Strona:Maria Rodziewiczówna - Byli i będą.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Śmierć była naturalna, konający był nieprzytomny, mówił bez związku, podejrzeń o nagły zgon nie było na nikogo.
— Nu, podpisujcie! — krzyknął skończywszy.
Ruszył się stary Adam, szukając okularów w kapocie, gdy wtem w głębi domu powstał hałas, pisk, jęk, skamlanie i wpadła garbata dziewczyna, przyrodnia siostra Iwana.
— Mamasza, mamasza! — piszczała przeraźliwie.
— Co tam? Co się stało? — krzyknął urzędnik.
— Mamasza na świronku! Wisi, nieżywa!
Porwali się wszyscy, na podwórzu już migały światła, gromadzili się ludzie i rozległ się stłumiony gwar.
Gdy prystaw, rozpychając gapiów, wpadł do świronka, ujrzał kobietę, wiszącą na sznurze o cal od ziemi.
— Noża! Doktorze! — krzyknął.
Ktoś przyskoczył, przeciął sznur, ciało osunęło się na ziemię, doktór się pochylił, przyklęknął, badał chwilę i powstał, ocierając ręce.
— Już zimna. Pewnie przed godziną się to stało.
— Skatina! — mruknął prystaw. — Narobiła nam śledztwa i pisaniny. Na nic protokół.
Odwrócił się i rozpędził gapiów.
Kowal Kafar podpisać protokółu nie zechciał.
— Gdy o mnie prystaw spyta, powiedz, że podpiszę, jeśli i błahoczynny podpisze. Feliksowi o córkę chodzi, wam z władzą zadzierać nie wypada. Ja człowiek bez tutejszych praw, nikogo się nie boję. A milczeć będę, bo i poco mówić. Nie wróci szlachta do ziemi, z Sybiru i z grobu, nie zwrócą kościoła, a temu, co w ostatniej chwili grzechy wyznał, niech Bóg będzie miłosierny.
Dopomógł złożyć ciało na tapczanie, pacierz zmówił i poszedł do domu.
Poszeptali z żoną długo i nie zasnęli już tej nocy, wzburzeni i stare dzieje wspominający.
Raniutko Wikcia pobiegła na miasto i przyniosła wieść o samobójstwie Tekli. Zapłakana była i przejęta.