Bogowie Germanji/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Andrzej Strug
Tytuł Bogowie Germanji
Pochodzenie trylogia Żółty krzyż
tom II
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1933
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct, Sp. Akc.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

V

Dr. Ossian Helm w czasie ofensywy wiosennej zapadł w stan głębokiego zamącenia psychicznego, graniczącego z obłędem. Z zapamiętaniem pogrążał się w mapach, w komunikatach, chwytał wieści, plotki, nadzwyczajne dodatki gazet. Zaczął chodzić po kawiarniach i przy kuflu nędznego piwa wojennego spierał się z nieznajomymi ludźmi o każdy ruch nacierających armij. Wobec zakamieniałych fachowych profanów, wiecznie podejrzliwych gadułów i innych piwoszów z miasta Mannheimu i Ludwigshafen bronił gorąco nowej taktyki Ludendorffa. Zasępił się dopiero pod koniec walk, gdy się stało oczywistem, że za tym razem zwycięskie armje niemieckie nie osiągną już ani Boulogne — Calais, ani Paryża. Liczył jeszcze na Amiens, gdzie krzyżują się drogi, wiodące do serca Francji. Ale po paru dniach musiał zrezygnować i z Amiens i przegrawszy wszystkie swoje tezy strategiczne zmartwiony i upokorzony nie pokazał się więcej w Rathauskeller ani w Café Rheingold.
Wówczas dopiero oprzytomniał.
Nagle obudził się jak ze snu, zdumiony, w najgłębszem przerażeniu... Wydarł się z innego wymiaru świata. Odzyskał z powrotem i poznał siebie samego, gdy przez szereg niepoczytalnych dni tkwił jak uwięziony przemocą w nieswojej postaci, z cudzemi myślami, z obcą duszą. Ocknienie trwało przez jedną sekundę, ale jej dzieje były długie i okropne.
Tonął w ciężkiem zamroczeniu i z rozpaczliwym trudem dźwigał się ku swemu człowieczeństwu, ku jasności rozumienia. Zaznał męki obłąkanego, który budzi się na chwilę i dopiero postrzega kim jest, gdzie jest i co się z nim dzieje. Ważyły się w jego skołatanej głowie omamienie i prawda. Dzikim wzrokiem rozglądał się dokoła, chciał krzyczeć, wołać ratunku, pytać ludzi, sprawdzić natychmiast — co jest? Czego niema?
Jakiś instynkt, jakiś strach nakazywały mu milczeć, ścierpieć w sobie wszystko i jeszcze — jeszcze, na miłosierdzie boskie, — zaczekać! Snać nie zupełnie się jeszcze obudził, ze snu wpadł w inny sen.
Było to rozdarcie osobowości, dwaj ludzie walczyli ze sobą jakby w ciasnocie, zamknięci w jednej skorupie. Spierali się, a każdy zajadle bronił siebie. Przytaczali niezliczone argumenty, pienili się w zawziętości, wreszcie wzięli się za bary i zawrzała walka wręcz. Patrzało na to spokojnie gipsowe popiersie Goethego z szafy bibljotecznej, patrzeli ze ściany nad biurkiem cesarz z cesarzową. To jeden przemagał, to drugi. Wreszcie powalił Francuz Niemca, przygniótł go i resztą sił dusił — aż go zdusił na śmierć. W tej chwili znikł obywatel Stanów Zjednoczonych, niemiecki patryota, doktór chemji Ossian Helm, który przybył zza oceanu służyć swoją wiedzą ojczyźnie.
Claude długo odpoczywał, jęcząc z wyczerpania. Jeszcze raz oblał się zimnym potem, jeszcze raz poczuł każdy swój włos na głowie i mróz w czaszce — na samą myśl, że obłęd może się powtórzyć. Wstał z pościeli, przeszedł się parę razy po pokoju, wypił parę szklanek wody, zamyślił się, jeszcze raz się przeraził, wreszcie zasiadł przy biurku i bezwładną, drgającą ręką zaczął pisać.
— W pełni świadomości stwierdzam raz na zawsze, że wiem kim jestem i nadal o każdej porze pomny na to będę. Nazywam się Claude Déspaix, a jestem kapitanem armji francuskiej, odkomenderowanym przez II-gi oddział Ministerstwa Wojny na front wywiadowczy w Niemczech w dziedzinie broni chemicznej za dokumentami i pod imieniem dr. Ossiana Helma. Kategoryczna instrukcja, którą otrzymałem, i zbyt pilne jej przestrzeganie tudzież nadmierne przejęcie się moją rolą sprawiły, że zapadłem na przelotne zamącenie świadomości i zapomniałem o sobie prawdziwym, istotnym i jedynie możliwym. Wierzę głęboko i wiem, że nie powtórzy się ze mną nic podobnego, ale na wszelki wypadek w razie ponownego popadnięcia w podobny stan już nie na cały tydzień, ale bodaj na jedną godzinę, postanawiam nieodwołalnie skończyć ze sobą natychmiast po dojściu do przytomności.
Dokument ten podpisał imieniem i nazwiskiem, postawił datę. Wielokrotnie odczytał swoje pismo, wyrecytował je głośno i uczuł wielką ulgę.
Nie wiedział, że ratuje się tak samo, jak nieszczęsny obłąkany, zatracony w szpitalu, gdy spostrzeże w sobie promyk świadomości i usiłuje go zatrzymać w sobie i umocnić.
Nie zapamiętał wielu momentów, godzin, dni ze swoich osobliwych dziejów na tej ziemi niemieckiej. Nie policzył nastrojów, zamąceń, snów na jawie. Jakże lekko wdawał się w miłe rozigranie wyobraźni, zabawiał się fantastycznością swojego nowego bytu... Bez trudu, bez przymusu, nie dla nieprzyjaciela, ale wobec samego siebie przedzierzgał się w swego sobowtóra, myślał i czuł jak prawy Niemiec dr. Ossian Helm, żeby po chwili porzucić go i wrócić do siebie. Lubował się swojem mistrzostwem, nazywał to zaprawą treningową w nowym ciekawym sporcie szpiegowskim.
A Rita?
Czyż nie była ona żyjącą fantasmagorją, zamąconem wspomnieniem sennego widziadła, melodją niepewną, ledwie dosłyszalną? Od niej szło tchnienie tragicznej ekstazy, ona to zabijała w nim rzeczywistość. Zatruła go nazawsze swym chorym urokiem istoty niepewnej otaczającego ją świata i niepewnej własnego swego istnienia. Czyż wobec niej mógł być sobą, podstępnym szpiegiem wiecznie kłamiącym, nienawistnym wrogiem, Francuzem? Gdy z nią przestawał musiał być i był wówczas prawdziwie jeno tym, za którego go miała, synem jej rasy, Ossianem Helmem, Niemcem.
Całą istotą swoją wciągnął się w tę rolę, albowiem nie mógł kłamać przed Ritą. I jeżeli popadnie w obłęd, to przez nią. Niechże będzie błogosławioną...

Po godzinie już opanował się i rozumował o sobie objektywnie, skłonny był brać lekko całe zajście. Chwilami nawet usiłował się uśmiechnąć, ale wypadało to jakoś fałszywie, jakgdyby te półuśmieszki przeznaczone były dla kogoś obcego, który go tajemnie podglądał.
Teraz należało jeszcze spalić arcyniebezpieczny świstek papieru i zająć się swojemi sprawami. Właściwie miał tylko jedną jedyną...
Dzwonek. Poznał za drzwiami głos profesora. Zdumiony tym zaszczytem wypadł powitać znakomitego gościa. Profesor Wager był zmieszany i nadrabiał gadatliwością.
— Przechodziłem koło pańskiego domu więc wpadłem na chwilę. Od dawien dawna winienem panu rewizytę. Sporo czasu nie widzieliśmy się, przeżyliśmy epokowe wydarzenia... Lwi skok Ludendorffa otworzył wielką, ostateczną kampanję wiosenną. Niebawem po umocnieniu się na osiągniętych pozycjach i przegrupowaniu sił nastąpi nowy cios w samo serce wroga i daj Boże — koniec. Poczciwi ludziska spodziewali się, że już za tym razem będziemy w Paryżu, stąd po uroczystych obchodach zwycięstwa zaraz powrócił upadek ducha... Tak, tak, straszliwie jesteśmy znużeni, zgnębieni do ostatka — zresztą nasze straty są tak niewypowdedzianie ciężkie... Nic nie mam do roboty, wojna już nie potrzebuje starego Wagera, więc czytam sobie gazety, jak emeryt rozczytuję się i doprawdy ogarnia zdumienie, jak my przetrwaliśmy te lata i jak możemy znosić to co jest... Nędza, głód. Wymieramy na niesłychane, niezbadane choroby, szerzy się psychoza, wszędzie pełno manjaków, ludzie dziczeją, wdowy po bohaterach nurzają się w rozpuście, niesłychane pijaństwo, kokaina... Masa się burzy, niema dnia, żeby gdzieś nie wybuchały strajki, rozruchy, bunty głodowe... A na wszystkich klęskach, na każdej nędzy zarabia i bogaci się zawrotnie zbrodniarz bez czci i wiary, paskarz i szmugierz wojenny, szachraj i bandyta i siłą pieniądza już urasta w powagę, stanowi nową klasę społeczną... Gdy na to patrzę, ja stary gaziarz, dopuszczam chwilami hipotezę nie tyle naukową, ile poniekąd mistyczną, że nieprzyjaciel przez swoich szpiegów, których ma u nas grasować nieobliczalne mnóstwo, zatruwa nam powietrze jakąś nieuchwytną szatańską substancją, która poraża duszę, wytwarza szaleństwo... A jednak — czyż to nie cud — pomimo wszystko nasza armja stoi mocno, opiera się całemu światu i zwycięża. Wielki jest naród niemiecki!
Nie widzieli się od dwóch tygodni. Profesor zmizerniał, przygarbił się i postarzał, w jego spojrzeniu zaskrzepła troska. Claude chciał zapytać o Ritę, ale nie śmiał. Zaczął o dalszych pracach doświadczalnych, pytał czy tam u góry zapadły jakie decyzje?
— Zostało, jak było. Ja się już nie będę upominać. Przegrałem sprawę, oby cały naród nie odpokutował za to! Moja koncepcja oszczędziłaby nam dużo czasu i dużo krwi niemieckiej... To już przepadło — niema o czem gadać.
— A my?
— Tak zwane „Wagershölle“? Będę nadal bronił etatu moich pracowni i naszych kilkunastu ludzi, choć nie mam dla panów żadnych zadań. Oby mi się udało jaknajdłużej uchronić od frontu tę garść wybranych młodych sił naukowych. Nasza wiedza, w szczególności chemja czysta i niemniej techniczha poniosły już wielkie straty. Trzeba coś zachować na przyszłość. Ale lada dzień wkroczy władza wojskowa i zabierze mi kwiat wiedzy niemieckiej na mięso armatnie.
Claude był rażony myślą, że i on może się znaleźć na froncie. Jeszcze tego brakowało... Czyż w jego dziwnych kolejach losu mogło być coś bardziej fantastycznego?
I w jego mózgu, wstrząśniętym dopiero co tak okropnie, zalęgło się na nowo coś w rodzaju zwątpienia o sobie. Ossian Helm nie poto przybył zza oceanu do starej ojczyzny, żeby się wahać, gdy trzeba nadstawić głowy na froncie. Ossian Helm nie będzie się zasłaniać swojem obywatelstwem amerykańskiem. Pójdzie i gdy będzie trzeba, zginie jak bohater.
Cóż się stanie wówczas z kapitanem Dépaix?
...Widzi go w głębokim hełmie niemieckim, w szarozielonym płaszczu, a na pasie klamra z orłem cesarskim i z napisem „Gott mit uns“...
...Zagubiony w masie bataljonu nie czuje siebie, jest bezimienną cząstką zbiorowiska i nie odpowiada za nic. Kryje się w głębokim okopie i mierzy przez wąską strzelnicę do niewiadomego wroga...
...Wyją nad nim przelatujące pociski, grzmią wybuchy, kiedyż i on nareszcie zajęknie i padnie?...
...Ale gdy nastąpi ów dzień i trzeba będzie pójść do ataku z nożem, z granatami w rozproszonym szyku... Gdy przebiegnie ogień zaporowy, gdy przejdzie cało druty i doły i dosięgnie nareszcie wroga? W ciasnocie chodnika? Oko w oko? Sam na sam?
...Czy znajdzie w sobie dość siły obłędu, by pchnąć w błękitny mundur bagnetem lub nożem? Nagle znikła zmora, tłocząca mózg, w jednej chwili zapomniane zostało tamto. Profesor mówi zająkliwym głosem, patrzy nań błagającemi oczami, zmieszany — prosi.
— Niepodobna się na nią obrażać... Panie doktorze, cóż ona winna? Nie wytrzymała wojny, jest zniszczona, zamordowana. Ona potrzebuje litości, ciepła, przyjaźni. Ja jestem za stary i sam zgnębiony, kogóż ona tu ma? Nikogo. W samotności dziwaczeje. Z dnia na dzień coraz dalej odchodzi od rzeczy z tego świata. Niech ją pan ratuje... Pan jest jedynym człowiekiem, z którym lubiła przestawać... Pan jej uratował życie... O mało pan nie zginął, broniąc jej przed nią samą, a teraz obraza o jakieś niepoczytalne słowo?
— Ależ, panie profesorze, na Boga, co za obraza? Jak można... Miałem sobie za najwyższy zaszczyt i — że tak powiem — szczęście... Cóż, spostrzegłem, że jestem natrętny...
— Pan tego nie mógł zauważyć... Owszem... To ona w złej chwili wyrwała się z jakiemś głupstwem i teraz gorzko żałuje...
— Pani baronowa?!
— Tak jest! Ale, doktorze, pod największym sekretem — przecież właściwie to ona mnie tu przysłała.

Zaczęło się po dawnemu. Wróciło słodkie omamienie szczęścia chwili, szczęścia godziny. Ustał bieg czasu, nie było dnia wczorajszego, nie czyhało jutro zawsze niepewne, groźne dla tego co jest. Jak dawniej istniały tylko godziny, spędzane z Ritą, reszta była pustym martwym snem. Claude nie pytał więcej kim jest, ustały niepewności rozdarcia. Pod jej czarem stawał się nowym człowiekiem, kimś trzecim, który był prawdziwy i ostateczny, a o tamtych zapominał, zapominał — aż wreszcie zapomniał.
Po przerwie dwóch tygodni przyjęty był zwyczajnie, jak zawsze, bez zmieszania, bez zdziwienia, jak gdyby nic między nimi nie zaszło. Claude odraza spostrzegł w niej zmiany. Oczy Rity stały się jeszcze bardziej wdał patrzące i nie widziały zda się niczego, eo było bliskie i rzeczywiste, ale na ustach błąkał się wątły pół uśmiech i ożywiał jej twarz tajemniczym blaskiem. Jak gdyby nareszcie coś w sobie odgadła i ukrywała tę nowinę, jakąś dobrą wieść. Była uprzejma, niemal dobra.
— Wie pan? Odnowiłam dawną przyjaźń z Szopenem i wspominam z nim dobre stare czasy. Wszak to on pierwszy wciągnął mnie w świat muzyki! Później zagłuszyła mi go ojczyźniana niemieckość, w niej na długo zaprzepaściłam się cała, po manjacku. Teraz z Szopenem jakbym się odnowiła, odmłodniałam. Z nim to tak jak — powiedzmy — w, brzydki zimowy dzień, gdy niema nawet śniegu, jest pochmurno, ostry wiatr wyje i wszystko jest ogołocone, puste, nudne — nagle staje się cud. W jednej chwili zaleje, zapełni świat rozkoszne ciepło, drzewa, ziemia, okrywają się zielenią, zaśmieją się barwami kwiaty, na błękicie nieba zawisną białe okrągłe obłoki... Czy spokój, czy tęskna zaduma, czy smutek — w nim zawsze jest dobra wiośniana nadzieja, słodycz. Potężna jest nasza muzyka, ale jej mądrość jest jakaś ponura, za ciężka... Nieprawdaż?
— Pani Rito, każdy autor, każda partytura inaczej nam brzmią za każdym razem, gdy zmieni się coś w nas samych. A co do Szopena, to, doprawdy, nie wiem. Mówiąc otwarcie, za mało go znam.
— Ja pana z nim zaprzyjaźnię! Musi go pan odkryć w sobie i pokochać. Będziemy dużo, dużo, grali.
Codzień koło południa Claude przychodził do willi „Zyglinda“, był na obiedzie i zostawał do późnego wieczora. Coraz głębiej pogrążał się w opętaniu i w niem się umacniał. Nareszcie wiedział że istnieje i poco żyje? Urodził się z takiem właśnie nie innem przeznaczeniem i to co było przed Ritą stało się zrozumiałem jeno jako wstęp, który mu zabrał coprawda czterdzieści lat, ale już przeminął, więc najlepiej zapomnieć o nim.
Poco człowiek żyje? To pytanie zostanie wiecznie nierozwiązalne, ale byt ludzki nie może być czyimś złośliwym żartem, ani majakiem, który się przyśnił Bogu czy djabłu, ani jakąś kosmiczną pomyłką, ani prostym absurdem. Dla samego siebie Claude już wiedział poco żyje, a każdy inny niech to zgaduje i rozstrzyga jak mu się spodoba. Ludzkość? Co go ona obchodzi?
Wojna? A może ta cała wojna światowa, potworny obłęd, który ogarnął narody... Miljony i miljony trupów... I to, co ją wywołało, sploty zjawisk, przypadki, zbrodnie... I te dalsze nieprzebrane i nieprzewidziane przewroty i klęski, które już po niej będą się wlokły przez pokolenia... Dlaczego nie? Niech mu kto dowiedzie, że w mgławicowym chaosie wszechświata nie wydarzyło się to jedynie poto, by on spotkał w swojem życiu Ritę? Wszak inaczej nie wiedzieliby o sobie nawzajem...
Nawzajem... Do niedawna nawet przelotnie nie zamarzył, żeby i ona zwróciła nań uwagę bodaj jako na przyjaciela, a cóż dopiero... On jeden znał bezmiar swego uwielbienia i jego prawdziwą postać. Rita nie była rzeczywistością, kobietą z krwi i ciała, człowiekiem, Rita była cudem, wyśnieniem na jawie, niemożliwem do ziemskiego ujęcia.
Ale już po paru dniach od wznowienia ich stosunków, postrzegł w zachwycie, który miał w sobie coś z przerażenia, że Rita wita go inaczej, że nie zapomina o jego obecności, że zwraca się doń bezpośrednio, a nie odzywa się sama do siebie lub kędyś w przestrzeń. Ta odmiana, widoczna w wielu nieznacznych szczegółach, zdradzała się głównie w rzeczach nieuchwytnych, ledwie dostrzegalnych dla wysubtelnionego odczucia. Claude zaczynał wierzyć, że ona wie i myśli o nim nawet wówczas, gdy jego przy niej niema. To niesłychane odkrycie przejęło go błogością, wzruszyło do łez. Bolało gć szczęście, zaskoczyło go niespodziewanie, było nazbyt ogromne.
To też, gdy przyniósł je do domu i upajał się niem w ekstatycznem rozpamiętywaniu, w pewnej chwili nagle ochłonął... Choćby o nim wiedziała, choćby nawet przemknął się czasami w jej samotnych myślach... Cóż z tego? Poprostu przychodzi do zdrowia, do równowagi umysłowej i dzięki Bogu staje się normalną. Zachowuje się z nim zwyczajnie, jak każdy z każdym...
— A tybyś chciał?...
— Nie chcę niczego! Niczego — niczego...
Rita zwierzyła mu się, że zaczęła pisywać do męża, który, „jak ją powiadomiono“ znajduje się w Anglji, w obozie jeńców. Choć zawsze miała tajemne przeświadczenie, że Fell nie zginął, nie mogła się przymusić, żeby pisać na ślepo. Dopiero gdy się dowiedziała napewno...
— Pani baronowo, taka radość! Czemuż mi pani nic nie mówiła? Ani pan profesor?
— Ojciec nie może o tem wiedzieć! To tajemnica — panu jednemu ją powierzam. Muszę się z kimś podzielić mojem szczęściem...
Opowiadała głosem przyciszonym o ciężkich kolejach, które Fell musiał wycierpieć, zanim się dostał do obozu jeńców w północnej Szkocji. Był ciężko chory z przemarznięcia w lodowatej listopadowej wodzie. Sprawdziło się wszystko, co opowiadał ten Gebeschuss, oczywiście Fell ratował się ostatni. Teraz odpoczywa, przychodzi do siebie, ale niegodni Anglicy nie pozwalają mu pisywać listów.
— Wiem, że on tam nie usiedzi do końca wojny, będzie próbował ucieczki. O to się boję... Wiem, że to bardzo trudno, ale gdyby się tylko wykradł poza druty, to już da sobie rady. Doskonale mówi po angielsku i w paru południowo-wschodnich portach miał dobrych starych znajomych agentów handlowych i armatorów, różnych Szwedów, Holendrów, w Hull, w Sunderland, w Harwich... Ci mu wszystko ułatwią, bo kto bodaj raz go widział, musi go polubić. Żegluga teraz jest bardzo ograniczona, ale przecież okręty wychodzą co pewien czas z tych portów, neutralni robią wspaniale interesy... Razem z nim uratował się i jest teraz w obozie drugi oficer z U.C. 17, Fred Hasshagen. We dwóch nie zginą. Nie ma pan pojęcia, co to za dzielny człowiek, ten Fred. Spryciarz i prawdziwy morowiec.
Urwała, zasępiła się, opadło podniecenie, z jakiem snuła swoją opowieść. Badała Claude’a zatroskanem spojrzeniem. Złożyła ręce błagalnie.
— Panie Helm... Prawda, pan nikomu nie wspomni nawet o tem? Pan mi to zaprzysięgnie? Ach, nie powinnam była tego opowiadać... Cóż, nie mogę utrzymać w sobie tych niesłychanych nowin, nerwy mam biedne, słabe...
— Pani baronowo, jestem bardzo wzruszony jej zaufaniem... Doprawdy, dziękuję z głębi serca...
— Niech mi pan natychmiast zaprzysięgnie tajemnicę!
— Przysięgam!
— Niech mi pan poda obie ręce...
Claude ujął jej ręce, były miękkie, suche, ciepłe. Stała z pochyloną głową, pasmo rudawych włosów opadło i zasłoniło jej twarz. Claude zamarł bez ruchu, bez myśli. Przenikał go coraz głębiej żal, ten niemy, serdeczny, bezradny. Ręce zaczęły mu drżeć i wnet poczuł, że zadrgały palce Rity. Z tem drgnieniem nawiązał się między nimi jakiś łączący prąd porozumienia w sprawach niewiarogodnych, niewypowiedzianych. Są one jeszcze ciemne, strasznie pogmatwane, ale gdzieś daleko, gdzieś w głębinie już świta jakiś pierwszy przedblask widzenia i o nich wiedzy. Może rozjaśnią się i stworzą z niczego nowy świat, w którym naraz w pewnej chwili ockną się i utoną we własnem niezaznanem istnieniu, niepojętem dla reszty ludzi? Może ogarnie ich głuchy mrok i pogrzebie razem, nazawsze?
Claude starał się pohamować drżenie rąk, ale nie mógł zapanować nad Ritą. Zaczęła dygotać cała i coraz mocniej zaciskała jego ręce.
Powoli wznosiła głowę. Poprzez pasemka włosów spojrzała mu prosto w oczy — zapatrzyła się. Czy go widziała? Ale odgadł w głębi jej oczu, zatopionych w nieznanem, w zmienionych rysach twarzy, w ustach drgających nieutulone nieszczęście tej duszy i zmierzył jej głębię. Wyczytał nieśmiałą, błagalną prośbę. Tak samo prosi dziecko nędzarki, chore, nierozumne, czując swój koniec. Prosi oczami zasnutemi gorączką, o rzecz niemożliwą, o piękną sukienkę, o wspaniałą lalkę, którą oglądało kiedyś przez szybę bogatego sklepu. Ale on spełni tajemne pragnienie Rity. Choćby się miał zatracić zeszczętem i zginąć w niezgłębionej topieli obłędu.
Poznała to i cień uśmiechu przesunął się przez jej usta.
— Pan zaprzysiągł tajemnicę... Proszę o tem pamiętać...
— Będę pamiętał.
— Proszę się nigdy nie zapomnieć przy mnie...
Proszę mnie nigdy o „to“ nie pytać... Niech mi pan wierzy — i na tem dość. Dobrze?
— Ja pani wierzę.
— Pan myśli, że ojciecby mi uwierzył? Za nic! On na to zbyt uczony i nie ma żadnej wyobraźni. Przed nim, tak dobrym i kochanym, musimy się bardzo strzec. Niech się, bron Boże, niczego nie domyśli. Wie pan, co onby zrobił?
Zbliżyła się tak, że włosami musnęła go po twarzy, i mówiła spłoszonym, zdyszanym szeptem.
— Onby mi tu znowu sprowadzał doktorów... Nasz tutejszy stary radca Schichau jeszcze ujdzie i właściwie się nie liczy, ale bywali u mnie i inni... Najgorszy to ten z Kolonji, dr. Huldermann z oczami inkwizytora. Gdy ten spojrzy na mnie, odrazu mąci mi się w myślach, robię się zła... Bardzo lubi mnie męczyć, to jest prawdziwy kat... Zamyka się ze mną na konsultację i prowadzi szpiegowską rozmowę, zapuszcza mi w mózg ostry świder, aż mi się coś pruje w czaszce... Okropny człowiek!... Na dobitkę każe mi chodzić z wizytami i przyjmować gości, a zabrania mi grać...

W tajnej pracowni przy zakładach „Badische Anilin und Soda Fabrikation“ w tak zwanem przez chemików Piekle Wagera — Wagershölle — zastój doszedł do tego stopnia, że profesorowie — teoretycy i inżynierowie-technicy zupełnie przestali przychodzić nawet na papierosa i na wymianę codziennych plotek. Personel pomocniczy oraz laboranci zjawiali się jeszcze potrosze z poczucia przyzwoitości i z nudów, a głównie ze strachu, by któryś z agentów wyższej miary, z kategorji tych, którzy uwijają się po kraju, czuwając nad prawidłowością działania wszelkich funkcyj życia narodowego, nie spostrzegli tego próżniactwa. Gdy to zostanie stwierdzone, policzone będą ich dni spokoju i ludzkiego istnienia. Zjawi się z odnośnym papierem bylejaki kapitan bez oka lub porucznik z pustym rękawem i wnet potworna machina armji chwyci ich w swoje stalowe zęby, rozmiecie po okręgach właściwych korpusów i prędzej niż później wtłoczy ich w szeregi jakiejś kompanji, zawagonuje, wywiezie precz i pewnego dnia wyżenie ich los w szczere pole, gdzie w zamieci pocisków wyje śmierć. Epokowe zwycięstwo zdziesiątkowało szeregi stojące w polu, a choć straszliwie ścisłą cyfrę strat znał tylko Bóg w niebie, a do pewnego stopnia i generał Ludendorff w Głównej Kwaterze, to jednak ci spokojni, prości ludzie byli pod złym urokiem niemylnej legendy, która zgrozą powiała przez niemieckie krainy. Było jasne, że muszą być wypełnione niesłychane szczerby, wybite w szeregach przez tak wielki tryumf nad nieprzyjacielem. Na miejsce trupów i rannych muszą stanąć żywi i zdrowi, których nieobecność na placu boju nie jest należycie usprawiedliwioną przez najpilniejsze konieczności życia państwowego i przez potrzeby frontu.
Gdzie ich było szukać o tej porze? Będą brać starych, ułomnych, słabych, z których żadna mustra, ani żadna propaganda nie zrobią nigdy żołnierzy, zdolnych do trudów wojny i przydatnych w boju, i tyle, że zdołają posłusznie nadstawić się pod kule i zginąć. Nadzwyczajne lotne komisje wykryją szczęśliwców, którzy pod ważkiemi, mądrze obmyślonemi pozorami za osłoną potężnych protekcyj aż do dzisiaj uniknęli frontu. Naprawione będą wszystkie przeoczenia w spisach, jeszcze raz przesiani, przetrząśnięci będą wszyscy. Fabryki zaczną się ogałacać z robotników, pola z oraczy, choć i ci, co są, ledwie nastarczają, żeby życie narodu tliło się bodaj resztkami. Straszni komisarze trafią rychło i do wybrańców losu, arcykapłanów wiedzy tajemnej, a cóż dopiero do tych, co im posługują przy mistycznych obrzędach. Kiedy strwożona ich delegacja powróciła od samego pana tajnego radcy, profesora Wagera, który im oznajmił, że pracownia doświadczalna, po spełnieniu wszystkich swych zadań, znajduje się w likwidacji, a zarazem dodał krótko pokrzepiającą nowinę, że jest wojna, a zatem każdy Niemiec... i tak dalej — więc i ci, najzupełniej zabezpieczeni i szczególniej uprzywilejowani funkcjonariusze „Wagershölle“, zaczęli oglądać się za jakimś przecie ratunkiem. Ciążyło, dolegało im zdrowie, ten najdroższy skarb człowieka, więc głodzili się, pili ocet, wyniszczali się bezsennością, wreszcie zdobywali sekretne adresy i chodzili po mądrych kryminalnych znachorach, których wyhodowała wojna. Jak wielu innych, truli się proszkami, kroplami, kwasami, utrzymywali się w sztucznej gorączce, połykali igły, udręczali serce, nabywali kolek, okrywali się wrzodami, a poniektóry, bardziej gorliwy, mniej szczęśliwy, z tej udanej choroby umierał naprawdę, nie doczekawszy się orzeczenia straszliwej komisji.
I znowu zdarzały się chwile, gdy Claude zapominał się i wzruszał się do głębi cierpieniami wroga. Podstępem zakradał się weń doktór Ossian Helm i rządził się po swojemu, bolał i trapił się, jak przystało na Niemca w ciężkiej dobie skołatanej ojczyzny. W jego opętaniu przez Ritę świat zewnętrzny roztaczał się przed nim jak w przyćmionem świetle, jak przez lekką zasłonę i to, co się koło niego działo, nie miało doń bezpośredniego dostępu, jednak w życiu codziennem obracał się między ludźmi, chodził ulicami dużego miasta, przerzucał gazety, o jego uszy obijały się nowiny, rozmowy, wyrzekania, żale, nadzieje. Nie zawsze umiał się obronić od zadumy nad tem i wówczas nie dostrzegał nawet, że jego pojęcia i jego myśli układają się w słowa i zwroty obcego języka. Gdy niekiedy chwytał się na tem uśmiechał się i mijał to lekko. Teraz, gdy odzyskał Ritę, nie miało to dawnej grozy.
Pogrążony w mistyce swego uwielbienia zatracał stopniowo żywą łączność z poczuciem prostej prawdy o tem co jest. Wyrobił sobie niebezpieczny przywilej — realizm świata zjawisk nie obowiązywał go całkowicie i bezwzględnie. Otaczała go leniwa dowolność, marzycielskie zagmatwanie rzeczy prostych, uwodził go kuszący urok powątpiewania o zjawiskach niezłomnej rzeczywistości. Szedł za Ritą.
Chciał zespolić się z nią całkowicie i bez strachu zapuścił się w krainę złudy. Z początku pamiętał, że opiekuje się chorą, i wierząc w jej urojenia udaje. Zaciekawiała go moc jej wyobraźni, śledził zawiłe, niedocieczone drogi, któremi zjawy czystego zmyślenia przechodzą w jej mózgu w rzeczywistość. Słuchał gdy opowiadała swoje dziwy i dziwolągi i nigdy nie zaprzeczył, nawet nie okazał zdziwienia. Niebawem wplótł się sam w tok jej myślenia i godzinami mógł przebywać z nią w bezkresach nieistniejącego świata, a gdy ją żegnał i wychodził — budził się. Czasami, zresztą, niezupełnie.

— Wczoraj o zmierzchu wypędziło mnie coś z domu, nie mogłam usiedzieć, przenosiłam się z pokoju do pokoju, wreszcie, nie mogąc dać sobie rady... A pan, jak na złość, nie przychodził... Więc poszłam do ojca, zajrzałam — siedzi przy lampie, trzyma jakieś papierki i płacze... Nie spostrzegł mnie. Powinnam była zapytać go, co mu jest, pocieszyć, utulić... Zła ze mnie córka, ten płacz mnie właśnie odtrącił, ulękłam się czegoś, uciekłam... Na dworze ciemno, wiatr, na moście tak zadęło, że szłam trzymając się balustrady... Błąkałam się bez celu jak obca... Może zajść do sklepu, kupić cośkolwiek? Może wstąpić do kościoła? Ale kościoły o tej porze zamknięte. Od dawien dawna, ach od grudnia zeszłego roku nie byłam u nikogo ze znajomych — a nuż pójść na chwilę do Steindorffów, tam zawsze tak spokojnie, patryarchalnie nudno, ale obaj chłopcy bardzo mili, lubiłam ich zawsze. Cóż, poszłam Smutno mi się zrobiło, zapalali latarnie, ale miasto teraz tak słabo oświetlone... Uczyniło się jakoś ponuro...
Mało ludzi, ale w pewnym momencie zaczęłam spostrzegać, że mijają mnie jacyś bardzo dziwni żołnierze... Z pozoru nic nadzwyczajnego, starsi młodsi, rozmaici, ale w każdym z nich poznawałam to samo... Co? Nie umiałabym powiedzieć dość, że byli zupełnie odmienni od reszty żołnierzy którzy wałęsali się po ulicy... Tych osobliwych spotykało się rzadko, ale od chwili gdy mnie to zaczęło zastanawiać naliczyłam ich coś koło dziesięciu... Dopiero wtenczas domyśliłam się, że poznaję ich po tem, że zupełnie nie było słychać ich kroków przechodzili bez szmeru, jak koty, jak cienie, a mieli przecież na sobie grube okute buty.
Zaczęłam przystawać, oglądać się — dziwne rzeczy! Niektórzy szli w moją stronę, wyprzedzali mnie... Naliczyłam właśnie już siedemnastu gdy nagle w następnym, w tym osiemnastym idącym bez szmeru, poznaję młodszego Steindorffa — już mnie mija... Zatrzymałam go, ale jakże się spytać dlaczego nie słychać jego kroków? Niepodobna, mogłam mieć takie swoje chwilowe przywidzenie.. Ale on naprawdę był już osiemnasty.
— Serwus, Ernst! Idę właśnie do państwa. Nie wiedziałam, że i ciebie już wzięli do wojska: Ileż ty masz lat, chłopcze?
Nic mi nie odpowiada. Stoi wysmukły, wątły, nadmiernie wyrośnięty i nie patrzy na mie, tylko gdzieś w dal. Bardzo smutne oczy, twarz sina, pociemniała, jakaś obojętna, przykra... Chcę powiedzieć — Ernst, nie poznajesz mnie? Ale nie jestem w stanie przemówić słowa, coś mnie zdławiło w gardle aż zabolało... Ludzie przechodzą w obie strony, wszystko dokoła zwyczajne i prawdziwe, a on wydaje mi się coraz bardziej dziwny... Oto znów mija nas żołnierz cichochód — to dziewiętnasty, a za nim jeszcze jeden — dwudziesty... Wreszcie wyduszam ze siebie z wysiłkiem, z bólem, ze strachem:
— Ernst! Odezwijże się! Spojrzyj na mnie! Zlituj się...
Idzie oficer, ale stąpa zwyczajnie, za nim dwóch zwyczajnych sierżantów. Nadchodzi. Ernst nie zważa na niego, nie oddaje honorów i oficer snać udaje, że go nie widzi, przechodzi. Gdy nas minął, spostrzegłam, że Ernst patrzy na mnie. Skamieniałam. Zapadła trupia twarz! Znać każdą kosteczkę!... Oczy szeroko rozwarte, niewidzące... Chcę uciekać, ale nogi wrosły mi w ziemię... Chce mi się krzyczeć, a nie mogę dobyć ze siebie głosu... Boże, ratuj mnie! Wreszcie, chcę się obudzić, choć dobrze wiem, że to nie sen...
Nie wiem, jak znalazłam się w domu — pamiętam tylko jeden moment, na moście... Widzę, że nadchodzi jakiś żołnierz, zdaleka nie widzę jaki on jest, czy go słychać, czy nie, czy to żywy, czy trup... Chwyciłam się balustrady, trzymam się ze wszystkich sił, odwracam się od wody. Co za okropny strach! Bo i rzeka mnie ciągnie... Ktoś mi szepce do ucha — skacz, prędzej! Prędzej!
Dziś rano telefonowałam, dowiedziałam się od służby, że Ernst zginął w ostatnich walkach, a starszy Leo dogorywa w szpitalu w Belgji, właśnie wczoraj oboje starzy pojechali do niego.
Rozmyślałam nad tem i teraz już wiem napewno, że Fell żyje. Bo jeżeli duchy poległych chodzą sobie po ulicach... Przybywają do rodzinnego miasta zobaczyć swoich bliskich, tylko, że ci ich nie widzą, bo nie każdy jest taki jak ja... Jakżeby on mógł krążyć po mieście, jak inni, a nie być u mnie? Nie wyrządziłby mi takiej krzywdy... Zresztą, tak sobie gadam, wiem dobrze, że żyje i jest zdrów. Nie wiem tylko, czy mi starczy cierpliwości! Jak pan myśli, kiedy się to skończy? Nieraz zapominam jak długo ciągnie się ta wojna, muszę sobie wyliczać rok po roku i dziwię się, że nie ubiegło jeszcze nawet czterech lat! Mnie się wydaje, że ona trwa wiecznie.
Zatapiali się w fikcjach. Gdyby ktoś trzeci podsłuchał kiedy ich rozmowy, nie mógłby nie uznać ich za obłąkanych. To też o pewnych sprawach mówili głosem przytłumionym, czasami szeptem. Nie potrzebowali wielu słów. Dużo milczeli, porozumiewając się spojrzeniem. Rita wstawała, dawała mu znak i siadała do fortepianu, gdyż wielu rzeczy niepodobna było wyrazić inaczej. Odtwarzała swoje wizje, opowiadała o sprawach trudnych, na które brak było słów w ludzkim języku, które wikłały nawet samą myśl człowieka. Od tego właśnie jest muzyka i jej cudowna władza. Grała po swojemu, niesamowicie i dręcząco. Claude słuchał i pogrążał się w opętaniu tej muzyki, zapominał gdzie jest; kim jest, zapominał o wojnie.
Czasami ginęła mu nawet Rita, zostawała czysta ekstaza duszy, odebranej rzeczom ziemskim i w niebo wziętej.

Pewnego wieczoru wracał do domu pełen niepewności o tem, co widział dokoła. Stracił poczucie kierunku. Zabłąkał się i z trudem znalazł drogę do mostu.
Budził się i znów zapadał w zapomnienie, które było rozkoszą, snem, a zarazem niosło w sobie najwyższą wiedzę o przeznaczeniu człowieka. Pragnął, by ten stan pozostał i trwał w nim nazawsze, ale wiedział, że musi wyrwać się i wrócić do obcej, porzuconej rzeczywistości, która szła za nim krok w krok, czekając swojej chwili. Tak człowiek śpiący uporczywie, błagalnie trzyma się snu, choć wie, że przeklęta godzina już go zaczyna szarpać i wydzierać z przesłodkiej niemocy uśpienia. Ren był nieprawdziwy, światełka nadbrzeża odbite w wodzie to gwiazdy, rozstawione na niebie w prawidłowym szeregu dla celów wiadomych tylko temu, który rządzi tajemnicami kosmosu. Poręcze rzekomego mostu bronią go przed międzyplanetarną otchłanią.
Przejdzie nad nią bezpiecznie, ale — oto tam, już niedaleko, gdzie czernieje przed nim spiętrzona masa, przetykana ognikami, urwie się jego sen, jego wszechmądrość, jego nienasycone dążenie. Co robić? Tam czeka na niego cios, koniec bo to są ludzie i miasto...
Wrócić? Uciec do Rity? Opowie jej dużo nowin, bo odmęt myśli przeżył po drodze. Pójdzie wprost, ona zrozumie, że żyć już bez niej nie może. A jak to będzie? Ona sama rozstrzygnie. Szedł dalej, gdyż już się budził i przypuszczał, że powrót do Rity teraz po nocy zakrawa na niemożliwości A więc znowu to samo... Poco? Jeżeli ktoś doszedł do szczytu szczytów w pojęciu wszechrzeczy i odgadł tajemnicę tajemnic — poco mu dalsze życie? Odejść. Skończyć.
Pochylił się nad balustradą i chciwie zajrzał wdół ku wodzie, zapatrzył się. Pobróżdżony nurt szybko sunący przez falujące smugi odbite od świateł nadbrzeżnych, usypiał go. Zdawało mu się, że dochodzi go ledwie dosłyszalny nocny szmer — oddech Renu. Łagodne, senne popluski rozleniwiały budzącą się myśl — zrodziła się wątła, najcichsza melodja i snuła się po wodzie coraz cichsza, coraz słabsza, aż spłynęła z prądem i zgasła...
Zbudziły go władcze, nakazujące dźwięki, zapełniły mu głowę, zapełniły przestrzeń. Spokojnie, potężnie biły zegary miasta, każdy własnym głosem. Gdy ozwał się i przebrzmiał ostatni, ostatnim uderzeniem swojem stworzył nad rzeką dalekie zamierające echo. Na jego wtórze ozwał się motyw prastaroniemieckiej pieśni.
— Christ ist erstanden...
Niedalej jak przed półgodziną słyszał tę samą pieśń, przetworzoną w święte dziwo, w cud straszliwy... Dosięgła go, owładła nim zatruta, śmiertelna muzyka Rity.
— Panie Helm, dosyć tych marzeń! Czekam na pana od dziesiątej!... Niema co, nieźle się pan zabawia z rudowłosą wdową. Winszuję, ale zmarzłam już na tym moście. Pogadajmy nareszcie o naszych interesach!
Claude porywczo odwrócił się od rzeki i nieprzytomnemi oczami wpatrywał się w zjawę. Z trudem powracał na ziemię z dalekich swoich światów. Nic nie rozumiał.
Stała przed nim osoba młoda, wysmukła, w krótkiem futerku do kolan, w podkasanej sukni, w aksamitnym berecie na ostrzyżonej głowie, zawadjacko nasuniętym na ucho. Jej jasne, połyskujące oczy szydziły, usta śmiały się wyzywająco. Kto ona? Czego chce?...
— Panie Helm, pan mnie jeszcze nie poznaje?
Poznawał i nie poznawał zarazem. Pamięć zawodziła — tylko te cyniczne, szydercze oczy naprowadzały go na myśl o czemś dolegliwie wstrętnem.
— Ależ to ja, ta sama! Widzieliśmy się tylko raz w życiu, ale dokładnie. No — Heidelberg? Koniec stycznia! Jeszcze nie? Ha! — ha!... Możesz pan być zupełnie spokojny o swoją cnotę, nie zamierzam pana po raz drugi napastować, jak Putyfara... Tym razem będziemy mówili o rzeczach poważnych.
To ona... Głupia eskapada do Heidelbergu i wymuszona noc zdawały mu się należeć do zamierzchłej przeszłości... Nazajutrz rano, idąc na dworzec, spotkał jeńców francuskich, a wśród nich znalazł się jego kapral Vidal, zwany w kompanji ojcem Zigomarem... Stał dalej, osłupiały, niezupełnie obudzony.
— Nawet pan się ze mną nie przywita?
Uchylił kapelusza i milczał, nie wiedząc od czego zacząć.
— Ach, pan nie rozumie po ludzku, pan zapomniał mówić po niemiecku? Eh bien, parlons votre langue natale, cher énnemi, j’ai mille jolies choses à vous apprendre.
Na pierwszy dźwięk mowy ojczystej Claude ocknął się, brutalna rzeczywistość spadła nań znienacka i oblała go od stóp do głów jak zimną wodą. Odrazu zbudził się w nim żołnierz, jak na alarm, w pełnem, pogotowiu w obliczu niebezpieczeństwa.
— Pani wybaczy, nie rozumiem po francusku... A zresztą, czem mogę służyć?
— Voilà une comédie!
— Komedja? To pani gra komedje. Powtarzam, że nie rozumiem ani słowa...
— Bon, mais allons de ce lieu ci. Je suis toute gelée, il souffle ici horriblement.
Chwyciła go pod rękę i pociągnęła za sobą. Uporczywie paplała po francusku. Claude szybko zbierał myśli, by dociec, skąd ona o nim wie? Czy wie naprawdę, czy tylko przypuszcza i prowokuje? Czego od niego chce? Oczywiście agentka z kontrwywiadu.
Słuchał, zważając na każde słowo, ale Greta mówiła o niczem, o pogodzie, o głupstwach. Pilnował się, żeby się z czemś nie wyrwać i nie zdradzić. Naprzeciwko szli ludzie i Greta natychmiast przerzuciła się na język niemiecki.
— Ramię panu drży, czy to z zimna? Jeżeli nie z zimna, to proszę się nie denerwować, nie spotka pana ode mnie nic złego.
Ludzie przeszli.
— Comment va vôtre baronne? Czy i u was we Francji wdowy po bohaterach pocieszają się tak szybko? Rita jest prześliczna avec sa pureté virginale et ses façons mistiques... Gdybyż ona wiedziała kto pan jest! Ha — ha! Fantastyczne rzeczy... Niech się pan nie obawia, nie zdradzę pana, bo nic jestem zazdrosna, niech wam się dobrze dzieje...
Rozpytywała bezwstydnie o cielesne zalety Rity, o jego wrażenia erotyczne. Zaciskał zęby z wściekłości, ale musiał wytrwać — nie rozumiał po francusku.
W połowie mostu kawał balustrady był wyłamany i prowizorycznie założony luźnemi zrzynkami desek, niedawno samochód ciężarowy najechał tu i o mało nie spadł do wody. Claude w niespodzianem natchnieniu przeprowadził Gretę przez jezdnię na drugą stronę mostu i zmierzał wprost ku temu miejscu. Nie zawahał się, nawet mu to nie przyszło do głowy — tak każe prawo frontu. Poprostu pchnie ją między te deski. Pozbędzie się jej, zarazem ukarze ją za podłe znieważenie Rity. Jeszcze dziesięć kroków — obejrzał się — dookoła nie było żywej duszy...
Wydało mu się, że wyszedł na nocny patrol... Cóż, że nie ma hełmu na głowie ani granatów za pasem, a ona jest kobietą? Jest wrogiem i zaraz zginie.
Na swoje szczęście, na chwilę przed wyłomem w balustradzie Greta w swoim lekkim tonie oznajmiła mu, że przybywa z Berlina na rozkaz R.I.8 od samego szefa z ważnemi zleceniami. I ona służy Francji — dlaczego? Tak jej się spodobało, a zresztą za to płacą wspaniale. Bawi ją i śmieszy, że zdradza własną ojczyznę, szpiegostwo, to wspaniały sport, ryzykowny, śmiertelny, rozkosznie drażniący nerwy.
Otóż pan szef jest mocno niezadowolony z dr. Ossiana Helma. Doktór Helm nie wypełnił poleceń i od sześciu tygodni nie daje znaku życia. Przybyła umyślnie, żeby zbadać, czy się nie wsypał, lub czy zgoła nie umarł, a dalej ma dla niego bardzo ważne zadania...
Tak minęli wyłom w balustradzie i poszli dalej...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Andrzej Strug.