Strona:Maria Rodziewiczówna - Byli i będą.djvu/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Błahoczynny zdjął swe szaty oficjalne, wychodził z djakiem, spotkali we drzwiach stanowego.
— Protokół piszcie. Ja go chować nie będę i za sto rubli. W pogaństwie skończył.
Trup leżał już na wszystko obojętny. Urzędnik począł rozpytywać obecnych, kazał przywołać żonę, nigdzie jej nie znaleziono, zaczął tedy coś szeptać z doktorem, i wyszli do sąsiedniej izby. Mieszczanie i gapie wysunęli się cichaczem, bojąc się zamieszania w sprawę. Krośniańcy, Kafar i Iwan poczęli nieboszczyka do trumny ubierać. Po chwili stanowy zawołał Iwana.
— Słuchajno, chcesz sprawy z macochą? Chcesz, żeby trupa przed śledztwem rżnęli, ją zesłali w katorgi? Albo chcesz, żeby wszystko było cicho?
Chłopak się zawahał, zląkł się, spojrzał na doktora.
— Ojciec twój w ostatnich momentach był już nieprzytomny — rzekł doktór.
— Mnie o moje nie chodzi. O macosze milczeć będę, co słuszne jej oddam, ale córkę Feliksa niech błahoczynny odda.
— A tamci będą milczeć?
— Ja radzę, żeby nie było sprawy, radzę, żeby milczeli. Dla ich i twojego dobra radzę — z naciskiem rzekł prystaw.
Iwan wyszedł i po długiej chwili wrócił.
— Jeśli córka wróci do Feliksa, będziemy wszyscy milczeć.
— Jutro będzie u ojca, a wy tu wejdźcie podpisać protokół.
Zaczęli pisać z doktorem, skończywszy, obejrzał się. Stali dwaj starzy Krośniańscy i Iwan, czekali w ponurem milczeniu.
— Kto więcej był? Mieszczanie? Kowal?
— Nie widzieli my — odparli starzy.
— Błahoczynny był — rzekł Iwan — macocha.
— Nu, mniejsza. Wystarczy tych dwóch! — przerwał prystaw i począł czytać krótki urzędowy raport. —