Strona:Maria Rodziewiczówna - Byli i będą.djvu/189

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pić i zakąsić.
— Nie trzeba. My tylko na moment. Wróciłem, bo do swoich kątów tęskno było. Dwoje dzieci tam pochowałem, jeden wtedy przepadł. Przyszedłem po to jedno, co mi wtedy skradli, jak matkę zabili. Pamiętacie?
Bohuszewicz głową skinął.
— Oboje my katolicy byli. Dziecko błahoczynny po swojemu ochrzcił i dotąd za sługę trzyma. Byłem dziś u niego, wyłajał i wypędził. Powiada, że dziewczynę wychował i że nie odda. Ja go za opiekuna nie prosił, ani prawo miał wiarę jej gwałtem narzucić. Ja do sądu pójdę. Będziecie wy świadczyć?
— Przeciw błahoczynnemu? Nie macie to innego świadka? Ot, Adam zaświadczy. Wiecie, że ja cerkiewną ziemię dzierżawię. Nie mogę przeciw błahoczynnemu stawać. A zresztą prawda jego. Dziecko wychował, koszt miał.
Kafar bez słowa wstał, wziął czapkę i ku drzwiom się skierował. Poskoczył za nim Iwan, przytrzymał za rękaw, już w sieni.
— Powiedzcie mi, jak ojca, proszę, coście kiedyś rzekli o matce mojej, o jakichś jenisiejcach. Co to było? Jak?
— Poco to wiedzieć! Z nimi wzrosłeś, z nimi zostań. Z nimi korzystniej, bezpiecznie, wygodnie.
— Toć muszę wiedzieć. Zlitujcie się!
Stali na rynku wprost ciemnego kościoła.
— Krótka historja. Matka twoja córką organisty była. Wtedy pułk jenisiejski w miasteczku stał. Popili się jenisiejcy, napadli na wasz dom, ojciec w izbie nie był. Porwali kobietę, urodziwa była na pokaz, wywlekli w haszcze i ojciec zaduszoną znalazł rano! Dziękujże im, łapy liż, służ, masz za co!
— Jezu! — jęknął chłopak. — A ojciec co?
— Toć słyszałeś. Ojciec krośniańską, zagrabioną szlachcie ziemię trzyma i na niej zabogaciał i ot, świadczyć nie chce za tym starym, któremu i to ostatnie dzie-