik się odezwał i urwał, od boru z każdym powiewem szły kłęby woni i dyszenia ziemi odrodzonej.
— Cierpieć, czy to nieszczęście? Mnie boli od szczęśliwości, mnie serce rozsadza, zda się, piersi, mnie głowa płonie, i ogień mam w żyłach. Powinienem cierpieć, bo mi pani odmówiła, nie mogę! Jutro odjadę, i to mi nie straszne. Żyję, świat — mój, szczęście — moje. Powtarzam sobie, że mnie pani nie kocha, ale nie słyszę tego, nie dostaje się do duszy, nie mogę odczuć, co to znaczy, nie kochać. Boże, jak ja błogosławię panią!
Misia wzdrygnęła się, rozplotła ramiona i zrobiła ruch, by zamknąć okno, ale ręka osunęła się.
— Niech pan odejdzie. Co panu! — szepnęła.
— Już pójdę — odparł, jakby we śnie, biorąc jej rękę i niosąc do ust.
Cofnęła rękę i w tej chwili posłyszeli dzwonek, już bliski, ujadanie psów, w oknie Kafarów błysnęło światło.
— Depesza — rzekła Misia.
— Po mnie! — dodał. — Pójdę, odbiorę!
Ruszył ku bramie, po chwili Misia zrównała się z nim.
W bramie wóz stanął, słychać było opędzanie się od psów i przekleństwa po żydowsku.
— To ty, Icek? Depesza? — spytała Misia.
— Telegram do panicza.
Psy poczęły się łasić. Żyd podszedł i podał kopertę, Stefan rozerwał ją, przeczytał i obojętnie wsunął do kieszeni. Potem zapłacił posłańca i rzekł do Misi po francusku:
— Od matki. Dziad mnie wzywa w ważnym interesie.
— Zatem koniec! — rzekła, idąc zwolna ku domowi.
— Czego koniec? — spytał.
Milczała.
— Jutro pan wyjeżdża?
— Tak. W każdym razie miałem wyjechać. Trzeba będzie walczyć o wyzwolenie. Zwlekałem za długo!
— I tu pan wróci na stałe?
— Nie. Tam będę pracował, zarabiał. Tu — cobym robił? Czasem, na wielkie święto przyjadę, na panią popatrzeć.
— Ja tu nie będę mogła pozostać teraz.
— Opuści pani babkę?
— Muszę i muszę jej powtórzyć dlaczego.
— Dlaczego?
— Po tem, co mi pan powiedział i po mojej odpowiedzi, czemże tu będę? A gdybym została, gdy pan oprzytomnieje, moja tu obecność krępowałaby pana. Babka mi przyzna rację, muszę się oddalić.
— I zaco? Dlaczego tak mi niechętna?! To nie minie, nie przestanę kochać pani, ale i dokuczać oświadczynami nie będę. A gdy się pani stąd oddali, znajdę panią wszędzie, by czasem popatrzeć, głos posłyszeć.
— Poco pan mówił, poco? Tu było tak dobrze, cicho. Babka nową mieć będzie zgryzotę, gdy się dowie.
— Mówiłem babce, i przepowiedziała mi odmowę pani — mówiła — żem pani nie wart. To prawda, ale powiedzieć, co czuję, musiałem.
Z za węgła domu wynurzył się Kostuś ze strzelbą w ręku.
— Co to było? To psie ujadanie i krzyki? Złodzieje?
— Depesza do mnie. Jadę jutro!
— Płaczesz, Misiu? Nie żenuj się.
— Dlaczego mam płakać! — żachnęła się.
— No, po nim. Zaręczyliście się, mam nadzieję?
— Nie mamy wcale zamiaru.
— O czemżeście gadali tyle czasu? A ja wam tak zazdrościłem! Co za cymbał z ciebie, Stefan. Jakto, nie wybaczyła ci jeszcze hrabiny?
— Nie żartuj — burknął Stefan, a Misia ruszyła szybko ku domowi.
— Misiu — zawołał za nią — wczoraj podsłuchiwałem, coście z Marynią mówiły w nocy.
Stanęła, jak wryta.
— Ja nic nie mówiłam, chyba zmyślasz. Poco mię prześladujesz, dokuczasz! — dodała prawie ze łzami. — Ach, żebym tu już nie była!
Dogonił ją, ujął za rękę, pocałował.
— Nie, nie, nic nie powiem. Nie będę dokuczał, ani żartował. Nie chcesz ani mnie, ani jego — dobrze! Zabalsamujesz się, jak Duszka, będziesz swatała moich synów. Już zgoda! No, roześmiej się. Stefan zaraz wyjeżdża, ja zostanę. Przecie z dwojga złego mnie wolisz, no powiedz? Do mnie nie masz żalu za nikogo. On sobie pojedzie, dzięki Bogu! I już odszedł, niema go. Zadręczał cię, niegodziwiec, puls, jak w zapaleniu. No, na zgodę, na przyjaźń, Misiu, siostrzyczko, dostanę buziaka?
Żachnęła się, spojrzała nań wściekle, skoczyła na ganek i zatrzasnęła drzwi za sobą.
Kostuś wrócił też do domu, Stefana nie było i, nie doczekawszy się go, zasnął.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.