Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nagle obudził się jak ze snu, zdumiony, w najgłębszem przerażeniu... Wydarł się z innego wymiaru świata. Odzyskał z powrotem i poznał siebie samego, gdy przez szereg niepoczytalnych dni tkwił jak uwięziony przemocą w nieswojej postaci, z cudzemi myślami, z obcą duszą. Ocknienie trwało przez jedną sekundę, ale jej dzieje były długie i okropne.
Tonął w ciężkiem zamroczeniu i z rozpaczliwym trudem dźwigał się ku swemu człowieczeństwu, ku jasności rozumienia. Zaznał męki obłąkanego, który budzi się na chwilę i dopiero postrzega kim jest, gdzie jest i co się z nim dzieje. Ważyły się w jego skołatanej głowie omamienie i prawda. Dzikim wrokiem rozglądał się dokoła, chciał krzyczeć, wołać ratunku, pytać ludzi, sprawdzić natychmiast — co jest? Czego niema?
Jakiś instynkt, jakiś strach nakazywały mu milczeć, ścierpieć w sobie wszystko i jeszcze — jeszcze, na miłosierdzie boskie, — zaczekać! Snać nie zupełnie się jeszcze obudził, ze snu wpadł w inny sen.
Było to rozdarcie osobowości, dwaj ludzie walczyli ze sobą jakby w ciasnocie, zamknięci w jednej skorupie. Spierali się, a każdy zajadle bronił siebie. Przytaczali niezliczone argumenty, pienili się w zawziętości, wreszcie wzięli się za bary i zawrzała walka wręcz. Patrzało na to spokojnie gipsowe popiersie Goethego z szafy bibljotecznej, patrzeli ze ściany nad biurkiem cesarz z cesarzową. To jeden przemagał, to drugi. Wreszcie powalił Francuz Niem-